5. Na Marsie (Ciąg dalszy). Kaciagwidy pochwała dawnych dobrych czasów Florencji.
Wola, przez którą tchnie zawsze życzliwość
I miłość, której natchnienia są prawe,
Jak przez złą wolę objawia się chciwość,
Tej liry dźwięczną uciszyła wrzawę,
Aby spoczęły święte struny krzyża,
Których strój mistrz ich podnosi, to zniża.
Mogłaż być głuchą takich istot rzesza
Godziwym prośbom? Kiedy dla zachęty
Abym ją prosił, przerwała śpiew święty.
Dowód, dlaczego żali się bez końca
Kto z żądz doczesnych skrę znikomą skrzesza,
A taką miłość od siebie odtrąca.
Jak nocą w jasnej powietrza przeźroczy,
Szybko lecące światło meteoru,
Rażąc nam dotąd obojętne oczy,
Zdaje się gwiazdą, która miejsce zmienia,
Prócz że z tej strony, skąd się zapłomienia
I gaśnie, światło nie traci promienia;
Tak z tej niebieskiej sfery gwiazdozbioru,
Z prawego krańca prawie do stóp krzyża,
Trzęsąc iskrami biegła gwiazda chyża.
Brylant ze swojej nie zerwał się nici,
Śliznąc się tylko smugiem promienistym,
Błyszczał jak ogień w alabastrze czystym.
Gdy wierzyć Muzie, jaką świat się szczyci,
Nie mniej pobożnie twój cień, Anchizesie,
Spotykał syna w elizejskim lesie:
«O! Pełneś łaski Bogów, dziecię moje,
Komuż jak tobie niebieskie pokoje
Aż po dwa razy rozwarły podwoje!»
Tak rzekła światłość; pełen cześci dla niej
Z schylonym czołem stałem zadziwiony,
Potem zwróciłem wzrok do mojej Pani,
Pełen podziwu z tej i z drugiej strony.
Uśmiech promienny jako słońce w maju
Błysnął w jej oczach blaskami takimi,
Że ja myślałem oglądać moimi
Dno mojej łaski i mojego raju.
Potem duch słodki dla ucha i oka
Mówił przeze mnie niepojęte rzeczy;
Treść jego mowy tak była głęboka.
On nie z rozmysłu, aby mówić ciemno,
Lecz z konieczności snadź je krył przede mną,
Bo wyższe były nad rozum człowieczy.
Lecz gdy łuk strunę odpuścił zapału,
By lot słów zniżyć do celu pomału,
W jaki wbić wolno strzałę rozumową,
Pierwsze, com pojął, takie było słowo:
«Chwała niech będzie w Trójcy Jedynemu,
Co tak życzliwy nasieniu mojemu».
I dodał: «Długą i słodką tęsknotę,
Jakąm zaczerpnął, czytając z zapałem
W tej wielkiej księdze, gdzie czarno na białem
Głoska swej treści nie zmieni na jotę,
Tyś mi ugasił w tym świetle, skąd mówię,
Za co dziękuję świętej białogłowie,
Która cię z grzechu wyzwoliwszy sidła,
Abyś tu wzleciał, przypięła ci skrzydła.
Wierzysz, że twoja myśl do mnie przychodzi
Od arcymyśli i błąd cię nie zwodzi,
Jak się z jedności pięć i sześć rozwija.
Przeto nie pytasz, kto jestem? Skąd płonie
Blask mój weselej w tym wesołym gronie?
Tak jest, jak wierzysz: tu wielcy i mali
Patrzą w zwierciadło, gdzie jak w szybie fali,
Nim co pomyślisz, twa się myśl odbija.
Lecz żeby miłość, w którą czujne oko
Z ciągłym czuwaniem zatapiam głęboko,
Która mi słodkie zaostrza łaknienie,
Poczuła całe swe zadowolenie,
Objaw twą wolę, śmiało wciel ją w słowo,
Już mam dla ciebie odpowiedź gotową».
Do Beatrycze potem wzrok zwróciłem,
Co mnie słyszała wpierw, nim przemówiłem;
Uśmiech jej w takiej świecił aureoli,
Że podniósł w górę skrzydło mojej woli.
Więc rzekłem: «Miłość i wiedza od chwili,
Kiedyście pierwszą równość tu uczcili,
W każdym z was w dziwnej stoją równowadze;
Bo w słońcu, które na was blask swój zlewa,
Światłem oświeca, a ciepłem zagrzewa,
Tak w Nim podobne są te obie władze,
Że przy nich wszystkie ziemskie podobieństwa
Miałyby jeszcze pozór przeciwieństwa.
Lecz moc i wola nasza, jako wiecie,
Nierównym lotem buja w naszym świecie;
Będąc śmiertelnym, tę nierówność czuję
Sercem, gdy usta nie dosyć wymowne,
Za twe ojcowskie przyjęcie dziękuję.
Wzbogacający to cacko kosztowne,
Powiedz mi, błagam, żyjący Topazie,
Jakim na ziemi zwano cię imieniem?»
— «Gałązko moja! drogaś mej osobie,
Szczepu twojego ja jestem nasieniem».
Taką odpowiedź dał mi Duch na razie,
A potem mówił: «Ten, który dał tobie
Nazwisko twoje, twój klejnot rodowy,
Sto lat i więcej za grzech wielkiej buty
Obchodzi pierwszy krąg góry czyśćcowej;
On, były syn mój, twoim jest pradziadem,
Pomnij modlitwą i dobrym przykładem
Skrócić mu zakres trudu i pokuty.
W starym obwodzie Florencyja, pomnę,
Wciąż wiodła życie spokojne i skromne;
Nie znała wieńców sadzonych perłami,
Dla niej byłoby dziwo nad dziwami,
Gdyby dla oka miał większe ozdoby
Pas od tej, która go nosi, osoby.
Ojciec o córki nie troskał się szczęście,
Skromnym jej wianem mierzył jej zamęście;
Florenckie żony nie były bezdzietne,
Sprzęty domowe proste, lecz szlachetne,
Bo Sardanapal celu ich użytku
Jeszcze nie skrzywił przez rozpustę zbytku.
Nad Montemalo, co przepychem słynie,
Ucellatoja wzniosła się niewiele
Choć ją, jak w blasku przewyższy w ruinie.
Berti, widziałem, nosił pas skórzany,
A jego żona idąc od zwierciadła
Nie rumieniła twarzy malowanej.
Norli i Wekjo nie wstydził się radła,
Żony ich doma przędły swe kądziele.
Błogie niewiasty! A każda wiedziała,
Że swoje kości w grobach ojców złoży,
Że jej, gdy męża proch łzami oblała,
Wdowiego łoża Frank nie scudzołoży.
Jedne czuwały nad kolebką dziatek,
W pieluchach ucząc je tej mowy słodkiej,
Tej pierwszej ojców radości i matek;
Drugie, fruczące kręcąc kołowrotki,
O sławnych mężach gwarzyły w swym kole,
Co miała Troja, Rzym i Fiesole.
Większe wzbudziło dziwo w one lata
Imię Saltrela niż dziś Cyncynata.
W tak pięknych czasach, gdy wiek kwitnął złoty
Obywatelstwa, pokoju i cnoty,
Matka rodzajne gdy poczuła bóle,
Wezwawszy w pomoc Marii Dziewicy,
Zległa mnie dzieckiem zdrowym i wesołym
I w starej naszej florenckiej chrzcielnicy
Kaciagwida na chrzcie imię wziąłem.
Zachęcon braci żonatych przykładem
Z Ferrary żonę pojąłem kochaną,
Przez nią w dom weszło twoje drugie miano.
Potem poszedłem z cesarzem Konradem
Bić Saracenów: Konrad gdy ich pobił,
Mnie znakiem swego rycerstwa ozdobił,
Do tyla w bitwach cenił moje męstwo.
Saracen winą waszego pasterza
Ziemie wam garnie, swój zabór rozszerza.
Miecz Saracena wyzwolił mnie w boju
Z nędz twego świata: a tak przez męczeństwo
Tu do wiecznego przyszedłem pokoju».