Pan Rochester tego wieczora z polecenia lekarza wcześnie się położył. Nazajutrz też nie wstał wcześnie. Po zejściu na dół musiał się zająć interesami. Administrator jego i niektórzy dzierżawcy przybyli i czekali na rozmowę z nim.
Adela i ja musiałyśmy teraz opróżnić bibliotekę, miała być codziennie potrzebna jako pokój przyjęć. Zapalono ogień w jednym pokoju na górze, a ja zaniosłam tam nasze książki i urządziłam w nim przyszłą szkołę. Zauważyłam przed południem, że Thornfield Hall było jakby odmienione. Już nie było tak cicho jak w kościele, co godzina lub dwie rozlegało się pukanie do drzwi, rozbrzmiewał odgłos dzwonka. Kroki także często słychać było z hallu, nowe głosy o różnym tonie rozmawiały na dole. Prąd zewnętrznego świata przepływał przez dom. Dom miał swojego pana i ja wolałam tę zmianę od monotonii ciszy.
Z Adelą tego dnia niełatwo poszło. Nie mogła skupić uwagi, wciąż biegała do drzwi i wychylała się przez poręcz schodów, próbując dojrzeć pana Rochestera. To znowu wymyślała jakieś pozory, by zejść na dół, jak podejrzewałam, by zaglądnąć do biblioteki, gdzie wiedziałam, że nie jest bynajmniej potrzebna. Gdy zaś rozgniewałam się trochę i kazałam jej siedzieć cicho, nie przestawała wciąż opowiadać o swoim „ami, monsieur Edouard Fairfax de Rochester” i snuć przypuszczeń, jakie przywiózł dla niej podarki. Okazało się bowiem, że poprzedniego dnia powiedział jej, iż gdy przybędą rzeczy jego z Millcote, znajdzie się tam wśród nich pewna skrzynka, która ją powinna zainteresować.
— A to ma znaczyć — rzekła — że będzie tam wewnątrz prezent dla mnie, a może i dla pani, mademoiselle. Monsieur mówił o pani, zapytał mnie, jak się nazywa moja nauczycielka i czy to nie jest mała osóbka, dosyć szczupła i trochę blada. Powiedziałam, że tak jest, gdyż to prawda, czyż nie, mademoiselle?
Z uczenniczką jadłam obiad, jak zwykle, w pokoju pani Fairfax. Popołudnie było wietrzne i śnieżne, spędziłyśmy je w szkolnym pokoju. O zmroku pozwoliłam Adeli odłożyć książki i robótkę i zbiec na dół. Bowiem po względnej ciszy, gdy już dzwonek drzwi wejściowych przestał się odzywać, wnosiłam, że pan Rochester musiał zakończyć zajęcia. Pozostawszy sama, zbliżyłam się do okna, nic jednakże stamtąd nie mogłam zobaczyć. Zmrok i płatki lecącego śniegu przesłaniały wszystko, nawet krzaki na trawniku. Spuściłam storę i wróciłam do kominka.
Z żarzących się węgli zaczęłam układać szkic, trochę podobny do obrazu, przedstawiającego, jak pamiętałam, zamek Heidelberskinad Renem, gdy weszła pani Fairfax i wejściem swoim zburzyła ognistą mozaikę, rozpraszając równocześnie ciężkie, niemiłe myśli, które zaczynały nachodzić moją samotność.
— Pan Rochester byłby rad, gdyby pani ze swoją uczenniczką zechciała wypić z nim herbatę dziś wieczorem w salonie — rzekła. — Tak bardzo był zajęty przez cały dzień, że nie mógł pierwej postarać się o zapoznanie się z panią.
— O jakiej porze pan Rochester pija herbatę? — spytałam.
— O szóstej. Pan Rochester na wsi pilnuje się wczesnych godzin. Ale pani powinna by się przebrać. Pójdę z panią i pomogę zapiąć suknię. Tu jest świeca.
— Czy koniecznie powinnam się przebrać?
— Tak, to się należy. Ja się zawsze przebieram na wieczór, gdy pan Rochester tu bawi.
Ta dodatkowa ceremonia wydała mi się trochę przesadna. Poszłam jednakże do pokoju i z pomocą pani Fairfax zmieniłam czarną, wełnianą suknię na czarną, jedwabną. Była to jedyna lepsza, jaką posiadałam, z wyjątkiem jedwabnej, jasnopopielatej — tę jednak wedle moich pojęć, wyniesionych z Lowood, uważałam za nazbyt piękną, by ją można nosić kiedy indziej niż przy pierwszorzędnych okazjach.
— Przydałaby się broszka — zauważyła pani Fairfax.
Przypięłam broszkę z perełką, którą mi panna Temple przy pożegnaniu ofiarowała na pamiątkę, po czym zeszłyśmy na dół. Nieprzyzwyczajonej do stykania się z obcymi, było mi trochę przykro stawić się na takie oficjalne zaproszenie przed panem Rochesterem. Puściłam panią Fairfax przodem, gdyśmy wchodziły do jadalni, i trzymałam się w jej cieniu, gdy przechodziłyśmy przez pokój i przez arkadę, której kotara była teraz spuszczona — wstępowałyśmy do eleganckiego salonu umieszczonego za nią.
Dwie zapalone świece woskowe stały na stole i dwie nad kominkiem. Pławiąc się w świetle i w gorącu wspaniałego ognia, leżał Pilot, Adela klęczała tuż przy nim. Ujrzałam pana Rochestera na wpół leżącego na kanapce, z nogą podpartą poduszką. Pełne światło ognia padało mu na twarz. Poznałam podróżnego o szerokich, kruczych brwiach, jego kwadratowe czoło wydawało się jeszcze bardziej kwadratowe przy gładkim uczesaniu czarnych włosów. Poznałam jego wydatny nos, raczej charakterystyczny niż piękny, pełne nozdrza, świadczące o gwałtownym usposobieniu, surowe usta, brodę, szczękę — tak, to wszystko było bezwzględnie strasznie surowe i groźne. Postawa jego teraz, gdy nie miał na sobie płaszcza, wydała mi się zupełnie odpowiednia do charakteru twarzy: barczysta i krępa. Budowa jego była doskonała w atletycznym rozumieniu tego słowa — szeroka w piersiach, wąska w biodrach, jednakże nie był ani wysoki, ani zgrabny.
Pan Rochester musiał dostrzec wejście pani Fairfax i moje. Widocznie nie miał ochoty nas zauważyć, gdyż nie podniósł głowy, choć się zbliżyłyśmy.
— Oto panna Eyre, panie — rzekła pani Fairfax spokojnie, jak to ona zawsze. Ukłonił się, nie odrywając jeszcze oczu od grupy złożonej z psa i dziecka.
— Proszę, niech panna Eyre usiądzie — rzekł.
Było coś w przymuszonym, sztywnym ukłonie, w niecierpliwym, choć ceremonialnym tonie, co zdawało się wyrażać: „A cóż mi, u licha, do tego, czy panna Eyre tu jest czy jej nie ma? W tej chwili nie mam ochoty mówić do niej”. Siadłam swobodnie, rozwiało się moje zakłopotanie. Przyjęcie, nacechowane skończoną uprzejmością, byłoby mnie prawdopodobnie zmieszało. Nie umiałabym się odwzajemnić, odpowiedzieć z gracją i elegancją. Ale szorstki kaprys nie zobowiązywał mnie do niczego, przeciwnie, przyzwoity spokój wobec wybryku złego humoru dawał mi pewną wyższość. A przy tym dziwaczność tego zachowania miała w sobie coś drażniącego. Czekałam z zainteresowaniem, co on dalej zrobi.
Trwał nadal jak posąg, to jest ani nie mówił, ani się nie poruszył. Pani Fairfax widocznie uważała, że trzeba, ażeby ktoś był miły, i zaczęła gadać. Poczciwie, jak zwykle, i jak zwykle raczej zdawkowo. Ubolewała nad nawałem interesów, które gnębiły go cały dzień, nad trudnością, jaką mu to musiało sprawiać wobec tego bolesnego zwichnięcia, a potem zaczęła wychwalać jego cierpliwość i wytrzymałość, że przetrwał to wszystko.
— Pani, ja bym się chętnie napił herbaty — to była jedyna odpowiedź, jaką otrzymała.
Zadzwoniła czym prędzej, a gdy przyniesiono tacę, zaczęła pilnie i pośpiesznie szykować filiżanki oraz łyżeczki. Adela i ja podeszłyśmy do stołu, ale pan domu nie opuścił swojej kuszetki.
— Czy będzie pani łaskawa podać filiżankę panu Rochesterowi? — zwróciła się do mnie pani Fairfax — Adela mogłaby wylać herbatę.
Spełniłam jej życzenie. W chwili, gdy pan Rochester brał z mej ręki filiżankę, Adela, uważając widocznie moment ten za odpowiedni do wstawienia się za mną, zawołała:
–- Nieprawdaż, monsieur, że jest tam mały prezent dla mademoiselle Eyre, w pana kufereczku?
— Któż mówi o prezentach? — odpowiedział mrukliwie. — Czy pani spodziewała się prezentu, panno Eyre? Czy pani przepada za prezentami? — I badawczo spojrzał mi w twarz oczami, które, jak zobaczyłam, były ciemne, gniewne i przenikliwe.
— Sama nie wiem — odpowiedziałam — brak mi w tym względzie doświadczenia. Na ogół ludzie uważają je za coś przyjemnego.
— Na ogół uważają? Ale co pani o tym sądzi?
— Musiałabym się zastanowić, panie, zanim bym mogła dać odpowiedź godną przyjęcia. Na podarunek można się zapatrywać rozmaicie, nieprawdaż? A należałoby rozważyć wszystkie względy, zanim by się coś orzekło o jego istocie.
— Panno Eyre, pani nie jest tak prostoduszna jak Adela. Ona głośno woła o „cadeau”, jak tylko mnie zobaczy, pani kołuje i kluczy.
— Ponieważ mniej mam zaufania do własnych zasług niż Adela. Ona może się powoływać na prawo dawnej znajomości, a także na prawo zwyczajowe. Mówi, że pan miał zawsze zwyczaj obdarzać ją zabawkami, ja zaś, gdybym się miała na coś powoływać, doprawdy byłabym w kłopocie, ponieważ jestem panu obca i nie uczyniłam nic takiego, co by mi dawało prawo do otrzymania podziękowania.
— O, niechże pani nie uderza w ton zbytecznej skromności! Przeegzaminowałem Adelę i widzę, że pani bardzo starannie nią się zajęła. Nie jest ona bardzo zdolna ani utalentowana, a jednak w krótkim czasie zrobiła duże postępy.
— Panie, teraz mi pan ofiarował „podarek”! Jestem panu wdzięczna, dziękuję, to dla nauczyciela najbardziej upragniona nagroda: pochwała postępów ucznia.
— Hm! — mruknął pan Rochester i pił dalej herbatę w milczeniu. — Przybliżcie się tu, do kominka — powiedział, gdy zabrano tacę i gdy pani Fairfax zasiadła do swojej roboty, a Adela oprowadzała mnie za rękę po pokoju, pokazując mi piękne książki i ozdobne drobiazgi na konsolach i szyfonierkach.
Posłuchałyśmy oczywiście, Adela była gotowa usiąść mi się na kolanach, ale on kazał jej bawić się z Pilotem.
— Pani przebywa w moim domu od trzech miesięcy?
— Tak, panie.
— A przybyła pani...?
— Ze szkoły w Lowood, w hrabstwie X.
— Ach! Zakład dobroczynny. Jak długo tam pani była?
— Osiem lat.
— Osiem lat! Musi pani znać twarde życie. Ja myślałem, że dosyć połowy tego czasu, by zniszczyć najsilniejszy organizm! Nic dziwnego, że pani wygląda po trosze jak nie z tego świata. Zadawałem sobie pytanie, skąd pani wzięła taką twarz. Gdy mi się pani ukazała wczoraj wieczór na Hay Lane, przyszły mi nagle na myśl bajki o wróżkach i o krasnoludkach i prawie miałem ochotę zapytać, czy to pani urzekła mi konia. Jeszcze teraz nie jestem pewien, jak to z tym było. Kim są pani rodzice?
— Nie mam rodziców.
— I zapewne nigdy ich pani nie miała. Czy pani ich pamięta?
— Nie.
— Tak też przypuszczałem. A więc czekała pani na swoich pobratymców, siedząc tam na przełazie?
— Na kogo, panie?
— Na tych ludków zielono ubranych. Był to przecież odpowiedni dla nich wieczór księżycowy. Czy ja może przerwałem któryś z waszych tanecznych kręgów, że pani rozpostarła ten przeklęty lód na mojej ścieżce?
Potrząsnęłam głową.
— Wszystkie krasnoludki opuściły Anglię już sto lat temu — rzekłam, mówiąc równie poważnie jak on. — I nawet na drodze ku Hay, nawet na sąsiednich polach nie znalazłby pan śladu po nich. Sądzę, że już żaden księżyc, ani letni, ani jesienny, ani zimowy, nie oświeci więcej ich harców i tanów.
Pani Fairfax opuściła robótkę na kolana i podniosła brwi, dziwiąc się, co to za rozmowa.
— Ale proszę — podjął znowu pan Rochester — chociaż pani zapiera się rodziców, musi pani mieć przecież jakichś krewnych: wujów, stryjów, ciotki?
— Nie, nie znam żadnych.
— A rodzinny dom pani?
— Nie mam domu.
— Gdzie bracia pani i siostry mieszkają?
— Nie mam ani braci, ani sióstr.
— Kto panią tutaj polecił?
— Dałam ogłoszenie w gazecie, a pani Fairfax odpowiedziała na nie.
— Tak — wmieszała się dobra pani Fairfax, rozumiejąc teraz, na jakim gruncie stanęliśmy — i nie ma dnia, ażebym nie dziękowała Opatrzności, że tak pokierowała moim wyborem. Panna Eyre była dla mnie nieocenioną towarzyszką i pełną dobroci i staranności nauczycielką dla Adeli.
— Niech się pani nie trudzi wystawieniem jej świadectwa — odpowiedział pan Rochester — pochwały mnie nie skaptują, na własnym sądzie polegam. Ta osoba zaczęła od tego, że konia mego doprowadziła do upadku.
— Jak to, panie? — rzekła pani Fairfax.
— Jej zawdzięczam to zwichnięcie.
Wdowa, nie rozumiejąc, słuchała zdumiona.
— Panno Eyre, czy mieszkała pani kiedyś w mieście?
— Nie, panie.
— Dużo pani bywała w towarzystwie?
— Jedynym moim towarzystwem były uczennice i nauczycielki w Lowood, a teraz mieszkańcy Thornfield.
— Czy dużo pani czytała?
— Tylko te książki, które przypadkiem wpadły mi w ręce, nieliczne i nie bardzo uczone.
— Prowadziła pani życie zakonnicy. Niewątpliwie musi pani być należycie wyćwiczona w praktykach religijnych. Brocklehurst, który, jak rozumiem, jest dyrektorem Lowood, to duchowny, nieprawdaż?
— Tak, panie.
— A wy, dziewczęta, prawdopodobnie uwielbiałyście go, tak jak klasztor pełen zakonnic uwielbia swego kierownika?
— O, nie!
— Bardzo jest pani chłodna! Nie! Jak to?! Nowicjuszka miałaby nie uwielbiać swego pasterza! To brzmi jak bluźnierstwo.
— Bardzo nie lubiłam pana Brocklehursta. I nie ja jedna tak czułam. To szorstki i ostry człowiek, zarazem pompatyczny i wtrącający się we wszystko. Kazał nam włosy obciąć i przez oszczędność kupował nam złe igły i nici, tak że prawie nie mogłyśmy nimi szyć.
— To była źle rozumiana oszczędność — zauważyła pani Fairfax, która teraz znowu chwytała nić naszej rozmowy.
— Głodził nas wtedy, gdy miał sam w ręku zarząd działem aprowizacyjnym, zanim wyznaczono komitet. I zanudzał nas długimi kazaniami raz na tydzień oraz codziennym, wieczornym czytaniem z książek jego pióra, traktujących o nagłych śmierciach, o sądach, o piekle... A to nam potem ze strachu spać nie pozwalało.
— Ile pani lat liczyła, dostawszy się do Lowood?
— Około dziesięciu.
— I przebywała tam pani osiem lat, więc teraz ma pani osiemnaście?
Potwierdziłam.
— Arytmetyka, jak pani widzi, przydaje się na coś. Bez jej pomocy nie mógłbym chyba pani wieku odgadnąć. Trudne to zadanie, gdy rysy i wyraz takie są zmienne jak u pani. A teraz, czego pani się nauczyła w Lowood? Czy umie pani grać?
— Trochę.
— Naturalnie, to zwykła odpowiedź. Niech pani pójdzie do biblioteki... Chciałem powiedzieć: niech pani będzie łaskawa (proszę mi darować mój ton rozkazujący, przywykłem do tego i nie mogę zmienić swych zwyczajów dla jednej nowej mieszkanki)... A zatem, niech pani pójdzie do biblioteki, weźmie ze sobą świecę, zostawi drzwi otwarte, siądzie do fortepianu i zagra coś.
Poszłam, wedle tego, jak rozkazał.
— Dosyć! — zawołał po kilku minutach. — Gra pani trochę, to prawda, jak każda inna angielska pensjonarka. Może nawet lepiej niż niektóre, ale nie dobrze.
Zamknęłam fortepian i powróciłam. Pan Rochester mówił dalej:
— Adela pokazała mi dziś rano kilka szkiców, które, jak twierdziła, są pani dziełem. Nie wiem, czy je pani samodzielnie wykonała, prawdopodobnie nauczyciel pomagał pani?
— Ależ nie, naprawdę! — zawołałam.
— A! Urażona duma. No dobrze, niechże mi pani przyniesie swoją tekę, jeżeli mi pani zaręczy, że jej zawartość jest dziełem pani. Tylko niech pani nie daje słowa, jeśli pani nie jest pewna. Ja umiem poznać się na poprawkach.
— Kiedy tak, to ja nic nie powiem, a pan niechaj sam osądzi.
Przyniosłam tekę z biblioteki.
— Proszę przysunąć stół — rzekł.
Przysunęłam stół do kanapki. Adela i pani Fairfax przysiadły się blisko, żeby także oglądać obrazki.
— Tylko się nie tłoczcie — rzekł pan Rochester. — Odbierajcie mi z ręki rysunki, gdy ja z nimi skończę, ale nie przysuwajcie waszych twarzy do mojej.
Powoli rozpatrywał każdy szkic i każdy malunek. Trzy odłożył osobno, resztę po obejrzeniu odsunął.
— Pani Fairfax to zabierze na tamten stół, niech pani to obejrzy z Adelą. A pani — (tu spojrzał na mnie) — niech siada, gdzie siedziała, i odpowiada na moje pytania. Widzę, że wykonała to jedna ręka: czy to pani ręka?
— Moja.
— A kiedy pani znalazła czas na wykonanie tych rzeczy? To musiało zająć sporo czasu i nie mało myśli.
— Zrobiłam to podczas ubiegłych wakacji w Lowood, gdy nie miałam innego zajęcia.
— Skąd pani zaczerpnęła tematy?
— Z własnej głowy.
— Z tej głowy, którą widzę teraz na pani ramionach?
— Z tej samej.
— Czy ma ona w sobie jeszcze inne zapasy tego samego rodzaju?
— Myślę, że ma. Spodziewam się, że może lepsze.
Rozpostarł obrazki przed sobą i znowu oglądał je po kolei.
Były to trzy akwarele. Pierwsza przedstawiała nisko płynące chmury, sine, toczące się nad wzburzonym morzem. Jeden promień światła uwypuklał na wpół zatopiony maszt, na którym siedział kormoran — wielki, czarny, o skrzydłach zbryzganych pianą. W dziobie trzymał złotą bransoletę, wysadzaną szlachetnymi kamieniami. Poniżej ptaka i masztu nurzało się w wodzie ciało topielicy.
Drugi obrazek przedstawiał na pierwszym planie tylko ciemny szczyt wzgórza z trawą i kilkoma liśćmi, jakby poruszanymi wietrzykiem. Poza i ponad nim rozpościerała się przestrzeń nieba, ciemnogranatowego jak o zmroku. Na niebo wypływało popiersie postaci kobiecej, namalowane w barwach tak ciemnych i delikatnych, jak tylko dobrać mogłam. Ciemne czoło wieńczyła gwiazda, rysy poniżej widoczne były jak przez warstwę mgły, oczy świeciły, ciemne i tęskne, cieniste włosy spływały jak chmura bez promieni, szarpana burzą. Na szyi leżał słaby odblask jak gdyby światła księżycowego, ten sam odblask dotykał smugi cienkich chmurek, spomiędzy których wychylała się ta wizja Gwiazdy Wieczornej.
Trzeci obrazek ukazywał wierzchołek góry lodowej na tle polarnego, zimowego nieba. Zorza słała swoje krwawe światła na dalekim widnokręgu. Na przednim planie olbrzymia głowa chyliła się ku górze lodowej i opierała się o nią. Dwie chude ręce, złączone poniżej czoła i dźwigające je, zasłaniały dolną część twarzy czarną zasłoną. Czoło zupełnie bezkrwiste, białe jak kość, a oko puste, martwe, pozbawione wyrazu oprócz szklanej rozpaczy — to jedno tylko było widoczne. Nad skroniami, wśród zwojów czarnej materii turbanu, świecił krąg białych płomieni, z plamami iskier żywszej barwy.
— Czy pani czuła się szczęśliwa, malując te obrazki? — zapytał nagle pan Rochester.
— Pochłaniała mnie robota. Tak, byłam szczęśliwa. Malowanie było jedną z moich największych przyjemności.
— To jeszcze niewiele mówi. Mało pani znała przyjemności, sądząc po tym, co pani sama opowiadała. Ale wyobrażam sobie, że pani przebywała w jakiejś artystycznej krainie marzeń, mieszając i dobierając te dziwne kolory. Długo pani siadywała nad tym codziennie?
— Nie miałam innych zajęć, ponieważ były wakacje, więc też siedziałam nad tym od rana do wieczora. Długość dni letnich sprzyjała mojej chęci do roboty.
— I czuła się pani zadowolona z wyników swojej gorączkowej pracy?
— O, bynajmniej! Dręczył mnie kontrast pomiędzy pomysłem a wykonaniem. W każdym wypadku wyobraziłam sobie coś, czego nie potrafiłam osiągnąć.
— Niezupełnie. Pochwyciła pani cień swojej myśli, być może, że nie więcej. Nie miała pani dosyć artystycznej umiejętności i wiedzy, żeby nadać jej pełne życie, ale rysunki są, jak na pensjonarkę, szczególne. Pomysły pochodzą z krainy bajek. Te oczy Gwiazdy Wieczornej musiała pani widzieć we śnie. Jak mogła im pani nadać to jasne spojrzenie, chociaż one same nie są wcale jasne, gdyż księżyc powyżej gasi ich promienie? A jakie ma znaczenie ta ich uroczysta głębia? Kto panią nauczył malować wiatr? Jest silny wiatr tam na niebie i na tym szczycie wzgórka. Gdzie pani widziała Latmos? Bo to jest Latmos. No! Niech pani zabiera te rysunki!
Zaledwie zdążyłam zawiązać tasiemki teki, gdy spojrzawszy na zegarek, zawołał nagle:
— Dziewiąta godzina! Co pani robi, panno Eyre, żeby Adelę tak długo przetrzymywać? Niech ją pani zaprowadzi spać.
Adela poszła pocałować go, zanim wyszłyśmy z pokoju. Zniósł ten kares, ale widocznie nie zrobiło mu to większej przyjemności, niż zrobiłoby Pilotowi, a może nawet mniejszą.
— A teraz wszystkim wam mówię „dobranoc” — rzekł, ruchem ręki wskazując drzwi, jak gdyby na znak, że ma dosyć naszego towarzystwa i pragnie nas odprawić.
Pani Fairfax złożyła swoją robotkę, ja wzięłam tekę, ukłoniłyśmy się, otrzymałyśmy w zamian zimny ukłon i wyszłyśmy.
— Pani powiedziała, że pan Rochester nie jest dziwaczny, pani Fairfax — zauważyłam, gdy położywszy spać Adelę, przyszłam do niej do jej pokoju.
— Czy pani uważa, że jest?
— Tak mi się wydaje, jest bardzo nierówny i gwałtowny.
— Prawda, niewątpliwie musi się takim wydawać komuś obcemu, jednak ja tak się przyzwyczaiłam do jego maniery, że nigdy o tym nie myślę. Ale też, jeżeli ma jakieś dziwactwo w swym usposobieniu, trzeba mu to wybaczyć.
— Dlaczego?
— Po części, ponieważ to leży w jego naturze, a nikt z nas za swoją naturę nie odpowiada, a po części też dlatego, że ma niewątpliwie przykre myśli, które go dręczą i wpływają na nierówność jego humoru.
— Przykre myśli dotyczące czego?
— Zmartwień rodzinnych przede wszystkim.
— Ależ on nie ma rodziny.
— Teraz nie, ale miał... A przynajmniej krewnych. Stracił starszego brata kilka lat temu.
— Starszego brata?
— Tak. Obecny pan Rochester od niezbyt dawna jest właścicielem tej majętności, dopiero od dziewięciu lat mniej więcej.
— Dziewięć lat to czas dosyć długi. Czy tak bardzo kochał tego brata, że dotychczas po jego stracie jest niepocieszony?
— No nie, może nie. Zdaje mi się, że były jakieś nieporozumienia między nimi. Pan Rowland Rochester był niezupełnie sprawiedliwy względem pana Edwarda i może źle nastawił ojca wobec niego. Stary pan bardzo kochał pieniądze i dbał o to, by dobra rodzinne pozostały w jednym ręku. Nie chciał dzielić majątku, a jednak chodziło mu o to, aby i pan Edward był bogaty, dla podtrzymania znaczenia nazwiska. Toteż wkrótce po jego dojściu do pełnoletności poczyniono jakieś kroki, coś, co było nie bardzo ładne i co spowodowało wiele złego. Stary pan Rochester i pan Rowland wprowadzili pana Edwarda w jakieś bardzo przykre położenie, byle go uczynić bogatym. Na czym to przykre położenie polegało, tego ja się nigdy dokładnie nie dowiedziałam, ale on nie mógł znieść tego, co miał do ścierpienia. Niechętnie przebacza. Zerwał ze swoją rodziną i przez szereg lat prowadził bardzo niespokojne życie. Nie wiem, czy kiedy dłużej niż dwa tygodnie z rzędu przemieszkał w Thornfield od czasu, gdy śmierć brata bez testamentu uczyniła go panem tej majętności. I w istocie, nic dziwnego, że unika starego domu.
— Dlaczego miałby go unikać?
— Może mu się wydaje ponury.
Odpowiedź była wymijająca. Byłabym wolała usłyszeć coś wyraźniejszego, ale pani Fairfax albo nie mogła, albo nie chciała dać mi szczegółowych objaśnień co do powodu i natury przejść pana Rochestera. Twierdziła, że dla niej samej są one tajemnicą i że to, co wie, czerpie przeważnie z domysłów. Zrozumiałam, że pragnie zmienić temat, co też uczyniłam.