tłum. Teresa Świderska

Rozdział XV

Pan Rochester kiedyś przy innej sposobności wytłumaczył mi to. Raz po południu przypadkiem spotkał się ze mną i z Adelą w ogrodzie, a gdy mała bawiła się wolantem i dokazywała z Pilotem, zaproponował mi, bym się z nim przeszła po długiej alei bukowej, skąd można było mieć dziewczynkę na oku.

Powiedział mi wtedy, że Adela była córką francuskiej baletnicy operowej, Celine Varens, do której niegdyś pałał gorącym afektem, une grande passion, jak się wyraził. Ten afekt Celine, wedle swoich zapewnień, podzielała z większym jeszcze zapałem. Wierzył, że chociaż brzydki, był jej bożyszczem, wierzył, że ona przenosi jego budowę atlety nad wytworność Apollina Belwederskiego.

— I, panno Eyre, tak mi schlebiały te względy galijskiej sylfidy, że zainstalowałem ją w pałacyku, sprawiłem jej całe wyposażenie, służbę, powóz, kaszmiry, diamenty, koronki itd. Słowem, zacząłem się rujnować w przyjęty sposób jak każdy inny zakochany żółtodziób. Jak gdyby mnie nie stać było na oryginalność, zamiast wytknąć sobie inną drogę, wiodącą do hańby i zepsucia, kroczyłem starym, utartym szlakiem z głupią dokładnością, byle nie zboczyć o cal z ubitego toru. Spotkał mnie, tak jak na to zasługiwałem, los wszystkich innych zakochanych głuptasów. Zaszedłszy przypadkiem pewnego wieczora, gdy mnie się Celine nie spodziewała, nie zastałem jej w domu. Wieczór był ciepły, a że byłem zmęczony chodzeniem po Paryżu, więc usiadłem w jej buduarze, szczęśliwy, że mogę oddychać powietrzem uświęconym niedawną jej obecnością. Nie, ja przesadzam, ja nigdy nie myślałem, by była w niej jakaś uświęcająca cnota, trąciła ona raczej wonią perfumowanej pastylki niż świętości. Powietrze, przesycone zapachem kwiatów i perfum, zaczynało mnie dusić, więc otworzyłem okno i wyszedłem na balkon. Świecił księżyc, świeciły również lampy gazowe, było cicho i pogodnie. Na balkonie stał fotel, siadłem i wyjąłem cygaro... Jeśli pani pozwoli, teraz też jedno wypalę.

Tu pan Rochester zrobił przerwę. Wyjął i zapalił cygaro, i wypuściwszy kilka kłębów wonnego dymu w mroźne, bezsłoneczne powietrze, mówił dalej:

— Ja i cukierki lubiłem w owych czasach, panno Eyre. I właśnie kolejno chrupałem czekoladki i paliłem cygaro, przyglądając się ekwipażom przejeżdżającym przez modne ulice ku pobliskiej operze, gdy w eleganckim, krytym powozie, zaprzężonym w parę pięknych angielskich koni, rozpoznałem la voiture, którą ofiarowałem Celine. Powóz zatrzymał się, jak się tego spodziewałem, przed bramą pałacyku. Moja flama (to właśnie jest odpowiednia nazwa dla takiej operowej kochanki) wysiadła. Chociaż była otulona w płaszcz, zupełnie niepotrzebnie, nawiasem mówiąc, w tak ciepły, czerwcowy wieczór, poznałem ją od razu po maleńkiej nóżce, widocznej spod sukni, gdy zeskakiwała ze stopnia powozu. Wychylając się z balkonu, miałem właśnie szepnąć „Mon ange!” tonem, naturalnie, dosłyszalnym jedynie dla ucha miłości, gdy jakaś druga postać wyskoczyła w ślad za nią, również otulona w płaszcz. Jednakże ta noga zabrzęczała ostrogą o trotuar i głowa w męskim kapeluszu przesunęła się pod sklepioną bramą pałacyku. Pani, panno Eyre, nigdy nie odczuła zazdrości, nieprawdaż? Naturalnie, że nie, nie potrzebuję pani pytać, ponieważ pani nigdy nie zaznała, co to miłość. Obydwa te uczucia pozna pani jeszcze z doświadczenia. Dusza pani śpi, musi przyjść jeszcze ten wstrząs, który ją obudzi. Pani sobie wyobraża, że całe życie potoczy się tak spokojnie, jak dotychczas pani młodość. Płynąc przed siebie z zamkniętymi oczyma i zatkanymi uszami, ani pani nie widzi skał podwodnych, ani nie słyszy rozbijających się o ich podstawę bałwanów. Ale ja pani mówię i niech pani zapamięta moje słowa: dojdzie pani kiedyś do skalistego przejścia w kanale, gdzie cały strumień życia rozbija się w wirach i zamęcie, w łoskocie i pianie. I albo ostre skały rozbiją panią na atomy, albo jakaś potężna fala dźwignie ją i uniesie spokojniejszym prądem, jak mnie w tej chwili. Lubię taki dzień, lubię to niebo stalowe. Lubię surowość i ciszę tego zmrożonego świata. Miłe jest mi Thornfield, jego staroświeckość, ustronność, stare drzewa, pełne wronich gniazd, i ciernie, i szara fasada domu, i rzędy ciemnych okien, odbijających to metalowe niebo. A jednak jakże długo nienawidziłem samej myśli o nim, stroniłem od niego jak od siedliska zarazy! Jak ja dotychczas nienawidzę...

Zgrzytnął zębami i zamilkł. Wstrzymał kroki i tupnął o stwardniałą ziemię, jak gdyby jakaś myśl nienawistna chwyciła go w kleszcze i trzymała tak, że nie mógł ruszyć z miejsca.

Wracaliśmy aleją, gdy w ten sposób stanął. Dom był przed nami. Podnosząc oczy do jego blanków, rzucił ponad nie spojrzenie, jakiego nigdy przedtem ani potem nie widziałam. Ból, wstyd, gniew, zniecierpliwienie, wstręt, nienawiść zdawały się staczać walkę w wielkich, rozszerzonych źrenicach pod kruczymi brwiami. Dziko zmagały się te porywy, walcząc, który będzie górą... A jednak inne uczucie powstało i odniosło triumf — coś, co było twarde i sceptyczne, samowolne i zdecydowane. Uśmierzyło jego wzburzenie i stężałością powlokło mu twarz. Mówił dalej:

— Gdy milczałem, panno Eyre, toczyłem spór z moim losem. Stał tam pod tym bukiem, w postaci wiedźmy, jak jedna z tych, które ukazały się Makbetowi na wrzosowisku w Forres. „Miłe ci jest Thornfield?”, zapytała, podnosząc palec. A wtedy wypisała w powietrzu przestrogę, która płomiennymi zgłoskami przebiegła wzdłuż frontu domu, pomiędzy górnym a dolnym rzędem okien. „Niech ci będzie miłe, jeżeli zdołasz! Niech ci będzie miłe, jeśli się odważysz!”. „Będzie mi miłe”, odpowiedziałem, „Odważę się je lubić!”. I — dodał z uporem — dotrzymam słowa. Przełamię przeszkody na drodze do szczęścia, na drodze do dobroci... Tak, do dobroci. Pragnę być lepszym człowiekiem, niż dotychczas byłem, niż jestem. A jak lewiatan złamał dzidę Hioba, strzałę i napierśnik zbroi, tak ja zapory, które innym wydają się z żelaza i spiżu, zmiażdżę jak słomę i zmurszałe drewno!

Adela przebiegła mu drogę z wolantem.

— Idź sobie! — krzyknął ostro. — Trzymaj się z daleka, dziecko, albo wracaj do domu, do Sophie!

Ponieważ szedł dalej w milczeniu, odważyłam się przywołać go do punktu, w którym tak nagle zboczył.

— Czy zszedł pan z balkonu z chwilą, kiedy panna Varens weszła?

Lękałam się trochę, że się obruszy na to tak może nie w porę zadane pytanie. On tymczasem, jak gdyby się budził z chmurnego zamyślenia, zwrócił ku mnie oczy i rozpogodził czoło.

— Ach, zapomniałem o Celine! Więc będę mówił dalej. Gdy ujrzałem moją nadobną przyjaciółkę, wchodzącą w towarzystwie kawalera, stary wąż zazdrości wpił się w serce. To dziwne! — zawołał, nagle odbiegając od rzeczy. — To dziwne, że ja panią wybieram na powierniczkę tego wszystkiego. A najdziwniejsze, że pani słucha mnie spokojnie, jakby to było najzwyklejsza rzecz na świecie, że mężczyzna taki jak ja opowiada historię o swoich operowych kochankach takiej jak pani, młodej, niedoświadczonej dziewczynie! Ale ja już raz o tym wspomniałem: pani, ze swoją powagą, rozsądkiem i ostrożnością, stworzona jest do odbierania zwierzeń. Zresztą wiem, z jaką duszą przestaje moja dusza. Wiem, że to dusza, której nie chwyta się zaraza. To wyjątkowa dusza, jedyna w swoim rodzaju. Na szczęście ja nie zamierzam jej skrzywdzić, a gdybym nawet zamierzał, ona nie przejęłaby niczego złego ode mnie. Im więcej przeto rozmawiamy ze sobą, tym lepiej, bo gdy ja nie mogę duszy twojej zatruć, pani moją duszę odświeża i rzeźwi.

To powiedziawszy, po chwili namysłu opowiadał dalej:

— Pozostałem na balkonie. „Niewątpliwie przyjdą do jej buduaru”, pomyślałem, „niechże sobie przygotuję zasadzkę”. Wsunąwszy rękę przez otwarte drzwi, zaciągnąłem na nie portierę, pozostawiając tylko szparę, przez którą mogłem prowadzić obserwację. Następnie przymknąłem drzwi, nie domykając ich zupełnie, tak, ażeby szept zaklęć miłosnych mógł do mnie dochodzić. Wtedy powróciłem na fotel, a w chwili gdy usiadłem, weszli oboje. Czym prędzej okiem przywarłem do szpary. Weszła pokojówka Celine, zaświeciła lampę, postawiła ją na stole i wyszła. Tym sposobem jasno mogłem widzieć tę parę. Oboje pozdejmowali płaszcze i oto stała tam „la Varens”, strojna, w atłasach i klejnotach (moich darach oczywiście), a obok niej jej towarzysz w oficerskim mundurze. Poznałem w nim od razu pewnego wicehrabiego, pełnego nałogów idiotę. Spotykałem go niekiedy w towarzystwie. Nawet znienawidzić bym go nie potrafił, tak bezwzględnie nim pogardzałem. Zaledwie go poznałem, poczułem, że zazdrość kąsać mnie przestaje, gdyż równocześnie miłość moja dla Celine zgasła. Kobieta, która mogła mnie zdradzać z takim rywalem, nie była warta, by się o nią ubiegać. Zasługiwała jedynie na wzgardę, mniej jednakże niż ja, który się jej dałem oszukać. Tamci dwoje zaczęli rozmawiać. Rozmowa ich przyniosła mi ulgę ostateczną: płytka, bezduszna, interesowna, bez serca i bez sensu, mogła raczej znużyć niż do wściekłości doprowadzić słuchacza. Mój bilet wizytowy leżał na stole, to dało powód do rozmowy o mnie. Żadne z nich nie potrafiło obgadać mnie rzetelnie. Brakło im energii czy dowcipu, ale obmawiali mnie tak ordynarnie, jak tylko umieli, na swój małostkowy sposób. Celine zwłaszcza rozwodziła się z upodobaniem nad brakami w mojej powierzchowności, które nazywała kalectwem... A trzeba wiedzieć, że było w jej zwyczaju wpadać w gorące zachwyty nad moją „beauté mâle”, jak się wyrażała, w czym różniła się stanowczo od pani, która mi powiedziała, nie owijając w bawełnę, za drugim widzeniem, że nie uważa mnie za przystojnego. Ten kontrast uderzył mnie wtedy i...

W tej chwili Adela podbiegła znowu.

Monsieur, John właśnie przyszedł powiedzieć, że jest pan administrator i pragnie się z panem zobaczyć.

— Ach! W takim razie muszę kończyć. Otworzywszy drzwi, wszedłem pomiędzy nich. Pozbawiłem Celine mojej opieki. Zapowiedziałem, że ma opuścić pałacyk. Ofiarowałem jej sakiewkę na natychmiastowe potrzeby. Nie zważałem na krzyki, łzy, prośby, zapewnienia, histeryczne ataki. Z panem wicehrabią umówiłem się na spotkanie w Lasku Bulońskim. Nazajutrz rano miałem przyjemność zmierzenia się z nim. Wpakowałem kulkę w jedno z jego cienkich, chudych ramion i już myślałem, że skończyłem z całą tą paczką. Na nieszczęście jednak Celine na pół roku przedtem obdarzyła mnie tą dziewczynką, Adelą, twierdząc, że to moja córka. I może nią jest, chociaż nie widzę dowodów takiego brzydkiego ojcostwa, wypisanych na jej twarzy. Pilot jest bardziej podobny do mnie niż ona. W kilka lat po zerwaniu kobieta ta porzuciła dziecko i uciekła do Włoch z jakimś muzykiem czy śpiewakiem. Nie uznawałem naturalnego prawa Adeli do mojej opieki i nie uznaję go i teraz, gdyż nie jestem jej ojcem. Jednakże słysząc, że jest w zupełnej nędzy, wyciągnąłem biedactwo z brudu i błota wielkomiejskiego i przeflancowałem ją tutaj, żeby sobie rosła czysto na zdrowym gruncie angielskiego, wiejskiego ogrodu. Pani Fairfax wyszukała panią na jej wychowawczynię. Ale teraz, skoro pani wie, że to nieprawy potomek francuskiej baletnicy, może pani inaczej spojrzy na swoje stanowisko i swoją wychowankę, może przyjdzie pani któregoś dnia do mnie z oznajmieniem, że znalazła pani inne miejsce, i poprosi mnie, bym się obejrzał za inną nauczycielką... No co?

— Nie, Adela nie jest odpowiedzialna ani za błędy matki, ani za pańskie. Nie mam powodu źle o niej myśleć, a teraz, gdy wiem, że nie ma rodziców, gdyż matka ją opuściła, a pan się jej wypiera, będzie mi jeszcze bliższa niż poprzednio. Jakże mogłabym przenosić rozpieszczone dziecko bogatej rodziny, niecierpiące swojej nauczycielki jak czegoś nieznośnego, nad samotną, małą sierotkę, garnącą się do mnie jak do przyjaciółki?

— Ach, więc w tym świetle pani rzecz widzi! No dobrze, ale ja teraz muszę wracać do domu i pani także niech wraca. Ściemnia się.

Jednakże pozostałam jeszcze kilka minut dłużej z Adelą i Pilotem. Goniłam się z nią, rozegrałyśmy partię wolanta. Wróciwszy do domu i rozebrawszy ją z paltocika i kapelusza, wzięłam ją na kolana i tak pozwoliłam jej siedzieć z godzinę i pleść, co jej się żywnie podobało. Nie karciłam jej nawet, gdy sobie trochę za wiele pozwalała, do czego była skłonna, kiedy się na nią zbytnio nie zwracało uwagi. Przebijała w niej płytkość charakteru, odziedziczona prawdopodobnie po matce, a tak niezgodna z duchowością angielską. Jednakże Adela miała swoje zalety, które gotowa byłam uznać jak najszczerzej. Szukałam w jej twarzy i w rysach podobieństwa do pana Rochestera, ale nie odnalazłam niczego takiego: żaden rys, żaden odcień wyrazu nie wykazywał pokrewieństwa. Żal mi jej było — gdyby tylko można było dowieść, że jest do niego podobna, ceniłby ją sobie więcej.

Dopiero po udaniu się na noc do swojego pokoju rozważyłam dokładnie to, co mi pan Rochester opowiedział. Wedle jego własnego wyznania, w treści tego przeżycia nie było prawdopodobnie nic tak dalece nadzwyczajnego: romans bogatego Anglika z francuską tancerką, jej zdrada — były to, niewątpliwie, w życiu towarzyskim rzeczy dość częste. Jednakże było coś stanowczo niezwykłego w paroksyzmie wzruszenia, jakie go nagle ogarnęło w chwili, gdy okazywał zadowolenie ze swego obecnego nastroju, gdy mówił o uroku, jaki zaczął odnajdywać w starym domu i jego otoczeniu. Dziwiąc się, rozmyślałam nad tym zajściem. Stopniowo jednak, nie mogąc go sobie na razie wytłumaczyć, przeszłam myślą do rozważania stosunku zwierzchnika mojego do mnie. Zwierzenia wydały mi się hołdem złożonym mojej dyskrecji — jako taki je przyjęłam i jako taki ceniłam. Zachowanie jego względem mnie, teraz, od kilku tygodni, stało się równiejsze i bardziej jednostajne niż początkowo. Nigdy już nie miałam wrażenia, że mu zawadzam. Nie nachodziły go nastroje mrożącej wyniosłości. Jeśli mnie spotkał niespodziewanie, spotkaniu widocznie bywał rad. Miał zawsze słówko, a niekiedy uśmiech dla mnie. Gdy przychodziłam, przyzwana formalnym zaproszeniem, zaszczycał mnie taką serdecznością przyjęcia, że czułam, iż rzeczywiście posiadam umiejętność rozerwania go i że te wieczorne pogawędki przynoszą mu istotnie przyjemność, a mnie korzyść.

Ja, co prawda, stosunkowo mało mówiłam, ale lubiłam niezmiernie słuchać, gdy on opowiadał. Pan Rochester był z natury rozmowny. Lubił przed oczami nieznającymi świata roztaczać jego widoki i dzieje (nie widoki zepsucia ani grzeszne dzieje, ale te, które ciekawe były ze względu na wielką widownię, na znamionującą je szczególną dla mnie nowość). Ja zaś doznawałam żywej rozkoszy, przyjmując nowe myśli, które mi poddawał, wyobrażając sobie nowe obrazy, jakie kreślił, idąc myślą w ślad za nim przez nowo odkrywane mi światy, nigdy nieprzestraszona ani niezmieszana najlżejszą niewłaściwą aluzją.

Łatwość jego obejścia uwolniła mnie od przykrego skrępowania. Przyjacielska szczerość — równie właściwa, jak serdeczna — z którą mnie traktował, pociągała mnie ku niemu. Miałam niekiedy wrażenie, jakby raczej był krewnym moim niż zwierzchnikiem. Przybierał niekiedy ton rozkazujący, ja tego jednak nie brałam do serca. Wiedziałam, że takie już jest jego obejście.

Poczułam się tak zadowolona i szczęśliwa, gdy to nowe zainteresowanie przybyło mi w życiu, że przestałam tęsknić za towarzystwem ludzi. Mój los dotąd, jak obrączka cieniutkiego księżyca w nowiu, zdawał się rosnąć, poszerzać. Pustki istnienia wypełniły się, fizycznie poprawiło się moje zdrowie, przytyłam, nabrałam sił.

Czy pan Rochester był teraz brzydki w moich oczach? Nie. Wdzięczność i wiele innych związanych z nią miłych i pogodnych wrażeń uczyniły mi jego twarz ulubionym widokiem dla oczu. Obecność jego w pokoju rozgrzewała lepiej niż najsutszy ogień. Nie zapomniałam mimo to o jego wadach i zapomnieć o nich nie mogłam, gdyż często je przede mną odkrywał. Był dumny, sarkastyczny, szorstki dla wszystkiego co niższe. W cichości serca wiedziałam, że jego wielką dobroć względem mnie równoważyła niesprawiedliwa surowość wobec wielu innych ludzi. Humor miał kapryśny i to bez powodów. Nieraz, gdy przychodziłam, wezwana, by mu czytać, zastawałam go w bibliotece samego, z głową opartą na złożonych rękach. A gdy podnosił oczy, na twarzy jego zalegała ciężka, ponura, niemal złośliwa chmura. Wierzyłam jednak, że jego złe humory, szorstkość i dawniejsze niemoralne wybryki (mówię dawniejsze, gdyż obecnie, zdaje się, już ich nie miewał) pochodziły z jakichś okrutnych powikłań losu. Wierzyłam, że był z natury człowiekiem o lepszych dążnościach, wyższych zasadach i czystszych zamiłowaniach niż te, które okoliczności w nim rozwinęły, wychowanie wszczepiło czy też los wzmagał. Myślałam, że są w nim doskonałe pierwiastki, choć na razie nadpsute, powikłane. Nie mogę zaprzeczyć, że martwiłam się jego zmartwieniem, czymkolwiek by ono było, i że wiele bym za to była dała, by móc mu przynieść ulgę.

Chociaż już zgasiłam świecę i położyłam się do łóżka, nie mogłam usnąć — wciąż myślałam o wyrazie jego twarzy, gdy zatrzymał się w alei i powiedział, że los jego stanął przed nim i odmówił mu szczęścia w Thornfield.

— Dlaczego? — zadawałam sobie pytanie. — Co go od tego domu odstręcza? Czy znowu opuści go wkrótce? Pani Fairfax mówiła, że rzadko pozostaje tutaj dłużej niż dwa tygodnie z rzędu, a teraz już osiem tygodni tu bawi. Jeżeli wyjedzie, jakżeż smutna nastąpi tu zmiana! Przypuśćmy, że byłby nieobecny przez wiosnę, lato i jesień, jak pozbawione radości wyda się światło słońca i piękne, pogodne dni.

Sama nie wiem, czy zasnęłam czy nie po tych rozmyślaniach. Tyle wiem, że zerwałam się zupełnie trzeźwa, usłyszawszy jakiś nieokreślony pomruk, dziwny i posępny, rozlegający się, wydało mi się, tuż nade mną. Żałowałam, że zgasiłam świecę, noc była strasznie ciemna. Ogarnęło mnie przygnębienie. Podniosłam się i siadłam na łóżku, nasłuchując. Odgłos ów ucichł.

Starałam się znów zasnąć, jednakże serce biło we mnie niespokojnie. Pierzchnął mój spokój wewnętrzny. Zegar w hallu wybił drugą. Właśnie w tej chwili wydało mi się, że drzwi mojego pokoju coś dotknęło, jak gdyby czyjeś palce przesunęły się po desce, szukając drogi wzdłuż ciemnego korytarza. „Kto tam?” — zapytałam. Nie było odpowiedzi. Zimny strach przejął mnie dreszczem.

Nagle przypomniałam sobie, że mógłby to być Pilot, który, o ile drzwi od kuchni były przypadkiem otwarte, wymykał się niekiedy i przychodził przed próg drzwi pana Rochestera. Nieraz go widywałam rano tam leżącego. Ta myśl uspokoiła mnie nieco, położyłam się. Cisza koi nerwy, a że nieprzerwany spokój panował teraz w całym domu, zaczęłam odczuwać senność na nowo. Nie było mi jednak sądzone spać tej nocy. Zaledwie sen zaczął kleić mi powieki, pierzchnął, spłoszony odgłosem ścinającym krew w żyłach.

A był nim śmiech jakiś szatański — półgłośny, przytłumiony i głęboki, dochodzący, zdawałoby się, spod samych drzwi mojego pokoju. Łóżko moje głowami stało tuż przy nich, tak że w pierwszej chwili pomyślałam, iż ta szatańsko śmiejąca się zjawa stoi obok mojego posłania albo raczej czai się przy mojej poduszce. Wstałam i rozejrzałam się, niczego jednak dojrzeć nie mogłam. Gdy się wciąż jeszcze rozglądałam, niesamowity dźwięk powtórzył się — teraz wiedziałam, że płynie on zza drzwi. Odruchowo najpierw zerwałam się i zasunęłam rygiel, a potem znów zawołałam: „Kto tam jest?”.

Coś odezwało się jakimś gardłowym głosem i jęknęło. Niebawem usłyszałam, że kroki oddalają się wzdłuż galerii ku schodom trzeciego piętra. W ostatnich czasach wprawiono tam drzwi, by móc to piętro zamykać. Usłyszałam otwieranie i zamykanie tych drzwi i zaległa cisza.

„Czyżby to była Grace Poole? I czyżby ona była opętana przez diabła?” — pomyślałam. Nie mogłam już dłużej wytrzymać w samotności, chciałam pójść do pani Fairfax. Spiesznie narzuciłam na siebie suknię i szal, odsunęłam rygiel i drżącą ręką otworzyłam drzwi. Tuż za drzwiami, na chodniku galerii stał lichtarz z palącą się świecą. Zdziwiła mnie ta okoliczność, więcej jednak jeszcze zdumiałam się, spostrzegłszy, że powietrze jest zupełnie ciemne, jak gdyby pełne dymu. I rozglądając się w prawo i w lewo, by dojść, skąd płyną te błękitne kłęby, poczułam silną woń spalenizny.

Coś lekko skrzypnęło. Były to otwarte drzwi pokoju pana Rochestera — to stamtąd dym kłębami się wydzierał. Już nie myślałam o pani Fairfax ani o Grace Poole, ani o śmiechu. W jednej chwili byłam w pokoju. Ogniste języki tańczyły dokoła posłania, kotara nad łóżkiem stała w płomieniach. Otoczony żarem i dymem, pan Rochester leżał bez ruchu, głęboko uśpiony.

— Proszę wstać! Niech pan wstanie! — wołałam.

Potrząsnęłam nim, ale on tylko mruknął coś i odwrócił się: dym go odurzył. Nie było chwili do stracenia, już nawet prześcieradła zaczynały się palić. Skoczyłam po jego miednicę i dzbanek, na szczęście miska była obszerna, a dzbanek głęboki — jedno i drugie pełne wody. Dźwignęłam je, oblałam łóżko i śpiącego, pobiegłam do mojego pokoju, przyniosłam stamtąd drugi dzbanek z wodą, zlałam posłanie raz jeszcze i z Bożą pomocą udało mi się ugasić płomienie, które już je pożerały.

Syk gaszonego żywiołu, łoskot tłukącego się dzbanka, który wyślizgnął mi się z rąk, a nade wszystko zimna kąpiel, której nie pożałowałam, obudziły wreszcie pana Rochestera. Chociaż było ciemno, wiedziałam, że już nie śpi, ponieważ słyszałam, jak jakieś dziwne przekleństwa miotał, poczuwszy, że leży w kałuży wody.

— Czy to potop? — wołał.

— Nie, panie — odpowiedziałam — ale był tu pożar. Niech pan wstaje, proszę, jest pan przemoczony do nitki. Przyniosę panu świecę.

— W imię wszystkich elfów w chrześcijańskim świecie, czy to Jane Eyre? — zapytał. — Co pani ze mną zrobiła, czarownico mała? Kto jest w pokoju prócz pani? Czy pani chciała mnie utopić?

— Przyniosę panu świecę i, na miłość boską, niechże pan wstaje. Tu ktoś uknuł zamach na pańskie życie, musi pan prędko zbadać, kto to i co jest w tym...

— No! Otóż i wstałem, ale, broń Boże, niechże pani jeszcze świecy nie przynosi. Niech pani poczeka parę minut, aż włożę na siebie suche ubranie, jeżeli znajdę coś suchego... O, tak... Oto mój szlafrok. A teraz niech pani biegnie!

Pobiegłam i przyniosłam świecę, która wciąż jeszcze stała na korytarzu. Wziął ją z mojej ręki, podniósł, obejrzał łóżko, całe sczerniałe i osmolone, z przemokłą pościelą. Dywan koło łóżka pływał w wodzie.

— Co to jest? Kto to zrobił? — zapytał.

Opowiedziałam mu krótko o wszystkim, co zaszło: o tym dziwnym śmiechu, który posłyszałam na korytarzu, o krokach zdążających na trzecie piętro, o dymie i woni spalenizny, która zaprowadziła mnie do jego pokoju, o tym, co tutaj zastałam i o tym, jak wylałam na niego wodę, którą miałam pod ręką.

Słuchał bardzo poważnie. Twarz jego podczas mego opowiadania wyrażała więcej smutku niż zdziwienia. Nie od razu przemówił, chociaż skończyłam.

— Czy mam poprosić panią Fairfax? — zapytałam.

— Panią Fairfax? Nie, po cóż, u licha, chciałaby ją pani wołać? Cóż ona pomoże? Niech sobie śpi spokojnie.

— W takim razie pójdę po Leah, obudzę Johna i jego żonę.

— Ależ nie, niech się pani nie rusza. Ma pani na sobie szal. Jeżeli pani nie dosyć ciepło, może pani włożyć mój płaszcz. Niech się pani w niego otuli i usiądzie w fotelu. Tak, włożę go na panią. A teraz niech pani na tym stołku oprze nogi, żeby ich nie zamoczyć. Opuszczę panią na kilka minut. Świecę zabiorę. Niech pani tu siedzi, dopóki nie wrócę, i niech pani zachowuje się cichutko. Ja muszę pójść na drugie piętro. Niechże się pani nie rusza, proszę pamiętać, i niech pani nikogo nie woła!

Wyszedł. Patrzyłam na oddalające się światło. Przeszedł przez galerię bardzo cicho, jak najciszej otworzył drzwi na schodach i zamknął je za sobą, a wtedy ostatni promień światła zgasł. Pozostałam w zupełnej ciemności. Nasłuchiwałam jakiegoś odgłosu, ale nic nie było słychać. Trwało to bardzo długo. Zaczęło mnie opanowywać zmęczenie. Zimno mi było pomimo płaszcza, a poza tym nie rozumiałam, po co mam czekać, skoro i tak nie mam budzić domu. Już miałam narazić się na niezadowolenie i odejść wbrew poleceniu pana Rochestera, gdy światło znowu mignęło na ścianie korytarza i usłyszałam kroki na chodniku. „Myślę, że to on, a nie co gorszego” — przebiegło mi przez głowę.

Pan Rochester wszedł, blady i bardzo zasępiony.

— Wykryłem wszystko — powiedział, stawiając świecę na umywalni. — Jest tak, jak przypuszczałem.

— To znaczy jak? — zapytałam.

Nie odpowiedział, stał z założonymi rękoma, patrząc w ziemię. W końcu po kilku minutach zapytał jakimś szczególnym tonem:

— Nie pamiętam... Czy pani mówiła, że widziała coś, otworzywszy drzwi swego pokoju?

— Nie, panie, zobaczyłam tylko lichtarz na podłodze.

— Ale słyszała pani jakiś śmiech niesamowity? Ten śmiech: czy słyszała już pani kiedyś coś podobnego?

— Tak, panie. Jest tam kobieta, która tutaj szyje, nazywa się Grace Poole. To ona się w ten sposób śmieje. To dziwna osoba.

— Ot właśnie. Grace Poole... Zgadła pani. Ona jest, jak się pani wyraziła, dziwna... Bardzo. No dobrze, ja się nad tym zastanowię. Tymczasem rad jestem, że pani jedyna, oprócz mnie, zna dokładnie szczegóły zajścia dzisiejszej nocy. Pani nie jest gadatliwym głuptasem, niech pani nic o tym nie mówi. Ja już jakoś wytłumaczę to, co się tutaj stało — tu wskazał łóżko — a pani niech teraz wraca do swojego pokoju. Ja zupełnie dobrze spędzę resztę nocy na kanapie w bibliotece. Już dochodzi czwarta, za dwie godziny służba będzie na nogach.

— A więc dobranoc panu — rzekłam, zabierając się do odejścia.

Wydał się zdziwiony — bardzo niekonsekwentnie, co prawda, gdyż sam dopiero co powiedział, że mam już pójść.

— Co? — zawołał. — Opuszcza mnie pani, i to w ten sposób?

— Pan powiedział, że mogę już odejść.

— Ale nie bez pożegnania, nie bez paru słów podziękowania i wdzięczności z mojej strony, nie w ten nagły, oschły sposób. Pani mi przecież ocaliła życie! Wyrwała mnie pani okropnej, pełnej mąk śmierci! I tak pani przechodzi koło mnie, jak gdybyśmy sobie byli zupełnie obcy! Przynajmniej rękę niech mi pani poda!

Wyciągnął rękę. Podałam mu swoją. Ujął ją najpierw jedną, potem obiema dłońmi.

— Ocaliła mi pani życie. Błogo mi, że winien jestem pani dług tak niezmierny. Więcej powiedzieć nie mogę. Nie ścierpiałbym nikogo w roli wierzyciela za takie dobrodziejstwo. Ale pani to co innego... Mnie pani dobrodziejstwa nie ciążą, panno Jane.

Umilkł i patrzył na mnie. Słowa, prawie widoczne, drżały mu na wargach, ale głos ich nie wypowiedział.

— Jeszcze raz dobranoc panu — rzekłam. — Nie ma żadnego długu, dobrodziejstwa, ciężaru czy wdzięczności w tym wypadku.

— Ja wiedziałem — mówił dalej — że kiedyś, w jakiś sposób dobro przez panią, panno Jane, na mnie spłynie... Wyczytałem to w twoich oczach, gdy po raz pierwszy cię ujrzałem. Ich wyraz i uśmiech nie... — tu znowu urwał — nie — mówił dalej szybko — nie nadaremnie tak błogo wzruszył samą głąb mojego serca. Ludzie mówią o wrodzonych sympatiach, słyszałem też o duchach dobrych. Są ziarna prawdy w najbardziej fantastycznych bajkach. Moja umiłowana wybawicielko, dobranoc!

Dziwna energia była w jego głosie, dziwny ogień w jego spojrzeniu.

— Cieszę się, iż tak się przypadkiem zdarzyło, że właśnie nie spałam — odparłam i znów chciałam odejść.

— Co? Chce pani iść koniecznie?

— Zimno mi, panie.

— Zimno? Tak... I stoisz w kałuży wody! Idź więc, panno Jane, idź!

Ale wciąż jeszcze trzymał moją rękę, a ja nie mogłam jej uwolnić. Przyszedł mi na myśl pewien fortel.

— Zdaje mi się, że słyszę, że pani Fairfax się rusza — powiedziałam.

— A więc odejdź... Dobranoc! — wypuścił moją rękę, a ja poszłam do siebie.

Położyłam się z powrotem, ale nie było mowy o śnie. Dopóki dzień nie zaświtał, kołysałam się na niespokojnym morzu, gdzie bałwany troski toczyły się pod wierzchnią pianą radości. Zdawało mi się chwilami, że poza dzikim odmętem wód widzę brzeg rozkoszny. Raz po raz też rześki powiew, wzbudzony nadzieją, niósł triumfalnie ducha mego ku przystani. Nie mogłam jej jednak dosięgnąć, nawet wyobraźnią — przeciwny wiatr wiał od lądu i stale mnie odpychał. Rozum opierał się szaleństwu, zdrowy sąd walczył z żarem uczucia. Nazbyt rozgorączkowana, żeby zasnąć, wstałam, gdy tylko dzień zaświtał.