I pragnęłam, i lękałam się zarazem zobaczyć pana Rochestera nazajutrz po tej bezsennej nocy. Pragnęłam głos jego znów usłyszeć, ale lękałam się spotkania z jego oczami. Podczas rannych lekcji w każdej chwili spodziewałam się, że przyjdzie. Nieczęsto zaglądał do naszego szkolnego pokoju, ale niekiedy wstępował tam na parę minut, a tego dnia miałam wrażenie, że z pewnością przyjdzie.
Tymczasem ranek minął jak zwykle. Nic nie przerwało zwykłego biegu nauki Adeli, tylko zaraz po śniadaniu usłyszałam ruch po stronie pokoju pana Rochestera, strzępki rozmów pani Fairfax, Lei i kucharki (czyli żony Johna), a nawet szorstki głos samego Johna. Rozlegały się okrzyki: „Co za szczęście, że pan się nie spalił w łóżku!”, „Jak to zawsze niebezpiecznie trzymać świecę zapaloną w nocy!”, „Jak to dobrze, że nie stracił przytomności i pamiętał o dzbanku z wodą!”, „Dziwię się, że nikogo nie obudził!”, „Miejmy nadzieję, że się nie przeziębił, śpiąc na kanapie w bibliotece!” itp.
Po różnych opowieściach przyszły odgłosy szorowania, wycierania i porządkowania, a gdy schodziłam na dół na obiad, zobaczyłam przez otwarte drzwi, że wszystko już wróciło do porządku — łóżko jedynie pozbawione było zasłon. Leah stała przy oknie, czyszcząc szyby, okopcone dymem. Miałam ochotę zagadnąć ją, gdyż byłam ciekawa, jak pan Rochester wytłumaczył całą sprawę. Zbliżywszy się, ujrzałam jednak drugą osobę w pokoju — kobietę siedzącą na krześle przy łóżku i przyszywającą kółka do świeżej zasłony. Kobietą tą, ku mojemu zdumieniu, była Grace Poole.
Siedziała tam, spokojna i milcząca jak zwykle, w brązowej, wełnianej sukni, kraciastym fartuchu, białej chusteczce i czepku. Była pilnie zajęta swoją robotą i ta widocznie pochłaniała wszystkie jej myśli. Na jej pospolitej twarzy nie było znać bladości ani zgnębienia, jakie spodziewałam się ujrzeć na obliczu kobiety, która popełniła zamach morderczy i którą upatrzona jej ofiara odszukała kilka godzin temu w jej jaskini (tak przynajmniej sądziłam) i wyrzucała jej zamierzoną zbrodnię. Zdumiałam się, osłupiałam. Spojrzała na mnie, podczas gdy ja wciąż na nią patrzyłam. Nie drgnęła, nie zmieniła się na twarzy, nic nie zdradzało wzruszenia, świadomości winy czy też obawy odkrycia. Powiedziała „Dzień dobry pani” — flegmatycznie, krótko jak zawsze — wzięła nowe kółko i nitkę i szyła dalej.
„Wystawię ją na próbę — pomyślałam — taka skrytość i bezczelność przechodzi ludzkie pojęcie!”.
— Dzień dobry, Grace! — powiedziałam. — Czy się coś tutaj stało? Zdawało mi się, że słyszałam, jak wszyscy razem rozmawialiście tu przed chwilą.
— To tylko pan czytał w łóżku wczoraj w nocy. Zasnął, nie zgasiwszy świecy, i zasłona się zapaliła. Na szczęście jednak obudził się, zanim się pościel i drzewo zajęły, i udało mu się wodą z dzbanka ugasić płomienie.
— Dziwna sprawa! — rzekłam po cichu, a potem, wpatrując się w nią, dodałam: — Czy pan Rochester nikogo nie obudził? Nikt nie słyszał ruchu w jego pokoju?
Podniosła znowu wzrok na mnie, ale tym razem jak gdyby błysk czujności pojawił się w jej oczach. Zdawało mi się, że bada mnie ostrożnie. Po chwili odpowiedziała:
— Służące tak daleko śpią, pani wie, trudno, żeby usłyszały. Pokoje pani Fairfax i pani najbliższe są pokoju pana, ale pani Fairfax powiada, że nic nie słyszała. Ludzie starsi miewają mocny sen. — Przerwała, a potem dodała, niby to obojętnie, ale z naciskiem i tonem znaczącym: — Ale pani jest młoda i przypuszczam, że pani ma lekki sen. Może pani słyszała jaki hałas?
— Tak jest, słyszałam — odparłam, zniżając głos, tak ażeby mnie Leah, wycierająca jeszcze szyby, nie dosłyszała — i początkowo myślałam, że to Pilot. Ale Pilot nie potrafi się śmiać, a ja jestem pewna, że słyszałam śmiech i to bardzo dziwny śmiech.
Wzięła nową nitkę, nawoskowała ją starannie, pewną ręką nawlokła igłę, po czym zauważyła z zupełnym spokojem:
— Trudno przypuszczać, proszę pani, żeby to pan się śmiał, skoro był w takim niebezpieczeństwie. Musiało się pani śnić.
— Nie śniło mi się — odpowiedziałam trochę porywczo, gdyż podrażnił mnie jej bezczelny spokój. Znowu popatrzyła na mnie tymi samymi badawczymi, tającymi coś oczyma.
— Czy pani powiedziała panu, że słyszała ten śmiech? — zapytała.
— Nie miałam sposobności rozmawiać z panem dziś rano.
— Nie przyszło pani do głowy, żeby otworzyć drzwi i wyjrzeć na galerię? — pytała dalej.
Zdawało mi się, że mnie podpytuje, licząc na to, że mimo woli zdradzę się z jakąś informacją. Przyszło mi na myśl, że gdyby odkryła, iż ja wiem o jej winie, a choćby ją o nią posądzam, że wtedy wywarłaby na mnie jakąś złośliwą zemstę. Toteż pomyślałam, że należy się strzec.
— Przeciwnie — odpowiedziałam — zaryglowałam drzwi mojego pokoju.
— A więc nie zamyka pani codziennie drzwi swoich na zasuwkę, zanim się pani położy?
„Diablica! Ona chce poznać moje zwyczaje, by odpowiednio układać swe plany!”. Oburzenie znowu przeważyło względy przezorności, odpowiedziałam jej ostro:
— Dotychczas nieraz zaniedbywałam zasunąć rygiel. Nie sądziłam, by to było potrzebne. Nie wiedziałam, że w Thornfield można się obawiać jakichś niebezpieczeństw albo zamachów. Ale odtąd — te słowa wymówiłam z naciskiem — będę pilnie dbała, by się dobrze zabezpieczyć, zanim się odważę spocząć.
— I bardzo mądrze pani zrobi — odpowiedziała. — Ta okolica jest tak spokojna jak rzadko która. I od czasu, jak dom stoi, nigdy nie słyszałam, żeby tu na dwór napadali złodzieje albo włamywacze, choć jest tam sreber za setki funtów w schowku, jak wszystkim wiadomo. I, widzi pani, jak na tak wielki dom, bardzo tu mało jest służby, ponieważ pan nigdy tu dłużej nie mieszkał, a nawet kiedy przyjeżdża, jako kawaler niewiele usługi potrzebuje. Ale ja zawsze myślę, że lepiej jest przesadzić, niż nie dosadzić. Łatwo jest drzwi zamknąć, a nigdy nie zawadzi odgrodzić się zasuniętym ryglem od jakiegokolwiek przypadku. Wielu ludzi, proszę pani, spuszcza się we wszystkim na Opatrzność, ale ja zawsze powiadam, że strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Tu zakończyła swoją przemowę — długą jak na nią i wypowiedzianą ze skromną miną prawdziwej kwakierki. Stałam jeszcze, wprost oniemiała wobec jej zadziwiającego panowania nad sobą i nieprzeniknionej obłudy, gdy weszła kucharka.
— Pani Poole — zwróciła się do Grace — obiad dla służących będzie zaraz gotów. Czy pani zejdzie na dół?
— Nie, niech pani tylko postawi na tacce mój kufel porteru i kawałek puddingu, a ja sobie to sama zaniosę na górę.
— A mięsa kawałek życzy pani sobie?
— Na jeden kęs i odrobinę sera, to wszystko.
— A sago?
— Mniejsza o nie teraz, zejdę na dół przed herbatą i przyrządzę je sama.
Wtedy kucharka zwróciła się do mnie, oznajmiając, że pani Fairfax na mnie czeka; wobec tego wyszłam.
Opowiadanie pani Fairfax o spaleniu się zasłony puszczałam mimo uszu, głowę moją zaprzątał zagadkowy charakter Grace Poole i niezrozumiały dla mnie problem jej pozycji w Thornfield. Nie mogłam pojąć, dlaczego zaraz rano nie oddano jej do aresztu albo co najmniej nie wydalono ze służby. Przecież pan Rochester tak jakby wyjawił w nocy przekonanie, że to ona jest zbrodniarką. Jakaż tajemnicza przyczyna wzbraniała mu ją zaskarżyć? Dlaczego i mnie zobowiązał do tajemnicy? Dziwne to było — odważny, mściwy i dumny pan zdawał się być pod władzą jednej z najniższych podwładnych tak dalece, że chociaż targnęła się na jego życie, nie śmiał jej otwarcie obwinić o zamach, a tym mniej ją za to ukarać.
Gdyby Grace była młoda i ładna, miałabym pokusę pomyśleć, że jakieś czulsze względy niż przezorność i obawa przemawiają tutaj na jej korzyść. Trudno jednakże było myśl tę dopuścić, pamiętając, jak skąpo obdarzona została przez naturę. „A jednak — rozmyślałam — była ona niegdyś młoda, młoda równocześnie z młodym wtedy jej panem. Pani Fairfax powiedziała mi kiedyś, że Grace już od wielu lat przebywa w tym domu. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek mogła być ładna, ale czy ja wiem? Może w braku powabów zewnętrznych posiadała oryginalność i siłę charakteru... Pan Rochester lubi typy zdecydowane i ekscentryczne. Grace w każdym razie jest ekscentryczna. I cóż, jeżeli dawniejszy kaprys (wybryk zupełnie możliwy przy takiej jak jego naturze, gwałtownej i upartej) oddał go pod jej władzę, a ona teraz na postępowanie jego wywiera tajemny wpływ, rezultat dawnego błędu, wpływ, którego on nie śmie lekceważyć, a spod którego otrząsnąć się nie może? Gdy w przypuszczeniach doszłam do tego punktu, stanęła mi nagle w myśli jak żywa kwadratowa, płaska figura pani Poole, jej nieładna, sucha, nawet ordynarna twarz, tak że powiedziałam sobie: „Nie! To niemożliwe! Moje przypuszczenie nie może być trafne! A jednak — podszepnął mi tajemniczy głos, ten, który do nas z głębi serca mówi — i ty nie jesteś pięknością, a może się panu Rochesterowi podobasz. W każdym razie nieraz czułaś, jak gdyby tak było. A ostatniej nocy, przypomnij sobie jego słowa, przypomnij sobie jego wzrok, przypomnij sobie jego głos!”.
Dobrze pamiętałam wszystko: mowa, spojrzenia, ton — wszystko to w tej chwili odżyło. Byłam właśnie w pokoju szkolnym, Adela rysowała. Nachyliłam się nad nią, by poprowadzić jej ołówek. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
— Co pani jest, mademoiselle? — zapytała. — Palce pani drżą jak liść, a policzki ma pani czerwone. Ależ tak, czerwone jak wiśnia!
— Gorąco mi się zrobiło, Adelo, od tego nachylenia!
Rysowała dalej, a ja dalej rozmyślałam.
Czym prędzej wypędziłam z myśli szkaradne przypuszczenie obciążające Grace Poole, było mi wstrętne. Porównywałam się z nią i doszłam do wniosku, że jesteśmy wielce różne. Bessie Leaven powiedziała, że jestem prawdziwą damą. I prawdę powiedziała, była we mnie wrodzona dystynkcja. A teraz wyglądałam o wiele lepiej niż wtedy, kiedy mnie Bessie widziała. Przytyłam, więcej miałam rumieńca, więcej życia, ponieważ jaśniejsze miałam nadzieje, więcej głębokiej radości.
„Wieczór nadchodzi — pomyślałam, popatrzywszy w okno — nie słyszałam dziś ani głosu, ani kroków pana Rochestera w domu, ale z pewnością zobaczę go, nim noc zapadnie. Bałam się spotkania rano, teraz go pragnę, gdyż oczekiwanie, dotychczas zawiedzione, zamieniło się w niecierpliwość”.
Gdy już zmrok zapadł zupełnie, a Adela poszła do dziecinnego pokoju pobawić się z boną, pragnienie zobaczenia pana Rochestera spotęgowało się jeszcze we mnie. Nasłuchiwałam, czy nie odezwie się dzwonek na dole. Nasłuchiwałam, czy Leah nie nadejdzie z wezwaniem dla mnie. Chwilami wydawało mi się, że słyszę kroki jego samego i wtedy patrzyłam na drzwi, oczekując, że się otworzą i on w nich stanie. Drzwi nie otwierały się, ciemność tylko wpływała oknem. Jednakże nie było jeszcze późno — szósta zaledwie — a nieraz bywałam proszona o siódmej, nawet o ósmej. Przecież nie spotka mnie chyba zupełny zawód dziś właśnie, dziś, kiedy mam mu tyle do powiedzenia! Pragnęłam wznowić temat Grace Poole i usłyszeć, co mi odpowie. Zamierzałam zapytać go po prostu, czy wierzy w to, że to ona istotnie urządziła ten ohydny zamach ubiegłej nocy, a jeżeli tak, dlaczego niegodziwość jej zataja? Nie dbałam o to, że może rozgniewać go moja ciekawość. Znałam przyjemność gniewania go i uspokajania z kolei. Lubiłam to nade wszystko, a nieomylny instynkt chronił mnie zawsze od przeciągnięcia struny. Na prowokację nigdy się nie ważyłam, a w ostatecznym momencie lubiłam przekonywać się o własnej zręczności. Zachowując wszelkie formy uszanowania, właściwego mojej pozycji, umiałam staczać z nim utarczki słowne swobodnie i bez obawy — to dogadzało tak jemu, jak i mnie.
Nareszcie schody zaskrzypiały pod czyimiś krokami. Ukazała się Leah, ale jedynie po to, by mi oznajmić, że herbata czeka w pokoju pani Fairfax. Tam przeto poszłam, rada, że nareszcie mogę zejść na dół, gdyż wyobrażałam sobie, że to mnie zbliżało do pana Rochestera.
— Musi być pani spragniona herbaty — zaczęła zacna staruszka, gdy weszłam. — Tak mało jadła pani na obiad. Lękam się, czy pani nie jest niezdrowa dzisiaj. Taka pani rozpalona, jakby pani miała gorączkę.
— O, jestem zupełnie zdrowa! Nigdy nie czułam się lepiej.
— To niechże pani tego dowiedzie dobrym apetytem! Czy nie nalałaby pani z imbryka, a ja tymczasem przerobię do końca ten drut?
Dokończywszy, wstała i poszła spuścić roletę, dotychczas podniesioną — przypuszczam, że dla wykorzystania światła, chociaż już teraz zmrok zgęstniał i było zupełnie ciemno.
— Pogodną noc dzisiaj mamy — rzekła, wyjrzawszy przez szybę — chociaż nie świecą gwiazdy. Pan Rochester na ogół miewa dobry dzień do podróży.
— Do podróży?... Czy pan Rochester gdzieś wyjechał? Nie wiedziałam, że go nie ma w domu.
— O, wyjechał zaraz po śniadaniu! Pojechał do Leas, majątku pana Eshtona, dziesięć mil za Millcote. Zdaje mi się, że tam jest duży zjazd gości: lord Ingram, sir George Lynn, pułkownik Dent i inni.
— Czy pani spodziewa się dziś wieczór powrotu pana Rochestera?
— Nie, ani też jutro. Myślę, że prawdopodobnie zabawi tam z tydzień albo i dłużej. Gdy ten modny, wyższy świat zbierze się razem, otacza ich taka elegancja i wygoda, tak sobie uprzyjemniają czas rozrywkami i zabawą, że niespieszno im się rozłączać. Panowie zwłaszcza bywają często bardzo pożądani przy takich okazjach. A pan Rochester jest tak utalentowany i ożywiony w towarzystwie, że musi być chyba ulubieńcem wszystkich. Panie za nim przepadają, choć powie pani może, że powierzchowność ma niezbyt piękną. Jednakże ja myślę, że jego wykształcenie i zalety towarzyskie, a może też bogactwo i dobra krew, wynagradzają pewne niedostatki urody.
— Czy są tam panie w Leas?
— Jest pani Eshton i jej trzy córki, bardzo eleganckie panienki. I są tam córki baroneta Ingrama, Blanche i Mary, podobno bardzo piękne osoby. Ja nawet właściwie widziałam Blanche, sześć czy siedem lat temu, gdy była osiemnastoletnią dziewczyną. Przyjechała tu na wielką zabawę, którą w święta Bożego Narodzenia wydawał pan Rochester. Gdyby pani widziała wtedy jadalnię, jak bogato była przystrojona, jak jarząco oświetlona! Zdaje mi się, że było tam z pięćdziesiąt osób, panów i pań, wszyscy z najpierwszych rodzin hrabstwa, a pannę Ingram uważano za królową wieczoru.
— Mówi pani, że ją widziała? Jakże ona wygląda?
— Tak jest, widziałam ją. Drzwi jadalni były na oścież otwarte, a że to było Boże Narodzenie, pozwolono służbie zgromadzić się w hallu i słuchać, jak panie śpiewają i grają. Pan Rochester chciał, żebym weszła, więc siadłam w spokojnym kąciku i przyglądałam się towarzystwu. Nigdy nie widziałam świetniejszego obrazu: panie były wspaniale poubierane, większość, zwłaszcza młodsze, były ładne, ale panna Ingram była niewątpliwie królową.
— Jakże ona wyglądała?
— Wysoka, piękna figura, spadziste ramiona, długa, pełna wdzięku szyja, cera śniada, matowa, gładka, szlachetne rysy, oczy może podobne do oczu pana Rochestera: wielkie i czarne, a tak błyszczące jak jej klejnoty. A przy tym tak śliczne miała włosy, kruczoczarne i tak korzystnie uczesane, korona z grubych warkoczy z tyłu, a z przodu długie, lśniące loki. Ubrana była na biało, jasnożółta szarfa obejmowała jedno jej ramię, przechodziła przez piersi i przewiązana była z boku w pasie, spadając długimi, frędzlą obszytymi końcami poniżej kolan. Miała też we włosach jasnożółty kwiat, stanowiący dobry kontrast z kruczymi puklami.
— Zapewne bardzo ją podziwiano?
— Tak, istotnie. Nie tylko dla urody, ale i dla jej talentów. Była jedną z tych pań, które śpiewały. Któryś z panów akompaniował na fortepianie. Z panem Rochesterem śpiewała duet.
— Z panem Rochesterem? Nie wiedziałam, że on śpiewa!
— O! Pan Rochester ma piękny głos basowy i jest nadzwyczaj muzykalny.
— A panna Ingram jaki ma rodzaj głosu?
— Bardzo bogaty i silny. Ślicznie śpiewała, rozkoszą było ją słyszeć. A potem grała. Ja się nie znam na muzyce, ale pan Rochester się zna, a słyszałam, jak mówił, że wykonanie było wybitnie dobre.
— I ta piękna i utalentowana panna jeszcze nie wyszła za mąż?
— Zdaje się, że nie. Przypuszczam, że ani ona, ani jej siostra nie mają wielkiego majątku. Majątki starego lorda Ingrama objęte były przeważnie majoratem i najstarszy syn prawie wszystko dostał.
— Ale ja się dziwię, że ktoś z bogatej szlachty nie upodobał jej sobie, na przykład pan Rochester. Przecież on jest bogaty, nieprawdaż?
— O tak! Ale widzi pani, zachodzi tutaj znaczna różnica wieku. Pan Rochester ma prawie czterdzieści lat, a ona zaledwie dwadzieścia pięć.
— Cóż stąd? Mniej równe małżeństwa zawierają ludzie codziennie.
— To prawda. Jednak ja sobie nie wyobrażam, żeby pan Rochester myślał o czymś podobnym. Ale pani nic nie je, zaledwie skosztowała pani cośkolwiek prócz herbaty.
— Istotnie, zanadto pić mi się chce, żebym mogła jeść. Czy mogę panią poprosić o jeszcze jedną filiżankę?
Chciałam powrócić do możliwości związku pomiędzy panem Rochesterem a piękną Blanche, jednakże weszła Adela i rozmowa potoczyła się innym torem.
Znalazłszy się sama we własnym pokoju zastanowiłam się nad tym, czego się dowiedziałam. Zajrzałam w głąb serca, zbadałam myśli swe i uczucia. I te, które błąkały się, rozbujane, po bezdrożach wyobraźni, usiłowałam pewną ręką zapędzić z powrotem pod bezpieczny schron zdrowego rozsądku.
Stawiona przed własny trybunał — gdy pamięć wskazała przyczyny, budzące nadzieje, pragnienia, uczucia, jakie nosiłam w sercu od ostatniej nocy, gdy wytłumaczyła ogólny stan duszy, jakiemu folgowałam od ostatnich prawie dwóch tygodni, gdy rozum, wystąpiwszy, złożył spokojnie, po swojemu, zeznania proste, nieubarwione, wykazujące, jak odrzucałam to, co rzeczywiste, a chłonęłam chciwie to, co wymarzone — wydałam na siebie sąd taki:
Nie było na świecie głupszej istoty od Jane Eyre, nie było na świecie bardziej niedorzecznej idiotki, karmiącej się słodkimi kłamstwami, połykającej truciznę jak gdyby to był nektar.
„Ciebie — mówiłam sobie — miałby wyróżnić pan Rochester? Ty miałabyś posiadać dar podobania mu się? Ty mogłabyś mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie? Daj spokój! Mierzi mnie twoja głupota! I ty znajdowałaś przyjemność w pewnych objawach przychylności, dwuznacznych objawach, gdy darzy nimi mężczyzna wyższego rodu, światowiec, osobę zależną od siebie i niedoświadczoną? Jakże ty śmiałaś, biedna, niemądra ofiaro! Czyż nawet własny interes nie mógł cię nauczyć rozumu? Powtarzałaś dziś rano krótką scenę z ubiegłej nocy? Zakryj twarz i wstydź się! Powiedział coś na pochwałę twoich oczu, czy tak? Ślepe szczenię! Otwórz oczy i spójrz na twój własny, przeklęty brak rozumu! Niedobrze, gdy kobieta słucha pochlebstw zwierzchnika, który nie może mieć zamiaru pojąć ją za żonę. A szaleństwo popełnia kobieta, pozwalająca, by w sercu jej rozpaliła się miłość tajemna, która, nieodwzajemniona i nieznana, pochłonie jej życie, a odkryta i odwzajemniona, musi ją jak błędny ognik zaprowadzić na bagniste pustkowia, skąd nie ma powrotu.
Usłysz przeto, Jane, wyrok: jutro postawisz przed sobą zwierciadło i wyrysujesz kredkami własny portret, wiernie, nie łagodząc żadnego błędu. Nie opuścisz ani jednej ostrej linii, nie wygładzisz ani odrobiny brzydkiej nieforemności. Podpiszesz go: «Portret nauczycielki, bez stosunków, biednej i brzydkiej».
Następnie weź płytkę z najgładszej słoniowej kości — masz właśnie taką, przygotowaną w pudle rysunkowym. Weź paletę, zmieszaj najświeższe, najpiękniejsze, najjaśniejsze farby, wybierz najdelikatniejsze pędzelki, narysuj najpiękniejszą twarz, jaką sobie możesz wyobrazić. Wymaluj ją w najsubtelniejszych odcieniach i najłagodniejszych barwach, odpowiednio do opisu Blanche Ingram, jakiego ci dostarczyła pani Fairfax. A nie zapomnij o kruczych lokach, o oczach wschodniego typu... Co to! Chciałabyś wzorować oczy na oczach pana Rochestera! Do porządku! Bez mazgajstwa! Bez czułostkowości! Precz z żalami. Uznaję tylko rozum i stanowczość! Przypomnij sobie dostojne, harmonijne rysy, grecką szyję i biust. Uwidocznij odkryte, okrągłe, śnieżnobiałe ramię i delikatną rękę. Nie opuść pierścienia z brylantami, lekkiej koronki i lśniącego atłasu, wdzięcznej szarfy ani złotej róży. Nazwij ten portret: «Blanche, dystyngowana panna wysokiego rodu».
Ilekroć w przyszłości zdarzyłoby ci się mieć złudzenie, że pan Rochester ci sprzyja, wydobądź obydwa te portrety i porównaj je. A potem powiedz: «Pan Rochester mógłby prawdopodobnie pozyskać miłość tej szlachetnej damy, gdyby chciał się o nią starać. Czy to możliwe, żeby mógł choćby pomyśleć o tej ubogiej i nic nieznaczącej plebejuszce?»”.
Zrobię to — postanowiłam. A powziąwszy ten zamiar, uspokoiłam się i zasnęłam.
Dotrzymałam słowa. Godzina czy też dwie wystarczyły mi na naszkicowanie własnego portretu kredkami, a w mniej niż dwa tygodnie ukończyłam miniaturę przypuszczalnej Blanche Ingram. Piękna była twarz na tym idealnym portrecie, a gdy ją porównałam z realistycznym, kredkowym, kontrast uderzył znamiennie. Ta praca przyniosła mi pożytek: zajęła mi głowę i ręce, dodała mocy i stałości nowym uczuciom, które pragnęłam utrwalić w sercu.
Przyszedł niebawem czas, gdy mogłam powinszować sobie zdrowej nauczki, narzuconej moim uczuciom i w ten sposób ujętym w karby. Dzięki temu potrafiłam znieść pewne wydarzenia z przyzwoitym spokojem, na co, gdybym była nieprzygotowana, prawdopodobnie nie byłabym się zdobyła nawet zewnętrznie.