Wesołe teraz nastały dni w Thornfield Hall. Ruch trwał od rana do nocy. Jakaż odmiana od tych pierwszych trzech miesięcy ciszy, jednostajności i samotności, które spędziłam pod tym dachem! Zdawało się, że wszelkie smutne uczucia wygnane zostały z tego domu, wszelkie posępne nastroje zapomniane. Nie można było teraz przejść galerii, niegdyś tak cichej, ani minąć pokoi frontowych, dawniej tak pustych, żeby nie napotkać fertycznej panny służącej albo szykownego lokaja.
Kuchnia, kredens kamerdynera, hall służących, hall wejściowy — wszystkie te kąty tętniły życiem, a w salonach tylko wtedy panowała pustka i cisza, gdy błękit nieba i blask słoneczny tej pogodnej, wiosennej pory wywabiał towarzystwo do ogrodu. Nawet i wówczas, gdy popsuła się pogoda i deszcz nieprzerwanie padał kilka dni, nic nie zatruwało wesołości. Bawiono się tym żwawiej w pokoju, gdy przyszło przerwać zabawy na świeżym powietrzu. Ciekawa byłam, co też będą robili pierwszego wieczora, gdy zaczęto proponować zmianę programu zabawy. Była mowa o „odgrywaniu szarad”, w niewiedzy swojej nie rozumiałam jednak, co to znaczy. Zawołano służbę, przesunięto stoły w jadalni, światła umieszczono inaczej. Krzesła ustawiono w półkole przed arkadą. Podczas gdy pan Rochester i inni panowie kierowali tymi przygotowaniami, panie biegały na górę i na dół i zwoływały swoje służące. Proszono panią Fairfax o objaśnienie, jakie dom ma zasoby szali, ubrań i draperii wszelkiego rodzaju. Przetrząśnięto szafy na trzecim piętrze i zawartość ich — brokatowe spódnice, atłasowe kaftany, czarne stroje, kawałki koronek itd. — służące znosiły całymi naręczami. Wybrawszy, co potrzebne, kazano resztę zanieść do buduaru w obrębie salonu.
Pan Rochester tymczasem zwołał znowu panie dokoła siebie i wybierał pomiędzy nimi niektóre do swojej drużyny. „Panna Ingram, naturalnie, do mnie należy” — powiedział, po czym wezwał jeszcze obie panny Eshton i panią Dent. Popatrzył na mnie. Byłam przypadkiem blisko, gdyż zapinałam zatrzask bransoletki pani Dent.
— Czy chce pani zagrać? — zapytał.
Potrząsnęłam głową. Nie nalegał, czego się trochę obawiałam. Pozwolił mi wrócić spokojnie na zwykłe miejsce.
„Aktorzy” wycofali się teraz za zasłonę. Druga część towarzystwa z pułkownikiem Dentem na czele zasiadła na ustawionych w półkole krzesłach. Pan Eshton, popatrzywszy na mnie, zaproponował widocznie, żeby mnie poproszono o przyłączenie się do nich, jednakże lady Ingram zaoponowała natychmiast.
— Nie — usłyszałam. — Ona mi wygląda na zanadto głupią, żeby móc brać udział w grze tego rodzaju.
Po niedługiej chwili odezwał się dzwonek i zasłonę rozsunięto. Pod arkadą ukazała się barczysta postać sir George’a Lynna, udrapowanego w białe prześcieradło. Przed nim, na stole, leżała otwarta, wielka księga. Obok stała Amy Eshton, otulona w płaszcz pana Rochestera, z książką w ręku. Ktoś niewidoczny potrząsnął wesoło dzwoneczkiem. Wtedy Adela (która wyprosiła sobie, by mogła należeć do gry po stronie swego opiekuna) wyskoczyła naprzód, sypiąc dokoła kwiaty z koszyka, zawieszonego na ręku. W ślad za nią ukazała się wspaniała postać panny Ingram, ubranej na biało, w długim woalu na głowie i z wiankiem róż nad czołem. Obok niej szedł pan Rochester. Oboje uklękli, podczas gdy pani Dent i Louisa Eshton, również ubrana na biało, stanęły za nimi. Nastąpiła teraz ceremonia, odegrana bez słów, w której łatwo było odgadnąć pantomimę ślubu. Gdy się to skończyło, pułkownik Dent z towarzyszami naradzali się szeptem przez chwilę, po czym pułkownik Dent zawołał:
— Bride. — Pan Rochester ukłonił się i zasłona zapadła.
Dość długo trzeba było czekać, zanim się znów rozsunęła. Gdy to nastąpiło, ukazała się scena przygotowana pracowiciej niż poprzednia. Salon, jak to już zaznaczyłam, wznosił się o dwa stopnie nad poziom jadalni. Otóż na drugim stopniu, może z łokieć w głąb pokoju, pojawił się wielki, marmurowy basen, w którym poznałam ozdobę oranżerii (stał tam zawsze, otoczony egzotyczną roślinnością, i pływały w nim złote rybki), skąd z pewnym trudem musiano go przetransportować, gdyż był ogromny i ciężki.
Na podłodze obok basenu siedział pan Rochester, ubrany w szale, w turbanie na głowie. Jego czarne oczy, ciemna cera i silne rysy odpowiadały doskonale kostiumowi — wyglądał jak prawdziwy wschodni emir. W tej chwili ukazała się panna Ingram. I ona także ubrana była na sposób wschodni: szkarłatną szarfę miała przewiązaną w pasie, a haftowaną chustkę owiniętą dokoła głowy. Jej piękne, kształtne ramiona były odkryte, jednym z nich, wzniesionym, podtrzymywała dzbanek, wdzięcznie postawiony na głowie. Tak postać jej, jak twarz oraz ogólny wygląd nasuwały na myśl jakąś księżniczkę Izraela z czasów patriarchalnych — i taką też postać niewątpliwie miała przedstawiać.
Nachyliła się nad basenem, jak gdyby dla napełnienia dzbana, znowu go podniosła i ustawiła na głowie. Mężczyzna, siedzący przy studni, zdawał się teraz przemawiać do niej, prosił ją o coś. Ona opuściła dzban na rękę i dała mu się napić. Wtedy on z zanadrza szaty dobył puzderko, otworzył je i ukazał wspaniałe bransolety i kolczyki. Ona odegrała zdziwienie i podziw. Klęcząc, złożył te skarby u jej nóg. Niedowierzanie i zachwyt wyraziły się w jej minach i gestach. Obcy umieścił bransolety na jej ramionach, a kolczyki w uszach.
Tak, Eleazar i Rebeka. Brakowało tylko wielbłądów.
Zgadujący skupili się znowu, widocznie nie mogli się pogodzić co do wyrazu czy sylaby, które ten obraz miał podsunąć. Pułkownik Dent w ich imieniu poprosił o „żywy obraz całości”. Wobec tego zasłona znowu zapadła.
Za trzecim jej rozsunięciem ukazała się tylko część salonu. Resztę zakrywał parawan, zawieszony jakąś ciemną, ordynarną draperią. Marmurowy basen odsunięto, na jego miejscu stał prosty stół sosnowy i krzesło kuchenne. Te przedmioty widziało się przy ciemnym świetle latarki rogowej, gdyż wszystkie woskowe świece pogaszono.
W tym nędznym otoczeniu siedział mężczyzna z opartymi na kolanach, zaciśniętymi rękoma, z oczyma utkwionymi w ziemię. Poznałam pana Rochestera, chociaż usmolona cera, ubiór w nieporządku (surdut zwieszał się ściągnięty z jednego ramienia, jak gdyby prawie zdarty z niego w walce), zuchwała, chmurnie zmarszczona twarz i potargane włosy zmieniały go prawie nie do poznania. Gdy się poruszył, zadźwięczał łańcuch — na rękach miał kajdany.
— Bridewell — zawołał pułkownik Dent i szarada została rozwiązana.
Potrwało dobrą chwilę, zanim „aktorzy” przebrali się i wrócili do jadalni. Pan Rochester prowadził pannę Ingram. Prawiła mu komplementy, wychwalając jego grę.
— Czy pan wie — mówiła — że z tych trzech ról najwięcej mi się pan podobał w ostatniej? O, gdyby pan żył trochę wcześniej, jaki wspaniały dżentelmen-rozbójnik na publicznych drogach byłby z pana!
— Czy wszystka sadza zmyta z mojej twarzy? — zapytał, zwracając się ku niej.
— Niestety, tak! A szkoda! Tak panu dobrze było, przy pańskiej cerze, w tej charakteryzacji na łotra!
— Więc podobałby się pani taki bohater-awanturnik, rozbójnik?
— Po włoskim bandycie najmilszym typem byłby mi taki angielski bohater gościńca, przewyższyć mógłby go tylko wschodni pirat.
— Trudno, czymkolwiek jestem, proszę pamiętać, że pani jest moją żoną. Godzinę temu w obecności wszystkich tych świadków zostaliśmy poślubieni. — Zaczęła się śmiać i zarumieniła się.
— A teraz, Dent, twoja kolej! — powiedział pan Rochester.
Gdy zaś pułkownik ze swoją paczką wyszedł, on z partnerami zajął opróżnione krzesła. Panna Ingram usiadła po jego prawej ręce, reszta zgadujących umieściła się po obu ich stronach.
Nie zważałam tym razem na aktorów. Uwagę moją pochłonęli widzowie. Moje oczy, poprzednio wpatrzone w arkadę, teraz nieodparcie przyciągało półkole krzeseł. Jaką szaradę przedstawił pułkownik Dent ze swoimi, jakie wyrazy wybrali, jak zagrali, tego już nie pamiętam, ale wciąż mam przed oczami narady po każdej odegranej scenie. Widzę, jak pan Rochester zwraca się do panny Ingram, a panna Ingram do niego. Widzę, jak ona pochyla ku niemu głowę, że aż krucze jej loki dotykają niemal jego ramienia i muskają policzek. Słyszę ich szepty, widzę wymieniane spojrzenia — i nawet uczucia, pobudzone tym widokiem, stają mi w pamięci.
Powiedziałam już, że pokochałam pana Rochestera. Nie mogłam przestać kochać go teraz po prostu tylko dlatego, że się przekonałam, iż przestał mnie widzieć, że mogłam całe godziny spędzać w jego obecności, a on na mnie nawet nie spojrzał, że widziałam, iż całą jego uwagę, wszystkie jego starania zagarnęła wielka dama, która przechodząc, unikała dotknięcia mnie krajem swojej szaty, która, jeśli kiedy ciemne i władcze jej oko spoczęło na mnie przypadkiem, odwracała je czym prędzej jak od przedmiotu niegodnego uwagi. Nie mogłam przestać go kochać, pomimo pewności, iż wkrótce poślubi tę właśnie kobietę, chociaż patrzyłam codziennie na jej dumną pewność jego zamiarów i byłam stałym świadkiem jego starań o rękę panny Ingram, starań niedbałych w swoim rodzaju — gdyż raczej kazał się szukać, niż poszukiwał — ale starań zdobywczych przez swą dumę i ujmujących niedbałością.
Nie było w tych wszystkich okolicznościach niczego takiego, co by mogło ochłodzić miłość, wygnać ją z serca, choć wiele było powodów do rozpaczy. I do zazdrości — pomyślisz, czytelniku. Ale ja nie byłam zazdrosna, a przynajmniej bywałam bardzo rzadko. Panna Ingram nie mogła budzić zazdrości, gdyż była z rodzaju kobiet zbyt poślednich. Daruj mi, czytelniku, ten pozorny paradoks, ale ja to, co mówię, mówię na serio. Stwarzała doskonałe pozory, ale nie była naturalna. Była osobą piękną, wykształconą, błyskotliwą, ale umysł jej był ubogi, a serce oschłe z natury. Nic samorzutnie nie kwitło na tym gruncie, żaden niewymuszony, swoisty owoc nie radował świeżością. Nie była dobra, nie była oryginalna. Powtarzała pięknie brzmiące frazesy z książek, nigdy nie miała własnego zdania. Uderzała w wysoki ton sentymentów, ale nie znała uczuć litości ani współczucia. Nie było w niej ani czułości, ani prawdy. Aż nazbyt często zdradzała się z tym, dając niewłaściwie folgę złośliwej antypatii względem Adeli — to odpychając ją z dodatkiem niemiłego epitetu, jeśli się do niej przypadkiem zbliżyła, to niekiedy nakazując jej wyjść za drzwi, a zawsze traktując ją zimno i kwaśno. Były jeszcze inne oczy, oprócz moich, które śledziły te objawy charakteru, śledziły je uważnie, bacznie, bystro. Tak jest, przyszły mąż, pan Rochester sam wykonywał nad wybraną bezustanny nadzór. I to właśnie ta jego bystrość i ostrożność, ta doskonała, jasna świadomość wad, ten widoczny brak miłości w stosunku do niej — to właśnie było źródłem nieustannej mej męki.
Rozumiałam, że zamierza ożenić się z nią może dla względów rodzinnych, może politycznych, ponieważ stanowisko jej i stosunki mu odpowiadały. Czułam, że nie dał jej miłości swojej i że ona nie ma danych po temu, by skarb ten u niego pozyskać. I to był punkt drażliwy, to podsycało we mnie i karmiło gorączkę: że ona go nie może oczarować.
Gdyby była od razu odniosła zwycięstwo, a on ugiął się i szczerze serce złożył u jej stóp, byłabym twarz zakryła, i (wyrażając się obrazowo) umarła dla nich. Gdyby panna Ingram była kobietą dobrą i szlachetną, obdarzoną gorącym uczuciem, siłą, dobrocią, rozumem, musiałabym stoczyć walkę śmiertelną z dwoma wrogami: zazdrością i rozpaczą. A potem, zdusiwszy własne serce, podziwiałabym ją, uznałabym jej doskonałość i byłabym spokojna przez resztę życia. Ale tak, jak w istocie stały rzeczy, widzieć pannę Ingram wysilającą się na oczarowanie pana Rochestera i wciąż chybiającą celu w nieświadomości, że chybia, widzieć, jak daremnie wyobraża sobie, że każdy pocisk trafia do celu i zaślepiona pyszni się powodzeniem, podczas gdy duma jej i zarozumiałość odpycha coraz dalej i dalej tego, którego pragnęła przyciągnąć — obserwowanie tego budziło trudne do opanowania podniecenie.
A to dlatego, że gdy ona chybiała, ja rozumiałam, jak mogłaby osiągnąć powodzenie. Strzały, które wciąż odbijały się od piersi pana Rochestera i nieszkodliwe padały u jego nóg, pewniejszą ręką wiedzione, mogłyby utkwić w jego dumnym sercu, wywołać miłość w surowym jego oku, złagodzić sarkastyczną twarz albo — lepiej jeszcze — bez żadnej broni ciche odnieść zwycięstwo.
„Czemu ona nie może mieć więcej wpływu na niego, skoro ma szczęście tak blisko z nim przestawać? — zadawałam sobie pytanie. — Z pewnością ona nie kocha go naprawdę, a przynajmniej nie kocha go prawdziwym uczuciem! Gdyby go kochała, nie potrzebowałaby siać tych obfitych uśmiechów, ciskać bezustannych spojrzeń, zdobywać się na sztuczne miny, te wdzięczące się bez końca pozy. Zdaje mi się, że po prostu siedząc spokojnie przy jego boku, mówiąc niewiele i mniej szafując spojrzeniami, mogłaby bardziej zbliżyć się do jego serca. Widziałam na jego twarzy wyraz, o, jakże różny od tej twardej oschłości, która osiada tam teraz, gdy ona z takim ożywieniem go zaczepia. Ale wtedy ten wyraz przychodził sam z siebie, nie wywoływały go uwodzące sztuczki ani wyrachowane zabiegi. Należało tylko wysłuchać go, odpowiedzieć, jeżeli pytał, bez pretensji, przemówić do niego w razie potrzeby, bez minoderii — a wtedy wyraz ten pogłębiał się, nabierał dobrotliwości, serdeczności i ogrzewał jak promień słoneczny. Jakże ona zdoła podobać mu się, gdy się pobiorą? Myślę, że nie potrafi. A jednak można to osiągnąć i żona jego mogłaby, wierzę w to silnie, być najszczęśliwszą kobietą pod słońcem”.
Nie zganiłam dotąd ani jednym słowem powziętego przez pana Rochestera zamiaru ożenku dla interesu i stosunków. Była to zrazu dla mnie przykra niespodzianka, gdy odkryłam, że taki jest jego cel. Miałam go za człowieka niezdolnego do rządzenia się w wyborze żony tak pospolitymi motywami. Im dłużej jednak zastanawiałam się nad pozycją, wychowaniem itd. obu stron, tym mniej czułam się w prawie sądzić i ganić tak jego, jak pannę Ingram za to, że postępują w myśl pojęć i zasad, wpojonych im niewątpliwie od dzieciństwa. Cała ich klasa hołdowała tym zasadom, przypuszczałam przeto, że mają powody do cenienia tych reguł, powody, których ja nie umiałam zgłębić. Zdawało mi się, że gdybym była mężczyzną o jego pozycji, przygarnęłabym do serca tylko taką żonę, którą mogłabym kochać. A że to oczywiście zapewniałoby szczęście mężczyźnie, więc muszą być chyba jakieś powody, mnie nieznane, które się ogólnemu postępowaniu w ten sposób sprzeciwiają. Gdyby nie to, byłam pewna, że wszyscy postępowaliby tak, jak ja bym postąpiła.
Ale i pod innymi względami, nie tylko pod tym, stawałam się coraz bardziej pobłażliwa dla mojego zwierzchnika. Zapominałam o wszystkich jego błędach, których się przedtem dopatrywałam tak bacznie. Dawniej starałam się badać wszystkie strony jego charakteru, brać złe razem z dobrym i zważywszy jedno i drugie, osądzać sprawiedliwie. Teraz nie widziałam w nim nic złego. Nie raził mnie już jego sarkazm, nie obruszała szorstkość, widziałam w tym tylko pewną właściwość, samym kontrastem podnoszącą jego zalety. A to coś nieokreślonego — czy był to ponury czy smutny, podstępny czy zrozpaczony wyraz? To coś, co jawiło się niekiedy w jego oku i znikało, zanim można było zmierzyć dziwną głębię, częściowo odsłoniętą. To coś, wobec czego lęk mnie ogarniał i drżenie, jak gdybym chodząc wśród wzgórz wulkanicznych, poczuła nagle grunt chwiejący się pod nogami i rozwierającą się przepaść. To coś od czasu do czasu i teraz widywałam, zawsze z bijącym sercem, lecz już nie nerwowo zdrętwiała. Zamiast pragnąć unikać, pragnęłam tylko móc odważyć się odgadnąć. I myślałam, że szczęśliwa jest panna Ingram, gdyż będzie mogła niebawem patrzeć w tę przepaść do woli, badać jej tajniki i ich istotę.
Podczas tych refleksji na temat mojego zwierzchnika i jego przyszłej żony, kiedy ich jedynie widziałam, słyszałam tylko ich rozmowę, reszta towarzystwa bawiła się doskonale. Lady Lynn i lady Ingram w dalszym ciągu konferowały na uroczystych sesjach, kiwając ku sobie turbanami, podnosząc ręce w górę gestami zdziwienia, tajemniczości czy grozy — odpowiednio do poruszanego tematu. Wyglądały jak dwie olbrzymie lale. Łagodna pani Dent rozmawiała z poczciwą panią Eshton. Te dwie obdarzały mnie niekiedy grzecznym słówkiem lub miłym uśmiechem. Sir George Lynn, pułkownik Dent i pan Eshton rozprawiali o polityce, o sprawach lokalnych hrabstwa albo o kwestiach prawnych. Lord Ingram flirtował z Amy Eshton, Louisa grała i śpiewała z jednym z panów Lynnów, a Mary Ingram słuchała spokojnie dworskich komplementów drugiego. Niekiedy wszyscy jak gdyby za wspólną zgodą zawieszali swoją grę na stronie i słuchali głównych aktorów, gdyż, ostatecznie, pan Rochester i związana z nim panna Ingram byli duszą ożywiającą towarzystwo. Jeżeli pan Rochester na jakąś godzinę opuszczał pokój, wśród jego gości odczuwało się wyraźną nudę. Wracając, wnosił świeży bodziec ożywienia i rozmowy.
Brak jego ożywczego wpływu dał się specjalnie odczuć pewnego dnia, gdy interesy zawezwały go do Millcote. Nie spodziewano się go z powrotem aż do późnego wieczora. Po południu padał descz, skutkiem czego trzeba było odłożyć spacer do obozu Cyganów, rozłożonego od niedawna na pastwisku za wioseczką Hay. Niektórzy z panów poszli odwiedzić stajnie, młodsi z pannami grali w pokoju bilardowym. Dwie starsze damy, panie Lynn i Ingram, pocieszały się spokojną partyjką w karty. Blanche Ingram, odrzuciwszy ze wzgardliwym milczeniem kilka prób pani Dent i pani Eshton wciągnięcia jej do rozmowy, najpierw półgłosem zanuciła parę sentymentalnych piosenek przy fortepianie, a potem, przyniósłszy sobie jakąś powieść z biblioteki, dumna i milcząca rzuciła się na kanapę, zdecydowana czytaniem zabić nudne godziny oczekiwania. W pokoju i w całym domu panowała cisza, tylko od czasu do czasu wesołe głosy bilardzistów dolatywały z góry.
Ściemniało się. Zegar ostrzegał, że już czas ubierać się na obiad, gdy Adela, która klęczała przy mnie w zagłębieniu okna, zawołała nagle:
— Voilà monsieur Rochester, qui revient!
Odwróciłam się, a panna Ingram zerwała się z kanapy i rzuciła się naprzód. Inni także podnieśli oczy, nasłuchując, równocześnie bowiem rozległ się turkot kół i pluskot końskich kopyt na mokrym żwirze. Zbliżał się powóz pocztowy.
— Co mu się stało, że w ten sposób wraca? — rzekła panna Ingram. — Siedział na Mesrourze (swoim karym koniu), gdy wyjeżdżał, nieprawdaż? I Pilot był z nim. Gdzie on podział te zwierzęta?
Mówiąc to, swoją wysoką postać i obfitą suknię tak przybliżyła do okna, że ja musiałam się odchylić w tył, aż mi w krzyżu zatrzeszczało. Cała przejęta, nie zauważyła mnie zrazu, ale gdy mnie spostrzegła, wydęła usta i przysunęła się do drugiej szyby. Powóz zatrzymał się, woźnica zadzwonił, a jakiś pan, ubrany po podróżnemu, wysiadł. Nie był to jednak pan Rochester, ale wysoki, elegancko wyglądający mężczyzna — człowiek obcy.
— Ach, jakże to nieznośne! — zawołała panna Ingram. — Ty nudna smarkulo! — zwróciła się do Adeli — kto cię posadził w oknie, żebyś dawała fałszywe wiadomości? — i rzuciła na mnie gniewne spojrzenie, jak gdybym ja była coś winna.
Z hallu dolatywały odgłosy rozmowy i niebawem przybysz wszedł do salonu. Ukłonił się lady Ingram, uznając ją za najstarszą z pań obecnych.
— Zdaje mi się, że przybywam nie w porę, pani — rzekł — skoro mój przyjaciel, Rochester, jest nieobecny. Odbyłem jednak bardzo długą podróż i sądzę, że na zasadzie starej i bliskiej znajomości mogę sobie pozwolić zatrzymać się tutaj aż do jego powrotu.
Zachowanie jego było ugrzecznione. Akcent w mowie uderzył mnie jako trochę niezwykły — nie wprost cudzoziemski, a jednak niezupełnie angielski. Wiekiem zdawał się bliski panu Rochesterowi, mógł mieć od trzydziestu do czterdziestu lat. Cerę miał niezwykle ciemną. Był to przystojny mężczyzna, na pierwszy rzut oka. Przy bliższym natomiast przyjrzeniu się zauważyłam, że było w jego twarzy coś nieuchwytnego, coś, co się nie mogło podobać. Rysy miał regularne, ale jakby zbyt mało skupione, oczy wielkie i dobrze narysowane, ale wyraz w nich nieco przygasły, niemal nieobecny — tak mnie się przynajmniej wydało.
Dzwonek oznajmiający, że czas się ubierać, rozproszył towarzystwo. Dopiero po obiedzie zobaczyłam go znowu. Widać było, że czuje się zupełnie swobodnie. Ale fizjonomia jego jeszcze mniej mi się teraz podobała niż przedtem. Uderzył mnie w wyrazie jego twarzy równoczesny brak spokoju i martwota. Oko jego błąkało się jakby bez celu — to nadawało mu szczególny wyraz, jakiego nigdy u nikogo nie widziałam. Jak na przystojnego i dobrotliwego, sądząc z pozoru, człowieka, dziwnie mnie czymś raził. Nie było mocy w tej gładkiej twarzy o pełnym owalu, nie było charakteru w tym orlim nosie i małych, wiśniowych ustach, nie było myśli na tym niskim, równym czole, nie było władnej woli w tym pustym, ciemnym oku.
Siedząc w kąciku i patrząc na niego, oświetlonego pełnym światłem żyrandoli płonących nad kominkiem (zajął był fotel tuż przy ogniu i wciąż się jeszcze przysuwał, jak gdyby mu było zimno), porównywałam go z panem Rochesterem. Myślę (nie obrażając nikogo), że kontrast nie mógłby być większy między gładkim gąsiorem a dzikim sokołem, pomiędzy łagodną owcą a jej stróżem, kudłatym psem o mądrym, bystrym oku.
Mówił o panu Rochesterze jako o starym przyjacielu. Ciekawa musiała być ta ich przyjaźń — doskonałe zobrazowanie starego powiedzenia, że przeciwieństwa się przyciągają.
Dwóch czy trzech panów siedziało obok niego, a ja chwytałam niekiedy urywki ich rozmowy. Z początku niewiele mogłam zrozumieć z tego, co słyszałam, gdyż rozmowa Louisy Eshton i Mary Ingram, siedzących bliżej mnie, plątała się z fragmentami zdań dochodzących do mnie z oddali. Te dwie panienki obmawiały obcego gościa, obie nazywały go „pięknym mężczyzną”. Louisa powiedziała, że to „przemiłe stworzenie” i że go „uwielbia”, a Mary, jako wzór tego, co uważa za ideał piękności, wskazywała jego „ładne, małe usta i piękny nos”.
— A jakie on ma łagodne czoło! — zawołała Louisa — takie gładkie... Nie z tych marszczących się, nieregularnych, jakich nie znoszę. I takie spokojne oczy, i uśmiech!
Wtedy, ku mojej radości, pan Henry Lynn zawezwał obie panienki w inny kąt pokoju, gdzie umawiano się w sprawie odłożonej wycieczki na pastwisko w Hay.
Teraz już mogłam skupić uwagę na rozmawiających przy kominku i zaraz też dosłyszałam, że nowo przybyły nazywa się Mason. A potem dowiedziałam się, że dopiero przyjechał do Anglii i że przybywa z jakiegoś gorącego kraju. To było niewątpliwie powodem, dlaczego tak ciemną miał cerę i garnął się do kominka, nie zdjąwszy okrycia w pokoju. Za chwilę nazwy Jamajka, Kingstoni Spanish Town wyjaśniły mi, że Indie Zachodnie są miejscem jego zamieszkania. Z niemałym też zdziwieniem zrozumiałam niebawem, że tam spotkał i poznał pana Rochestera. Mówił, że przyjaciel jego nie znosił srogich upałów, huraganów i pór deszczowych tamtej strefy. Wiedziałam, że pan Rochester dużo podróżował, mówiła mi to pani Fairfax, ale myślałam, że wędrówki jego ograniczały się do Europy. Dotychczas nie słyszałam żadnej wzmianki o odwiedzaniu dalszych stron świata.
Rozważałam w myśli to wszystko, gdy dość niespodziewane zdarzenie przerwało wątek moich dumań. Pan Mason, który trząsł się z zimna, gdy ktoś drzwi otworzył, poprosił, by dołożyć węgla do ognia, jakkolwiek gorejące żużle płonęły czerwienią i żarem. Służący, przyniósłszy węgiel, zatrzymał się wychodząc przy krześle pana Eshtona i powiedział mu coś po cichu, z czego dosłyszałam tylko słowa „stara kobieta” i „uprzykrzona”.
— Powiedz jej, że każę ją wsadzić do kozy, jeżeli się nie wyniesie — odpowiedział sędzia.
— Nie... Zaczekaj! — przerwał pułkownik Dent. — Nie każ jej odprawiać, Eshton! Możemy na tym skorzystać, lepiej poradźmy się pań. — I głośno mówił dalej: — Łaskawe panie, mówiłyście, że macie zamiar pójść na pastwisko w Hay, ażeby zwiedzić obóz cygański. A oto właśnie Sam powiada, że w tej chwili jest w hallu służących stara Cyganka, która prosi, żeby ją wprowadzić przed „szlachetne towarzystwo”, bo chciałaby powróżyć. Czy macie ochotę ją zobaczyć?
— Przecież z pewnością, pułkowniku — zawołała lady Ingram — nie zechce pan popierać takiego nędznego oszustwa? Odprawcie ją natychmiast!
— Ale ja jej nie mogę wyperswadować, żeby się wyniosła — odpowiedział służący — i nikogo też ze służby nie słucha. Pani Fairfax teraz tam przyszła i błaga ją, żeby sobie poszła, ale Cyganicha zasiadła na krześle pod piecem i dowodzi, że nic jej stamtąd nie ruszy, dopóki nie otrzyma pozwolenia i nie zobaczy się z państwem.
— Czego ona chce? — zapytała pani Eshton.
— „Chce powróżyć państwu”, powiada i zaklina się, że musi wróżyć i wróżyć będzie.
— Jak ona wygląda? — zapytały obie panny Eshton równocześnie.
— Szkaradnie brzydka baba, panienko. Prawie tak czarna jak Murzynka.
— A więc prawdziwa czarownica! — zawołał Frederick Lynn. — Dajcie ją tu, naturalnie! Dajcie ją tu!
— Ależ tak! — dorzucił jego brat. — Co by to była za szkoda stracić taką okazję ubawienia się!
— Moi kochani chłopcy, co wam w głowie? — zawołała pani Lynn.
— Ja nie mogę w żaden sposób pozwolić na taki nierozsądny krok! — oświadczyła lady Ingram.
— Przepraszam, ale może mama pozwoli — rozległ się wyniosły głos Blanche z taboretu przy fortepianie, gdzie dotąd siedziała milcząca, przeglądając różne nuty. — Jestem ciekawa usłyszeć coś o swoich losach w przyszłości, toteż, Samie, sprowadź tę starą czarownicę.
— Moja ukochana Blanche, pamiętaj...
— Tak, tak... Pamiętam wszystko, co mama chce. I muszę mieć swoją wolę... Spiesz się, Samie!
— Tak!... Tak!... Tak!... — zawołali wszyscy młodzi, panny i panowie. — Niechaj przyjdzie... To będzie świetna zabawa!
Służący jeszcze się wahał.
— Ona tak ordynarnie wygląda — zauważył.
— Idź! — krzyknęła panna Ingram i służący poszedł.
Podniecenie natychmiast ogarnęło całe towarzystwo. Rozgorzała batalia żarcików i przekomarzań, gdy Sam powrócił.
— Ona tak nie chce przyjść — oznajmił. — Powiada, że nie jest powołana do tego, żeby się prezentować przed „pospolitą gromadą” (tak się wyraziła). Chce, żebym ją wprowadził do osobnego pokoju, a wtedy, mówi, niech ci, co chcą, abym im wróżyła, wchodzą tam pojedynczo po kolei.
— Więc teraz widzisz, moja królewska Blanche — zaczęła lady Ingram — że ona sobie za wiele pozwala. Bądźże rozsądna, moje anielskie dziecko i...
— Zaprowadź ją do biblioteki, to się samo przez się rozumie — przerwało „anielskie dziecko”. — I ja też nie jestem powołana do słuchania jej wobec „pospolitej gromady”, chcę ją mieć tylko dla siebie. Czy pali się ogień w bibliotece?
— Tak, proszę pani... Ale ona wygląda na taką...
— Przestań pleść, zakuta głowo! I rób, co ci każę!
Znowu Sam zniknął, a zaciekawienie, podniecenie i oczekiwanie wzrosło do najwyższej potęgi.
— Jest już gotowa — oznajmił wchodząc służący. — Chciałaby wiedzieć, kto będzie jej pierwszym gościem.
— Sądzę, że lepiej, bym ja wpierw jej się przypatrzył, zanim któraś z pań do niej pójdzie — powiedział pułkownik Dent.
— Powiedz jej, Samie, że jeden pan przyjdzie.
Sam poszedł i wrócił.
— Ona powiada, proszę pana, że panów mieć nie chce, że niech się nie trudzą i nie przychodzą do niej, ani też — dodał, z trudem powstrzymując śmiech — nie chce widzieć starszych pań... Tylko młode i... Niezamężne.
— A, do licha! Baba ma dobry gust! — zawołał Henry Lynn.
Panna Ingram podniosła się uroczyście.
— Ja pierwsza pójdę! — oświadczyła tonem, który byłby odpowiedni dla wodza na straconym posterunku, rzucającego się w nierówną walkę na czele garstki ludzi.
— O moja najlepsza! O, moja najdroższa! Stój!... Zastanów się! — wołała jej matka, ale Blanche przesunęła się obok niej w dumnym milczeniu, wyszła przez drzwi, które dla niej pułkownik Dent trzymał otwarte, i usłyszeliśmy, że wchodzi do biblioteki.
Zapanowała teraz względna cisza. Lady Ingram uważała, że sytuacja wymaga załamania rąk, co też uczyniła. Panna Mary oświadczyła, iż czuje, że nigdy się nie odważy. Amy i Louisa Eshton chichotały z cicha i miały minki trochę wystraszone.
Minuty upływały bardzo powoli, doliczono się piętnastu, zanim się drzwi biblioteki znowu otwarły. Panna Ingram wróciła do nas przez arkadę.
Czy będzie się śmiała? Czy poczyta to wszystko za żart? Wszystkie oczy pobiegły ku niej ze spojrzeniem żywego zaciekawienia, a ona wszystkim tym oczom odpowiedziała wzrokiem odpychającym i zimnym. Nie wydawała się ani podniecona, ani wesoła. Sztywnym krokiem poszła na swoje miejsce i zajęła je w milczeniu.
— No i cóż, Blanche? — zapytał lord Ingram.
— Co ona ci powiedziała, siostro? — chciała wiedzieć Mary.
— Co o tym myśleć? Jak się czujesz? Czy to prawdziwa wróżka? — dopytywały panny Eshton.
— Powoli, powoli, moi kochani — odpowiedziała panna Ingram — pozwólcież mi odetchnąć. Doprawdy, waszą ciekawość i łatwowierność nietrudno pobudzić. Można by pomyśleć, sądząc po znaczeniu, jakie wy wszyscy, nie wyłączając mojej drogiej mamy, przywiązujecie do tej sprawy, że wy stanowczo wierzycie, iż my tu mamy w domu prawdziwą czarownicę, będącą w stosunkach z prawdziwym, rogatym diabłem. Ja tylko widziałam Cyganichę-włóczęgę. Odbyła na moją intencję zwykłe, oklepane praktyki chiromanckie i to mi powiedziała, co tacy ludzie zwykle mówią. Mojej zachciance stało się zadość, a teraz myślę, że pan Eshton dobrze by zrobił, gdyby, tak jak groził, zamknął jutro staruszkę do kozy.
Panna Ingram wzięła książkę do ręki, zagłębiła się w fotelu i w ten sposób ucięła wszelką dalszą rozmowę. Przyglądałam jej się prawie przez pół godziny, przez cały ten czas ani razu nie obróciła stronicy, a twarz jej z każdą chwilą chmurzyła się bardziej, przybierając wyraz niezadowolenia, skwaszenia i zawodu. Z tego przedłużającego się nastroju chmurnego milczenia wnosiłam, że ona sama, chociaż głosiła obojętność, niepotrzebną wagę przywiązywała do czegoś, co jej powiedziano.
Tymczasem Mary Ingram, Amy i Louisa Eshton oświadczyły, że nie mają odwagi pójść każda z osobna, a jednak wszystkie pójść pragnęły. Rozpoczęto tedy negocjacje przez ambasadora Sama. Po dłuższej bieganinie tam i z powrotem, od czego Sama musiały rozboleć nogi, surowa Sybilla z wielką trudnością zgodziła się w końcu, by panny wszystkie trzy razem ją odwiedziły.
Ich wizyta nie odbyła się tak cicho, jak wróżba panny Ingram. Dolatywał nas z biblioteki to śmiech histeryczny, to lekkie okrzyki, a po jakichś dwudziestu minutach usłyszeliśmy otwieranie drzwi i panny, biegnąc pędem przez hall, wszystkie trzy wpadły do salonu, jak gdyby od zmysłów odchodzące, półprzytomne ze strachu.
— Jestem pewna, że w niej jest coś niesamowitego! — wołały jedna przez drugą. — Takie nam rzeczy powiedziała! Wie o nas wszystko! — I padły, zdyszane, na foteliki, które im panowie podsunęli śpiesznie.
Gdy nalegano, prosząc o dalsze wyjaśnienia, panienki opowiedziały, że wróżka powiedziała im o tym, co one mówiły i robiły, dziećmi jeszcze będąc, że opisywała książki i ozdoby, jakie miały w domu w buduarach, pamiątki, jakie od różnych krewnych dostały w upominku. Twierdziły, że nawet myśli ich odgadywała, że szepnęła każdej do ucha imię osoby przez nią najwięcej na świecie lubianej i powiedziała im, czego sobie najgoręcej życzą.
Tutaj panowie zaczęli poważnie upraszać, by ich bliżej objaśniono co do dwóch ostatnich punktów. To natręctwo jednak przyniosło im tylko za całą odpowiedź rumieńce, wykrzykniki, drżenia i śmieszki. Matrony tymczasem szły na pomoc z solami trzeźwiącymi i wachlarzami, raz po raz powtarzając, jak to źle, że panny nie posłuchały ich przestróg zawczasu. Starsi panowie śmiali się z tego, młodsi zaś starali się usłużyć poruszonym pięknościom.
Podczas całego tego zamieszania, gdy wzrok mój i słuch pochłaniała rozgrywająca się przede mną scena, usłyszałam czyjeś chrząknięcie tuż blisko. Obejrzałam się. Stał przy mnie Sam.
— Proszę pani, Cyganka mówi, że jest w pokoju jeszcze jedna panna, która dotąd u niej nie była, i zaklina się, że nie pójdzie, dopóki wszystkich nie zobaczy. Pomyślałem, że to zapewne o panią chodzi, bo zresztą nie ma nikogo innego. Co mam jej powiedzieć?
— O, pójdę, owszem, dlaczego by nie? — odpowiedziałam.
Rada byłam z niespodziewanej możności zaspokojenia mocno pobudzonej ciekawości. Wysunęłam się z pokoju, niezauważona przez nikogo, gdyż całe towarzystwo skupiło się dokoła drżącego trio, i zamknęłam spokojnie za sobą drzwi.
— Jeżeli sobie pani życzy — rzekł Sam — będę na panią czekał w hallu, a jeżeliby ona panią przestraszyła, niech pani tylko zawoła, to wejdę.
— Nie, Samie, wracajcie do kuchni, ja się ani trochę nie boję.
I rzeczywiście nie bałam się, ale byłam mocno zaciekawiona i podniecona.