tłum. Teresa Świderska

Rozdział XIX

Wszedłszy do biblioteki, ujrzałam Sybillę (jeśli to była Sybilla?) siedzącą spokojnie na fotelu przy kominku. Miała na sobie czerwony płaszcz i czarny kapelusz cygański o szerokich krezach, spuszczonych na twarz na kształt budki pod węzłem pasiastej chustki, zawiązanej pod brodą. Zgaszona świeca stała na stole. Cyganka pochylała się nad ogniem i przy świetle płomieni zdawała się czytać w małej, czarnej książeczce, podobnej do modlitewnika. Mruczała przy tym półgłosem wyrazy, tak jak to czyni wiele starych kobiet. Nie od razu przestała, chociaż weszłam do pokoju. Zdawało się, że chce doczytać do końca ustępu.

Stanęłam na dywaniku i grzałam sobie ręce, gdyż zziębłam w salonie. Czułam się teraz tak spokojna jak zazwyczaj. W powierzchowności Cyganki nie było nic niepokojącego. Zamknęła książkę i powoli podniosła oczy, opuszczone krezy kapelusza częściowo zasłaniały jej twarz. Mogłam jednakże dojrzeć, gdy ją podniosła, że jest to twarz szczególna. Cała była brunatna i czarna, kosmyki kołtuna sterczały spod białej przewiązki, obejmującej jej podbródek i połowę policzków czy raczej szczęk. Śmiałe spojrzenie skierowała prosto na mnie.

— Tak więc, panienko, chcesz, żebym ci przyszłość wywróżyła? — przemówiła głosem równie stanowczym jak jej spojrzenie i szorstkim jak rysy twarzy.

— Nie dbam o to, matko. Możecie mówić, jeśli wam się podoba, ale ostrzegam was, że nie wierzę.

— Zuchwalstwo przemawia przez ciebie. Spodziewałam się tego po tobie, słyszałam to w twoich krokach, gdy przechodziłaś przez próg.

— Czy tak? Macie, matko, bystre ucho.

— Tak jest. I bystre oko, i bystry rozum.

— Tego wszystkiego potrzeba w waszym zawodzie.

— Prawda, zwłaszcza gdy ma się do czynienia z klientami takimi jak ty. Dlaczego nie drżysz?

— Bo nie jest mi zimno.

— Dlaczego nie bledniesz?

— Bo nie jest mi niedobrze.

— Dlaczego nie chcesz radzić się mojej sztuki?

— Bo nie jestem niemądra.

Staruszka ukryła śmiech pod kapeluszem i bandażem, po czym wyciągnęła krótką, czarną fajeczkę i zapaliwszy ją, zaciągnęła się dymem. Po pewnej chwili wyprostowała zgarbione plecy, wyjęła fajkę z ust i, wpatrzona w ogień, powiedziała powoli:

— Jest ci zimno, jest ci niedobrze i jesteś niemądra.

— Proszę mi tego dowieść — odpowiedziałam.

— Owszem, dowiodę. I to w kilku słowach. Jest ci zimno, ponieważ jesteś sama, żadne zetknięcie nie krzesze z ciebie tego ognia, który jest w tobie. Jest ci niedobrze, ponieważ najlepsze z uczuć danych człowiekowi, najwyższe i najsłodsze, trzyma się od ciebie z daleka. Jesteś niemądra, ponieważ, jakkolwiek cierpisz, nie chcesz go przyzwać skinieniem, nie chcesz posunąć się krokiem tam, gdzie ono na ciebie czeka.

Przytknęła znowu do ust krótką fajeczkę i energicznie zaczęła palić.

— Moglibyście to samo powiedzieć prawie każdej młodej kobiecie żyjącej samotnie, w zależności w wielkim domu.

— Mogłabym to powiedzieć, ale czy mówiąc to o każdej, powiedziałabym prawdę?

— O każdej w tym co ja położeniu.

— Tak, właśnie w tym rzecz. Ale znajdź mi choć jedną dokładnie w takim jak twoje położeniu.

— Łatwo byłoby znaleźć ich tysiące.

— Nie wiem, czy znalazłabyś mi choć jedną. Wiedz, że znajdujesz się w bardzo szczególnym położeniu, bardzo blisko szczęścia. Wystarczy ci tylko po nie sięgnąć. Materiały wszystkie są gotowe, jednym ruchem można je połączyć. Los nieco je oddalił, jednak wystarczy zbliżyć je, a wyniknie szczęście.

— Nie rozumiem zagadek. Nigdy żadnej łamigłówki nie odgadłam w życiu.

— Jeśli chcesz, żebym mówiła wyraźniej, pokaż mi twoją dłoń.

— Należy ją posrebrzyć?

— Naturalnie.

Dałam jej szylinga. Włożyła go do starej stopy od pończochy, dobytej z kieszeni, zawiązała, schowała z powrotem, po czym kazała mi wyciągnąć rękę. Usłuchałam. Przybliżyła twarz do mojej dłoni i przyglądała się, nie dotykając jej zgoła.

— Zbyt delikatna — rzekła. — Nie mogę niczego wyczytać z tego rodzaju dłoni. Prawie pozbawiona linii. A zresztą, cóż można znaleźć na dłoni? Los nie tam się pisze.

— Wierzę wam — powiedziałam.

— Nie — ciągnęła dalej — los pisze się na twarzy: na czole, dokoła oczu, w oczach samych, w liniach ust. Uklęknij i podnieś głowę.

— A! Teraz przechodzicie do rzeczywistości — rzekłam, czyniąc, co nakazała. — Zaczynam teraz po trosze wam wierzyć.

Uklękłam o jakieś pół łokcia od niej. Poruszyła ogień w piecu, tak że strumień światła trysnął z potrąconych węgli. Blask jednakże — tak jak ona siedziała — pogrążył tylko jej twarz w jeszcze głębszym cieniu, moją za to oświecając.

— Ciekawa jestem, z jakimi uczuciami przyszłaś tu dziś wieczór do mnie — przemówiła, popatrzywszy na mnie badawczo przez chwilę. — Ciekawa jestem, jakie myśli krążą w twojej głowie, gdy tam siedzisz godzinami wśród tych eleganckich ludzi, którzy ci się jak obrazki w latarni magicznej przesuwają przed oczami. Obcy ci, bez żadnej z tobą sympatycznej łączności, jak gdyby doprawdy tylko cieniami ludzi byli, a nie prawdziwymi osobami.

— Bywam często zmęczona, niekiedy śpiąca, a ponadto smutna.

— W takim razie musisz mieć jakąś tajemną nadzieję, która cię podtrzymuje i cieszy, szepcąc o przyszłości?

— O, nie! Co najwyżej mam nadzieję, że z zarobionych pieniędzy oszczędzę tyle, by kiedyś w wynajętym przeze mnie domku otworzyć własną szkołę.

— Marny to pokarm dla ducha i niedostateczny. A siedząc tam pod oknem (jak widzisz, znam twoje zwyczaje)...

— Dowiedzieliście się od służących.

— Ach! Wyobrażasz sobie, że jesteś bardzo bystra. Zresztą, być może... Prawdę mówiąc, mam ja jedną znajomą wpośród służących, Grace Poole...

Usłyszawszy to imię, zerwałam się na równe nogi.

„Czy tak?... Czy tak? — pomyślałam — więc jednak jest jakaś diabelska sztuka w całej tej sprawie!”.

— Nie lękaj się — ciągnęła dalej dziwna istota — pani Poole to bardzo bezpieczna osoba, dyskretna i spokojna, każdy może jej zaufać. Ale, jak mówiłam, siedząc tam pod oknem, o niczym nie myślisz, tylko o przyszłej szkole? Czy nikt cię nie interesuje z całego tego towarzystwa, ulokowanego przed tobą na kanapach, fotelach i krzesłach? Czy nie ma tam żadnej twarzy, którą byś badała? Żadnej osoby, którą byś śledziła z ciekawością przynajmniej?

— Lubię obserwować wszystkie twarze i wszystkie osoby.

— I nigdy nie wyróżniasz jednej spośród reszty? Albo może dwóch?

— Owszem, często. Gdy gesty albo spojrzenia jakiejś pary stają się wymowne, bawi mnie patrzenie na nich.

— Na co najchętniej lubisz patrzyć?

— O, nie mam wielkiego wyboru! Jeden na ogół u nich temat: zaloty. I jedna i ta sama zapowiedź końcowej katastrofy: małżeństwo.

— A ty lubisz ten monotonny temat?

— Osobiście nic mnie on nie obchodzi, jest dla mnie niczym.

— Niczym jest dla ciebie? Gdy panna, młoda, pełna życia i zdrowia, wybitnie piękna i obdarzona darami fortuny oraz pozycji siedzi i uśmiecha się do oczu pewnego pana, którego ty...

— Którego ja... Co?

— Którego ty znasz... I o którym dobrze może myślisz?

— Ja nie znam tych panów tutaj. Nie wiem, czy z którymś zamieniłam dwa słowa. Co do tego, czy dobrze o nich myślę, to jednych uważam za szanownych, godnych, poważnych, starszych, a innych za młodych, szykownych, przystojnych i pełnych życia. Ale to pewne, że mogą wszyscy przyjmować, czyje zechcą, uśmiechy. Dla mnie nie ma to żadnego znaczenia.

— Nie znasz tutejszych panów? Nie zamieniłaś z żadnym z nich dwóch słów? Czy możesz to powiedzieć o panu tego domu?

— Nie ma go w domu.

— Głęboka uwaga! Nader dowcipne igranie słowami! Pojechał dziś rano do Millcote i wróci wieczorem lub jutro. Czy ta okoliczność wykreśla go z listy twoich znajomych, czy dlatego przestał on niejako istnieć?

— Nie, ale ja nie mogę zrozumieć, co ma wspólnego pan Rochester z tematem, który wprowadziliście.

— Mówiłam o paniach, uśmiechających się do panów, a ostatnimi czasy tyle uśmiechów spłynęło do oczu pana Rochestera, że te aż się przelewają, jak dwie przepełnione filiżanki. Czy ty tego nie zauważyłaś?

— Pan Rochester ma prawo cieszyć się towarzystwem gości.

— Nikt mu nie zaprzecza tego prawa, ale czy nie zauważyłaś, że wśród wszystkich tutaj pogłosek o małżeństwie, o nikim tak żywo i stale nie mówi się jak o panu Rochesterze?

— „Chętne ucho słuchacza podnieca język opowiadającego”.

Powiedziałam to raczej do samej siebie niż do Cyganki, której dziwna mowa, zachowanie się i głos, zdołały mnie tymczasem oszołomić, jakby to był rodzaj snu. Jedno po drugim padały z jej ust niespodziewane zdania, aż omotała mnie siecią jakiejś tajemniczej zagadkowości. Nie pojmowałam, co za duch niewidzialny pilnował serca mojego, z dnia na dzień śledząc jego bicie, notując każde uderzenie tętna.

— Chętne ucho słuchacza! — powtórzyła — tak jest, pan Rochester godzinami przesiadywał z uchem nachylonym ku uroczym ustom, które z taką rozkoszą mówiły i mówiły. I pan Rochester tak chętnie przyjmował miodowe słówka, i taki wdzięczny za nie się wydawał. Czyś to zauważyła?

— Wdzięczny? Nie przypominam sobie, bym wdzięczność była odkryła w jego twarzy.

— Odkryła! A zatem zastanawiałaś się, badałaś. I cóż odkryłaś, jeżeli nie wdzięczność?

Nie odpowiedziałam.

— Widziałaś miłość, nieprawdaż? I patrząc w przyszłość, widziałaś go żonatego, a jego żonę szczęśliwą?

— Hm... Niezupełnie. Wasza wróżbiarska mądrość myli się niekiedy.

— A więc cóż ty, u diabła, widziałaś?

— Mniejsza z tym. Przyszłam tutaj, ażeby pytać, a nie by się spowiadać. Czy to wiadomo, że pan Rochester ma się ożenić?

— Tak jest, z piękną panną Ingram.

— Czy wkrótce?

— Sądząc z pozorów, tak należy wnioskować. I z największą pewnością (choć ty w swym zuchwalstwie zdajesz się w to wątpić) będzie z nich jak najszczęśliwsza para. On musi kochać taką piękną, szlachetną, dowcipną, wykształconą kobietę. I ona go prawdopodobnie kocha. A jeżeli nie jego osobę, to przynajmniej jego sakiewkę. Wiem, że uważa Rochestera z jego dobrami za pierwszorzędną partię, chociaż (niech mi to Bóg przebaczy!) z godzinę temu powiedziałam jej w tej kwestii coś, wobec czego dziwnie spoważniała. Kąciki jej ust opadły o pół cala. Radziłabym jej czarnemu konkurentowi mieć się na baczności. Jeśli się zjawi inny, z dłuższym czy czystszym wykazem dochodów, pana Rochestera czeka koszyk...

— Ależ, matko, ja nie przyszłam tutaj słuchać wróżb o przyszłości pana Rochestera. Przyszłam dowiedzieć się czegoś o mojej własnej. A dotąd nic mi o tym nie powiedzieliście.

— Twój los w przyszłości jest jeszcze wątpliwy. Badałam twoją twarz: jeden rys w niej przeczy drugiemu. Los odmierzył dla ciebie wielką miarę szczęścia, to wiem. Wiedziałam to, zanim tu przyszłam dziś wieczór. Odłożył ją starannie po jednej stronie dla ciebie. Widziałam, jak to czynił. Od ciebie tylko zależy wyciągnąć rękę i wziąć, co ci przeznaczone, ale czy ty to uczynisz, oto zagadka do rozwiązania. Uklęknij jeszcze raz.

— Nie każcie mi klęczeć długo, ogień mnie piecze.

Uklękłam. Nie nachyliła się ku mnie, patrzyła tylko, oparta w fotelu. Zaczęła szeptać:

— Płomień tańczy w jej oku, oko błyszczy jak rosa. Łagodne jest i pełne uczucia. Uśmiecha się, słysząc mój żargon, wrażliwe jest. Wrażenie za wrażeniem przemyka po czystej jego sferze. Gdy przestaje się uśmiechać, jest smutne. Bezwiedne znużenie ciąży na jego powiece, to oznacza melancholię, wypływającą z samotności. Odwraca się ode mnie, unika dalszego badania, drwiącym spojrzeniem zdaje się przeczyć prawdzie odkryć, które już zrobiłam. Zdaje się przeczyć zarzutowi uczuciowości i smutku. Duma jego i rezerwa utwierdzają mnie tylko w moim przekonaniu. Oko jest przychylne. Co do ust, usta lubią niekiedy śmiać się wesoło. Skłonne są dzielić się wszystkim, co przez myśl przechodzi, choć sądzę, że milczałyby o niejednym, czego doświadcza serce. Ruchliwe, wrażliwe, nie po to stworzone, by zaciskać się w wieczystym milczeniu samotności. To są usta, które powinny mówić wiele i uśmiechać się często, i ludzkie uczucia mieć za słuchacza. Ten rys także jest przychylny. Jedynego wroga pomyślnego wyniku widzę tylko w czole, które to zdaje się mówić: „Potrafię żyć sama, jeżeli poczucie własnej godności i okoliczności zażądają tego ode mnie. Mam w głębi duszy skarb wrodzony, który zdoła utrzymać mnie przy życiu, gdyby wszelkie z zewnątrz płynące radości były mi wzbronione lub ofiarowane jedynie za cenę, której zapłacić nie mogę”. Czoło oświadcza: „Rozum stoi pewnie i dzierży cugle, i nie pozwoli uczuciom ponosić i pędzić ku dzikim przepaściom. Niech sobie namiętności, pogańskie plemię, szaleją wściekle, niechaj pragnienia snują w wyobraźni ułudne mary, ale zdrowy sąd będzie miał zawsze i w każdym sporze ostatnie słowo i rozstrzygający głos w każdej decyzji. Może przyjść wicher, trzęsienie ziemi, pożar, ale ja zawsze słuchać będę wskazań tego cichego głosu, który tłumaczy rozkazy sumienia”. Dobrze mówisz, szlachetne czoło, wola twoja zostanie uszanowana. Ułożyłem swoje plany i mienię je słusznymi. Stosowałem się w nich do wymagań sumienia, do wskazań rozumu. Wiem, jak prędko zwiędłaby młodość, zmarniałby kwiat, gdyby czara ofiarowanego szczęścia kryła choć trochę mętów wstydu, choć najlżejszy posmak wyrzutu sumienia. I nie chcę poświęcenia, żalu, zatraty, o nie! Pragnę ogrzać, nie zmrozić, zyskać wdzięczność, nie krwawe łzy... Nie, nawet nie słone. Żniwem moim muszą być uśmiechy, słowa pieszczotliwe, słodka... Dosyć. Zdaje mi się, że śnię w jakiejś rozkosznej gorączce. Pragnąłbym teraz przedłużyć tę chwilę w nieskończoność — ale nie śmiem. Dotychczas opanowywałem się całkowicie. Grałem swoją rolę tak, jak sobie poprzysiągłem, że ją zagram. Grać dłużej byłoby może ponad moje siły. Niech pani powstanie, panno Eyre, niech mnie pani opuści; przedstawienie skończone.

Gdzie ja byłam? Sen to czy jawa? Czy może śniłam? Czy sen ten trwał jeszcze? Głos starej kobiety zmienił się, jej akcent, jej gesty, wszystko tak mi było znajome jak własna twarz w zwierciadle. Wstałam, ale nie odeszłam. Spojrzałam, poprawiłam ogień i znowu spojrzałam, ale ona ściągnęła kapelusz i bandaż mocniej na twarz i znowu skinęła, że mam odejść. Płomień oświecił wyciągniętą rękę. Rozbudzona teraz, goniąc za odkryciem, od razu zauważyłam tę rękę. Nie była to wyschła starcza ręka, lecz dłoń zaokrąglona, giętka, o gładkich, kształtnych palcach. Szeroki pierścień błysnął na małym palcu, a w tym pierścieniu rozpoznałam szlachetny kamień, setki razy oglądany. I znowu spojrzałam na twarz, ta już nie odwracała się ode mnie — przeciwnie, kapelusz i bandaż były zrzucone, głowa swobodna.

— I cóż, panno Jane, czy poznaje mnie pani? — zapytał głos dobrze znajomy.

— Niech pan tylko zdejmie ten czerwony płaszcz, a wtedy...

— Ale sznurek splątał się w węzeł, pomóż mi.

— Niech go pan zerwie.

— Ot, co! „Precz, wy, pożyczane szaty!”.

I pan Rochester ukazał się bez przebrania.

— Ależ, panie, co za dziki pomysł!

— Ale dobrze wykonany, co? Nieprawdaż?

— Wobec pań musiał pan dobrze grać.

— A z tobą nie?

— Ze mną nie grał pan roli Cyganki.

— Jakąż więc rolę grałem? Czy własną?

— Nie, jakąś niewyraźną. Krótko mówiąc, myślę, że pan chciał ze mnie coś wydobyć albo mnie na coś naciągnąć. Prawił pan niedorzeczności, żeby mnie na niedorzeczności namówić. To niezbyt ładnie, łaskawy panie.

— Przebaczysz mi to, panno Jane?

— Nie wiem, dopóki się nad tym wszystkim nie zastanowię. Jeżeli, po namyśle, przekonam się, że nie naplotłam jakichś wielkich głupstw, będę się starała przebaczyć panu. Ale to nie było słusznie ze strony pana.

— Ach, zachowałaś się bardzo właściwie, bardzo ostrożnie, bardzo rozsądnie.

Zastanowiłam się i doszłam do przekonania, że ogółem biorąc, tak też i było. Pocieszyło mnie to, ale bo też uważałam i byłam ostrożna od samego początku rozmowy. Podejrzewałam jakąś maskaradę. Wiedziałam, że Cyganki i wróżbiarki nie wyrażają się w ten sposób, jak ta rzekoma stara baba. Przy tym zauważyłam, że mówi sztucznie zmienionym głosem i że starannie twarz ukrywa. Myśl moja jednakże krążyła dokoła Grace Poole, tej żyjącej zagadki, tej tajemniczej dla mnie istoty. Nie pomyślałam nawet o panu Rochesterze.

— Nad czym to panna Jane duma? — zapytał. — Co oznacza ten poważny uśmiech?

— Zdziwienie i zadowolenie z siebie. Pozwoli mi pan teraz usunąć się, nieprawdaż?

— Nie, jeszcze chwilę. Powiedz mi, co tam ludzie robią w salonie?

— Przypuszczam, że rozprawiają o Cygance.

— Usiądź! Powiedz mi, co o mnie mówili.

— Lepiej, żebym się już nie zatrzymywała, musi być blisko jedenastej. Ach, ale czy też pan wie, że obcy jakiś gość przybył tu podczas nieobecności pańskiej?

— Obcy gość? Nie, któż to być może? Ja nie oczekiwałem nikogo. Czy odjechał?

— Nie, powiedział, że zna pana od dawna i że może sobie pozwolić zainstalować się tutaj aż do pańskiego powrotu.

— A niechże go licho! Tak powiedział?! Czy podał swoje nazwisko?

— Jego nazwisko brzmi Mason, panie, a przybywa z Indii Zachodnich, zdaje mi się, że z Spanish Town na Jamajce.

Pan Rochester stał przy mnie. Ujął był moją rękę z zamiarem poprowadzenia mnie do krzesła. Gdym mówiła, ścisnął mi tę rękę konwulsyjnie, a uśmiech na ustach jego zamarł, jak gdyby skurcz zatamował mu oddech.

— Mason!... Indie Zachodnie! — powiedział tonem automatu, nastawionego na te jedyne słowa. — Mason... Indie Zachodnie! — powtórzył.

Trzy razy wymówił te słowa, blednąc coraz bardziej. Zdawało mi się, że traci przytomność.

— Czy panu słabo? — zapytałam.

— Panno Jane, cios mnie dosięgnął. Dosięgnął mnie cios, panno Jane! — Zatoczył się.

— O, niech się pan na mnie wesprze!

— Panno Jane, ofiarowałaś mi ramię swoje już raz, wesprę się na nim i teraz...

Podprowadziłam go do krzesła. Prosił, żebym usiadła przy nim. Trzymając rękę moją w obu swoich, głaskał ją, patrząc na mnie równocześnie wzrokiem jak gdyby strwożonym i wielce strapionym.

— Moja mała przyjaciółko! — mówił — o, gdybym mógł znaleźć się gdzieś na jakiejś spokojnej wyspie z tobą jedną tylko, a troska, niebezpieczeństwo i ohydne wspomnienia gdyby mogły być mi odjęte!

— Czy mogłabym być panu pomocna? Życie bym oddała, by móc usłużyć panu.

— Panno Jane, jeśli pomoc będzie mi potrzebna, zwrócę się do ciebie. To ci przyrzekam.

— Dziękuję! Niech mi pan powie, co mam zrobić... Spróbuję przynajmniej zrobić, co pan każe.

— Tymczasem przynieś mi, panno Jane, kieliszek wina z jadalni. Będą tam teraz siedzieli przy kolacji. I powiedz mi, czy Mason jest z nimi i co robi.

Poszłam. Zastałam całe towarzystwo w jadalni przy kolacji. Nie siedzieli przy stole, wszystko ustawione było na kredensie — każdy brał, co mu się podobało. Jedli, stojąc tu i tam grupkami, z talerzami i kieliszkami w ręku. Wszyscy wydawali się w doskonałym humorze, śmiano się i rozmawiano z ożywieniem. Pan Mason stał przed kominkiem, gawędząc z pułkownikiem i z panią Dent i zdawał się równie wesół jak wszyscy. Nalałam wina do kieliszka (widziałam, że panna Ingram patrzy na mnie, marszcząc czoło; uważała widać, że zanadto sobie pozwalam) i powróciłam do biblioteki.

Niezmierna bladość pana Rochestera minęła, wyglądał znowu stanowczo i surowo. Wziął z mojej ręki kieliszek.

— Za twoje zdrowie, duchu pomocny! — powiedział. Połknął wino i oddał mi kieliszek. — Co oni tam robią, panno Jane?

— Śmieją się i rozmawiają.

— Czy nie mają min poważnych i tajemniczych, jak gdyby coś dziwnego usłyszeli?

— Bynajmniej, żartują, wesołość ich ponosi.

— A Mason?

— I on się śmiał.

— Gdyby wszyscy ci ludzie weszli tutaj gromadą i opluli mnie, co byś ty zrobiła, panno Jane?

— Wypędziłabym ich z pokoju, panie, gdybym mogła.

Uśmiechnął się słabo.

— Ale gdybym ja poszedł do nich, a oni tylko popatrzyliby na mnie chłodno, poszeptali między sobą drwiąco i zaczęli się wynosić po kolei, zostawiając mnie samego, co wtedy? Czy poszłabyś razem z nimi?

— Myślę, że chyba nie. Milej by mi było pozostać z panem.

— Ażeby mnie pocieszać?

— Tak, panie, ażeby pana pocieszać, o ile by to było w mojej mocy.

— A gdyby oni za to, że trwasz przy mnie, obrzucili cię pogardą?

— Prawdopodobnie nic bym o tej ich pogardzie nie wiedziała, a gdyby nawet, nie dbałabym o nią wcale.

— Tak więc dla mnie potrafiłabyś stawić czoło obmowie?

— Potrafiłabym to uczynić dla każdego przyjaciela, który by wart był, ażebym przy nim stała, tak jak z pewnością pan wart jest tego.

— Wróćże tam teraz do pokoju, podejdź spokojnie do pana Masona i szepnij mu do ucha, że Rochester wrócił i pragnie się z nim zobaczyć. Przyprowadź go tutaj, a potem zostaw nas samych.

— Dobrze, panie.

Spełniłam jego rozkaz. Całe towarzystwo wytrzeszczało na mnie oczy, gdy szłam wśród nich prosto do miejsca, gdzie stał pan Mason. Powtórzyłam mu, co miałam polecone. Wyszedł za mną z pokoju, wpuściłam go do biblioteki, a potem poszłam na górę.

O później godzinie, gdy już czas jakiś leżałam w łóżku, usłyszałam gości wracających do swoich pokoi. Rozróżniłam głos pana Rochestera i usłyszałam, jak mówił:

— Tędy, proszę cię, tędy. To jest twój pokój.

Mówił wesoło, swobodny ton głosu uspokoił mnie. Wkrótce zasnęłam.