tłum. Teresa Świderska

Rozdział XXIV

Wstając i ubierając się, rozmyślałam nad tym, co się stało, i pytałam siebie, czy to wszystko sen. Nie mogłam być pewna rzeczywistości, dopóki bym znów nie zobaczyła pana Rochestera i z ust jego nie usłyszała wznowionych słów miłości i zapewnienia.

Układając włosy, przypatrzyłam się swej twarzy w zwierciadle i przekonałam się, że już nie jest brzydka: promieniała nadzieją, zabarwiło ją ożywienie, oczy jaśniały jakimś nowym blaskiem. Niechętnie niekiedy patrzyłam na mojego zwierzchnika, w obawie, że mój wygląd nie może mu się podobać, ale teraz byłam pewna, że mogę śmiało wznieść ku niemu twarz, gdyż jej wyraz nie ostudzi jego przywiązania. Wyjęłam z komody prostą, ale czystą i jasną letnią sukienkę i włożyłam ją. Zdawało mi się, że nigdy w żadnej sukni tak dobrze mi nie było, ale też żadnej nie miałam na sobie w tak szczęśliwym będąc usposobieniu.

Nie zdziwiło mnie to bynajmniej, gdy zbiegłszy na dół do hallu, ujrzałam, że po nocnej burzy nastąpił słoneczny, czerwcowy ranek i że przez otwarte, szklane drzwi zalatuje świeży, wonny wietrzyk. Natura musi być radosna, kiedym ja taka szczęśliwa. Ścieżką ku domowi szła żebraczka z chłopczykiem, oboje bladzi, obszarpani. Pobiegłam ku nim i dałam im wszystkie pieniądze, jakie miałam przy sobie — jakieś trzy czy cztery szylingi. Czy oni źli czy dobrzy, niechże się cieszą w to moje wielkie święto. Wrony krakały, śpiewały weselsze ptaki, ale nic nie dorównywało szczęściem memu rozradowanemu sercu.

Zaskoczyła mnie pani Fairfax, wyglądając z okna z twarzą smutną i mówiąc poważnie:

— Panno Eyre, czy pani nie przyjdzie na śniadanie?

Podczas śniadania była spokojna i chłodna, ja jednak jeszcze nie mogłam wywieść jej z błędu. Musiałam czekać, aż pan Rochester da jej wyjaśnienia, poczekać też musiała i ona. Zjadłszy, pośpieszyłam na górę. Spotkałam Adelę, wychodzącą ze szkolnego pokoju.

— Dokąd idziesz? Czas już zacząć lekcje.

— Pan Rochester kazał mi iść do dziecinnego pokoju.

— Gdzie jest pan Rochester?

— Tutaj — i wskazała drzwi szkolnego pokoju.

Weszłam i oto on stał przede mną.

— Pójdź, powiedz mi „Dzień dobry” — rzekł.

Zbliżyłam się ochoczo i teraz nie chłodne słowo, nie uścisk ręki nawet stał się moim udziałem, ale uścisk i pocałunek. Takie się to wydawało naturalne i tak słodka była miłość jego i pieszczota!

— Jane, świetnie wyglądasz, taka uśmiechnięta i ładna, doprawdy ładna dziś rano — powiedział. — Czy to moja blada rusałeczka? Czy to moje ziarnko gorczyczne? To małe, słoneczne dziewczątko z dołeczkami na twarzyczce, z różowymi usteczkami, jak atłas gładziuchnym, kasztanowatym włosem i promiennymi, orzechowymi oczami? (Miałam zielone oczy, czytelniku, ale trzeba mu darować pomyłkę, widocznie dzisiaj przedstawiało mu się niejedno w innych kolorach).

— To jest Jane Eyre, mój panie.

— A wkrótce Jane Rochester — dodał. — Za cztery tygodnie, Jane, nie później ani o dzień. Czy słyszysz?

Słyszałam i nie mogłam tego zupełnie pojąć, kręciło mi się w głowie. Uczucie, wzbudzone we mnie tym oświadczeniem, było czymś silniejszym niż sama radość — czymś, co wstrząsało i ogłuszało, był to nieledwie strach.

— Zarumieniłaś się, a teraz zbladłaś, Jane. Dlaczego?

— Ponieważ nadał mi pan nowe nazwisko: Jane Rochester, a to wydaje się tak dziwne.

— Tak, pani Rochester — powtórzył. — Młoda pani Rochester, młoda żona Fairfaxa Rochestera.

— To nigdy stać się nie może, panie, to nie brzmi prawdopodobnie. Zupełne szczęście nigdy nie staje się udziałem ludzi na tym świecie. Czyż miałoby mi być sądzone inne przeznaczenie niż reszcie mojego rodzaju? Wyobrazić sobie, żeby miał mnie spotkać los taki, to bajka, to sen na jawie.

— Który ja mogę urzeczywistnić i urzeczywistnię, zaczynając zaraz dzisiaj. Napisałem rano do mojego bankiera w Londynie, by wysłał mi pewne klejnoty, które ma na przechowaniu, dziedzictwo dla pań na Thornfield. Za dzień lub dwa, mam nadzieję, będę ci je mógł wysypać na kolana, gdyż każdy przywilej, każdy hołd, który bym złożył u stóp córki para, gdybym się z nią żenił, będzie twoim.

— O panie!... Dajmy pokój klejnotom! Nie lubię słuchać, gdy się o nich mówi. Klejnoty dla Jane Eyre to brzmi tak nienaturalnie i dziwnie, ja wolę ich nie mieć.

— Sam ci kolię brylantową założę na szyję i diadem na czoło, gdzie będzie odpowiedni, gdyż natura sama wycisnęła piętno szlachectwa na tym czole, Jane. I zapnę ci bransolety dokoła tych delikatnych rączek, i te drobne paluszki obciążę pierścionkami.

— Nie, panie, nie! Myśl o czymś innym i mów o czymś innym. I w innym tonie. Nie przemawiaj do mnie, jak gdybym była pięknością. Jestem tylko skromną, kwakierską nauczycielką.

— Jesteś pięknością w moich oczach, pięknością wedle pragnień mego serca, delikatną i zwiewną.

— Nikłą i nic nieznaczącą, chce pan powiedzieć. Pan śni albo pan szydzi. Na miłość boską, niech się pan nie bawi w ironię!

— Sprawię, że i świat także uzna cię za piękność — ciągnął dalej, podczas gdy mnie istotnie nieswojo było z jego tonem, gdyż czułam, że albo sam się łudzi, albo mnie chce łudzić. — Ubiorę moją Jane w atłasy i koronki i będzie nosiła róże we włosach, i nakryję ukochaną głowę bezcennym welonem.

— A wtedy mnie pan nie pozna i nie będę już twoją Jane Eyre, lecz małpką w kurtce arlekina. Równie przykro byłoby mi widzieć pana w szychowym, aktorskim przebraniu, jak siebie w dworskiej toalecie. I nie nazywam pana ładnym, choć kocham pana tak serdecznie, o wiele za serdecznie, by panu pochlebiać. Niechaj mi pan nie pochlebia.

On jednakże ciągnął swoje dalej, nie zważając na moje prośby.

— Dziś jeszcze zawiozę cię powozem do Millcote i musisz sobie wybrać kilka sukien. Powiedziałem ci, że pobierzemy się za cztery tygodnie. Ślub odbędzie się cicho, w tym oto kościele, a wtedy od razu cię porwę do miasta. Po krótkim pobycie zawiozę mój skarb w strony bliższe słońca, ku francuskim winnicom, ku włoskim płaszczyznom. I Jane zobaczy, co jest sławnego w historii starożytnej i w nowszych dziejach, pokosztuje także życia miast i nauczy się cenić siebie przez sprawiedliwe porównanie z innymi.

— Będę podróżowała? Z panem?

— Będziesz przebywała w Paryżu, Rzymie i Neapolu, we Florencji, Wenecji i Wiedniu. Całą przestrzeń, którą ja przewędrowałem, ty przemierzysz swoimi krokami. Gdzie ja odcisnąłem moje kopyto, tam i ty twoją nóżkę sylfa postawisz. Dziesięć lat temu przeleciałem przez Europę na wpół szalony, niesmak, nienawiść i wściekłość mając za towarzyszy. Teraz odwiedzę ją znów, uzdrowiony i oczyszczony, z prawdziwym aniołem w roli pocieszyciela.

Rozśmiałam się, gdy to powiedział.

— Nie jestem aniołem — oświadczyłam — i nie będę aniołem, póki życia, będę tylko sobą. Panie Rochester, niech się pan po mnie nie spodziewa ani niech pan ode mnie nie wymaga nic niebiańskiego, gdyż się pan tego nie doczeka, tak jak ja się tego nie doczekam od pana. I wcale się też tego nie spodziewam.

— A czego ty się po mnie spodziewasz?

— Przez bardzo krótki czas będzie pan może takim jak teraz, przez bardzo krótki czas. A potem pan ostygnie, stanie się pan kapryśny, będzie pan poważny i surowy, a ja będę miała dużo kłopotu, chcąc panu dogodzić. Gdy się pan jednak dobrze do mnie przyzwyczai, może mnie pan znów polubi. Polubi mówię, nie pokocha. Przypuszczam, że miłość pańska wypali się w sześć miesięcy, może prędzej. Czytałam w książkach, pisanych przez mężczyzn, że to najdalszy kres, do jakiego sięga zapał miłosny męża. Jednak pomimo wszystko, jako przyjaciółka i towarzyszka, mam nadzieję, że nigdy nie stanę się niemiła mojemu drogiemu panu.

— Niemiła! I polubić cię znowu! Ja myślę, że będę cię lubił i lubił, i lubił, i będziesz mi musiała przyznać, że nie tylko cię lubię, ale kocham. Prawdziwie, gorąco, stale.

— Ale czy nie jest pan kapryśny, panie drogi?

— Względem kobiet, które podobają mi się z twarzy jedynie, potrafię być diabłem wcielonym, gdy odkryję, że nie mają ani serca, ani duszy i że czeka mnie z ich strony płaskość, pospolitość, a może głupota, ordynarność i zły humor. W stosunku jednak do kogoś, kto jasne ma oko i wymowny język, gorącą duszę i charakter, który się nagina, ale nie łamie, giętki zarazem i stały... W stosunku do kogoś takiego jestem zawsze tkliwy i wierny.

— Czy spotkał się pan kiedyś z takim charakterem? Czy kochał pan kiedyś kogoś takiego?

— Kocham teraz.

— Ale przede mną. Czyż ja rzeczywiście odpowiadam pańskim trudnym wymaganiom?

— Nie spotkałem nigdy nikogo podobnego do ciebie, Jane, ty mi się podobasz i ty nade mną panujesz. Ulegasz na pozór, a mnie jest tak miłe to poczucie twojej ustępliwości. Jednak podczas gdy owijam dokoła palca delikatną nić jedwabną, słodki dreszcz płynie od niej i przenika mi wprost do serca. Jestem pod twoim wpływem, jestem zwyciężony, a wpływ to nad wyraz słodki. Porażka, której doświadczam, ma w sobie urok czarowny, któremu nie dorównałby żaden triumf. Dlaczego się uśmiechasz, Jane? Co znaczy ta niezrozumiała, tajemnicza minka?

— Myślałam, panie (proszę mi darować tę myśl mimowolną), myślałam o Herkulesie i o Samsonie, i o ich uwodzicielkach...

— Myślałaś o tym, ty mała...

— Cicho, panie! Nie bardzo to mądre było, co pan przed chwilą mówił, tak jak i tamci panowie niemądrze postępowali. Gdyby się jednakże byli pożenili, pewną surowością małżonków byliby wynagrodzili sobie uległość kochanków. I z panem, lękam się, będzie to samo. Chciałabym wiedzieć, jakby mi pan odpowiedział za rok, gdybym poprosiła o łaskę, której byłoby panu niedogodnie albo nieprzyjemnie udzielić.

— Poproś mnie o cokolwiek teraz, Jane, choćby o jakąś drobnostkę. Pragnąłbym, żebyś mnie poprosiła...

— I owszem, chętnie poproszę, mam już gotową prośbę.

— Mów! Ale jeżeli będziesz patrzeć i uśmiechać się w ten sposób, ja gotów jestem z góry przysiąc, że cię posłucham jak ostatni głupiec.

— Ależ bynajmniej, panie Rochester, ja proszę tylko o to: niech pan nie posyła po te klejnoty, niech pan nie wieńczy mnie różami. Mógłby pan równie dobrze złotą koronką obszyć tę oto swoją prostą chustkę do nosa.

— Mógłbym równie dobrze „złocić czyste złoto”. Ja wiem. Prośbę twoją wysłuchano zatem ... Na razie. Cofnę zlecenie, wysłane mojemu bankierowi. Ale tyś mnie jeszcze o nic nie poprosiła, prosiłaś tylko, bym cofnął dar. Proś dalej.

— Dobrze więc, niech pan będzie tak dobry zaspokoić moją ciekawość, bardzo podrażnioną na pewnym punkcie.

— Co? Co? — podchwycił śpiesznie. Wyglądał na zaniepokojonego. — Ciekawość to rzecz niebezpieczna. Dobrze, że nie ślubowałem zgodzić się na każdą prośbę...

— Ależ, panie, tu nic nie grozi, choćby się pan zgodził.

— Powiedz więc, czego sobie życzysz, Jane. Wolałbym jednak, żebyś zamiast dopytywać może o jakąś tajemnicę, zażądała ode mnie połowy mojego majątku.

— Ależ królu Ahaswerusie! Na cóż mi połowa twojego majątku? Czy pan myśli, że ja jestem żyd lichwiarz, szukający dobrej lokaty w ziemi? Wolę posiąść całe pańskie zaufanie. Przecież nie odmówi mi pan zaufania, dawszy mi swoje serce?

— Bierz całe moje zaufanie, które jest warte brania, Jane, ale na miłość boską nie pragnij niepotrzebnego ciężaru! Nie sięgaj po truciznę i nie poddawaj mnie zbyt ciężkiej próbie.

— Dlaczego nie, panie drogi? Właśnie mi pan opowiadał, jak bardzo pan lubi być zwyciężony, jak panu przyjemnie dać się przekonać. A gdybym tak skorzystała z tego wyznania, gdybym tak zaczęła naprzykrzać się i błagać, w razie potrzeby nawet dąsać się i płakać, po prostu dla wypróbowania swojej władzy?

— Spróbuj tylko. Żądaj za wiele, wymagaj, a skończy się zabawa.

— Doprawdy? O, jak pan prędko daje za wygraną! Jakże surowo wygląda pan teraz. Grube brwi zbiegły się razem, a na czole zalega coś, co w poezji nazwano „piorunową chmurą”. Czy taka będzie mina pańska po ślubie?

— Jeżeli taka będzie twoja mina po ślubie, to ja, jako chrześcijanin, wyrzeknę się przestawania z jakąś taką wodnicą czy chochlikiem. Ale cóż to chciałaś wiedzieć, moje ty stworzonko? No, dalej... Gadaj!

— Otóż to, teraz jest pan mniej niż grzeczny, a ja o wiele wolę szorstkość od pochlebstwa. Wolę być stworzonkiem aniżeli aniołem. Zapytać zaś chciałam o to: dlaczego tak się pan silił na wmówienie we mnie, że pan pragnie ożenić się z panną Ingram?

— Tylko tyle? Dzięki Bogu, że to nic gorszego! — Rozjaśniła mu się twarz, uśmiechnął się do mnie i pogładził mnie po głowie, jak gdyby rad, że jakieś niebezpieczeństwo zostało odsunięte. — Sądzę, że mogę wyznać — mówił dalej — chociaż może trochę cię oburzę, Jane, a ja widziałem, jakim żarem potrafisz wybuchnąć, gdy się oburzasz. Płonęłaś cała w ową chłodną noc księżycową wczoraj, gdy podniosłaś bunt przeciwko losowi i domagałaś się równości ze mną. Jane, ale nawiasem mówiąc, to ty mi się oświadczyłaś!

— Wiem o tym, to prawda. Ale, jeżeli łaska, do rzeczy, mój panie... Panna Ingram?

— No cóż, udawałem, że się staram o pannę Ingram, ponieważ chciałem cię tak szalenie rozkochać w sobie, jak sam się szalenie w tobie kochałem, a wiedziałem, że zazdrość będzie mi najlepszym sprzymierzeńcem w osiągnięciu tego celu.

— Doskonale! A oto jaki pan mały! Przecież to skandal! Przecież to wstyd i hańba postępować w ten sposób. I nic się pan nie liczył z uczuciami panny Ingram?

— U niej wszelkie uczucia zastępuje pycha, a tę warto upokorzyć. Czy byłaś zazdrosna, Jane?

— Mniejsza z tym, panie Rochester, co panu po tej wiadomości? Niech mi pan jeszcze raz szczerze odpowie. Czy pan myśli, że panna Ingram nie będzie cierpiała skutkiem pańskiej nieuczciwej kokieterii? Czy nie będzie się czuła opuszczona i porzucona?

— To niemożliwe!... Przecież ci już powiedziałem, że przeciwnie, to ona mnie opuściła. Myśl o moim zadłużeniu ostudziła, a raczej zgasiła sentyment od razu.

— Ciekawą pan uknuł intrygę. Boję się, że pańskie zasady w niektórych punktach nieco szwankują.

— Jane, moje zasady nigdy nie były kształcone. Być może, że wykoślawiły się nieco z braku należytego kierunku.

— Jeszcze raz mówmy serio. Czy ja mogę cieszyć się tym wielkim szczęściem, jakie się stało moim udziałem, bez obawy, że ktoś inny cierpi tak gorzko, jak ja cierpiałam niedawno?

— Możesz, możesz, dziewczątko moje dobre. Nie ma na świecie istoty, która by mnie taką czystą miłością darzyła jak ty, bo to słodkie przeświadczenie noszę w duszy: wiarę w twoje uczucia, Jane.

Dotknęłam ustami ręki, która spoczywała na moim ramieniu. Kochałam go bardzo — więcej, niż słowami odważyłabym się wypowiedzieć, więcej, niżby słowa zdołały wyrazić.

— Zażądaj jeszcze czegoś — rzekł po chwili. — To dla mnie największa przyjemność, gdy mnie prosisz, a ja ci ulegam.

Miałam znów gotową prośbę.

— Niech pan o swoich zamiarach powie pani Fairfax, ona mnie widziała z panem dziś w nocy w hallu i była zgorszona. Niech jej pan wszystko wytłumaczy, zanim się z nią znów zobaczę. Przykro mi, że taka dobra kobieta fałszywie mnie sądzi.

— Idź do swego pokoju i włóż kapelusz — odpowiedział. — Chcę, byś dziś rano towarzyszyła mi do Millcote. A gdy będziesz się przygotowywała do przejażdżki, ja staruszce wszystko wyjaśnię. Co ona sobie wyobraziła, Jane?

— Myślę, że wyobraziła sobie, iż ja zapomniałam o mojej pozycji, a pan o swojej.

— Pozycja! Pozycja! Twoja pozycja jest w moim sercu, a biada tym, którzy by chcieli obrazić ciebie, teraz czy kiedykolwiek. Idź.

Ubrałam się szybko. Skoro zaś tylko usłyszałam, że pan Rochester wychodzi z saloniku pani Fairfax, pośpieszyłam tam czym prędzej. Staruszka czytała właśnie swój ranny ustęp Pisma Świętego, naukę na ten dzień. Biblia leżała przed nią otwarta, na niej spoczywały okulary. O tym zajęciu, przerwanym wizytą pana Rochestera, widocznie zapomniała. Oczy jej, utkwione w pustą ścianę naprzeciw, wyrażały zdumienie spokojnej duszy, poruszonej niezwykłą wiadomością. Ujrzawszy mnie, obudziła się niejako, usiłowała uśmiechnąć się i nawet zdobyła się na kilka słów powinszowania. Jednakże uśmiech zgasł, a zdanie niedokończone przerwała. Odłożyła okulary, zamknęła Biblię i odsunęła fotel od stołu.

— Taka jestem zdziwiona — zaczęła — że sama nie wiem, co mam pani, panno Eyre, powiedzieć. Przecież chyba nie śniło mi się... Czyżby? Czasami zdarza mi się, że się zdrzemnę, gdy jestem sama i przywidują mi się rzeczy, które się wcale nie zdarzyły. Zdawało mi się nieraz, gdy się tak zdrzemnęłam, że mój kochany mąż, który umarł piętnaście lat temu, przyszedł i usiadł koło mnie, a nawet, że słyszałam, jak mówił do mnie po imieniu: Alice, tak jak za życia. A teraz może mi pani powiedzieć, czy to istotnie prawda, że pan Rochester oświadczył się i chce się z panią żenić? Niech się pani ze mnie nie śmieje. Ale mnie się rzeczywiście zdawało, że on tu wszedł pięć minut temu i powiedział, że za miesiąc będzie pani jego żoną.

— Mnie to samo powiedział — odparłam.

— Naprawdę? I pani mu wierzy? I przyjęła go pani?

— Tak jest.

Spojrzała na mnie oszołomiona.

— Nigdy bym tego nie przypuszczała. To dumny człowiek. Wszyscy Rochesterowie byli dumni, a jego ojciec przy tym lubił pieniądze. I o nim także zawsze mówiono, że jest wyrachowany. Więc on zamierza ożenić się z panią?

— Tak mnie zapewnia.

Przyjrzała mi się od stóp do głów. Wyczytałam z jej oczu, że nie znalazła w mojej postaci dostatecznego uroku na wytłumaczenie tej zagadki.

— To przechodzi moje pojęcie! — ciągnęła dalej. — Ale oczywiście musi być prawdą, skoro pani to mówi. Co z tego wyniknie, nie umiałabym powiedzieć, rzeczywiście nie wiem. Równość pozycji i majątku bywa pożądana w takich wypadkach, a przy tym zachodzi tutaj różnica wieku prawie dwudziestu lat... Pan Rochester mógłby nieledwie być pani ojcem.

— Nie, doprawdy, pani Fairfax! — zawołałam podrażniona. — Nic podobnego! Pan Rochester wcale na mego ojca nie wygląda! Nikt, kto by nas razem widział, nie przypuściłby tego przez chwilę. Pan Rochester wygląda tak młodo i jest taki młody jak niejeden mężczyzna dwudziestopięcioletni.

— Czy on rzeczywiście z miłości chce się z panią żenić? — zapytała.

Tak mnie dotknęła swoim chłodem i wątpliwościami, że mi łzy stanęły w oczach.

— Bardzo mi żal, że pani przykrość sprawiam — ciągnęła dalej wdowa. — Ale pani taka młoda i tak mało zna mężczyzn, że chciałabym panią przestrzec. Stare to przysłowie, że „Nie wszystko złoto, co się świeci”, a w tym wypadku boję się, by się coś nie znalazło, co byłoby różne od tego, czego się spodziewamy.

— Dlaczego? Czy ja jestem takim potworem? — rzekłam. — Czy to niemożliwe, żeby pan Rochester mógł mieć do mnie szczere przywiązanie?

— Nie, pani jest bardzo miła i sporo pani wyładniała w ostatnich czasach, a pan Rochester z pewnością ma dla pani uczucie. Zawsze uważałam, że jest pani jakoś jego ulubienicą. Zdarzało się niekiedy, że ze względu na pani dobro niepokoiły mnie trochę te okazywane pani względy i miałam ochotę przestrzec panią. Było mi jednak niemiło nawet o możliwości czegoś złego napomknąć. Wiedziałam, że myśl taka dotknęłaby panią, może by obraziła. A pani była tak taktowna, tak prawdziwie skromna i rozumna, że sądziłam, iż można pani zaufać, że się pani sama potrafi ochronić. Wczorajszej nocy... Nie umiem pani powiedzieć, co przecierpiałam, szukając pani po całym domu i nie mogąc znaleźć ani pani, ani pana. A potem, o dwunastej, widząc panią wracającą z nim razem...

— No, już mniejsza z tym — przerwałam niecierpliwie. — Wystarczy, że wszystko jest w porządku.

— Spodziewam się, że wszystko w końcu będzie w porządku — powiedziała. — Ale proszę mi wierzyć, ostrożność jest tu konieczna. Niech pani się stara trzymać pana Rochestera z daleka, niech pani sobie, zarówno jak jemu, nie ufa. Panowie z jego sfery nie mają zwyczaju żenić się z nauczycielkami.

Zaczęło mnie to doprawdy irytować. Na szczęście wbiegła Adela.

— Tak bym chciała, tak bym chciała pojechać do Millcote! Pan Rochester nie chce mnie wziąć, chociaż jest tyle miejsca w tym nowym powozie. Niech go pani poprosi, żeby mnie zabrał, mademoiselle!

— Owszem, poproszę, Adelo!

I pobiegłam z nią, rada, że mogę pożegnać moją posępną mentorkę. Powóz był gotów, zajeżdżał właśnie przed front domu, a pan Rochester przechadzał się tam i z powrotem po bruku. Pilot za nim.

— Adela może mi towarzyszyć, nieprawdaż, proszę pana?

— Powiedziałem jej, że nie. Nie potrzeba mi bębnów!... Chcę jechać tylko z panią.

— Niech ją pan zabierze, jeśli pan łaskaw, panie Rochester! Tak będzie lepiej.

— Nie będzie lepiej, będzie nas krępowała.

Apodyktycznie wyglądał, apodyktyczny był jego głos. Chłód przestróg pani Fairfax i jej wątpliwości czułam jeszcze w sobie, niepewność zaciążyła nad moimi nadziejami. Opuszczało mnie poczucie władzy nad nim. Już byłam gotowa automatycznie posłuchać, nie upierając się dłużej, on jednak, pomagając mi wsiąść do powozu, spojrzał na moją twarz.

— Co się stało? — zapytał. — Cała słoneczność gdzieś się podziała. Czy rzeczywiście życzysz sobie, żeby ta mała pojechała? Czy sprawi ci to przykrość, jeżeli zostanie w domu?

— Wolałabym, żeby mogła pojechać.

— A więc lećże po kapelusz i wracaj piorunem! — krzyknął na Adelę.

Mała popędziła co sił.

— Ostatecznie jeden ranek z przeszkodami tak wiele nie znaczy — zauważył pan Rochester — skoro niebawem mam posiąść ciebie, twoje myśli, rozmowę i towarzystwo na całe życie.

Adela, umieszczona w powozie, zaczęła mnie całować, wyrażając w ten sposób wdzięczność za wstawiennictwo. Natychmiast została wpakowana w kącik po drugiej stronie pana Rochestera. Wyzierała stamtąd ku mnie, taki srogi sąsiad zbyt był krępujący. Do tego był w burzliwym humorze, nie śmiała się odzywać ze swymi spostrzeżeniami ani prosić o objaśnienia.

— Niech jej pan pozwoli usiąść koło mnie — prosiłam. — Panu będzie może przeszkadzała, a tu, po tej stronie jest tyle miejsca!

Podał ją jak małego pieska.

— Wkrótce oddam ją do szkoły — rzekł, ale teraz się uśmiechał.

Adela, słysząc to, zapytała, czy ma iść do szkoły „sans mademoiselle”.

— Tak — odpowiedział. — Absolutnie „sans mademoiselle”, gdyż ja wezmę mademoiselle na Księżyc i tam poszukam jaskini w jednej z tych białych dolin pomiędzy szczytami wulkanów, i mademoiselle będzie tam mieszkać ze mną, i tylko ze mną.

— Nie będzie tam miała nic do jedzenia, pan ją zagłodzi — zauważyła Adela.

— Będę dla niej zbierał mannę rankiem i nocą. Równiny i stoki gór na Księżycu białe są, Adelo, od manny.

— A jak będzie się chciała rozgrzać, z czego rozpali ogień?

— Ogień wybucha z gór księżycowych. Gdy jej będzie zimno, zaniosę ją na jakiś szczyt i położę nad brzegiem krateru.

— O, jak jej tam będzie źle, niewygodnie! A jej suknie przecież się zużyją, skądże weźmie nowe?

Pan Rochester udał zakłopotanie.

— Hm... — rzekł — co ty byś zrobiła, Adelo? Łam sobie głowę i wymyśl. A co byś powiedziała na suknię z białej i różowej chmurki, jak ci się zdaje? A z tęczy można by ładną szarfę wykroić.

Mademoiselle daleko ładniejsza jest taka, jaka jest — orzekła Adela po chwili namysłu. — A zresztą znudziłaby się, gdyby miała mieszkać tylko z panem jednym na Księżycu. Gdybym ja była na miejscu mademoiselle, nigdy bym się nie zgodziła na pojechanie tam z panem.

— Ale ona się zgodziła, dała na to słowo.

— Ależ tam się dostać nie można, nie ma drogi na Księżyc, jest tylko powietrze. A ani pan, ani mademoiselle nie umieją fruwać.

— Adelo, popatrz na to pole.

Byliśmy teraz poza bramami Thornfield, kołysząc się lekko na gładkiej drodze, na której po deszczu nie wznosił się kurz. Po obu jej stronach niskie żywopłoty i wysokie drzewa połyskiwały, zielone i odświeżone.

— Po tym polu, Adelo, przechadzałem się późno jednego wieczora ze dwa tygodnie temu, a był to ten wieczór, kiedyś ty mi pomagała zbierać siano na trawnikach w sadzie. A że byłem zmęczony grabieniem pokosów, siadłem odpocząć na przełazie w płocie. Tam wyciągnąłem małą książeczkę i ołówek i zacząłem coś pisać o nieszczęściu, jakie mnie spotkało dawno temu, i o tym, jak pragnę szczęścia w przyszłości. Pisałem bardzo prędko, choć już światło dzienne gasło, gdy coś zaczęło zbliżać się ścieżką i stanęło o dwa kroki ode mnie. Popatrzyłem na to zjawisko. Było to maleńkie stworzonko, a miało welon z nitek babiego lata na głowie. Skinąłem, dając mu znak, by się przybliżyło. Niebawem stanęło u moich kolan. Nie mówiłem do niego, ani ono do mnie nie mówiło słowami, ale czytałem w jego oczach i ono czytało w moich, i ta nasza rozmowa bez słów znaczyła: „To wróżka i przybywa z krainy czarów, przychodzi, aby mnie uszczęśliwić. Muszę z nią razem opuścić zwyczajny świat i udać się w miejsce samotne, takie jak Księżyc na przykład. Tu skinęła główką ku rogom księżyca wschodzącego nad Hayhill i powiedziała mi o alabastrowej grocie i srebrnej dolinie, gdzie moglibyśmy zamieszkać. Powiedziałem, że chętnie bym się tam udał, ale przypomniałem jej, tak jak i ty, że nie mam skrzydeł do latania. «O, to nic nie znaczy!», odpowiedziała wróżka. «Oto jest talizman, który usunie wszystkie trudności», i wyciągnęła ku mnie ładny, złoty pierścionek. «Włóż go», rzekła, «na czwarty palec mojej lewej ręki, a będę twoja, a ty będziesz mój. I porzucimy ziemię, i swoje własne szczęście tam znajdziemy». I znowu skinęła ku księżycowi”. Ten pierścionek, Adelo, jest w mojej kieszeni pod postacią złotego pieniądza, ale ja zamierzam wkrótce znowu go zamienić na pierścionek.

— Ale co to wszystko ma wspólnego z mademoiselle? Mnie wróżka nic nie obchodzi, pan mówił, że pan chce zabrać mademoiselle na Księżyc.

Mademoiselle to wróżka — oświadczył tajemniczym szeptem.

Na to ja powiedziałam Adeli, żeby sobie nic nie robiła z jego żartów. Ona też wykazała iście francuski sceptycyzm — nazwała pana Rochestera un vrai menteur i zapewniła go, że ani trochę nie wierzy w jego conte de fée. Dodała, że przede wszystkim nie ma wróżek, a gdyby nawet były, z pewnością jemu by się nie pokazywały, nie ofiarowałyby mu pierścionków, ani nie chciały mieszkać z nim na Księżycu.

Godzina spędzona w Millcote była dla mnie nieco męcząca. Pan Rochester zaprowadził mnie do sklepu z jedwabiami, tam kazał mi wybierać materiały na pół tuzina sukien. Czułam się w najwyższym stopniu nieswojo, prosiłam, żeby odłożyć tę sprawę, lecz nie — chciał, by zaraz, teraz ją załatwić. Błagając energicznym szeptem, zdołałam wytargować, że zamiast sześciu będą dwie, te jednak postanowił sam wybrać. Z niepokojem widziałam, że oko jego błądzi wśród jaskrawych kolorów. Wybrał nareszcie jedwab w pięknym, ametystowym odcieniu i wspaniały, różowy atłas. Energicznym szeptem oświadczyłam mu wtedy, że niechże mi od razu wybierze złotą suknię i srebrny kapelusz — ja i tak nigdy się nie odważę nosić tego, co on wybierze. Z nieskończoną trudnością, gdyż uparty był jak osioł, wyperswadowałam mu, by tamto zamienił na czarny atłas i perłowo-popielaty jedwab.

— Niech będzie na razie — przystał — z czasem i tak zobaczę cię barwną jak ukwiecony ogród.

Rada byłam, gdy udało mi się wyciągnąć go ze sklepu z jedwabiem, a potem od złotnika. Im więcej dla mnie kupował, tym więcej paliła mnie twarz uczuciem przykrości i poniżenia. Gdy już z powrotem wsiedliśmy do powozu, a ja odetchnęłam, rozgorączkowana i znużona, przypomniałam sobie to, o czym w pośpiesznym toku wypadków, smutnych i wesołych, zupełnie zapomniałam: list stryja mojego, Johna Eyre’a do pani Reed i jego zamiar adoptowania mnie i zapisania mi majątku. „To doprawdy byłoby ulgą dla mnie — pomyślałam — posiadać choć maleńki mająteczek. Nie potrafiłabym znieść tego, by mnie pan Rochester ubierał jak lalkę albo żeby, jak na drugą Danae, złoty deszcz sypał się na mnie codziennie. Napiszę do Madery, gdy wrócę do domu, doniosę stryjowi, że wychodzę za mąż i za kogo. Gdybym tylko miała nadzieję, że z czasem przysporzę panu Rochesterowi majątku, łatwiej zniosłabym to, że on mnie utrzymywać będzie”. Pocieszona trochę tą myślą (zamiar swój zresztą spełniłam tegoż dnia), odważyłam się zetknąć znowu z wzrokiem pana mojego i ukochanego, który uporczywie szukał moich oczu, chociaż odwracałam twarz i spojrzenie. Uśmiechnął się i pomyślałam, że jego uśmiech jest taki, jakim mógłby sułtan w chwili miłosnego rozradowania obdarzyć niewolnicę, złotem i klejnotami przezeń obsypaną. Ścisnęłam z całej siły jego rękę, szukającą mojej, i odsunęłam ją, zaczerwienioną od tego gwałtownego uścisku.

— Niech pan nie patrzy w ten sposób — rzekłam. — Jeżeli pan nie przestanie, nic innego nie włożę na siebie aż do ostatniej chwili, oprócz starych sukienek z Lowood. Do ślubu pójdę w tej lila muślinowej. Może pan sobie szlafrok zrobić z tego perłowego jedwabiu, a z czarnego atłasu nieskończoną liczbę kamizelek!

Rozśmiał się i zatarł ręce.

— Och, warto ją widzieć i słyszeć! — zawołał. — Czyż nie jest oryginalna? Czy nie jest z niej filutka? Nie zamieniłbym tej jednej, angielskiej dziewczyneczki na cały seraj sułtana, na wszystkie oczy gazeli czy kształty hurysek!

Ta wschodnia aluzja znowu mi się nie spodobała.

— Ja panu bynajmniej nie myślę seraju zastępować — powiedziałam. — Nie uważam siebie za coś równoznacznego. Jeżeli się panu zachciewa czegoś w tym rodzaju, dalejże, niech pan co prędzej śpieszy do bazarów w Stambule i tam na zakup licznych niewolnic zużyje te niepotrzebne pieniądze, których widocznie nie ma pan na co wydać.

— A co tymczasem panna Jane będzie robiła, podczas gdy ja będę kupował tyle a tyle ton mięsa i tyle a tyle czarnych oczu?

— Będę się przygotowywała na misjonarkę, by głosić wolność niewolnicom, mieszkankom pańskiego haremu między innymi. Każę się tam wpuścić i podniosę bunt. I pana, srogiego baszę, w mig skrępujemy własnymi rękami, a ja nie zgodzę się przeciąć pańskich więzów, dopóki pan nie podpisze ustawy tak liberalnej, jakiej dotąd nie podpisał żaden despota.

— Zgodziłbym się zdać na twoją łaskę, panno Jane.

— A ja bym się wcale nie okazała łaskawą, gdyby mnie pan błagał z takimi oczyma jak teraz. Gdyby pan patrzył w ten sposób, byłabym pewna, że cokolwiek by pan podpisał pod przymusem, pierwszym pana czynem po uwolnieniu byłoby pogwałcenie podpisanych warunków.

— No i czego ty byś, panno Jane, chciała? Czuję, że będziesz mi chciała narzucić jakąś prywatną umowę ślubną niezależnie od ceremonii kościelnej. Będziesz chciała zastrzec sobie, jak widzę, jakieś specjalne warunki. Jakież to?

— Chcę tylko mieć poczucie swobody, proszę pana. Nie chcę, by mnie przygniatały mnogie zobowiązania. Czy pan pamięta, co mi pan mówił o Celine Varens? O tych brylantach, kaszmirach, które jej pan dawał? Ja nie chcę być pańską angielską Celine Varens. Będę w dalszym ciągu nauczycielką Adeli, tym sposobem zarobię na swoje utrzymanie i mieszkanie, i na trzydzieści funtów rocznie prócz tego. Z tego będę sobie sprawiała ubranie, a pan mi nic nie będzie dawał, oprócz...

— No dobrze, oprócz czego?

— Oprócz uczucia. A jeżeli ja panu swoje dam w zamian, to dług będzie wyrównany.

— Przyznam się, że jeśli chodzi o chłodną arogancję i wrodzoną pychę, nic równego nie widziałem — odpowiedział. Dojeżdżaliśmy teraz do Thornfield. — Czy miałabyś ochotę zjeść dziś ze mną obiad? — zapytał, gdy przejeżdżaliśmy bramy.

— Nie, dziękuję panu.

— A dlaczego: „Nie, dziękuję panu”, jeśli wolno zapytać?

— Nigdy z panem nie jadałam i nie widzę powodu, dlaczego bym miała teraz, dopóki...

— Dopóki co? Lubi panna Jane niedokończone zdania.

— Dopóki nie będę mogła inaczej.

— Czy przypuszcza pani, że jadam jak smok albo jak dziki człowiek, że lęka się być moją towarzyszką przy stole?

— Żadnych przypuszczeń w tym kierunku nie snułam, panie Rochester, ale pragnę, ażeby wszystko pozostało tak, jak było, przez ten miesiąc jeszcze.

— Porzucisz nauczycielską niewolę od razu.

— Bardzo pana przepraszam, ale nie zrobię tego. Będę dalej uczyła Adelę, tak jak dotąd. Będę panu schodziła z drogi przez cały dzień, tak jak się przyzwyczaiłam. Może pan po mnie przysłać wieczorem, o ile będzie pan miał ochotę zobaczyć się ze mną, a wtedy ja przyjdę, ale o żadnej innej porze dnia.

— Tak mi się chce zapalić, panno Jane, albo zażyć niuch tabaki wobec całego tego zamieszania, „pour me donner une contenance”, jakby się wyraziła Adela. Na nieszczęście, nie mam przy sobie ani cygarnicy, ani tabakierki. Ale słuchaj — mówił szeptem. — Teraz to twój czas, mała tyranko, jednak mój nadejdzie niebawem, a gdy raz dobrze cię uchwycę, będę trzymał i, mówiąc obrazowo, przywieszę cię na łańcuszku, ot tak — tu dotknął łańcuszka od zegarka. — Tak, ty miłe maleństwo, będę cię nosił na piersiach, aby nie zgubić mojego klejnotu.

Powiedział to, pomagając mi wysiąść z powozu, a podczas gdy wysadzał Adelę, ja weszłam do domu i pośpieszyłam na górę.

Wieczorem, jak było do przewidzenia, zaprosił mnie do siebie. Ja tymczasem obmyśliłam już zajęcie dla niego, postanowiwszy nie spędzać całego czasu na rozmowie w cztery oczy. Pamiętałam piękny głos jego i wiedziałam, że lubi śpiewać. Sama głosu nie miałam, grałam też, wedle wybrednych wymagań jego, niezbyt świetnie, ale nade wszystko lubiłam słuchać dobrej muzyki. Zaledwie też zmrok zajrzał do okna gwiaździstym szafirem, wstałam, otworzyłam fortepian i poprosiłam, żeby mi zaśpiewał jakąś piosenkę. Bronił się trochę, ale ja nalegałam.

— Czy lubisz mój głos? — zapytał.

— Bardzo lubię. — Nie lubiłam schlebiać tej jego próżności, ale tym razem, ze względów oportunistycznych, gotowa nawet byłam ją podniecać.

— W takim razie, Jane, musisz mi akompaniować.

— Bardzo dobrze, drogi panie, spróbuję.

Istotnie spróbowałam, ale wnet usunął mnie z krzesła, nazywając „małym partaczem”. Zepchnąwszy mnie bez ceremonii na bok, czego właśnie chciałam, zajął moje miejsce i zaczął sam sobie akompaniować, umiał bowiem grać równie dobrze jak śpiewać. Usunęłam się do zagłębienia pod oknem i tam, patrząc na ciche drzewa i cieniem objęty ogród, słuchałam słodkiej melodii kolejnych zwrotek, śpiewanych miękkim, głębokim głosem:

„Najszczersza miłość, co serce
Płomieniem swym rozpaliła,
W krwi mojej każdej kropelce
Gorącym tętnem zabiła.
Każde jej przyjście — nadzieję,
Każde rozstanie — żal budzi;
Jeśli się spóźnia — boleję,
Nie przyjdzie? Lód serce studzi.
O wielkim szczęściu marzyłem:
Tak być — jak kocham — kochanym!
Do tego celu dążyłem
Z zapałem niepowstrzymanym.
Lecz wielka przestrzeń — bezdroże —
Jej życie i moje dzieli,
Tak niebezpieczna jak morze
Z zieloną głębią topieli...

Dalsze strofki mówiły o przeszkodach zwalczonych i o grozie wyzywanych niebezpieczeństw, końcowe zaś brzmiały następująco:

Najmilsza rączkę mi swoją
W dłoń moją złożyła szczerze,
Przyrzekła, że dolę jej z moją
Małżeńskie zwiąże przymierze.
Przysięgła, pocałowaniem
Stwierdziła przysięgi słowa,
Że ze mną z całym oddaniem
Żyć i umierać gotowa.
Więc nie marzyłem daremnie,
Bogaty plon życia dany —
Gdyż ona kocha wzajemnie:
Jak kocham, jestem kochany!

Skończywszy pieśń, wstał od fortepianu i szedł ku mnie. Ujrzałam twarz jego płonącą, błyszczące, sokole oczy, namiętną tkliwość w każdym rysie twarzy. Przelękłam się na chwilę, ale wnet nabrałam odwagi. Nie chciałam czułej sceny, nie chciałam demonstracyjnych wylewów uczucia, a przecież to mi groziło. Należało przygotować jakąś broń odporną. Wyostrzyłam dowcip. Gdy zbliżył się do mnie, zapytałam cierpko:

— Kogoż to pan Rochester zamierza wziąć za żonę?

— To bardzo dziwne pytanie z ust mojej ukochanej Jane!

— Doprawdy! A ja sądzę, że bardzo naturalne, a nawet konieczne. Mówił pan o swojej przyszłej żonie jako umierającej z nim razem. Co znaczy taki pogański pomysł? Ja wcale nie mam zamiaru umierać z panem razem, proszę o tym wiedzieć.

— Ach, przecież ja tylko pragnę, ja tylko modlę się o to, byś ty mogła żyć razem ze mną! Śmierć nie jest dla takich jak ty!

— Owszem, jest dla takich jak ja. Mam równie dobre prawo umrzeć, gdy przyjdzie moja godzina, jak pan je ma. Ale ja chcę doczekać swojej pory, nie mam zamiaru umierać jak indyjska wdowa na stosie!

— Czy przebaczysz mi tę myśl egoistyczną, czy dowiedziesz przebaczenia pocałunkiem na zgodę?

— Nie, przepraszam, ale wolę nie.

Tu usłyszałam, że jestem „stworzonkiem bez serca” i dowiedziałam się, że „inna kobieta zmiękłaby jak wosk, słysząc takie strofy, wyśpiewane na jej cześć”.

Zapewniłam go, że jestem z natury twarda, bardzo kanciasta i że sam się o tym nie raz przekona. I że przy tym postanowiłam odkryć przed nim różne nierówności swojego charakteru, zanim upłyną najbliższe cztery tygodnie. Powinien dokładnie wiedzieć, jaki zrobił interes, dopóki jeszcze czas wycofać się z niego.

— Czy uspokoisz się wreszcie, czy zaczniesz rozsądnie gadać?

— Uspokoić się mogę, jeśli pan sobie życzy, ale co do rozsądnego gadania, to pochlebiam sobie, że właśnie to czynię.

Kręcił się, sarkał, mruczał. „Bardzo dobrze — pomyślałam — możesz się dąsać, możesz się niecierpliwić, ile ci się podoba. Ale jestem pewna, że to najlepsza droga postępowania z tobą. Jesteś mi miły ponad wszelki wyraz, ale nie chcę wpaść w śmieszny sentymentalizm. A tą szpileczką gotowej odpowiedzi i ciebie powstrzymam nad krawędzią przepaści, dopomoże mi też jej ostrze do zachowania między mną a tobą odległości, pożądanej dla wspólnego naszego dobra”.

Po trosze, po trosze doprowadziłam go do dość silnego rozdrażnienia. Wtedy, gdy obrażony poszedł w drugi kąt pokoju, wstałam i powiedziawszy moim naturalnym, zwykłym, pełnym szacunku tonem: „Życzę panu dobrej nocy”, wysunęłam się bocznymi drzwiami i poszłam do siebie.

Tego systemu, raz go spróbowawszy, trzymałam się odtąd przez cały czas naszego „nowicjatu”. Z najlepszym zresztą rezultatem. Mój pan, to prawda, bywał często kwaśny i chropawy, ale na ogół, uważałam, że bynajmniej się nie nudzi i że, gdybym była uległa jak baranek i czuła jak synogarlica, wzmacniałabym tylko jego despotyzm, ale mniej bym mu się podobała, mniej zadowalała jego rozsądek, a nawet jego smak.

W obecności innych osób byłam zawsze, tak jak dawniej, pełna uszanowania i spokojna. Tylko w czasie wieczornych posiedzeń tak mu się sprzeciwiałam i dokuczałam. W dalszym ciągu kazał mnie zawsze prosić z chwilą, gdy zegar wybił siódmą, chociaż gdy teraz stawałam przed nim, nie miał dla mnie tych miodowych słówek „kochanie moje”, „moja najmilsza”. Dostawały mi się zamiast tego takie wyrazy, jak „impertynencka figura”, „złośliwy chochlik”, „odmieniec” itp. Zamiast pieszczot darzył mnie srogimi minami. Owszem, owszem, na razie stanowczo wolałam szorstkość od tkliwości. Widziałam, że w oczach pani Fairfax mam uznanie, jej obawy o mnie znikły. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie. Pan Rochester skarżył się, że go zamęczam, i groził straszną zemstą w niedalekim czasie. Śmiałam się w duchu z jego gróźb. „Potrafię trzymać cię w ręku teraz — rozmyślałam — nie wątpię, że potrafię i później. Jeżeli zużyje się jeden sposób, trzeba będzie obmyślić inny”.

Ale ostatecznie zadanie moje nie było łatwe. Często byłabym wolała dogodzić mu, niż tak go dręczyć. Przyszły mój mąż stawał się dla mnie całym światem i więcej niż światem — nieledwie nadzieją nieba. W owych dniach Boga nie widziałam poza jego stworzeniem, gdyż z niego zrobiłam sobie bożyszcze.