Sophie przyszła ubrać mnie o siódmej. Bardzo długo spełniała swoje zadanie, tak długo, że aż pan Rochester, zniecierpliwiony widać tym zwlekaniem, przysłał z pytaniem, dlaczego nie przychodzę. Przypinała mi właśnie broszką do włosów welon (ten prosty, tiulowy). Jak mogłam najprędzej, wymknęłam się z jej rąk.
— Niech pani zaczeka — zawołała po francusku. — Niech się pani przejrzy w lustrze! Ani razu pani nie spojrzała!
Zawróciłam przeto od drzwi i ujrzałam jakąś postać w strojnej sukni i welonie, tak niepodobną do mnie, że wydała mi się niemal obrazem kogoś obcego. „Jane!”, usłyszałam wołanie i pośpieszyłam na dół. U stóp schodów powitał mnie pan Rochester.
— Marudna! — rzekł — mnie tu pali się w głowie z niecierpliwości, a ty tak zwlekasz!
Zaprowadził mnie do jadalni, obejrzał mnie bystro od stóp do głów, oświadczył, że jestem „Jasna jak lilia i nie tylko dumą jego życia, ale radością jego oczu”, po czym zapowiedział mi, że daje mi tylko dziesięć minut na zjedzenie śniadania, i zadzwonił. Zjawił się jeden z najętej służby, lokaj.
— Czy John ma już powóz gotowy?
— Tak, proszę pana.
— A kuferki czy zniesione na dół?
— Właśnie w tej chwili je znoszą.
— Ty idź do kościoła, przekonaj się, czy pan Wood (pleban) i kościelny już tam są. Wracaj i powiedz mi.
Kościół, jak czytelnikowi wiadomo, był tuż za bramą. Służący niebawem powrócił.
— Pan Wood jest w zakrystii, proszę pana, ubiera się w komżę.
— A powóz?
— John zaprzęga konie.
— Nie będziemy go potrzebowali do kościoła, ale musi być gotów z chwilą, gdy powrócimy, wszystkie pudła i kuferki ułożone i przywiązane, a stangret na koźle.
— Słucham.
— Jane, jesteś gotowa?
Wstałam. Nie było drużbów ani druhen, nie było żadnych krewnych, nikogo — prócz pana Rochestera i mnie. Pani Fairfax stała w hallu, gdyśmy przechodzili. Byłabym chętnie do niej przemówiła, ale ręka moja była w żelaznym uścisku, ciągnął mnie krok, za którym ledwo zdołałam nadążyć, a widząc twarz pana Rochestera, czułam, że nie zniesie pod żadnym pozorem ani sekundy opóźnienia. Nie wiem, czy kiedykolwiek inny pan młody wyglądał tak jak on — taki skupiony na jednym zamiarze, tak groźnie zdecydowany, a przy stanowczości na czole z takimi płomieniami i błyskami w oczach.
Nie wiem, czy była ładna pogoda czy słota. Idąc ścieżką, nie patrzyłam ani na niebo, ani na ziemię. Serce moje przeszło w oczy, a oczy moje tkwiły w nim. Chciałam ujrzeć tę rzecz niewidzialną, w której zdawał się topić spojrzenie nienawistne i groźne, odgadnąć te myśli, których sile przeciwstawiał wyzwanie i opór.
Przed furtką cmentarza kościelnego przystanął. Spostrzegł, że jestem zupełnie bez tchu.
— O jakiż ja jestem okrutny w miłości! — powiedział. — Zaczekaj chwilkę, oprzyj się o mnie, Jane!
I teraz już mogę sobie przypomnieć widok starego domu Bożego, wznoszącego się przede mną, jakąś wronę, okrążającą jego wieżę, a w głębi rumiane niebo poranne. Pamiętam też zielone mogiłki i nie zapomniałam o dwóch postaciach obcych ludzi błądzących wśród tych zielonych wzgórków i odczytujących napisy na kilku omszałych kamieniach nagrobnych. Zauważyłam ich, ponieważ, zobaczywszy nas, poszli za tylną ścianę kościoła, skąd, byłam pewna, że bocznym wejściem wsuną do kościoła i będą świadkami ceremonii. Pan Rochester ich nie spostrzegł. Poważnie wpatrywał się w moją twarz, z której widocznie krew chwilowo uciekła, gdyż czułam pot na czole, chłód ust i policzków. Gdy niebawem przyszłam do siebie, poszedł ze mną z wolna ścieżką ku wejściu.
Weszliśmy do cichej, skromnej świątyni. Kapłan w białej komży czekał przy niskim ołtarzu, obok niego kościelny. Cicho było wokół. Dwa cienie tylko poruszały się w odległym kącie. Przypuszczenie moje było trafne, dwaj obcy wsunęli się przed nami i teraz, plecami do nas odwróceni, stali przed grobową niszą Rochesterów i przez barierkę przyglądali się staremu, marmurowemu grobowcowi, gdzie klęczący anioł strzegł szczątków Damera de Rochestera, poległego pod Marston Moor w wojnie domowej, i Elizabeth, jego żony.
Uklękliśmy przed ołtarzem. Słysząc ostrożne kroki za sobą, spojrzałam przez ramię. Jeden z obcych panów zbliżał się do ołtarza. Zaczął się obrządek ślubny. Kapłan odczytał wytłumaczenie sensu związku małżeńskiego, po czym, postąpiwszy jeszcze krok naprzód, nachylił się lekko ku panu Rochesterowi i ciągnął dalej:
„Żądam tego i kładę na sumieniu wam obojgu (tak jak odpowiadać będziecie w dzień straszliwego sądu, gdy tajemnice serc wszelkich będą odkryte), ażebyście, jeżeli które z was wie o przeszkodzie, dla której nie możecie być prawnie małżeństwem związani, teraz to wyznali. Gdyż tego bądźcie pewni, że ci, którzy połączyli się inaczej, niż Słowo Boże dozwala, nie są połączeni przez Boga, ani też małżeństwo ich nie jest prawowite”.
Zatrzymał się, wedle zwyczaju. Czyż pauzę po tym zdaniu przerywa kiedykolwiek odpowiedź? Czy choćby raz na sto lat? Toteż duchowny, który oczu nie oderwał od książki i zatrzymał się tylko na chwilę, już wyciągał rękę ku panu Rochesterowi, już otwierał usta, by wypowiedzieć pytanie: „Czy masz wolną i nieprzymuszoną wolę pojąć tę kobietę za małżonkę?”, gdy wyraźny głos odezwał się w pobliżu:
— Małżeństwo zawarte być nie może. Oświadczam, że istnieje przeszkoda.
Kapłan podniósł wzrok na mówiącego i stał niemy, kościelny również. Pan Rochester zachwiał się, jak gdyby ziemia zatrzęsła mu się pod stopami. Stanąwszy mocniej i nie odwracając głowy ani oczu, powiedział:
— Proszę ciągnąć dalej.
Głębokie milczenie zapadło, gdy wymówił te słowa głębokim, lecz cichym tonem. Po chwili pan Wood przemówił:
— Nie mogę ciągnąć dalej, dopóki pierwej nie zbadam tego oświadczenia i nie przekonam się, czy to prawda czy fałsz.
— Małżeństwo nie może dojść do skutku — odezwał się głos za nami. — Mam możność udowodnić to, co twierdzę. Istnieje tu przeszkoda niepokonana.
Pan Rochester słyszał, ale nie zważał na to, co słyszy. Stał uparty, sztywny, bez ruchu, rękę tylko moją pochwycił. Ach, jakiż gorący, jakiż silny był to uścisk! Blade, stanowcze, szerokie czoło jego wyglądało w tej chwili jakby z marmuru wykute! Jak błyszczały jego oczy, przytomne i czujne wciąż, a jednak jakby oszalałe w głębi!
Widać było, że pan Wood nie wiedział, co ma począć.
— Jakiegoż rodzaju jest ta przeszkoda? — zapytał. — Może da się ją obejść, może jakoś wytłumaczyć?
— Wątpię — brzmiała odpowiedź. — Nazwałem ją „niepokonaną”, a mówię na pewnej podstawie.
Mówca wysunął się naprzód i oparł się o galerię. Ciągnął dalej, wymawiając każde słowo wyraźnie, spokojnie, dobitnie, chociaż nie głośno.
— Przeszkodą po prostu jest tu poprzednie małżeństwo. Pan Rochester ma żonę, w danej chwili żyjącą.
Wszystkie nerwy na dźwięk tych cicho wymówionych słów szarpnęły się we mnie, jak nigdy nie szarpnął nimi huk pioruna. Mróz ani ogień nigdy tak gwałtownie na bieg krwi mej nie podziałały. Opanowywałam się jednakże, nie groziło mi omdlenie. Spojrzałam na pana Rochestera, wywołałam jego spojrzenie. Cała twarz jego była jak bezbarwna skała, w oczach lśniła iskra i taił się piorun. Nie zaprzeczał niczemu — zdawało się, że wyzywa świat cały. Bez słów, bez uśmiechu, jak gdyby nie rozpoznawał we mnie ludzkiej istoty, objął mnie tylko wpół ramieniem i przykuł do swego boku.
— Kto pan jesteś? — zapytał obcego.
— Nazywam się Briggs, jestem notariuszem z Londynu.
— I chce mi pan narzucić żonę?
— Chcę panu przypomnieć o istnieniu pańskiej małżonki, którą prawo uznaje, choć pan jej nie uznaje.
— Zechciej mi pan podać bliższe szczegóły, jakie jej imię, rodzina, jej miejsce zamieszkania.
— Oczywiście.
Pan Briggs wydobył papier z kieszeni i przeczytał urzędowym, nosowym głosem:
— „Twierdzę i mogę przedstawić na to dowody, że 20 października roku... — tu była data o piętnaście lat wcześniejsza — Edward Fairfax Rochester z Thornfield Hall w hrabstwie X. i z Ferndean Manor w hrabstwie X. w Anglii pojął za żonę siostrę moją, Berthę Antoinettę Mason, córkę Jonasa Masona, kupca, i Antoinetty, jego żony, Kreolki, w kościele X. w Spanish Town, na Jamajce. Akt ślubny wniesiony został do ksiąg kościelnych tegoż kościoła, kopia jego jest obecnie w moim posiadaniu. Podpis: Richard Mason”.
— To, o ile to jest dokument autentyczny, może dowodzić, że byłem ożeniony, ale nie dowodzi, że kobieta, wymieniona tam jako moja żona, żyje dotychczas.
— Żyła trzy miesiące temu — odpowiedział prawnik.
— Skąd panu o tym wiadomo?
— Mam na to świadka, którego świadectwu nawet pan chyba nie zaprzeczy.
— Proszę, niech go pan przedstawi albo ruszaj pan do diabła!
— Najpierw go przedstawię, jest tutaj obecny. Panie Mason, bądź pan łaskaw przyjść tu bliżej.
Pan Rochester na dźwięk tego imienia zaciął zęby. Przebiegł po nim jakiś konwulsyjny dreszcz. Będąc tak blisko, tuż przy nim, odczułam ten wstrząs furii i rozpaczy. Drugi z obcych, który dotychczas pozostawał w tyle, teraz postąpił naprzód. Blada twarz wychyliła się znad ramienia prawnika — tak, to był on, Mason. Pan Rochester odwrócił się i przeszył go wzrokiem. Oczy jego, jak często wspominałam, były czarne. Teraz w ich ponurej ciemni błyskały jakieś światła rdzawe, raczej krwawe. Twarz jego zarumieniła się, jak gdyby śniade policzki i blade czoło rozżarzyły się płomieniem ognia, płynącego od serca. Podniósł silne ramię i byłby uderzył Masona, byłby go rzucił na posadzkę kościoła i zabił może zapamiętałym ciosem, gdyby nie to, że Mason się cofnął, wydając słaby okrzyk: „O wielki Boże!”. Pogarda ostudziła gniew pana Rochestera, pasja jego zamarła jak pod mrożącym powiewem, zapytał tylko:
— I cóż ty masz do powiedzenia?
Zbielałe wargi Masona wyszeptały jakąś niezrozumiałą odpowiedź.
— Diabli nadali, że też ty nie potrafisz odpowiedzieć wyraźnie. Jeszcze raz pytam, co ty masz do powiedzenia?
— Panie, panie — przerwał duchowny — niech pan nie zapomina, że jest pan w świątyni! — Po czym, zwracając się do Masona, zapytał łagodnie: — Co panu o tym wiadomo? Czy żona tego pana żyje czy nie?
— Odwagi — nalegał prawnik — niechże pan mówi!
— Żyje i mieszka teraz w Thornfield Hall — wyraźniej już wykrztusił Mason. — Widziałem ją tego roku w kwietniu. Jestem jej bratem.
— W Thornfield Hall! — wykrzyknął kapłan. — Ależ to niemożliwe, jestem starym mieszkańcem tych stron, mój panie, a nigdy nie słyszałem o żadnej pani Rochester w Thornfield Hall!
Widziałam, jaki posępny uśmiech wykrzywił usta pana Rochestera, gdy mruknął:
— Nie, na Boga! Postarałem się o to, by nikt nie słyszał o tym... czy też o niej pod tym nazwiskiem.
Zamyślił się, jak gdyby przez kilka minut sam ze sobą się naradzał. Po czym powziąwszy postanowienie, wyjawił je:
— Dosyć tego! Niech wszystko wystrzeli od razu jak kula z lufy! Panie Wood, proszę zamknąć książkę i zdjąć komżę. Johnie Green — zwrócił się do kościelnego — wyjdźcie z kościoła, nie będzie dzisiaj ślubu.
Kościelny posłusznie wyszedł.
Pan Rochester mówił dalej śmiało, bez ogródek:
— Bigamia to brzydkie słowo... A ja zamierzałem popełnić bigamię, los jednakże mnie przechytrzył czy też Opatrzność mnie powstrzymała, może to ostatnie. W tej chwili nie o wiele lepszy jestem od diabła i jakby mi to mój tu obecny pasterz powiedział, zasługuję niewątpliwie na najsurowszy sąd boży, może na ognie piekielne, na wiekuiste potępienie. Panowie, mój plan został zburzony. To, co ten prawnik i klient jego mówią, jest prawdą: jestem żonaty, a kobieta, która została mi zaślubiona, żyje! Mówi pan, panie Wood, że nigdy pan nie słyszał o żadnej pani Rochester tam we dworze, przypuszczam jednak, że nieraz dawał pan posłuch pogłoskom o jakiejś tajemniczej wariatce, trzymanej tam pod kluczem i strażą. Niektórzy szeptali panu, że to moja przyrodnia siostra z nieprawego łoża, inni, że moja porzucona kochanka. Otóż teraz oznajmiam panu, że ona jest moją żoną, poślubioną przeze mnie piętnaście lat temu Berthą Mason, siostrą tego zucha, który teraz, blady, drżący na całym ciele, pokazuje, jakie odważne serce zdobić może mężczyznę. Nabierz otuchy, Dicku! Nie bój się mnie! Tak, jak bym nie uderzył kobiety, tak bym nie uderzył i ciebie. Bertha Mason jest obłąkana i pochodzi z obłąkanej rodziny, idioci i wariaci przez trzy pokolenia. Matka jej, Kreolka, była nie tylko wariatką, ale i pijaczką, o czym się dowiedziałem już po ślubie, gdyż przedtem oni milczeli o tych tajemnicach rodzinnych. Bertha, jako posłuszna córka, naśladowała swoją rodzicielkę tak w jednym, jak w drugim. Uroczą miałem towarzyszkę — czystą, mądrą, skromną. Możecie sobie wyobrazić, jaki szczęśliwy był ze mnie człowiek. Jakie sceny bajeczne przeżyłem! Jakie niebiańskie miałem życie, żebyście tylko wiedzieli! Ale ja wam nie potrzebuję dawać bliższych wyjaśnień. Panie Briggs, panie Wood, Richardzie, zapraszam was wszystkich, przyjdźcie do mojego domu i odwiedźcie pacjentkę pani Poole, a moją żonę! Zobaczycie, jakiego rodzaju istotę, oszukany, pojąłem w małżeństwo, i osądzicie, czy miałem prawo czy nie zerwać taki związek i szukać współżycia z człowiekiem. To dziewczątko — ciągnął dalej, patrząc na mnie — tyle wiedziało, co i pan, panie Wood, o tej wstrętnej tajemnicy. Myślała, że wszystko załatwiam prawnie, że wszystko jest w porządku. Nie śniło się jej, że może być wciągnięta w fikcyjny związek z nieszczęśliwcem już związanym ze złą, obłąkaną i zbydlęconą istotą! Pójdźcie wszyscy, proszę, pójdźcie za mną!
Wciąż trzymając mnie silnie przy sobie, wyszedł z kościoła. Trzej panowie poszli za nami. Przed frontowymi drzwiami dworu stał powóz.
— Zabierz powóz do wozowni, Johnie — rozkazał pan Rochester chłodno. — Nie będzie dzisiaj potrzebny.
Gdyśmy weszli, pani Fairfax, Adela, Sophie i Leah wystąpiły naprzeciw nas z powitaniem i życzeniami.
— Idźcie każda w swoją drogę! — krzyknął pan domu. — Co mi po waszych życzeniach? Komu potrzebne? Nie mnie! O piętnaście lat są spóźnione!
Przeszedł i zaczął wstępować na schody, wciąż trzymając moją rękę i wciąż dając tym panom znaki, by szli za nim, co oni też czynili. Weszliśmy na pierwsze schody, przeszliśmy wzdłuż korytarza i stamtąd udaliśmy się na trzecie piętro. Niskie, czarne drzwi, otworzone kluczem pana Rochestera, wpuściły nas do obwieszonego makatami pokoju z wielkim łóżkiem i malowaną szafą.
— Znasz to miejsce, Richardzie — zwrócił się pan domu do Masona — ona cię tutaj pogryzła i pchnęła nożem.
Podniósł zasłonę ze ściany, odkrywając drugie drzwi, te także otworzył. W pokoju bez okna palił się ogień, osłonięty wysoką i silną kratą, i lampa, zawieszona u sufitu na łańcuchu. Grace Poole nachylała się nad ogniem, widocznie gotując coś w garnuszku. W głębokim cieniu, w najdalszym końcu pokoju, postać jakaś biegała tam i z powrotem. Co to było — czy zwierzę czy ludzka istota — trudno było na pierwszy rzut oka rozpoznać. Posuwało się to, zdaje się, na czworakach, parskało i mruczało jak dziwne jakieś dzikie zwierzę. Jednakże ubrane było porządnie, a obfitość ciemnych, siwiejących włosów, rozczochranych jak grzywa, zakrywała głowę i twarz.
— Dzień dobry, pani Poole! — przemówił pan Rochester. — Jak się pani miewa? I jak się miewa dzisiaj pani pupilka?
— Mamy się nie najgorzej, dziękuję panu — odpowiedziała Grace, odstawiając ostrożnie garnuszek. — Trochę burkliwa, ale nie „szalejąca”.
Dziki krzyk zadał kłam tej korzystnej ocenie. Ubrana hiena podniosła się i stała, wysoka, na tylnych łapach.
— Ach! Panie, ona pana widzi! — zawołała Gracja — lepiej niechaj pan odejdzie.
— Tylko kilka chwil, Grace, musisz mi pozwolić na kilka chwil tylko.
— A więc niechże pan uważa... Na miłość boską, niechże pan uważa!
Wariatka ryknęła, odgarnęła z twarzy splątane włosy i patrzyła dziko na gości. Poznałam tę fioletową twarz, te obrzękłe rysy. Pani Poole zbliżyła się.
— Usuń się pani z drogi — rzekł pan Rochester, odpychając ją na bok — chyba ona teraz nie ma noża, a ja dobrze uważam.
— Nigdy się nie wie, co ona mieć może, panie. Jest taka przebiegła, możliwości człowieka przechodzi zgłębienie jej chytrości.
— Może byśmy już poszli — szepnął Mason.
— A idźże do diabła! — ofuknął go szwagier.
— Uważać! — krzyknęła Grace.
Trzej panowie cofnęli się równocześnie. Pan Rochester rzucił mnie poza siebie, wariatka skoczyła i ze złością chwyciła go za gardło, przykładając zęby do jego policzka. Zaczęła się walka, zmaganie. Była to wielka kobieta, wzrostem prawie dorównująca mężowi, a przy tym tęga. Okazywała męską siłę w walce, parę razy omal że go nie zadusiła, mimo że on był tak atletycznie mocny. Mógł uwolnić się od niej jednym, dobrze wymierzonym ciosem, ale nie chciał bić, chciał tylko poskromić ją siłą. Na koniec opanował jej dłonie. Grace Poole podała mu sznur, skrępował ręce szalonej na plecach. Z pomocą dłuższego sznura, który był pod ręką, przywiązał ją do krzesła. Wszystko to odbywało się wśród najdzikszych wrzasków i konwulsyjnych rzutów ciała obłąkanej. Pan Rochester, ukończywszy to zadanie, odwrócił się do widzów. Popatrzył na nich z uśmiechem gorzkim i zrozpaczonym.
— Taka oto jest moja żona — powiedział. — Taki jest jedyny małżeński uścisk, jaki znać mi wolno... Takie pieszczoty mają mnie cieszyć w wolnych chwilach! A tu oto jest to — tu rękę położył na moim ramieniu — co pragnąłem zdobyć. Ta młoda dziewczyna, która tak poważna i spokojna stoi u wrót piekła i przygląda się szatańskim harcom w skupieniu. Upragniona przeze mnie była taka odmiana... Panie Wood, panie Briggs, popatrzcież, jaka różnica! Porównajcież te czyste oczy z tamtymi czerwonymi gałkami, tę twarz z tamtą maszkarą, tę postać z tamtą bezkształtną masą ciała, a potem sądźcie mnie, kapłanie Ewangelii i stróże prawa i pamiętajcie, że jak będziecie sądzili, tak będziecie sądzeni! A teraz odejdźcie, proszę! Muszę zamknąć swój skarb.
Usunęliśmy się wszyscy. Pan Rochester pozostał jeszcze na chwilę, by wydać Grace Poole jakieś polecenie. Adwokat przemówił do mnie, gdy schodziliśmy ze schodów:
— Pani łaskawa — rzekł — wolna jest od wszelkiego zarzutu. Wuj pani ucieszy się, gdy się o tym dowie, o ile, naturalnie, jeszcze żyć będzie, gdy pan Mason powróci na Maderę.
— Mój wuj! Co pan wie o nim? Czy go pan zna?
— Pan Mason go zna. Pan Eyre przez kilka lat był przedstawicielem jego firmy w Funchalu. Gdy wuj pani otrzymał list z wiadomością o zamierzonym małżeństwie pani z panem Rochesterem, pan Mason przypadkiem był właśnie u niego. Pan Eyre wspomniał o tej wiadomości, gdyż wiedział, że mój klient znał pana o tym nazwisku. Pan Mason, zdziwiony i zmartwiony, jak pani może sobie wyobrazić, wyjawił rzeczywisty stan rzeczy. Wuj pani (przykro mi, że muszę to powiedzieć) jest obłożnie chory. Zważywszy na istotę jego cierpienia, uwiąd starczy już mocno posunięty, trudno się spodziewać, by się mógł jeszcze podźwignąć. Nie mógł zatem sam pośpieszyć do Anglii, by wyplątać panią z sieci, w jaką pani wpadła, ale błagał pana Masona, by nie tracąc czasu, poczynił odpowiednie kroki ku zapobieżeniu nieprawnemu małżeństwu. Odesłał go do mnie po pomoc. Śpieszyłem się, jak tylko mogłem, i rad jestem, że się nie spóźniłem, jak i pani niewątpliwie. Gdybym nie był przekonany, że wuj pani umrze, zanim by pani zdążyła dostać się na Maderę, radziłbym pani towarzyszyć panu Masonowi w jego powrotnej drodze. W obecnym jednakże położeniu myślę, że lepiej, by pani pozostała w Anglii, dopóki nie otrzyma dalszych wiadomości albo od pana Eyre’a, albo o nim. Czy czekamy tu jeszcze na coś? — zwrócił się do pana Masona.
— Nie, nie... Chodźmy już — odpowiedział tamten trwożliwie i nie czekając na pożegnanie z panem Rochesterem, wyszli obydwaj przez hall. Duchowny zatrzymał się jeszcze, by parę słów upomnienia czy nagany udzielić swemu dumnemu parafianinowi. Spełniwszy ten obowiązek i on się pożegnał.
Słyszałam, że odchodzi, stojąc w na wpół otwartych drzwiach mojego pokoju. Wtedy zamknęłam je, zasunęłam rygiel i zaczęłam — nie płakać, nie rozpaczać, na to zbyt jeszcze byłam spokojna, ale automatycznie zdejmować ślubną suknię i na jej miejsce przywdziewać wełnianą, którą myślałam wczoraj, że ostatni raz mam na sobie. A potem usiadłam. Czułam się słaba i zmęczona. Oparłam ramiona o stół i głowa mi na nie opadła. I teraz zaczęłam myśleć. Dotychczas tylko słuchałam, patrzyłam, poruszałam się, chodziłam tu i tam, gdzie mnie prowadzono lub ciągnięto, widziałam wypadki następujące jedne po drugich, jedno po drugim wyjaśnienie. Ale teraz zaczęłam myśleć.
Wypadki tego ranka miały przebieg całkiem spokojny — z wyjątkiem jednej krótkiej sceny z obłąkaną. Przejście w kościele nie było hałaśliwe, nie było wybuchu namiętności, głośnych sporów, kłótni, zuchwałych wyzywań, łez i łkań. Powiedziano kilka słów, zrobiono spokojnie zastrzeżenie ważności ślubu, padło kilka surowych, krótkich zapytań ze strony pana Rochestera, dano odpowiedzi, wyjaśnienia, przedstawiono dowód. Mój pan otwarcie uznał prawdę, po czym obejrzano żyjący dowód. Ci, co przyszli, poszli sobie, a teraz było po wszystkim.
Byłam w moim własnym pokoju, jak zwykle — niby ta sama, bez widocznej zmiany. A jednak gdzież była Jane Eyre wczorajsza? Gdzie było jej życie? Gdzie były jej marzenia?
Jane Eyre, wczoraj płonąca, pełna nadziei kobieta — panna młoda — dziś była znowu zziębniętym, samotnym dziewczęciem. Życie jej było blade, widoki na przyszłość smutne. Mróz grudniowy przyszedł w pełni lata. Nadzieje moje wszystkie umarły pod obuchem strasznego wyroku, takiego, jaki padł niegdyś na wszystkich pierworodnych w krainie Egiptu. Spojrzałam na swe najmilsze życzenia: leżały martwe, zimne, sine trupki, które już nigdy odżyć nie mogły. Spojrzałam na miłość moją — na to uczucie, własność mego pana, gdyż on je stworzył. Drżało w moim sercu jak chore dziecko w zimnej kołysce. Choroba i męka nim wstrząsała. Nie mogło szukać objęć pana Rochestera, nie mogło zaczerpnąć ciepła z jego piersi. Ach, nigdy już nie będzie mogło do niego się zwrócić, gdyż wiara zawiodła, zaufanie znikło! Pan Rochester nie był już dla mnie tym, czym był pierwej, gdyż nie był tym, za co go miałam. Nie chciałam przypisywać mu występku, nie chciałam powiedzieć, że mnie oszukał, ale pojęcie nieskazitelnej prawdy już się z wyobrażeniem o nim nie wiązało. Widziałam jasno, że muszę się usunąć z jego otoczenia. Kiedy, jak, dokąd? Tego nie rozróżniałam na razie, ale on sam, nie wątpiłam o tym, będzie mnie śpiesznie chciał wydalić z Thornfield. Rzeczywistego przywiązania, zdaje się, nie mógł czuć dla mnie, był to tylko namiętny kaprys. Ten został udaremniony, teraz już nie będzie mnie pragnął... Bałabym się nawet spotkać z nim teraz, mój widok musiałby być dlań przykry. O, jakież było moje zaślepienie! Jak niewłaściwie postępowałam!
Oczy miałam zakryte, zamknięte. Falująca ciemność zdawała się mnie opływać, a zastanowienie wpadało prądem czarnym, zmąconym. Pozostawiona samej sobie, osłabła, niezdolna do wysiłku, wyobrażałam sobie, że ległam w wyschłym łożysku wielkiej rzeki, że słyszę huczące w dalekich górach wody, że czuję, iż strumień nadpływa. Nie miałam dość woli, by wstać, nie miałam siły uciekać. Leżałam bezsilna i pragnęłam umrzeć. Jedna myśl tylko jeszcze kołatała we mnie żywa — pamięć o Bogu. Ona zrodziła niewypowiedzianą słowami modlitwę. Te słowa snuły się w ciemnicy mej duszy jak coś, co powinnam była wyszeptać, choć do wyrażenia brakło mi energii.
„Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela”.
Niebezpieczeństwo było bliskie, a że nie zaniosłam modłów do nieba o odwrócenie go, przyszło — pełną, ciężką falą zalał mnie strumień. Cała świadomość mojego osieroconego życia, straconej miłości, zgaszonej nadziei, śmiertelnie ugodzonej wiary potężnie nade mną zawisła. Gorycz tej ciężkiej godziny nie da się wysłowić. Zaiste, „Woda mi sięga po szyję. Ugrzązłem w mule topieli i nie mam nigdzie oparcia, trafiłem na wodną głębinę i nurt wody mnie porywa”.