Tylko mglista pamięć pozostała mi o następnych trzech dniach i nocach. Przypominam sobie niektóre odczucia i wrażenia, myśleć jednakże logicznie nie mogłam, a do jakiegokolwiek czynu byłam wprost niezdolna. Wiedziałam, że jestem w małym pokoiku i że leżę w wąskim łóżeczku. Do tego łóżka byłam jakby przyrośnięta, leżałam na nim bez ruchu jak kamień. Nie zważałam na bieg czasu, na przejścia od ranka do południa, od południa do wieczora. Spostrzegałam, gdy ktoś wchodził do pokoju albo gdy wychodził. Wiedziałam nawet, kto to taki. Rozumiałam, co mówili, o ile mówiący stał blisko mnie, jednakże nie mogłam odpowiadać. Otworzyć usta albo poruszyć się również było dla mnie niemożliwością. Hannah, służąca, była u mnie najczęstszym gościem. Jej przyjście zawsze niemiło mnie dotykało. Miałam wrażenie, że jest mi nierada, że nie rozumie ani mnie, ani mojej sytuacji, że jest do mnie uprzedzona. Diana i Mary zjawiały się u mnie w pokoju raz, czasem dwa razy dziennie. Szeptały niekiedy do siebie tego rodzaju zdania:
— Jak to jednak dobrze, że wzięłyśmy ją do siebie.
— Tak, z pewnością znaleziono by ją nieżywą przed drzwiami, gdyby była tam całą noc pozostała. Ciekawa jestem, jakie przeszła koleje?
— Jakieś dziwnie ciężkie, wyobrażam sobie, biedna, wymizerowana, blada wędrowniczka!
— To nie jest, zdaje mi się, po jej sposobie mówienia sądząc, osoba bez wykształcenia. Akcent ma zupełnie czysty, a i ubranie, które zdjęła, chociaż zabłocone i mokre, mało znoszone i z dobrego materiału.
— Ma szczególną twarz, taka wychudzona i mizerna, a jednak raczej mi się podoba, przy zdrowiu zaś i ożywieniu, wyobrażam sobie, że fizjonomia jej musi być miła.
Nigdy w rozmowach ich nie usłyszałam ani słowa żalu, że mnie przyjęły tak gościnnie, ani słowa podejrzliwości czy niechęci ku mnie. To mnie pocieszało.
Pan Saint-John zaszedł raz jeden, popatrzył na mnie i powiedział, że mój stan bezwładu wynika z reakcji na nadmierne i długotrwałe przemęczenie. Oświadczył, że nie potrzeba posyłać po doktora, że z pewnością sama natura najlepiej sobie poradzi. Powiedział, że każdy nerw został jakimś sposobem silnie nadwyrężony i że cały system potrzebuje jakiś czas odpoczywać we śnie. Choroby nie ma tu żadnej; wyobraża sobie, że szybko przyjdę do siebie, skoro tylko wejdę na drogę poprawy. Ten sąd wypowiedział spokojnym, cichym głosem i dodał po chwili tonem człowieka nieprzywykłego do obszernych objaśnień:
— Raczej niezwykła fizjonomia, niewątpliwie nie zdradza ani pospolitości, ani upadku.
— Wręcz przeciwnie — odpowiedziała Diana. — Prawdę powiedziawszy, Saint-John, serce mnie ciągnie do tego biedactwa. Ach, jak bym chciała, żebyśmy mogli na stałe się nią zająć!
— To mało prawdopodobne — odpowiedział. — Przekonasz się, że to panienka, która poróżniła się ze swoją rodziną i lekkomyślnie ją opuściła. Może nam się uda przywrócić ją rodzinie, o ile nie jest uparta. Jednakże widzę na jej twarzy linie siły, które każą mi wątpić, czy jest łatwa do prowadzenia. — Stał, przyglądając mi się przez kilka minut, po czym dodał: — Wydaje się rozumna, ale ładna bynajmniej nie jest.
— Ona taka chora, Saint-John!
— Chora czy zdrowa, zawsze będzie nieładna. Brakuje tym rysom zupełnie wdzięku, harmonii i piękna.
Trzeciego dnia poczułam się lepiej, czwartego mogłam już mówić, poruszać się, usiąść, obracać się na łóżku. Hannah przyniosła mi zupę z kaszki i trochę grzanek około pory obiadowej, jak mi się wydało. Zjadłam z przyjemnością. Jedzenie było dobre, nie miało gorączkowego smaku, jaki zatruwał mi wszystko, co dotąd przełykałam. Po odejściu Hanny poczułam się stosunkowo silna, wstępowało we mnie życie. Dosyć miałam spoczynku, budziła się we mnie chęć ruchu i czynu. Zapragnęłam wstać, ale cóż mogłam włożyć na siebie? Wilgotne, zabłocone ubranie, w którym sypiałam na ziemi i upadałam w błoto? Wstyd mi było ukazać się moim dobrodziejom w takim stroju. Oszczędzono mi tego upokorzenia.
Na krześle przy łóżku leżały wszystkie moje rzeczy — czyste i suche. Czarna, jedwabna sukienka wisiała na ścianie, oczyszczona z błota, odprasowana, wyglądała zupełnie przyzwoicie. Nawet trzewiki i pończochy były wyczyszczone, możliwe do użycia. Była w pokoju woda i miednica, leżała szczotka i grzebień do włosów. Mimo osłabienia, odpoczywając co pięć minut, jako tako mogłam się ubrać. Ubranie wisiało na mnie luźno, gdyż mocno schudłam, zakryłam jednakże niedobory szalem i teraz, czysta i wyglądająca przyzwoicie, bez plamy brudu, bez śladu nieporządku, którego tak nie znosiłam i który zdawał się tak mnie poniżać, zeszłam powoli po kamiennych schodach przy pomocy poręczy do niskiego korytarza, skąd od razu trafiłam do kuchni.
Kuchnię wypełniał zapach świeżego pieczywa, ciepła i dobrego ognia. Hannah piekła chleb. Uprzedzenia, wiadomo, najtrudniej jest wykorzenić z serca. Hannah w istocie z początku była zimna i sztywna, później zaczęła trochę łagodnieć, a gdy ujrzała mnie wchodzącą, czystą i dobrze ubraną, uśmiechnęła się nawet.
— Co to, wstała pani? — rzekła. — Więc widać pani zdrowsza. Niech pani usiądzie na moim miejscu przy kominie, jeśli pani ma ochotę.
Wskazała mi bujany fotel. Usiadłam. Krzątała się, przyglądając mi się od czasu do czasu badawczo spod oka. Wyjmując kilka bochenków z pieca, zwróciła się nagle ku mnie i zapytała bez ogródki:
— Czy pani kiedy już chodziła na żebry, zanim pani tutaj przyszła?
Oburzyłam się w pierwszej chwili, ale przypomniawszy sobie, że doprawdy nie można się tu gniewać i że ja jej istotnie przedstawiłam się jako żebraczka, odpowiedziałam spokojnie, jednak z pewnym naciskiem:
— Mylicie się, biorąc mnie za żebraczkę. Ja nie jestem żebraczką, tak jak ani wy, ani wasze panienki nie jesteście żebraczkami.
— Ja tam nie rozumiem tego dobrze — powiedziała po chwili. — Pani to pewnie nie ma ani domu, ani pieniędzy?
— Nawet jeśli ktoś nie ma domu ani pieniędzy, to jeszcze niekoniecznie jest żebrakiem, tak jak wy to rozumiecie.
— Czy pani jest uczona w książkach? — zapytała niebawem.
— O tak. I to bardzo.
— Ale pani nie była na pensji, w szkole?
— Owszem, byłam przez osiem lat.
Otworzyła oczy szeroko.
— A więc dlaczego się pani sama utrzymać nie może?
— Utrzymywałam się sama i mam nadzieję, że i nadal utrzymywać się będę. A co to macie zrobić z tym agrestem? — zapytałam, gdy wydobyła koszyczek z owocami.
— Ciastka z tym będą.
— Dajcie mi to, ja wam oczyszczę.
— Nie, ja nie chcę, żeby się pani męczyła.
— Ale ja muszę coś robić, proszę was, dajcie mi to!
Zgodziła się, a nawet przyniosła mi czysty ręcznik, ażebym go rozpostarła na sukni, by jej, jak powiedziała, „nie powalać”.
— Pani nie była przyzwyczajona do roboty służących, ja to widzę po pani rękach — zauważyła. — Może pani była krawcową?
— Nie, mylicie się. Ale teraz mniejsza o to, czym ja byłam. Nie łamcie sobie więcej głowy nade mną i lepiej powiedzcie mi, jak się nazywa ten dom, w którym jesteśmy.
— Niektórzy nazywają go Marsh End, a niektórzy Moor House.
— A ten pan, który tu mieszka, nazywa się Saint-John?
— Nie, pan Saint-John tutaj nie mieszka, jest tu tylko chwilowo. Mieszka we własnej parafii, w Morton.
— W tej wiosce o parę mil stąd?
— Tak jest.
— A kim jest pan Saint-John?
— Jest duchownym.
Przypomniałam sobie odpowiedź starej gospodyni na plebanii, gdy chciałam się widzieć z proboszczem.
— Więc to tutaj mieszkał jego ojciec?
— Tak, starszy pan Rivers tu mieszkał, a także jego ojciec i dziadek, i nawet pradziadek przed nim.
— Więc ten pan nazywa się Saint-John Rivers?
— Tak, Saint-John to jego chrzestne imię.
— A siostry jego to panny Diana i Mary Rivers?
— Tak jest.
— Ojciec ich nie żyje?
— Umarł trzy tygodnie temu na apopleksję.
— Matki nie mają?
— Pani już wiele lat temu umarła.
— A wy u tej rodziny jesteście już dawno?
— Jestem u nich od lat trzydziestu. Wyniańczyłam ich wszystkich troje.
— To dowodzi, że musieliście być uczciwą i wierną służącą. Mówię wam to, chociaż byliście tak niegrzeczni, że nazwaliście mnie żebraczką.
Znowu popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
— Zdaje mi się — powiedziała — że mi się zupełnie w myślach pomieszało co do pani, ale tylu się oszustów kręci, że musi mi pani przebaczyć.
— I chociaż — mówiłam dalej nieco surowo — chcieliście odpędzić mnie od drzwi w noc taką, że psa bylibyście nie odpędzili.
— No tak, to było niepoczciwe, ale co człowiek może wiedzieć? Ja więcej myślałam o dzieciach niż o sobie. Biedaki! Toż przecie nie mają nikogo, kto by o nie dbał, prócz mnie. Muszę czasami ostro się postawić.
Przez kilka minut milczałam poważnie.
— Nie musi pani za bardzo źle o mnie myśleć — zauważyła znowu.
— Ale ja myślę źle o was — powiedziałam. — I powiem wam dlaczego. Nie tyle dlatego, że nie chcieliście mnie przygarnąć albo że uważaliście mnie za oszustkę, ile dlatego, że przed chwilą zrobiliście mi rodzaj zarzutu, że nie mam pieniędzy ani domu. Najlepsi ludzie nieraz bywali tak biedni jak ja teraz. A jeżeli jesteście chrześcijanką, nie powinniście uważać biedy za zbrodnię.
— To prawda, że nie powinnam — powiedziała. — I pan Saint-John mi to mówi, ja widzę, że zawiniłam... Ale bo też zupełnie inne mam teraz pojęcie o pani niż przedtem. Pani wygląda na osobę do gruntu porządną i przyzwoitą.
— No dobrze, już się na was nie gniewam. Podajcie mi rękę.
Złożyła swoją umączoną, twardą rękę w mojej dłoni. Serdeczny uśmiech rozjaśnił jej twarz i od tej chwili nastała między nami przyjaźń.
Hannah oczywiście lubiła gawędzić. Podczas gdy ja przebierałam owoce, a ona wyrabiała ciasto, opowiadała mi w dalszym ciągu rozmaite szczegóły historii o nieboszczyku panu, o pani i o „dzieciach”, jak nazywała troje młodych.
Stary pan Rivers, mówiła, był dosyć prostym człowiekiem, chociaż prawdziwym panem z bardzo starego rodu. Marsh End należało do Riversów, odkąd dom ten istniał, a liczył sobie, twierdziła, przeszło dwieście lat, chociaż wydawał się taki mały i skromny — ani go porównać ze wspaniałym domem pana Olivera w Morton Vale. A jednak pamiętała ojca Billa Olivera, robotnika w fabryce igieł, podczas kiedy Riversowie byli szlachtą już za dawnych czasów Henryków, o czym się każdy może przekonać, jeżeli zechce zajrzeć do rejestrów w zakrystii kościoła w Morton. Przyznawała jednak, że stary pan był taki jak inni ludzie, niewiele różny od innych, przepadał za polowaniem, gospodarką na roli i innymi wiejskimi zajęciami. Pani była inna. Bardzo wiele czytała, bardzo dużo pracowała nad książkami, a „dzieci” wdały się w matkę. Nikogo podobnego do nich nie ma w tych stronach ani nigdy nie było. Lubiło się to uczyć (wszyscy troje), zaledwie zaczęło mówić. Pan Saint-John, jak tylko podrósł, chciał iść do szkół i zostać kapłanem, a dziewczęta, gdy pokończyły szkoły, wzięły posady jako nauczycielki. Powiedziały jej bowiem, że ojciec ich przed kilku laty stracił dużo pieniędzy przez człowieka, któremu zaufał, a który zbankrutował, a ponieważ teraz nie jest tak bogaty, by dać i im majątek, one muszą pracować na siebie. Już od dawna niewiele przebywały w domu, a teraz przyjechały tylko na parę tygodni z powodu śmierci ojca. Ale one tak lubią Marsh End i Morton, i wszystkie te wrzosowiska, i pagórki dokoła! Były w Londynie i w wielu innych wielkich miastach, ale zawsze mówią, że nie ma jak dom. A tacy byli grzeczni jedni dla drugich, nigdy się między sobą nie gniewali i nie kłócili. Hannah nie widziała tak zgodnej rodziny.
Skończywszy przebierać agrest, zapytałam, gdzie są w tej chwili obie panie i ich brat.
— Poszli do Morton na spacer, ale za pół godziny wrócą na herbatę.
W oznaczonym czasie wrócili rzeczywiście. Weszli przez drzwi kuchenne. Pan Saint-John, zobaczywszy mnie, ukłonił się tylko i przeszedł, obydwie panny zatrzymały się. Mary w kilku słowach życzliwie i spokojnie wyraziła mi, jaką jej to sprawia przyjemność, że widzi mnie już tak silną, iż mogłam zejść na dół. Diana ujęła moją rękę, potrząsając głową.
— Należało poczekać, aż ja pani pozwolę zejść — rzekła. — Jeszcze pani bardzo blada. I taka szczupła! Biedne dziecko... Biedne dziewczątko!
Diana miała głos brzmiący w moich uszach jak gruchanie gołębicy i oczy, których spojrzenie sprawiało mi najwyższą przyjemność. Cała jej twarz miała dla mnie wdzięk nieporównany. Mary miała fizjonomię równie inteligentną, rysy równie ładne, jednakże wyraz jej był bardziej powściągliwy, a obejście, chociaż miłe, chłodniejsze. Diana patrzyła i przemawiała z pewną stanowczością, widać było, że to osoba mająca silną wolę. W mojej naturze leżało ulegać z przyjemnością wyższości zaznaczanej w ten sposób, jak ona to czyniła, i uginać się, gdzie mi sumienie i poczucie własnej godności pozwalało, przed wolą czynniejszą.
— A przy tym, co pani ma tu do roboty? — mówiła dalej. — To nie miejsce dla pani. My z Mary lubimy niekiedy siadywać w kuchni, ponieważ lubimy w domu swobodę i nie krępujemy się, ale pani jest gościem i pani miejsce jest w pokoju bawialnym.
— Mnie tutaj bardzo dobrze.
— Wcale nie, Hannah kręci się i osypuje panią mąką.
— A przy tym ogień jest tu za gorący dla pani — wtrąciła Mary.
— Ależ tak — dorzuciła siostra. — No, dalej, proszę być posłuszną.
I wciąż trzymając mnie za rękę, przymusiła mnie do wstania i zaprowadziła do pokoju.
— Tu niech pani siedzi — rzekła, umieściwszy mnie na kanapie — podczas gdy my się rozbierzemy i przygotujemy herbatę. To także przywilej, z którego korzystamy w naszym domeczku pod wzgórzami, że same przyrządzamy jedzenie, gdy mamy na to ochotę albo gdy Hannah piecze, porządkuje, pierze czy prasuje.
Zamknęła drzwi, pozostawiając mnie sam na sam z panem Saint-Johnem, siedzącym naprzeciw z książką czy gazetą w ręku. Przyjrzałam się najpierw bawialni, a potem jemu.
Bawialnia był to niewielki pokój, bardzo skromnie umeblowany, jednakże miły, bo czysty i schludny. Staroświeckie krzesła lśniły, a stół orzechowy błyszczał jak zwierciadło. Kilka dziwnych, starych portretów mężczyzn i kobiet z dawnych czasów zdobiło malowane ściany. Szafa o oszklonych drzwiach zawierała trochę książek i komplet staroświeckiej porcelany. Nie było tutaj ani jednego modnego mebla, żadnych zbytecznych ozdób, oprócz dwóch szkatułek do robótek i damskiego sekretarzyka z różanego drzewa, stojącego na bocznym stoliku. Wszystko — nie wyłączając dywanu i firanek — dowodziło, że jest wiekowe, lecz i porządnie utrzymane.
Panu Saint-Johnowi, siedzącemu nieruchomo, nieodrywającemu oczu od kartek czytanej książki i nieotwierającemu zaciśniętych ust, nietrudno się było przypatrzeć. Gdyby był posągiem, a nie człowiekiem, nie mogłoby być łatwiej. Był młody, mógł mieć dwadzieścia osiem do trzydziestu lat, wysoki, szczupły. Twarz jego przykuwała oko, była to twarz greckiego posągu, niezmiernie czysta w rysunku: zupełnie prosty, klasyczny nos, usta i broda Ateńczyka. W istocie rzadko twarz Anglika tak bardzo się zbliża do antycznego modelu. Nie dziw, że go raziła nieregularność moich rysów, skoro sam miał tak harmonijne. Jego oczy były wielkie, niebieskie, o ciemnych rzęsach. Wysokie czoło, blade jak kość słoniowa, przysłaniały częściowo niedbale opadające pukle jasnych włosów.
A jednak ten, którego opisuję, wcale nie sprawiał wrażenia człowieka miłego, ustępliwego, wrażliwego czy choćby równego z natury. Chociaż siedział teraz w spokoju, było coś w zarysach jego nozdrzy, ust i czoła, co, o ile sądzić mogłam, świadczyło o niepokoju czy twardości, czy też nadmiernej gorliwości w jego charakterze. Nie przemówił do mnie ani słowa, nawet nie spojrzał na mnie, dopóki nie powróciły jego siostry. Diana, wchodząc i wychodząc w trakcie przygotowywania herbaty, przyniosła mi ciastko.
— Niech pani to zje teraz — rzekła. — Musi pani być głodna. Hannah mówi, że od śniadania nic pani nie jadła, tylko trochę kaszki.
Nie odmówiłam, gdyż obudził się we mnie silny apetyt. Pan Rivers zamknął teraz książkę, zbliżył się do stołu i usiadłszy, utkwił całe spojrzenie swoich niebieskich oczu we mnie. Patrzył teraz bezceremonialnie, prosto, otwarcie, badawczo, co dowodziło, że nie przez nieśmiałość, ale rozmyślnie odwracał dotąd wzrok swój od gościa.
— Bardzo pani jest głodna — rzekł.
— To prawda, panie.
Miałam zawsze w zwyczaju krótko i prosto odpowiadać na krótkie frazy i pytania.
— To dobrze dla pani, że niewysoka gorączka przymuszała ją do wstrzemięźliwości przez ostatnie trzy dni. Byłoby niebezpiecznie, gdyby pani była ulegała zaraz od początku nadmiernemu apetytowi. Teraz już może pani jeść, chociaż zawsze jeszcze z pewnym umiarem.
— Mam nadzieję, że nie będę długo jadła na koszt pański — odpowiedziałam niezręcznie i niegrzecznie.
— Zapewne — odpowiedział chłodno — skoro nam pani tylko wskaże, gdzie mieszka pani rodzina, będziemy mogli napisać do niej, a pani będzie mogła wrócić do domu.
— Tego, muszę panu otwarcie powiedzieć, nie będę mogła uczynić, gdyż absolutnie nie mam ani domu, ani rodziny.
Wszyscy troje popatrzyli na mnie, ale bez nieufności. Odczułam, że nie ma podejrzliwości w ich spojrzeniach, było w nich raczej zaciekawienie. Mówię to zwłaszcza o obu panienkach. Oczy Saint-Johna, choć na pozór takie jasne, były zagadkowe. Używał ich raczej jako narzędzia do badania myśli innych niż jako sposobu ujawnienia swoich własnych. To połączenie przenikliwości i skrytości raczej wprawiało w zakłopotanie, niż dodawało odwagi.
— Czy pani przez to rozumie — zapytał — że pani z ludźmi nie ma żadnych stosunków?
— Tak jest. Żaden węzeł nie łączy mnie z nikim w świecie, nie mam prawa żądać, by mnie jakikolwiek dom w Anglii przyjął pod swój dach.
— Bardzo dziwne położenie w pani wieku.
Tu spostrzegłam, że spojrzał na moje ręce, złożone na stole przede mną. Zdziwiłam się, czego tam szuka. Słowa jego wyjaśniły mi to niebawem.
— Nie jest pani zamężna? Jest pani panną?
Diana rozśmiała się.
— Ależ, Saint-John, pani nie może mieć więcej niż siedemnaście, osiemnaście lat! — rzekła.
— Mam prawie dziewiętnaście, ale nie jestem zamężna. Nie.
Poczułam, że palący rumieniec występuje mi na twarz, gdyż wzmianka o małżeństwie obudziła gorzkie, niepokojące wspomnienia. Diana i Mary odwróciły wzrok od mojej zarumienionej twarzy, ale chłodniejszy i surowszy brat ich patrzył w dalszym ciągu, aż ból, który obudził, wycisnął mi łzy z oczu.
— Gdzie pani ostatnio mieszkała? — spytał teraz.
— Za wiele pytasz, Saint-John — szepnęła cicho Mary.
Lecz on przechylił się przez stół i domagał się odpowiedzi stanowczym i przeszywającym wzrokiem.
— Nazwa miejscowości, w której mieszkałam, i osób, z którymi przebywałam, jest moją tajemnicą — odpowiedziałam zwięźle.
— Którą, moim zdaniem, ma pani prawo utrzymać, tak przed Saint-Johnem, jak przed kimkolwiek — zauważyła Diana.
— Jeżeli jednakże nic o pani nie będę wiedział, nie będę mógł pani dopomóc — powiedział. — A pani przecież potrzebuje pomocy, nieprawdaż?
— Potrzebuję jej i pragnę, by ktoś poczciwy wskazał mi sposób uzyskania pracy, jaką umiałabym wykonywać, a za którą wynagrodzenie dałoby mi chociaż najskromniejsze utrzymanie.
— Nie wiem, czy jestem kimś poczciwym, ale chętnie, o ile tylko będę mógł, pomogę pani w osiągnięciu tak uczciwego celu. Przede wszystkim więc niech mi pani powie, co pani dotąd robiła i co pani potrafi.
Wypiłam już teraz herbatę. Wielce mnie pokrzepił ten napój, dodał nowego bodźca nerwom, tak że mogłam już spokojnie przemawiać do tego przenikliwego, młodego sędziego.
— Panie Rivers — zaczęłam, zwracając się ku niemu i patrząc na niego tak jak on na mnie, otwarcie i bez nieśmiałości — pan i siostry pańskie wyświadczyliście mi wielkie dobrodziejstwo, największe, jakie człowiek może wyświadczyć bliźniemu: uratowaliście mnie od śmierci. To dobrodziejstwo daje wam nieograniczone prawo do mojej wdzięczności i, w pewnym stopniu, do mojego zaufania. Opowiem wam tyle, ile mogę, z dziejów przygarniętej przez was przybłędy... Tyle, ile mogę opowiedzieć bez narażania własnego spokoju, własnego bezpieczeństwa moralnego i fizycznego oraz bezpieczeństwa innych. Jestem sierotą, córką duchownego. Rodzice moi odumarli mnie maleńką. Wychowano mnie z łaski, kształcono w zakładzie dobroczynnym. Mogę nawet powiedzieć państwu nazwę tego zakładu, gdzie spędziłam sześć lat jako uczennica, a dwa jako nauczycielka: było to schronisko dla sierot w Lowood. Może pan o nim słyszał, panie Rivers? Wielebny Robert Brocklehurst jest jego skarbnikiem.
— O panu Brocklehurście słyszałem, a szkołę widziałem.
— Opuściłam Lowood prawie rok temu, ażeby zostać nauczycielką prywatną. Otrzymałam dobrą posadę i czułam się szczęśliwa. Miejsce to musiałam porzucić na cztery dni przed przybyciem tutaj. Powodu nie mogę i nie powinnam tłumaczyć, byłoby to niepotrzebne, niebezpieczne i brzmiałoby niewiarygodnie. Żaden zarzut na mnie nie spoczywa, jestem tak wolna od wszelkiej winy, jak którekolwiek z was trojga. Jestem nieszczęśliwa i nie od razu przestanę być nieszczęśliwa, gdyż katastrofa, która wygnała mnie z domu, będącego dla mnie rajem, była szczególnej i strasznej natury. Układając ucieczkę, dbałam tylko o dwie rzeczy: o pośpiech i o tajemnicę. Toteż musiałam pozostawić wszystko, co posiadałam, z wyjątkiem małej paczki, a tę w pośpiechu i strapieniu zapomniałam wyjąć z powozu, który dowiózł mnie do Whiteross. W te strony więc przybyłam ogołocona ze wszystkiego. Dwie noce spałam pod gołym niebem i błąkałam się około dwóch dni, nie przestępując ludzkiego progu. Dwa razy tylko przez cały ten czas miałam cośkolwiek w ustach. A gdy z głodu, wyczerpania i rozpaczy już ostatnim prawie tchem goniłam, pan, panie Rivers, nie pozwolił mi zginąć u drzwi swoich i dał mi ochronę pod swym dachem. Wiem o wszystkim, co pańskie siostry odtąd uczyniły dla mnie, gdyż nie byłam nieprzytomna, mimo pozornego bezwładu, i winnam ich samorzutnemu, szczeremu, serdecznemu współczuciu dług równie wielki jak pańskiemu ewangelicznemu miłosierdziu.
— Nie daj jej więcej mówić, Saint-John — powiedziała Diana, gdy umilkłam. — Przecież widać, ile ją takie podniecenie kosztuje. Niech pani przejdzie na kanapę, panno Elliott, i niech pani wygodnie usiądzie.
Mimo woli drgnęłam, usłyszawszy swoje przybrane nazwisko, zapomniałam o nim. Pan Rivers, którego uwadze nic najwyraźniej nie mogło ujść, spostrzegł to od razu.
— Pani powiedziała, że nazywa się Jane Elliott? — zauważył.
— Tak powiedziałam. Nazwisko to uważałam za właściwe przybrać chwilowo, ale nie jest ono moim prawdziwym. I dlatego, gdy je słyszę, brzmi ono dla mnie dziwnie.
— Prawdziwego nazwiska swego nie chce pani podać?
— Nie, obawiam się przede wszystkim wykrycia i unikam wszystkiego, co by do niego mogło doprowadzić.
— I ma pani słuszność, jestem tego pewna — wtrąciła Diana. — A teraz, bracie, zostaw ją na chwilę w spokoju.
Jednakże Saint-John, pomyślawszy trochę, rozpoczął na nowo, spokojnie i dociekliwie, jak pierwej:
— Pani nie chciałaby zależeć długo od naszej gościnności, pani pragnęłaby, ja to rozumiem, obejść się jak najprędzej bez współczucia moich sióstr i przede wszystkim bez mojego miłosierdzia (zupełnie rozumiem tę różnicę i nie mam jej za złe, jest słuszna), pani pragnęłaby uniezależnić się od nas?
— Tak, panie, to już powiedziałam. Niech mi pan wskaże, jak mam pracować albo jak mam szukać pracy. O to tylko teraz proszę, a wtedy niech mi pan pozwoli pójść do najskromniejszej choćby chaty. Do tego czasu jednak niechaj mi pan pozwoli pozostać tutaj, boję się jeszcze jednej okropnej próby bezdomności i głodu.
— Ależ naturalnie, zostanie pani tutaj — rzekła Diana, kładąc białą dłoń na mojej głowie.
— Zostanie pani — powtórzyła Mary właściwym sobie tonem prostej szczerości.
— Moje siostry, jak pani widzi, znajdują przyjemność w zatrzymywaniu pani — powiedział pan Saint-John — tak jak znajdowałyby przyjemność w zatrzymaniu i pielęgnowaniu na wpół zamarzłego ptaka, którego by im wiatr zimowy przywiał do okna. Ja zaś skłonniejszy jestem dać pani możność samodzielnego utrzymywania się i o to będę się starał. Jednakże, niech pani zauważy, obracam się w ciasnym kręgu. Jestem tylko plebanem biednej parafii wiejskiej, pomoc moja może być bardzo skromna. A gdyby pani miała pogardzać szczupłym polem pracy, niech pani poszuka skuteczniejszej pomocy niż ta, którą ja mogę ofiarować.
— Przecież ona już powiedziała, że gotowa jest wziąć się do wszelkiej uczciwej roboty, jaką tylko wykonywać potrafi — odpowiedziała Diana za mnie. — A ty wiesz, Saint-John, że co do pomocników, to tutaj nie ma wyboru. Zmuszona jest poprzestać na tak nieznośnym człowieku jak ty.
— Będę krawcową, robotnicą, służącą, piastunką, jeżeli nie mogę być czymś lepszym.
— Dobrze — odpowiedział pan Saint-John zupełnie chłodno. — Jeżeli tak pani myśli, przyrzekam, że pani dopomogę w swoim czasie i na swój sposób.
Zabrał się teraz z powrotem do książki, którą czytał przed herbatą. Ja zaś usunęłam się wkrótce, gdyż mówiłam tak dużo i byłam na nogach tak długo, jak tylko obecne moje siły pozwalały.