Po odejściu Saint-Johna zaczął padać śnieg, zamieć trwała całą noc. Nazajutrz ostry wiatr sprowadził nowe opady, o zmroku dolina była zawiana i prawie niemożliwa do przebycia. Zamknęłam okiennice, położyłam chodniczek przed drzwiami, by śnieg nie mógł się pod nimi wciskać, poprawiłam ogień i posłuchawszy z godzinę zduszonej furii wichru, zapaliłam świecę. Wyciągnęłam Marmiona i zaczęłam czytać:
Dzień oświecił Norhamu wzgórek z zamkiem na szczycie,Rzekę Tweed, co głęboki nurt swój toczy obficie,I gór Cheviot wyżynę skalistą.Grube mury zamkowe i wieżyca obronna,I dokoła zamczyska wstęga wałów ochronnaZajaśniały poświatą złocistą.
Tonąc w muzyce wiersza, zapomniałam wkrótce o burzy.
Usłyszałam jakiś hałas. To wiatr, pomyślałam, tak szarpie drzwiami. Ale nie, to Saint-John Rivers, nacisnąwszy klamkę, wyłaniał się z mroźnego huraganu, z wyjącej ciemnicy — i stał przede mną, wysoki, w zaśnieżonym płaszczu, biały jak góra lodowa. Zatrwożyłam się nieco, tak mało spodziewałam się tego wieczora jakiegoś gościa z zawianej doliny.
— Czy może jakieś złe wiadomości? — zapytałam. — Czy się coś stało?
— Nie. Jak bardzo łatwo pani się przestrasza — odpowiedział, zdejmując płaszcz i wieszając go przy drzwiach, ku którym z powrotem nogą podsunął chodniczek. Tupiąc, otrząsał śnieg z butów.
— Zabrudzę pani czystą podłogę — rzekł — lecz tym razem musi mi pani wybaczyć. — Przysunął się do ognia. — Ciężką miałem przeprawę, aby się tu dostać, mogę panią zapewnić — mówił, grzejąc ręce nad płomieniem. — W jednym miejscu zapadłem się do pasa, na szczęście śnieg jest jeszcze całkiem miękki.
— Ale dlaczego pan przyszedł? — nie mogłam powstrzymać pytania.
— Nie bardzo gościnne pytanie zadaje pani gościowi. Ale skoro pani pyta, odpowiem po prostu, że chciałem trochę z panią porozmawiać. Zmęczyły mnie nieme książki i puste pokoje. Przy tym od wczoraj doświadczam ciekawości osoby, która wysłuchawszy opowieści do połowy, niecierpliwie czeka dalszego ciągu.
Usiadł. Przypomniałam sobie jego wczorajsze dziwne zachowanie i naprawdę zaczęłam się lękać, że może umysł jego nie jest w zupełnym porządku. Jeżeli jednak był obłąkany, to był to obłęd wielce chłodny i spokojny. Nigdy nie widziałam takiego podobieństwa jego pięknej twarzy do rzeźby z marmuru jak właśnie w tej chwili, gdy odgarniał zwilżone włosy, a blask płomienia igrał swobodnie po jego bladym czole i równie bladym i stroskanym obliczu. Czekałam, spodziewając się, że powie coś, co bym mogła zrozumieć. On tymczasem podparł brodę ręką, a palcami zakrył usta — namyślał się. Uderzyło mnie to, że ręka jego była równie wychudzona jak twarz. Fala litości, może nieproszona, napłynęła mi do serca. Pod jej wpływem powiedziałam:
— Chciałabym, ażeby Diana albo Mary mogła przyjechać i zamieszkać z panem. To źle, że pan jest tak zupełnie sam, a przy tym pan się tak naraża i nie dba o swoje zdrowie.
— Wcale nie — odpowiedział. — Dbam o siebie w miarę. Jestem teraz zdrów. Co się pani we mnie nie podoba?
Powiedział to niedbale, z roztargnieniem i obojętnie, co mi dowiodło, że troskliwość moja, przynajmniej jego zdaniem, jest zbyteczna. Zamknęło mi to usta.
On tymczasem wciąż przesuwał palcem po górnej wardze, a wzrok jego sennie spoczywał na rozpalonym ognisku. Uważając, że należy coś powiedzieć, zapytałam, czy nie wieje na niego od drzwi za jego plecami.
— Nie, nie! — odpowiedział krótko i nieco sucho.
„Dobrze — pomyślałam — jeżeli nie chcesz mówić, to możesz milczeć. Zostawię cię w spokoju, wrócę do swej lektury”.
Niebawem Saint-John poruszył się, śledziłam jego ruchy. On jednak wyciągnął tylko portfel, dobył jakiś list, odczytał go w milczeniu, złożył, schował z powrotem i znowu popadł w zadumę. Niepodobna było czytać, mając taki żywy mebel przed sobą. Zniecierpliwiona nie mogłam usiedzieć spokojnie. Choćbym się miała narazić na szorstką odprawę, muszę mówić.
— Czy Diana albo Mary pisały w ostatnio?
— Nie, nie pisały od czasu tego listu, który pani pokazywałem tydzień temu.
— A czy nie zaszły jakie zmiany w zamiarach pańskich? Czy nie dostanie pan wezwania do opuszczenia Anglii wcześniej, niż się pan spodziewał?
— Niestety nie, taki szczęśliwy los nie stanie się moim udziałem.
Nic nie wskórawszy, zmieniłam temat. Postanowiłam mówić o szkole i o uczennicach.
— Matka Mary Garret jest zdrowsza, Mary przyszła do szkoły dziś rano. Będę też miała od przyszłego tygodnia cztery nowe uczennice z odlewni, przyszłyby dzisiaj, gdyby nie ta śnieżyca.
— Doprawdy!
— Pan Oliver płaci za dwie.
— Płaci?
— Pan Oliver zamierza na Boże Narodzenie wyprawić dla całej szkoły poczęstunek.
— Wiem o tym.
— Czy to pan mu tę myśl podsunął?
— Nie.
— A więc kto?
— Przypuszczam, że jego córka. To na nią patrzy, ona taka poczciwa.
— To prawda.
Znowu nastąpiła pauza, zegar wybił ósmą. To jakby go obudziło. Siadł prosto i zwrócił się do mnie:
— Niech pani odłoży na chwilę książkę, niech się pani przysunie trochę bliżej do ognia — rzekł.
Niezmiernie zdziwiona usłuchałam.
— Pół godziny temu — ciągnął dalej — mówiłem, że niecierpliwie czekam dalszego ciągu pewnej opowieści. Po namyśle doszedłem do wniosku, że lepiej będzie, jeżeli ja będę opowiadał, a pani będzie słuchaczką. Zanim zacznę, muszę panią uprzedzić, że opowieść ta wyda się pani może po trosze znajoma, ale mniejsza z tym, znajoma czy nowa dla pani, w każdym razie jest krótka. Dwadzieścia lat temu ubogi wikary, nie chodzi w tej chwili o jego nazwisko, zakochał się w córce bogacza. Ona, rozmiłowana w nim, poślubiła go wbrew woli rodziny, która skutkiem tego wyrzekła jej się natychmiast po ślubie. Zanim minęły dwa lata, młodzi małżonkowie zmarli oboje. Pochowano ich razem pod jednym grobowym kamieniem. (Widziałem ten grób na wielkim cmentarzu, okalającym ponurą, czarną od sadzy, starą katedrę przeludnionego przemysłowego miasta w hrabstwie X). Pozostawili córkę. Dziecko to, zaraz po urodzeniu, dobroczynność przygarnęła do swojego łona, zimnego jak te zaspy śnieżne, w których omal że nie ugrzązłem dziś wieczór. Dobroczynność zaniosła sierotę do domu jej bogatych krewnych ze strony matki. Wychowywała ją wujenka, nazwiskiem (przechodzę teraz do nazwisk) Reed z Gateshead. Pani drgnęła, czy pani usłyszała jakiś hałas? To może tylko szczur skrobie pod podłogą w sąsiedniej szkole; była to stodoła, zanim ją kazałem przerobić na szkołę, a w stodołach szczury lubią się trzymać... Pani Reed przez dziesięć lat chowała sierotę u siebie. Czy dziecku było tam dobrze czy źle, nie wiem, bo mi tego nie powiedziano, ale po upływie tego czasu przeniosła ją wujenka do miejscowości dobrze pani znanej, gdyż mówię tu o szkole w Lowood, gdzie pani sama przebywała tak długo. Zdaje się, że tam sprawowała się bardzo chwalebnie, z uczennicy została nauczycielką, tak samo zresztą jak pani... Istotnie, uderza mnie to, że tyle jest podobieństwa w jej dziejach z dziejami pani... Opuściła Lowood, żeby przyjąć miejsce nauczycielki. Otóż tu znowu podobne wasze losy: podjęła się wychowania pupilki niejakiego pana Rochestera.
— Panie Rivers!
— Mogę odgadnąć pani uczucia — rzekł — ale niech je pani na chwilę opanuje, zaraz skończę. Niech pani cierpliwie posłucha do końca. O charakterze pana Rochestera nic nie wiem, znam tylko ten jeden fakt: udał, iż ofiaruje uczciwe małżeństwo tej młodej dziewczynie, a ona dopiero przy ołtarzu odkryła, że on ma żonę żyjącą, chociaż wariatkę. Jak się następnie zachował, co mógł proponować, tu już tylko można snuć domysły. Gdy jednakże zdarzył się wypadek, który z konieczności wywołał poszukiwanie nauczycielki, okazało się, że uciekła, a nikt nie umiał powiedzieć kiedy, dokąd i jak. Opuściła Thornfield Hall nocą, wszelkie poszukiwania jej były nadaremne. Okolicę przetrząśnięto na szerokiej przestrzeni, lecz na żaden ślad wieści o niej nie można było trafić. Tymczasem odnalezienie jej stało się ważne i pilne, podano ogłoszenia w pismach. Ja sam otrzymałem list od niejakiego pana Briggsa, notariusza, list podający mi te szczegóły, które właśnie opowiedziałem. Czy to nie dziwna opowieść?
— Jedno tylko niech mi pan powie — rzekłam. — Skoro pan wie tyle, będzie pan z pewnością mógł mi powiedzieć, co wiadomo o panu Rochesterze. Gdzie on jest? Co robi? Czy zdrów?
— Nie wiem nic o panu Rochesterze, w liście tyle tylko o nim wspomniano, że opowiada o swym oszukańczym i bezprawnym zamiarze ożenku. Niech pani raczej zapyta, jak się nazywa ta nauczycielka i jaki to ważny wypadek wymaga jej odszukania.
— Więc nikt się nie udawał do Thornfield Hall? Nikt się nie widział z panem Rochesterem?
— Przypuszczam, że nikt.
— Ale pisano do niego?
— Naturalnie.
— I co on odpisał? Kto ma jego listy?
— Pan Briggs mi donosi, że odpowiedź na swoje zapytania otrzymał nie od pana Rochestera, ale od pewnej pani. List był podpisany: Alice Fairfax.
Przejął mnie chłód, żal serce ścisnął. Najgorsze moje obawy wyraźnie się sprawdzały: pan Rochester najprawdopodobniej opuścił Anglię i w rozpaczy przeniósł się gdzieś na kontynent. I czymże zagłusza ciężkie cierpienia, jakiegoż upustu szuka tam dla silnych namiętności? Na to pytanie nie śmiałam sobie odpowiedzieć. O, mój biedny pan, niegdyś już prawie mój mąż, mój drogi Edward, tak go przecież często nazywałam!
— To musiał być niedobry człowiek — zauważył pan Rivers.
— Nie zna go pan, niech pan nie wypowiada sądu o nim — uniosłam się gorąco.
— Zgoda — odpowiedział spokojnie. — Co prawda, co innego mnie obchodzi, a nie ten pan. Muszę opowieść dokończyć. Skoro pani nie chce zapytać, jak się ta nauczycielka nazywa, muszę to pani sam powiedzieć. Niech pani zaczeka, mam tutaj to imię, zawsze najlepiej mieć ważne rzeczy wypisane czarno na białym.
I znowu z wolna wyciągnął portfel, otworzył go i przeszukał. Z jednej kieszonki wyciągnął skrawek papieru, pośpiesznie oddarty — poznałam po plamach ultramaryny i karminu brzeżek arkusika nakrywającego portret. Pan Rivers wstał, podsunął mi skrawek papieru przed oczy i wtedy przeczytałam, wypisane widocznie w jakiejś chwili roztargnienia moim własnym pismem, słowa „Jane Eyre”.
— Briggs pisał do mnie o Jane Eyre, ogłoszenia poszukują Jane Eyre, ja znałem Jane Elliott. Przyznaję, że miałem podejrzenia, ale dopiero wczoraj po obiedzie zamieniły się one w pewność. Pani przyznaje się do tego nazwiska i porzuca pani przybrane?
— Tak... Tak, ale gdzie jest pan Briggs? Może on o panu Rochesterze wie coś więcej od pana!
— Briggs jest w Londynie. Wątpię, czy on w ogóle wie cośkolwiek o panu Rochesterze, on się panem Rochesterem nie interesuje. A pani tymczasem zapomina o punktach ważnych, uganiając się za drobiazgami. Pani nie pyta, dlaczego pan Briggs pani poszukuje, jaki może mieć interes do pani.
— No dobrze, czegóż on chce ode mnie?
— Chce panią tylko powiadomić, że umarł stryj pani, pan Eyre z Madery. Zostawił pani cały majątek i pani jest teraz bogata. Tylko tyle, nic więcej.
— Ja!... Bogata?
— Tak jest... Pani, bogata, prawdziwa dziedziczka.
Nastąpiło milczenie.
— Musi pani, oczywiście, dowieść swojej tożsamości — mówił po chwili dalej Saint-John. — Jest to krok, który nie przedstawia trudności, po czym może pani wejść w natychmiastowe posiadanie. Majątek pani umieszczony jest w papierach angielskich, Briggs ma testament i potrzebne dokumenty.
Otóż odwracała się nowa karta! Piękna to rzecz być przeniesioną jednym rzutem z nizin biedy na wyżyny bogactwa, ale nie od razu człowiek to pojmuje i nie od razu z tego korzysta.
A przy tym słowa „zapis” i „spadek” idą zawsze w parze ze słowami „śmierć” i „pogrzeb”... Mój stryj umarł, usłyszałam — jedyny mój krewny. Od chwili, gdy dowiedziałam się o jego istnieniu, stale cieszyłam się nadzieją, że kiedyś go zobaczę, teraz ta nadzieja rozwiała się zupełnie. A pieniądze jego dostawały się tylko mnie, nie mnie i jakiejś radującej się rodzinie, lecz tylko mnie samej. Niewątpliwie był to hojny dar losu, a niezależność będzie rzeczą cudowną. Tak, to czułam, na tę myśl rosło mi serce.
— No, nareszcie rozchmurza się pani — powiedział pan Rivers. — Myślałem, że Meduza spojrzała na panią i zamieniła ją w kamień. A może teraz zapyta mnie pani, ile pani właściwie posiada?
— No, ileż właściwie posiadam?
— Ach, bagatelkę! Nie warto o tym wspominać... Piszą, zdaje mi się, że dwadzieścia tysięcy funtów... Ale cóż to jest?
— Dwadzieścia tysięcy funtów?
Oto nowy zdumiewający fakt, liczyłam na jakieś cztery, pięć tysięcy... Ta wiadomość, dosłownie, zatamowała mi oddech na chwilę. Pan Saint-John (a nigdy nie słyszałam go śmiejącego się) śmiał się teraz.
— Doprawdy — rzekł — gdyby pani popełniła morderstwo, a ja bym pani powiedział, że zbrodnia jej została odkryta, nie mogłaby pani mieć bardziej przerażonej miny.
— To wielka suma, czy nie sądzi pan, że zaszła tu jakaś pomyłka?
— Nie ma żadnej pomyłki.
— Może pan źle cyfrę odczytał?
— Napisane jest literami, nie cyframi: dwadzieścia tysięcy.
Znowu poczułam się, jak ta osoba o przeciętnym apetycie, siadająca sama do uczty przy stole zastawionym potrawami na sto osób. Pan Rivers wstał i włożył płaszcz.
— Gdyby nie taka okropna noc, przysłałbym tu Hannę, by pani dotrzymała towarzystwa. Wygląda pani tak nieszczęśliwie, że aż żal zostawiać panią samą. Ale Hannah, biedaczka, nie dałaby rady zaspom tak jak ja, ma za krótkie nogi. A ja już muszę panią opuścić wraz z jej smutkami. Dobranoc!
Nacisnął klamkę. Uderzyła mnie nagła myśl.
— Proszę, niech się pan jeszcze zatrzyma! — zawołałam.
— Po co?
— Chciałabym wiedzieć, dlaczego pan Briggs pisał o mnie do pana właśnie. Chciałabym wiedzieć, skąd on pana zna i skąd mógł przypuścić, że pan, mieszkając w tak ustronnej miejscowości, może dopomóc w odszukaniu mnie?
— Ach, jestem duchownym — odpowiedział — a duchowni często bywają pytani o takie rzeczy.
Znowu ujął klamkę.
— Nie, to mnie nie przekonuje! — zawołałam. I rzeczywiście, w pośpiesznej i niczego niewyjaśniającej odpowiedzi było coś, co zamiast zaspokoić moją ciekawość, jeszcze ją bardziej podniecało.
— To jakaś bardzo dziwna sprawa — dodałam — muszę się o tym czegoś więcej dowiedzieć.
— Kiedy indziej.
— Nie, dziś! Dziś!
I gdy odwrócił się do drzwi, zagrodziłam mu drogę. Wydawał się trochę zakłopotany.
— Ja pana stąd nie wypuszczę, dopóki mi pan wszystkiego nie powie — rzekłam.
— Wolałbym nie mówić o tym na razie.
— Powie pan wszystko! Musi pan mówić!
— Wolałbym, żeby to powiedziały pani Diana i Mary.
Oczywiście to wymawianie się doprowadziło zaciekawienie moje do szczytu. Musiałam usłyszeć całą prawdę i to niezwłocznie. Powiedziałam mu to.
— Ależ ja pani mówiłem, że jestem człowiekiem twardym — wymawiał się. — Mnie niełatwo przekonać.
— A ja jestem twardą kobietą, mnie niepodobna się oprzeć.
— A przy tym jestem zimny, żaden zapał mnie się nie ima.
— Za to ja jestem gorąca, a ogień rozpuszcza lód. Ten oto płomień stopił śnieg na pańskim płaszczu, tym samym woda spłynęła na podłogę, tak że ta podłoga wygląda teraz jak zadeptana ulica. Jeżeli pan chce, żebym panu wybaczyła zbrodnię zabrudzenia czystej podłogi mojej kuchni, niech mi pan powie to, co pragnę wiedzieć.
— No, dobrze więc, ulegam — powiedział — ulegam pani wytrwałości tak jak kamień ulega ciężarowi kropel wciąż kapiącej wody. Zresztą i tak kiedyś się pani dowie, więc ostatecznie wszystko jedno, teraz czy później. Pani imię i nazwisko jest Jane Eyre?
— Oczywiście, to jest ustalone.
— Może pani nie wie, że ja jestem pani imiennikiem? Przy chrzcie otrzymałem imiona Saint-John Eyre Rivers.
— Nie, w istocie nie wiem! Teraz sobie przypominam, że widziałam literę „E” przy pana nazwisku na książkach mi pożyczonych, ale nigdy nie pytałam, jakie imię ona oznacza. Cóż stąd? Przecież...
Urwałam, nie śmiałam dać wiary, a tym mniej wypowiedzieć myśli, która mi się nagle pojawiła, ucieleśniła i w jednej sekundzie stanęła jako silne prawdopodobieństwo. Okoliczności się zbiegały, składały i porządkowały, łańcuch dotychczas nagromadzonych luźnych ogniw teraz wiązał się i prostował, każde ogniwo doskonałe, związek zupełny. Wiedziałam instynktownie, jak sprawa stoi, zanim Saint-John przemówił:
— Moja matka była z domu Eyre, miała dwóch braci: jednego duchownego, który ożenił się z panną Jane Reed z Gateshead, a drugiego Johna Eyre’a, kupca, zamieszkałego w Funchalu na Maderze. Pan Briggs, notariusz pana Eyre’a, napisał do nas w sierpniu, donosząc nam o śmierci wuja i o tym, że wuj pozostawił swój majątek córce po bracie z pominięciem nas, z powodu nigdy niewybaczonego sporu pomiędzy nim a moim ojcem. A parę tygodni temu, donosząc, że sukcesorka zaginęła, zapytywał, czy czego o niej nie wiemy. Imię, napisane przypadkowo na skrawku papieru, dało mi możność odnalezienia jej. Resztę pani wie.
Znowu zabierał się do odejścia, ale ja plecami zastawiłam drzwi.
— Niech mi pan pozwoli mówić — rzekłam. — Niech przez chwilę odetchnę i zastanowię się.
Przerwałam, on stał przede mną z kapeluszem w ręku, dosyć spokojny. Zaczęłam znowu:
— Więc matka pańska była siostrą mojego ojca?
— Tak jest.
— Była zatem moją ciotką?
Skłonił się.
— Mój stryj John był pańskim wujem Johnem? Pan, Diana i Mary jesteście dziećmi jego siostry, tak jak ja jestem dzieckiem jego brata?
— Niezaprzeczalnie.
— Wy troje zatem jesteście moim ciotecznym rodzeństwem, połowa krwi naszej płynie z jednego źródła?
— Jesteśmy krewnymi, tak jest.
Przypatrzyłam mu się. Tak więc, zdawało się, odnalazłam brata, brata, z którego mogłam być dumna, brata, którego mogłam kochać. I dwie siostry, których zalety były takie, że nawet, gdy poznałam je jako zupełnie obce, powzięłam dla nich szczere przywiązanie i podziw. O, jakież cudowne odkrycie dla biednej samotnicy! To naprawdę było bogactwo, bogactwo dla serca, kopalnia szczerych, czystych uczuć! To był błogosławiony dar niebios, jasny, żywy, uszczęśliwiający, niepodobny do ciężkiego daru złota — obfitego i pożądanego w swoim rodzaju, ale trzeźwiącego samym ciężarem. Klasnęłam w ręce z nagłej radości, serce silnie we mnie zabiło, drżałam cała.
— O, jakże się cieszę! Jak się cieszę! — zawołałam.
Saint-John uśmiechnął się.
— Czy nie mówiłem, że pani zaniedbuje rzeczy ważne, by uganiać się za drobnostkami? — zapytał. — Była pani spokojna, gdy pani oznajmiłem, że otrzymała pani majątek, a teraz rzecz bez znaczenia tak panią podnieca.
— Co też pan mówi! Może to nie mieć żadnego znaczenia dla pana. Pan ma siostry i nie dba o kuzynkę, ale ja nie miałam nikogo, a teraz troje krewnych albo dwie kuzynki, jeśli pan nie chce dać się zaliczyć, przyszły mi nagle na świat, dorosłe. Jeszcze raz powtarzam: jak ja się cieszę!
Chodziłam szybko po pokoju. Nagle przystanęłam, tłoczyły się w mej głowie myśli, nadbiegające prędzej, niż mogłam je objąć, zrozumieć i uładzić — myśli o tym, co może, co powinno być i będzie. I to niezadługo. Tym, którzy mi ocalili życie, których dotychczas tylko kochałam, mogłam teraz wyświadczyć dobrodziejstwo. Dźwigali jarzmo, mogłam ich uwolnić, byli rozłączeni, mogłam ich połączyć. Niezależność, dostatek, który mnie przypadł w udziale, mógł się stać także ich niezależnością, ich dostatkiem. Czyż nie było nas czworo? Dwadzieścia tysięcy funtów równo podzielonych, dawało po pięć tysięcy — aż nadto dla każdego. Sprawiedliwości stałoby się zadość, wzajemne szczęście byłoby zapewnione. Teraz mi to bogactwo przestawało ciążyć, teraz nie był to już spadek pieniężny jedynie, ale legat życia, nadziei, radości.
Jak wyglądałam, podczas gdy mnie te myśli brały szturmem w posiadanie, sama nie wiem. Zauważyłam jednak, że pan Rivers postawił za mną krzesełko i starał się delikatnie nakłonić mnie, bym usiadła. Prosił mnie także, bym się uspokoiła. Odsunęłam jego rękę i chodziłam dalej.
— Niech pan napisze jutro do sióstr — rzekłam — i niech pan im powie, żeby natychmiast wracały do domu. Diana mówiła, że obie uważałyby się za bogate, mając każda po tysiąc funtów, toteż mając po pięć tysięcy każda, będą doprawdy miały się dobrze.
— Niech mi pani powie, gdzie mogę dla pani zdobyć szklankę wody — powiedział Saint-John. — Pani musi doprawdy opanować się i uspokoić.
— Co tam! A jaki wpływ wywrze ten spadek na pana? Czy zatrzyma to pana w Anglii i skłoni pana do ożenienia się z panną Oliver? I czy osiądzie pan na miejscu jak zwykły śmiertelnik?
— Pani mówi od rzeczy, w głowie się pani miesza. Ja zbyt nagle powiedziałem pani to wszystko, to panią wzruszyło i podnieciło ponad siły.
— Panie Rivers! Ja już tracę cierpliwość. Mówię zupełnie rozsądnie, to pan mnie nie rozumie albo raczej udaje, że mnie nie rozumie!
— Może gdyby pani jaśniej rzecz wytłumaczyła, ja lepiej bym zrozumiał.
— Wytłumaczyła! Co tu jest do tłumaczenia? Przecież pan musi rozumieć, że dwadzieścia tysięcy funtów, podzielonych równo pomiędzy siostrzeńca i trzy siostrzenice waszego wuja, a mojego stryja, daje po pięć tysięcy każdemu. Ja zaś chcę, żeby pan napisał do sióstr i doniósł im, jaki na nie spadł majątek.
— Na panią, chce pani powiedzieć.
— Ja już swój pogląd na rzecz wyraziłam, nie potrafię go zmienić. Nie jestem brutalnie samolubna, ślepo niesprawiedliwa ani szatańsko niewdzięczna. Przy tym chcę mieć dom rodzinny i rodzinne związki. Lubię Moor House i będę mieszkała w Moor House. Kocham Dianę i Mary i chcę się z nimi połączyć na całe życie. Uśmiecha mi się posiadanie pięciu tysięcy funtów, będzie dla mnie dobrodziejstwem mieć taką sumę. Natomiast dręczyłoby mnie i ciążyłoby mi posiadanie dwudziestu tysięcy, które zresztą nigdy nie byłyby moimi po sprawiedliwości, chociaż mogłyby być prawnie. Oddaję wam tedy to, co dla mnie jest absolutnie zbyteczne. Proszę mi się nie sprzeciwiać, proszę już o tym nie dyskutować. Zgódźmy się pomiędzy sobą i zdecydujmy w tej sprawie od razu.
— Byłoby to działaniem pod pierwszym wrażeniem. Pani potrzebuje dni całych, żeby rozważyć taką sprawę, zanim słowo pani będzie można uważać za wiążące.
— Ach! Jeżeli pan tylko powątpiewa o mojej szczerości, to mnie głowa o to nie boli. Ale pan uznaje słuszność mojego zapatrywania?
— Pewną słuszność uznaję, ale jest to przeciwne wszelkim zwyczajom. Zresztą cała ta fortuna jest prawnie pani własnością. Wuj zdobył ją własną pracą, wolno mu było pozostawić ją, komu chciał, pozostawił ją pani. Ostatecznie słuszność pozwala pani ją zatrzymać, może pani z czystym sumieniem uważać ją za bezspornie swoją.
— Dla mnie — odpowiedziałam — jest to sprawa zarówno uczucia, jak sumienia. Ja muszę zaspokoić swoje uczucia, tak rzadko miałam po temu sposobność! Gdyby pan dowodził, sprzeciwiał się, męczył mnie przez rok, nie mogłabym wyrzec się cudownej przyjemności, która się do mnie uśmiechnęła, przyjemności odpłacenia wielkiego długu i pozyskania sobie przyjaciół na całe życie.
— Tak pani teraz myśli — odparł Saint-John — ponieważ pani nie wie jeszcze, co to znaczy posiadać, a więc i korzystać z bogactwa. Pani sobie nie wyobraża, jakie znaczenie nada pani posiadanie dwudziestu tysięcy, jakie miejsce w towarzystwie pozwoli to pani zająć, jakie widoki to przed panią otworzy. Pani nie może...
— A pan — przerwałam — pan nie może sobie wcale wyobrazić, jak ja tęskniłam za siostrzaną i braterską miłością. Ja nigdy nie miałam rodzinnego domu, nigdy nie miałam sióstr ani braci. Muszę ich mieć, chcę ich mieć teraz. Czy pan nie ma ochoty dopuścić mnie do tego, przyznać się do mnie?
— Jane, będę twoim bratem, siostry moje będą ci siostrami, nie licząc na tę ofiarę z twych słusznych praw.
— Bratem? Tak, na odległość tysięcy mil! Siostrami? Tak, wysługującymi się obcym! Ja bogata, dławiąca się złotem, na które nie zapracowałam, na które nie zasłużyłam! Wy bez grosza! Znakomita równość i braterstwo! Ścisła łączność! Serdeczne przywiązanie!
— Ależ, Jane, tęsknotę za węzłami rodzinnymi i szczęściem domowym możesz zaspokoić w inny sposób, niż w ten, który przewidujesz: możesz wyjść za mąż.
— To nonsens! Wyjść za mąż! Ja wcale nie pragnę wyjść za mąż! Ja nigdy nie wyjdę za mąż!
— Za wiele powiedziałaś. Takie ryzykowne twierdzenie dowodzi, jak bardzo w tej chwili jesteś podniecona.
— Wcale za wiele nie powiedziałam. Wiem, co czuję i jak wstrętna jest dla mnie myśl o małżeństwie. Nikt by się ze mną nie ożenił z miłości, a nie chcę być tylko przedmiotem pieniężnego targu. Zresztą nie nęcą mnie ludzie obcy, niesympatyzujący ze mną, dalecy, różni mi naturą. Potrzeba mi bliskich sobie i pokrewnych, takich, z którymi łączy mnie podobieństwo uczuć. Niech pan jeszcze raz powie, że chce mi być bratem. Gdy pan wymówił te słowa, czułam się zadowolona, szczęśliwa. Niech pan je powtórzy, jeśli pan może, niech pan je powtórzy szczerze!
— Sądzę, że mogę. Wiem, że zawsze kochałem siostry, i wiem, na czym polega przywiązanie moje do nich: na uznaniu ich wartości i podziwie dla ich talentów. I ty masz zasady i duszę bogatą, w upodobaniach i przyzwyczajeniach podobna jesteś do Diany i do Mary. Obecność twoja miła jest mi zawsze, w rozmowie z tobą już od pewnego czasu znalazłem zbawienną pociechę. Czuję, że łatwo i naturalnie mogę w sercu znaleźć miejsce dla ciebie jako dla mojej trzeciej i najmłodszej siostry.
— Dziękuję, to mnie na dziś zadowala. A teraz lepiej, żebyś już poszedł, gdyż pozostając dłużej, może byś mnie na nowo rozdrażnił nieufnym skrupułem.
— A szkoła, panno Eyre? Zapewne teraz trzeba będzie ją zamknąć?
— Nie. Zostanę tutaj, dopóki nie znajdzie się następczyni.
Uśmiechnął się z uznaniem: podaliśmy, sobie ręce i pożegnał się.
Nie potrzebuję szczegółowo opowiadać, jakie jeszcze walki przyszło mi stoczyć, jakich argumentów musiałam używać, by sprawę spadku przeprowadzić tak, jak chciałam. Zadanie moje było bardzo trudne, ponieważ jednak moje postanowienie było niewzruszone, krewni moi zrozumieli w końcu, że ja nieodwołalnie chcę równego podziału, przeto w końcu ustąpili o tyle, że zgodzili się całą sprawę poddać arbitrażowi. Na sędziów obraliśmy pana Olivera i zdolnego prawnika, obaj zgodzili się z moim zdaniem. Wykonałam swoje plany, akta własnościowe zostały przepisane: Saint-John, Diana, Mary i ja — każde z nas posiadało teraz własność.