— Co dzieci dzisiaj robią? — spytała Kasia, kładąc książkę pod tytułem Norwegowie. — Nie widziałam ich od śniadania.
Ciotka Iza, zajęta po drugiej stronie pokoju szyciem, oderwała wzrok od roboty i rzekła:
— Nie wiem, może są u Cesi albo gdzieś indziej, pewnie wrócą niedługo.
Jakoś dziwnie i tajemniczo brzmiał jej głos, ale Kasia nie zauważyła tego.
— Obmyśliłam wczoraj taki ładny plan — mówiła dalej — żeby dzieci zawiesiły jutro w wieczór swoje pończochy tutaj, nie w dziecinnym pokoju, bym mogła zobaczyć ich podarki. Czy się to da zrobić, ciotko Izo? Tak by mnie to zabawiło!
— Nie widzę żadnej przeszkody — odparła ciotka z taką miną, jak gdyby powstrzymywała śmiech. Kasia była zaciekawiona, co jej jest.
Już upłynęły przeszło dwa miesiące od wyjazdu kuzynki Heleny i nastała zupełna zima — śnieg padał na dworze, Kasia widziała gęste płatki snujące się za oknem, ale jej ten widok nie zasmucał, gdyż pokój zdawał się jeszcze cieplejszy i milszy. Był to teraz ładny pokoik: na kominku palił się wesoły ogień, wszystko było czyste i porządne, kwiaty stojące na stoliku odświeżały powietrze i leżąca w łóżku Kasia zupełnie inaczej wyglądała niż owa zgnębiona dziewczyna z poprzedniego rozdziału.
Jakkolwiek odwiedziny Heleny trwały tylko jeden dzień, przyniosły wiele dobrego. Wprawdzie Kasia nie stała się doskonała od razu, bo się to nikomu z nas nie zdarza, nawet w książkach, ale już i to dobre, gdy się wejdzie na dobrą drogę. Noga jej dochodziła do siebie i chociaż chwiała się biedna Kasia, ślizgała się i często siadała zrozpaczona — trzymała się jednak bardzo dobrze, pomimo że w złe dni mówiła sobie, iż nie robi żadnych postępów.
Wiele łez kosztowały Kasię te złe dni, kiedy wszystko zdawało jej się ciężkie i ona sama była kwaśna, drażliwa i wypędzała dzieci z pokoju, ale potem jeszcze pilniej usiłowała podnieść się na nowo i sądzę, że choć czasem cofała się, na ogół dobrze wyuczała się swych lekcji.
Kuzynka Helena była wielką pociechą przez ten cały czas, pamiętała ciągle o Kasi i prawie co tydzień przysyłała jakąś drobnostkę: notatki pisane ołówkiem, kiedy sama leżała na sofie, zajmującą książkę, nowy dziennik albo jakiś ładny przedmiot ze swego pokoju. Pąsowy szlafroczek, który Kasia nosiła, pochodził od niej, jak również pulpit na książkę i rozmaite inne rzeczy. Lubiła też rozglądać się wokół siebie, bo cały pokój przypominał jej kuzynkę Helenę i jej dobroć.
— Chciałabym mieć coś ładnego do włożenia każdemu w pończochę — odezwała się z zamyśleniem — ale mam tylko ciasteczka do herbaty dla papy i lejce dla Filipka.
Mówiąc to, wyjęła spod poduszki lejce z jaskrawej wełny z dzwoneczkami przyszytymi gdzieniegdzie. Sama je zrobiła w bardzo krótkim czasie.
— Ach prawda! Mam różową wstążkę — rzekła nagle. — Mogłabym ją dać Józi. Wiesz, ciociu, że miałam ją na sobie tylko jeden raz i na pewno nie jest poplamiona. Czy będziesz łaskawa przynieść mi ją, ciotko Izo? Jest w górnej szufladzie.
Wstążka okazała się zupełnie świeża, uradziły więc, że będzie dobra dla Józi.
— Nie za prędko będę potrzebować wstążki — rzekła Kasia nieco smutnym tonem, lecz dokończyła weselej — a ta jest śliczna. Chciałabym też mieć coś prawdziwie ładnego dla Elżbietki. Wiesz, ciotko Izo, że ona mi się wydaje najmilszą dziewczynką w świecie.
— Cieszę się, że to spostrzegłaś — powiedziała ciotka, bo szczególnie kochała Elżbietkę.
— Ona sobie najbardziej życzy teczki, a Joasia sanek. Ale mój Boże! To są takie duże rzeczy, a ja mam tylko dwa i ćwierć dolara.
Ciotka wyszła z pokoju, a powróciwszy, trzymała w ręku jakiś zwitek.
— Nie wiedziałam Kasiu, co by ci dać na Boże Narodzenie, bo Helenka przysyła ci takie mnóstwo rzeczy, że chyba już wszystko masz — postanowiłam więc sobie, że ci to ofiaruję, żebyś sama wybrała, co zechcesz. Ale jeżeli masz ochotę obdarować dzieci, to może wolisz teraz dostać? — mówiąc to, ciotka Iza położyła na łóżku szeleszczący pięciodolarowy banknot.
— Jakaś ty dobra, ciociu! — wykrzyknęła Kasia zarumieniona z radości. Istotnie ciotka Iza stała się dziwnie dobra w ostatnich czasach. Może ją Kasia uchwyciła od dobrej strony.
Posiadając siedem i ćwierć dolara Kasia mogła być szczodra — dała więc ciotce Izie dokładny opis teczki:
— Nie idzie o to, żeby była duża, ale koniecznie z niebieskim aksamitem w środku, a do tego proszę kupić kałamarz ze srebrnym wierzchem, papier, koperty i obsadkę do pióra, najładniejszą, jaka się znajdzie. Musi być także zamek i klucz! Nie zapomnij o tym, ciotko Izo!
— Nie zapomnę. Cóż więcej?
— Chciałabym, żeby sanki były zielone i żeby się ładnie nazywały, może „Kakatoe”, bo to byłoby ślicznie. Joasia widziała kiedyś sanki tak nazwane i mówiła, że były bardzo ładne. Jeżeli zostanie jeszcze dosyć pieniędzy, cioteczko, to kup mi prawdziwie piękną książkę dla Henrysia, drugą dla Cesi i srebrny naparstek dla Marianny, bo w jej starym jest pełno dziur. Ach, i trochę miętówek. I coś dla Doroty i Brygidy, jakąś drobnostkę, naturalnie. Zdaje mi się, że to już wszystko!
Czy można się było spodziewać tak wielu rzeczy nawet za siedem i ćwierć dolara? Ciotka Iza musiałaby uciec się do czarów, żeby to wszystko zdobyć, ale dokazała swego i nazajutrz wszystkie te drogocenne paczki nadeszły do domu. Jakże się Kasia cieszyła, rozwiązując sznurki!
Wszystko odpowiadało jej żądaniu.
— Nie było sanek „Kakatoe”, więc kupiłam takie.
— Ładne są i mi też się podobają. Ach schowaj je! Schowaj! — wykrzyknęła z nagłym przestrachem. — Ktoś idzie!
Ale tym ktosiem był tylko ojciec, który wsunął głowę do pokoju, gdy ciotka Iza obładowana paczkami skradała się przez sień.
Kasia ucieszyła się, że go schwyci dla siebie. Chciała bowiem naradzić się, co ofiarować ciotce.
— Może byś kupił, papo, taką książkę, jak ma kuzynka Helenka, bo się ciotce Izie bardzo podobała. Nie pamiętam dokładnie tytułu, było to coś o cieniu. Ale wydałam wszystkie pieniądze!
— Nie troszcz się o to, poradzimy sobie. Cień Krzyża, czy tak? Kupię po południu — powiedział doktor Carr.
— Dziękuję ci, papo, proszę, jeżeli można, o brązową okładkę, bo taka była u kuzynki Heleny. Ale niech ciotka Iza o tym nie wie, dobrze? Bądź ostrożny, papo!
— W razie czego połknę książkę wraz z brązową okładką i ze wszystkim — rzekł ojciec, robiąc zabawną minę, bo cieszył się, że Kasię coś zajmuje.
Te rozkoszne tajemnice tak pochłaniały jej myśli, że ledwo miała czas spostrzec, że dzieci nie przychodzą w porze, kiedy zazwyczaj często nawiedzały jej pokój. Od trzech dni prawie się nie pokazywały, ale owego dnia przyszły gromadnie po kolacji, z bardzo wesołymi twarzami, jak gdyby się gdzieś doskonale zabawiły.
— Ty nie wiesz, cośmy robili — odezwał się Filipek.
— Cicho, Filipku — rzekła Józia surowo, potem rozdała pończochy trzymane dotąd w ręku i wszyscy przystąpili do rozwieszania.
Henryś powiesił swoją z jednej strony kominka, a Joasia z drugiej, naprzeciwko. Józia i Filipek umieścili swoje na dwóch lichtarzach na biurku — jedną obok drugiej.
— Ja swoją powieszę tuż przy Kasi, żeby ją mogła najpierw zobaczyć z rana — rzekła Elżbietka, zawieszając pończochy na słupku od łóżka.
Następnie wszyscy usiedli wokół ognia, żeby napisać swe życzenia na kawałkach papieru i zobaczyć, który się spali, a który wyleci przez komin. Jeżeli frunie w górę, będzie to znakiem, że święty Mikołaj otrzymał go i przyśle żądane rzeczy.
Joasia pragnęła sanek i serwisu do herbaty dla lalek, i dalszego ciągu szwajcarskiego Robinsona.
Lista Henrysia brzmiał tak:
Ciastko ze śliwkami.
Nowa Biblia.
Henryś i Łucja
Kalejdoskop.
Wszystko, co się podoba świętemu Mikołajowi.
Napisawszy te listy, wrzucili je w ogień, który właśnie w tejże chwili zamigotał i papiery znikły, ale nikt nie widział, jak się to stało. Joasia utrzymywała, że poleciały w komin, lecz Henryś zaprzeczał.
Filipek wrzucił swoją kartkę bardzo uroczyście: paliła się chwilę, a potem obróciła się w popiół.
— Widzisz, nic nie dostaniesz — powiedział Henryś. — Cóżeś ty napisał Filipku?
— Tylko: „Filipek Carr”.
Dzieci roześmiały się na cały głos.
— Ja napisałam teczkę, ale kartka spaliła się! — smutno rzekła Elżbietka.
Kasia wybuchnęła śmiechem, usłyszawszy to.
Następnie Józia odczytała:
Walka i zwycięstwo.
Para kozłowych rękawiczek.
Mufka.
Dobry temperament...
Gdy wrzuciła swą kartkę w ogień, poleciała prosto w górę.
— Jakie to dziwne! — rzekła Kasia. — Żadnemu z dzieci nie udało się to tak dobrze.
Rzecz się tak miała, że Józia, sprytna istotka, wysunęła się z pokoju i otworzyła drzwi przed wrzuceniem życzeń, stąd naturalnie powstał przeciąg i pchnął papier w górę.
Po chwili nadeszła ciotka Iza i wszystkich wyprawiła do łóżka, mówiąc:
— Wiem, co będzie z rana, wstaniecie ze świtem i zaczniecie biegać, dlatego teraz trzeba pójść spać.
Gdy się rozeszli, Kasia przypomniała sobie, że nikt się nie odezwał, żeby dla niej powiesić pończochę. Zrobiło jej się trochę przykro, ale pomyślała: „musieli zapomnieć”.
Trochę później ojciec i ciotka Iza przyszli napełniać pończochy. Było to bardzo zabawne, bo każdą przynosili Kasi leżącej w łóżku, żeby mogła wkładać, jak się jej podobało.
Przez palce przewijały się jej: suszone owoce i pomarańcze, a potem paczki różnych kształtów i wielkości, obwiązane wstążeczkami, zawinięte w papier i opatrzone napisem.
— Co to jest? — spytał doktor Carr, gdy ciotka Iza wsunęła długą wąską paczkę do pończochy Józi.
— Szczotka do paznokci, Józia potrzebuje nowej.
Jakże się uśmieli ojciec i Kasia!
— Nie przypuszczam, żeby święty Mikołaj miał kiedyś coś podobnego — rzekł doktor Carr.
— Jeżeli tak, musiał to być bardzo nieporządny staruszek — cierpko odparła ciotka Iza.
Teczka i sanki były za duże, by się pomieścić w pończosze, więc zawinąwszy je w papier, postawiono je między innymi rzeczami. Zanim to wszystko zostało zrobione i ojciec z ciotką Izą odeszli, wybiła dziesiąta. Kasia długi czas przyglądała się dziwacznym kształtom pończoch, kołyszących się przed ogniem kominkowym, nareszcie usnęła.
Zdawało jej się, że dopiero co przymknęła oczy, kiedy ktoś ją dotknął i obudził. Już był dzień i Filipek w koszulce wskakiwał na łóżko i ją całował! Inne dzieci, na wpół ubrane, tańczyły wokół z pończochami w rękach.
— Wesołego Bożego Narodzenia! Wesołego Bożego Narodzenia! — wołały. — Ach, Kasiu, jakie to piękne, jakie piękne rzeczy!
— Ach! — wykrzyknęła Elżbietka, wyszpiegowała bowiem swoją teczkę. — Święty Mikołaj przysłał mi to jednak! Ależ tu napisano: „od Kasi”! Ach, Kasiu, jak to miło! Taka jestem szczęśliwa! — i ściskała siostrę, płacząc z radości.
Ale cóż to za dziwny przedmiot stoi przy łóżku?
Kasia spojrzała i zrobiła wielkie oczy. Z pewnością nie było tego wieczorem. Jak się tam dostało? Była to choinka, wsadzona w czerwoną donicę zdobioną w paski, gwiazdki i krzyżyki ze złoconego papieru, co razem wyglądało bardzo wesoło. Na gałęziach wisiały pomarańcze, orzechy, błyszczące, czerwone jabłka, piłki nadziane otrębami i wianki świecących się gruszek, były także paczki obwiązane czerwoną i niebieską wstążeczką. To drzewko tak ładnie wyglądało, że Kasia wydała okrzyk podziwu.
— To dla ciebie drzewko, dlatego że jesteś chora — wołały dzieci, chcąc ją wszystkie razem ściskać.
— Samiśmy to zrobili — rzekł Henryś, skacząc wokół na jednej nodze. — Ja przylepiałem czarne gwiazdy do donicy!
— A ja wsypywałem otręby do piłek — wołał Filipek.
— Czy ci się to podoba? — spytała Józia, tuląc się do Kasi. — To ode mnie podarek — ten związany zieloną wstążeczką. Chciałabym, żeby był ładniejszy. Czy chcesz, żebym odwinęła?
Gdy Kasia o to poprosiła, rozmaite rzeczy wysypały się z paczek. Dzieci wkładały własnoręcznie wszystkie drobnostki i nie pozwoliły pomagać dorosłym osobom.
Od Elżbietki była ściereczka do atramentu z szarym, flanelowym kotkiem na wierzchu. Od Joasi tacka z czerwonej cyny z serwisem do herbaty dla lalki.
— Czy to nie piękne? — rzekła z uwielbieniem.
Przykro mi wyznać, że Henryś ofiarował czerwono-żółtego pająka, który kręcił się szybko za poruszeniem sznurka.
— Nie chcieli, żebym to kupił, ale kupiłem, bo mi się zdawało, że cię zabawi! Czy cię to nie bawi, Kasiu? — zapytał.
— O, i bardzo! — rzekła, śmiejąc się i mrugając oczami, gdyż Henryś ciągle przed nią obracał pająka.
— Możesz się nim bawić, jak nas tu nie ma i jak jesteś sama jedna — odezwał się Henryś wysoce zadowolony.
— Ale nie zauważyłaś, na czym stoi drzewko — odezwała się Józia.
Był to fotel bardzo duży i niezwykły, z długim wyściełanym grzbietem, kończący się stołeczkiem pod nogi.
— To podarek od papy — rzekła Józia. — Patrz, przegina się w tył, żeby tworzyć łóżko, i papa powiada, że niedługo będziesz mogła na nim leżeć przy oknie, skąd będziesz widziała, jak się bawimy.
— Doprawdy? — spytała Kasia z niedowierzaniem.
Każde wzruszenie i każdy ruch wiele jeszcze ją kosztowały.
— Przypatrz się, co ci przywiązano do poręczy fotela — rzekła Elżbietka.
Był to srebrny dzwonek z imieniem „Kasia” na rękojeści.
— Kuzynka Helena przysłała to, żebyś dzwoniła, jeśli kogoś potrzebujesz — objaśniła Elżbietka.
Było tam jeszcze więcej niespodzianek: do drugiej poręczy przywiązano piękną książkę pod tytułem: Szeroki świat — z napisem: „dla Kasi od kochającej ją Cesi”. Na fotelu leżała wielka paka suszonych gruszek od pani Hall, a dzieci wiedziały, że te od niej są najdoskonalsze w świecie.
— Jakże wszyscy są dobrzy! — rzekła Kasia ze łzami wdzięczności.
Było to przyjemne Boże Narodzenie, dzieci mówiły, że takiego jeszcze nigdy w życiu nie miały, a Kasia, chociaż nie mogła tego potwierdzić, cieszyła się także i była ożywiona.
Wiele tygodni upłynęło, zanim zdołała usiąść w tym fotelu, ale gdy się przyzwyczaiła, okazał się bardzo wygodny. Ciotka Iza, chcąc ją ubierać rano, przechylała go tak, żeby był na równi z łóżkiem, potem bardzo ostrożnie i powoli przesuwała Kasię na niego. Przewożenie przez pokój zawsze było bolesne, ale jaką rozkosz sprawiało patrzenie przez okno na dzieci bawiące się w śniegu, na przechodzących ludzi, na obłoki snujące się na niebie! Ile w tym było rozkoszy, wiedzą tylko ci, co jak Kasia leżeli sześć miesięcy w łóżku, nie wyjrzawszy ani razu na świat. Z każdym dniem stawała się weselsza i pogodniejsza.
— Jaki miły był święty Mikołaj tego roku! — odezwała się jednego dnia, rozmawiając z Cesią. — Chciałabym, żeby nas jeszcze nawiedziła jakaś święta osoba, ale nie znam żadnej prócz kuzynki Heleny, która nie może przybyć.
— Nadchodzi święty Walenty — napomknęła Cesia.
— Prawda! Co za świetna myśl — zawołała Kasia, klaszcząc w ręce. — Ach, Cesiu, zróbmy coś zabawnego na ten dzień: taka dobra myśl przyszła mi teraz do głowy!
Dziewczęta przysunęły się do siebie główkami i nastąpiła długa, tajemnicza narada. Jaki był jej skutek, dowiemy się później.
Walentynki przypadały w następny piątek. Gdy dzieci wróciły ze szkoły w czwartek po południu, ciotka Iza przywitała je poleceniem, żeby poszły na górę ogarnąć się trochę, gdyż Cesia przyjdzie na herbatę.
— Ależ Cesia przychodzi prawie co dzień! — zauważył Henryś, nie widząc związku między tym faktem a umyciem sobie twarzy.
— Prawda, ale dziś będziecie pić herbatę w Kasi pokoju — rzekła ciotka Iza — oto są zaproszenia, dla każdego osobne.
Istotnie, na ładniutkich karteczkach napisano, aby łaskawi byli udać się do pałacu królowej Katarzyny o szóstej popołudniu. To nadało inny pozór całej sprawie. Dzieci pobiegły na górę i po krótkiej chwili, uczesane i umyte, urzędownie zapukały do drzwi „pałacu”. Jak to pięknie brzmiało!
Pokój wyglądał jasno i zachęcająco, Kasia siedziała w swoim fotelu przy ogniu, Cesia obok, a przed nimi, na okrągłym stoliku przykrytym białym obrusem stały dzbanki z mlekiem, biszkopty, konfitury z poziomek i ciastka przekładane orzechami. W środku znajdowała się forma mrożonych ciastek w kształcie różowych literek i Józia nachyliwszy się, przeczytała głośno „Walentynki”.
— Co to znaczy? — spytał Henryś.
— Wiesz przecież, że dziś świętego Walentego, widać, że Dorota pamiętała i dlatego umieściła ten napis! — odparła Kasia.
W owej chwili nie mówiono już więcej o Walentynkach, ale skoro ostatnia różowa litera została zjedzona i uprzątnięto kolację, gdy się dzieci rozsiadły wokół ognia, zapukał ktoś głośno do drzwi.
— Kto to może być? — odezwała się Kasia. — Proszę cię, zobacz Józiu.
Gdy się otworzyły drzwi, Brygida, powstrzymując się od śmiechu, weszła z kopertą w ręku.
— List przyszedł do panny Józefy.
— Do mnie? — zawołała Józia z wielkim zadziwieniem. Zamknęła drzwi i położyła list na stole.
— Jakże to zabawne! — wykrzyknęła, spojrzawszy na biało-zieloną kopertę. Było w niej coś twardego. Gdy złamała pieczątkę, wypadła zielona, aksamitna poduszeczka do szpilek w kształcie liścia koniczyny z ogonkiem z drutu okręconego zielonym jedwabiem. Do poduszeczki przypięty był papier z tym wierszem:
Jedni róży zazdroszczą szkarłatów,Inni lubią lilii prątki wiotkie,Ja zaś wolę od tych świetnych kwiatówSkrytą w cieniu drobniutką stokrotkę.Jednych — kruków zachwycają szpony,Inni lubią śnieżyste łabędzie,Dla mnie zawsze ulubionySzaropióry, skromny wróbel będzie.Jednym — rozkosz sprawia szmer kaskady,Inni lubią fontanny szemrzące,Mnie najmilsze zdroju serenady,Co jak wstęga wije się po łące.Jednym miła uczona muzyka,Inni wolą pieśni brzmiące świetnie,Ja przekładam rzewny śpiew słowika,Smętną piosnkę lub pastuszą fletnię.Bo nad sztukę głębiej w serce wnikaCzar natury i jej piękność dzika.
Taki był pierwszy podarek od świętego Walentego. Józia była zupełnie oczarowana.
— Ach któż to mógł przysłać? — wykrzyknęła.
Ale zanim ktoś zdołał odpowiedzieć, znowu głośno zapukano do drzwi i wszyscy aż podskoczyli. Któż to? Znowu Brygida z listem w ręku!
— Teraz do panny Elżbiety — rzekła, wyszczerzając zęby.
Powstało ogólne zamieszanie między dziećmi i rozdarły kopertę w mgnieniu oka. W środku była pieczątka z kości słoniowej, na niej wyryte imię „Elżbieta” staroświeckim angielskim pismem. Były także następujące wiersze:
Znam wesołą dziewczynkęBardzo drogą mi,Figlarną ma minkę,W oczkach dobroć lśni.Buzia jak makówkaW sam rozkwitu czas,Mała, śliczna główkaDźwiga włosów las.Włosy złotopłowe,Niby zżęty kłos,Ustka jej różowePieszczotliwy głos.Skłonna do dobregoMyśli nie zna złej,Powiedzcież dlaczegoNie mam kochać jej!
— To zupełnie czarodziejska bajka — rzekła Elżbietka, robiąc z zadziwienia oczy wielkie jak spodki, podczas gdy Cesia czytała głośno te wiersze.
Znowu zapukano. Tym razem była pełna garść listów, dla każdego po jednym, a dla Kasi dwa co ją mocno zdziwiło.
— Cóż to być może? — powiedziała, ale zajrzawszy do drugiego, spostrzegła pismo kuzynki Heleny i włożyła je do kieszeni, czekając, żeby Walentynki przeczytano najpierw.
Henrysia list otworzono najpierw: u góry znajdowało się wymalowane ciasteczko — muszę objaśnić, że Henryś był niedawno u dentysty.
Siedząc w kątku Janek małyJadł ciasteczka i migdały;Nagle chłopcu twarz pobladła,Krzyknął i zaprzestał jadła. —Matka Jasia — dobra, tkliwa,Krzyk słyszała, więc przybywa.«Co ci synku, co ci Janku,Że tak płaczesz bez przestanku?Co ci złotko? Co, kochanie?» —Na tak czułe zapytanie,Wśród łez chłopiec rzekł powoli:«Mamo, ząb mnie bardzo boli,Czuję straszne kłucie, rwanie,Ciastka zjeść nie jestem w stanie».Mama rzecze: «Trudna rada,Boleść mężnie znieść wypada».Janek słuchał rad, z uporemPłacząc ciągle — aż wieczoremUstał potok łez rzęsistyNa fotelu u dentysty.
Dzieci długi czas śmiały się z tego wiersza.
W kopercie Joasi była papierowa lalka, zwana Czerwonym Kapturkiem i następujący wiersz:
Piszę do ciebie tych słów kilkaJoasiu miła,Byś nie sądziłaŻe mnie rozdarła paszcza wilka.Gdym zobaczyła straszne zwierzę,Krzyknęłam z trwogi.Wtedy wilk w nogi,A ja zmówiłam trzy pacierze;Gdyż jeśli mam się przyznać szczerze,Samo wspomnienieSprawia mi drżenie,Na myśl o wilku — strach mnie bierze.Dziś robią w domu masło świeże,Nie mam więc czasuPobiec do lasu;Przy tym i babcia wciąż mnie strzeże.Przyjdź do nas, proszę, na wieczerzę,Będziesz widziałaŻem dotąd cała,I że cię zawsze kocham szczerze.
Joasia była niezmiernie uradowana, bo lubiła Czerwonego Kapturka.
Filipek otrzymał kawałek skóry w swym liście, napisanym bardzo czarnym atramentem na wielkim arkuszu niebieskiego papieru:
Raz w życiu spełniłem grzech wielki,Gdyś bowiem spał spokojnym snem,Wziąłem skórzane pantofelkiStojące przy łóżeczku twym.Dzisiaj żałując przewinienia,Gdy krótkotrwały minął czas,Pokornie błagam przebaczeniaZa to żem ciebie okraść śmiał.Żeby zaś dowieść prawdziwościKtórą mój każdy wyraz tchnie,Nie przetrzymuję twej własności,Pantofle razem z listem ślę.
— Teraz mego listu wysłuchajcie — rzekła Cesia, która cały czas udawała, że tak jest zdumiona jak inni i że jej trudno doczekać się, by Filipek dokończył. Przeczytała wreszcie głośno:
Do CesiPowiedz mi, Cesiu miła,Gdybyś ty ptaszkiem była,Co byś robiła?Gdybym ja była ptaszkiemNie znałabym uwięzi,Siedząc w gniazdku pod daszkiem,Lub na wiotkiej gałęzi.Całowałabym różeI bujała w lazurze.Powiedz mi, Cesiu miła,Gdybyś ty rybką była,Co byś robiła?Gdy słonko żarem paliŻyłabym w głębi wody,A na powierzchni faliGdy nocne przyjdą chłody,I kąpałabym w dzionekSrebrne skrzelki, ogonek.Powiedz mi, Cesiu miła,Gdybyś ty pszczółką była,Co byś robiła?Gdybym ja była pszczółką,Wtedy w leśnej ustroni,Siałabym każde ziółkoPięknej barwy i woni,Zdobywając bez troskiSłodki miodek i woski.
— Według mnie ten wiersz jest najładniejszy ze wszystkich — powiedziała Józia.
— Mój jest najpiękniejszy, zresztą Cesia nie dostała pieczątki — rzekła Elżbietka, bawiąc się swym podarkiem, który ciągle trzymała w rączce.
— Kasiu, ty powinnaś najpierw przeczytać swój list, ponieważ jesteś najstarsza — odezwała się Józia.
— Niewiele w nim jest, tylko to co następuje:
Biała jest konwalia, różowa stokrotka,Słodki jest cukierek, a ty jak on słodka.
— Jaki lichy wiersz — wykrzyknęła Elżbietka z płomiennym wzrokiem — to wstyd doprawdy, Kasiu! Tobie należał się najładniejszy.
Kasi trudno było wstrzymać się od śmiechu, tak się bowiem rzecz miała, że wiersze dla innych dzieci tyle jej czasu zabrały, iż nie zdążyła już napisać dla siebie, a bojąc się wzbudzić podejrzenie, gdyby jej nic nie przypadło, w ostatniej chwili nagryzmoliła ten stary rym.
Udając zamyślenie powiedziała:
— Prawda, że nieładny, ale mniejsza o to.
— To wstyd — powtórzyła Elżbietka, pieszcząc ją dla wynagrodzenia tej niesprawiedliwości.
— Czy nie wesoły dzisiaj wieczór? — rzekła Joasia, a Henryś odpowiedział:
— Bardzo wesoły. Póki Kasia była zdrowa, nie miewaliśmy takich rozrywek, nieprawda?
Kasia usłyszała te słowa z przykrym, a zarazem rozkosznym uczuciem i pomyślała: „Zdaje mi się, że mnie dzieci trochę więcej pokochały w ostatnich czasach, ale czemuż nie umiałam być dobra dla nich, gdy mi siły i zdrowie służyły!”.
Skoro wszyscy poszli spać, otworzyła kopertę od kuzynki Heleny, której musiał ktoś donieść o zamierzonej zabawie na Świętego Walentego, bo zamiast listu znalazła Kasia wiersze, kreślone jej wyraźnym, pięknym pismem, i nazajutrz objaśniła Józi, że nie pochodzą od Świętego Walentego, bo zbyt są poważne, ale tak piękne, jakich ten święty nigdy nie napisał. Józia była tego samego zdania.
Oto jakie były te wiersze:
Jak sen minęły dziecinne lataW pochyłym dworku, gdzie dobra matkaOdgadywała moje życzenia.Wtedy mi smutek nie chmurzył czoła,Byłam szczęśliwa, byłam wesoła,Nie znając, co to gorycz cierpienia.Odkąd zaczęłam chodzić do szkoły,Już mi nie obce troski, mozoły,Z szczęścia zostały tylko wspomnienia.W szkole jest ładnych panienek wiele,I dwaj poważni nauczyciele.Jeden z nich nosi nazwę cierpienia,A drugi słodkie miano miłości;Na jego twarzy wciąż uśmiech gości,Oko łagodnym świeci płomieniem. —Chciałam go poznać, lecz za grymasyZostałam wzięta do niższej klasy;Tu się musimy uczyć z cierpieniem.Dziś za pomocą pracy, pilnościStaram się zyskać względy miłości;A gdy się z czasem zupełnie zmienię,Mej wytrwałości wszystkim dowiodęI otrzymawszy pierwszą nagrodę,Na zawsze rzucę — brzydkie cierpienie.