tłum. Zofia Grabowska

Rozdział dwunasty. Dwa lata później

Był to przyjemny, czerwcowy poranek: ciepły wietrzyk poruszał gęsto pokryte na wpół rozwiniętym liściem drzewa, które wyglądały jak zielone fontanny rzucone wysoko w powietrze. U doktora Carr frontowe drzwi były na oścież otwarte, z okna bawialnego pokoju dochodziły ćwiczenia fortepianowe, a na progu, pod rozwijającymi się różami siedziała niewielka osóbka gorliwie zajęta szyciem.

Była to Józia, ciągle mała, chociaż minęły dwa lata, odkąd widzieliśmy ją ostatni raz, i miała teraz lat czternaście. Nigdy nie zapowiadało się, że Józia będzie wysoka. Oczy jej były tak niebieskie i słodkie jak przedtem, a okrągłe jak jabłuszka policzki nie straciły różowej barwy, ale ciemne warkocze upinała już w okrągły węzeł i dziecinna twarzyczka przybrała prawie kobiecy wyraz. Stara Marianna utrzymywała, że panna Józefa wyszła na dorosłą pannę, a „panna Józefa” dobrze o tym wiedząc, szczerze się cieszyła. Radowało ją zaczesywanie włosów w górę i pilnowała, żeby suknie sięgały aż do samych bucików. Nosiła wąskie kołnierzyki zamiast frędzli, a mankietki spinała na ładne guziczki, nade wszystko ulubione, jako dar od kuzynki Heleny. Ojciec mówił, iż jest pewien, że je bierze z sobą do łóżka; był to żart, ma się rozumieć, chociaż w dzień nie można jej było widzieć bez nich. Często spoglądała na te ukochane guziki, szyjąc, a nawet od czasu do czasu kładła robotę, żeby je posunąć w lepsze miejsce albo z upodobaniem pogłaskać je palcem.

Wkrótce otworzyła się boczna furtka i spoza domu wyszedł Filipek. Wyrósł on na dużego chłopca: jego ładne, dziecinne loczki były obcięte i zamiast sukienek nosił kurtkę i spodenki. Trzymał coś w ręku, ale Józia nie mogła dojrzeć, co to za przedmiot.

— Co to jest? – zapytała, gdy się zbliżył.

— Idę na górę spytać się Kasi, czy to już dojrzałe — odpowiedział, pokazując kilka gron, trochę zarumienionych.

— Naturalnie, że niedojrzałe — odezwała się Józia, biorąc jedną jagodę do ust. — Czy nie poznajesz po smaku? Są zupełnie zielone.

— Mniejsza o to, jeżeli Kasia powie, że dojrzałe, to je zjem — odrzekł stanowczo i wszedł do domu.

— Czego chciał Filipek? — spytała Elżbietka, otwierając drzwi od bawialnego pokoju, gdy brat szedł na górę.

— Pytał się o winogrona, czy są dojrzałe do zjedzenia.

— Jaki on dziwny teraz z tym zapytywaniem, boi się drugiej dozy soli — rzekła Elżbietka.

— Tak mi się zdaje — odparła Józia ze śmiechem.

— Joasia mówi, że jeszcze nigdy w życiu nie była tak przestraszona, jak wówczas, gdy papa ich zawołał i zobaczyli, że stoi z flaszką w jednej ręce, a z łyżką w drugiej.

— Tak — mówiła dalej Elżbietka — i wiesz, że Henryś trzymał długo lekarstwo w ustach, a potem poszedł za róg domu i wypluł je! Papa powiedział, że miał wielką ochotę, żeby dać mu drugą łyżkę, ale sobie przypomniał, że on daleko dłużej miał zły smak od innych dzieci, więc dał mu spokój. Mnie się zdaje, że to była straszna kara, a ty jak myślisz?

— Prawda, ale zarazem pożyteczna, bo żadne nie tknęło już zielonych porzeczek. Czy skończyłaś już swoje ćwiczenia? Ale jeszcze chyba nie upłynęła godzina?

— O, jeszcze nie, tylko dwadzieścia pięć minut, ale Kasia mówiła, żeby nie siedzieć dłużej niż pół godziny, a potem przelecieć się i znów wrócić. Poszłam dwa razy do bramy i dwa razy na powrót, bo jej obiecałam, że tak zrobię. —- I znowu pobiegła, przerzucając żywo ręce to przed siebie, to w tył.

— Cóż to robi Brygida w pokoju papy? — zapytała, wróciwszy po raz drugi.

— Wytrzepuje rzeczy przez okno. Czy tam są służące? Zdawało mi się, że czyszczą jadalny pokój.

— Jeden i drugi razem porządkują, bo Kasia mówi, że dobrze się stało, iż papa wyszedł i będzie można zdjąć oba dywany. Dziś nie będzie obiadu, tylko chleb z masłem, mleko i szynka; podadzą nam to w Kasi pokoju, dlatego że Dorota także pomaga w robocie, żeby wszystko skończyć i uwolnić papę od zamętu. Kasia robi papie nowy wierzch na poduszeczkę od szpilek, a ja obrębiam do niego falbankę — rzekła, pokazując robótkę.

— Jak ładnie obrębiasz! — powiedziała Elżbietka. — Ja także chciałabym coś zrobić do papy pokoju. Mam patarafki do umywalni, ale jedna, od talerzyka z mydłem, nieskończona. Czy myślisz, że zrobiłabym ją, gdyby mnie Kasia uwolniła już od ćwiczeń? Mam wielką ochotę poprosić ją o to.

— Kasia woła! — rzekła Józia, gdy się dzwonek odezwał na górze. — Jeżeli chcesz, to do niej pójdę.

— Nie, sama pójdę i zobaczę zaraz, czego jej trzeba. — Ale Józia już była w połowie sieni, więc obie pobiegły. Często bywały małe starcia między nimi, bo każda chciała śpieszyć na głos dzwonka. Tak lubiły służyć siostrze!

Kasia spotkała je przy drzwiach: nie stała na nogach, bo to niestety było jeszcze zupełnie niemożliwe, ale siedziała w fotelu na kółkach, w którym jeździła po pokoju. Była to dla niej wielka wygoda, mogła się bowiem krzątać i otwierać szuflady, nie trudząc nikogo. Od niedawna dopiero mogła korzystać z tego fotela i doktor Carr uważał to za dobry znak, ale nie mówił Kasi, przyzwyczaiła się już do niepełnosprawności i była wesoła, zdawało się więc nierozsądkiem karmić ją niepewną nadzieją.

Przyjęła dziewczęta pogodnym uśmiechem i rzekła:

— Józiu, na ciebie dzwoniłam. Boję się, że Brygida poprzewraca wszystko na stole u papy, a wiesz, jak on nie lubi, żeby czegoś tam dotykać. Bądź łaskawa powiedzieć, żeby nic nie ruszała, a jak położą dywan, idź sama wytrzeć z kurzu stół, żeby wszystko było z pewnością na swoim miejscu. Zrobisz to?

— Ma się rozumieć — odrzekła Józia, która była gosposią z powołania i szczerze lubiła służyć Kasi za pierwszego ministra.

— Czy mam ci stamtąd przynieść poduszeczkę do szpilek?

— Proszę cię, bo chciałabym ją wymierzyć.

— Kasiu — odezwała się Elżbietka — moje patarafki są prawie gotowe, chciałabym je tylko wykończyć i położyć na umywalni papy, zanim wróci. Czy mogę przerwać ćwiczenia i przynieść sobie robotę?

— Jeżeli będzie dosyć czasu do wyuczenia się ich, zanim przyjdzie panna Phillips.

— Zdaje mi się, że aż nadto, bo się jej spodziewam dopiero w piątek.

— W takim razie sądzę, że nie ma przeszkody, ale droga Elżbietko, pobiegnij najpierw do pokoju papy i przynieś mi szufladę ze stołu, bo ją chcę sama uporządkować.

Elżbietka pobiegła i wróciła wesoło. Postawiła szufladę na kolanach u Kasi, która zajęła się zaraz odkurzaniem i układaniem.

— Masz poduszeczkę, a teraz będziemy miały wolną chwilę dla siebie, nieprawdaż? Lubię dni, w które nam nikt nie przeszkadza.

Właśnie gdy kończyła to mówić, zapukał ktoś do drzwi.

— Proszę wejść — zawołała Kasia i wszedł duży, barczysty chłopiec z poważną i rozumną twarzyczką, niosąc ostrożnie zegar w obu rękach.

Był to Henryś: wyrósł, dojrzał bardzo od czasu, kiedy go ostatni raz widzieliśmy, i przejawiał różne zdolności, zwłaszcza do matematyki.

— Oto twój zegar, Kasiu, starałem się tak go nastawić, żeby dobrze bił, ale musisz być ostrożna i nie uderzyć młoteczka, poruszając wahadłem.

— Doprawdy, zrobiłeś to? Ależ Henrysiu, jesteś geniuszem! Zawsze ci tak dużo zawdzięczam!

— Teraz jest cztery minuty do jedenastej — objaśniał Henryś —- będzie zatem niedługo bił. Sądzę, że lepiej, żebym tu został posłuchać, czy dobrze nastawiony — i dodał grzecznie — chyba, że jesteś zajęta i wolałabyś, żebym odszedł.

— Nigdy nie jestem tak zajęta, żeby ciebie nie chcieć przy sobie, mój stary chłopcze — powiedziała Kasia, kładąc rękę na jego ramieniu. — Szuflada już w porządku, czy nie chciałbyś jej zanieść do papy pokoju i wsunąć na miejsce? Masz silniejsze ręce od Elżbietki.

Henryś poszedł z uradowaną minką, a gdy wrócił, właśnie zaczął bić zegar.

— A co? Doskonale, nieprawda? – wykrzyknął.

Ale niestety! Zegar nie zatrzymał się na jedenastce, bił dalej dwunastą, trzynastą, czternastą, piętnastą, szesnastą!

— Boże mój! — rzekła Józia. — Co to wszystko znaczy? Musi już być przynajmniej pojutrze!

Henryś patrzył z otwartymi ustami na zegar, który ciągle bił, jak gdyby chciał sobie boki rozsadzić. Elżbietka rachowała bez ustanku, zanosząc się od śmiechu.

— Trzydzieści, trzydzieści jeden... ach, Henrysiu, trzydzieści dwa, trzydzieści trzy, trzydzieści cztery!

— Rzuciłeś na niego czary, Henrysiu! — rzekła Kasia nie mniej rozweselona od nich.

Zaczęli wszyscy rachować. Henryś porwał zegarek — wstrząsał nim, pukał weń, przewrócił do góry dnem, ale ostre i silne dźwięki nie ustawały, jak gdyby zegar wszedłszy raz na swą drogę, nie chciał z niej zejść, póki się nie zmęczy. Nareszcie, gdy wybił sto trzydziesty raz, zamilkł nagle — a Henryś z zaczerwienioną i zdumioną twarzą patrzył na śmiejące się siostry.

— To bardzo dziwne — rzekł — ale jestem pewien, że niczym się do tego nie przyczyniłem. Mogę nastawić go jeszcze raz, jeżeli pozwolisz spróbować. Dobrze Kasiu? Przyrzekam nie zepsuć.

Kasia wahała się chwilkę, a Józia, ciągnąc ją za rękaw, szepnęła: „Nie dawaj” — ale widząc zasmuconą twarz Henrysia, rozmyśliła się.

— Dobrze, weź go, Henrysiu. Jestem pewna, że będziesz ostrożny, ale gdybym ja była na twoim miejscu, zaniosłabym go przede wszystkim do Wetherellów i rozmówiłabym się z nimi. Zarazem mógłbyś go nastawić jak należy. Czy nie jesteś mego zdania?

— Może być — rzekł Henryś — zdaje mi się, że tak zrobię.

I poszedł z zegarkiem pod pachą, a Józia żartobliwie za nim wołała:

— Śniadanie o godzinie sto trzydziestej drugiej! Pamiętaj!

— Nie zapomnę! — odparł Henryś. Dwa lata przedtem nie zniósłby tak spokojnie, żeby się ktoś śmiał z niego.

— Jakżeś ty mogła pozwolić, żeby znowu zabrał ten zegarek? — powiedziała Józia, gdy się drzwi zamknęły. — On go zepsuje, a tak go lubisz!

— Zdawało mi się, że go bardzo upokorzę, gdy nie pozwolę mu spróbować jeszcze raz — odpowiedziała Kasia spokojnie. — Nie przypuszczam, żeby go zepsuł, przy tym pomocnik Wetherella bardzo kocha Henrysia, więc mu pokaże, co zrobić.

— Okazałaś się bardzo dobra — odparła Józia — ale gdyby to był mój zegarek, wątpię, czy bym go dała.

W tej chwili otworzyły się drzwi i Joasia wpadła, o dwa lata wprawdzie większa, ale poza tym zupełnie taka, jak była.

— Ach, Kasiu! Bądź łaskawa powiedzieć, żeby Filipek nie mył kurcząt w beczce od wody deszczowej, wrzucił tam wszystkie kurczęta Specklesowej, a teraz zaczyna wpuszczać te od pani Durden. Boję się, że jedno żółte już nie żyje.

— Naturalnie, że nie powinien tego robić! — rzekła Kasia. — Skąd mu taka myśl przyszła do głowy?

— Powiada, że są brudne, bo dopiero co wyszły z jajek! I upiera się, że to żółte, co na nich jest, to żółtko od jaja. Mówiłam, że się myli, ale nie chciał słuchać. — I Joasia załamała rączki.

— Józiu! — zawołała Kasia. — Czy nie pobiegłabyś na dół, żeby mi przyprowadzić Filipka? Ale mów z nim łagodnie, rozumiesz.

— Ja także mówiłam łagodnie, zupełnie łagodnie, ale to nic nie pomogło — rzekła Joasia, na której krzywda kurczątek widocznie sprawiła głębokie wrażenie.

— Jaki się figlarz robi z tego Filipka — rzekła Elżbietka.

— Z figlarzy wyrastają dobrzy i porządni ludzie — odpowiedziała Kasia.

Po chwili przyszedł Filipek wraz z Józią. Miał trochę wyzywającą minę, ale Kasia wiedziała, jak z nim rozmawiać. Posadziła go na kolanach, co niezmiernie lubił, chociaż wyrósł na dużego chłopca, i mówiła tak serdecznie o biednych, drżących kurczątkach, że mu serce zupełnie zmiękło.

— Ja nie chciałem im zrobić krzywdy, doprawdy! — rzekł. — Ale wszystkie były brudne i żółte od jajka, rozumiesz, więc myślałem, że będziesz zadowolona, jak je oczyszczę.

— To nie było jajko Filipku, tylko czyściutkie piórka jak w skrzydełkach kanarków.

— Czy tak?

— Ależ tak, a teraz kurczątkom zimno, przykro, i tobie by tak było, jakbyś wpadł w staw, a nikt by ci nie podał suchego ubrania. Czy nie chciałbyś pójść je ogrzać?

— Jakże?

— W rączkach, bardzo ostrożnie, a potem puściłbyś je na słońce, żeby polatały.

— Dobrze — powiedział, zsuwając się z jej kolan — tylko pocałuj mnie najpierw, bo ja nie chciałem im zrobić nic złego, ty wiesz! — Filipek bardzo był przywiązany do Kasi i panna Pettingill mówiła, że to zadziwiająca rzecz, jak się to dziecko daje prowadzić. Zdaje mi się, że w tym leżała tajemnica, iż Kasia nie „prowadziła”, tylko starała się zawsze być dobra, kochająca i szanować jego uczucia.

Zaledwie ucichły buty Filipka na schodach, stara Marianna z niezadowoloną miną wsunęła we drzwi głowę, mówiąc:

— Panno Katarzyno, chciałabym, żeby pani powiedziała Aleksandrowi, że ma uporządkować drwalnię. Chyba nie wie pani, co się tam dzieje!

— Zapewne, że nie wiem — odrzekła Kasia z uśmiechem, ale potem wymknęło jej się westchnienie, bo nie widziała drwalni od owego dnia, kiedy spadła z huśtawki. — Bądź spokojna, powiem Aleksandrowi i wszystko tam uporządkuje.

Marianna odeszła zadowolona, ale kilka minut później wróciła, mówiąc:

— Jakiś człowiek przyszedł z pudełkiem mydła, panno Katarzyno, i oto rachunek.

Zabrało to Kasi trochę czasu, zanim znalazła woreczek z pieniędzmi, ołówek i książkę rachunkową. Elżbietka musiała odstąpić swego miejsca przy stole.

— Ach Boże mój! — rzekła — chciałabym, żeby nam już nikt nie przeszkadzał. Ciekawe, kto teraz przyjdzie?

Niedługo trwała jej ciekawość, gdyż prawie nie dokończyła jeszcze mówić, kiedy znowu zapukano do drzwi.

— Czy można? — zapytał jakiś głos. Wśród szelestu spódnic i tupania obcasów weszła pompatycznie Imogena Clark. Kasia nie mogła jej poznać na początku, bo się nie widziały od dwóch lat.

— Zastałam drzwi otwarte — tłumaczyła się Imogena krzykliwym głosem — i ponieważ zdawało mi się, że nikt nie usłyszał mego dzwonka, odważyłam się przyjść prosto na górę. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Bynajmniej — grzecznie odrzekła Kasia — droga Elżbietko, podaj to niskie krzesełko. Usiądź Imogeno. Przykro mi, że nikt nie wyszedł, gdyś zadzwoniła, ale służące porządkują dziś mieszkanie, więc przypuszczam, że nie usłyszały.

Imogena usiadła i według swego zwyczaju zaczęła krzykliwie mówić, Elżbietka zaś, zza fotela Kasi, robiła przegląd jej stroju. Miała suknię z taniego materiału, ale zrobioną bardzo świetnie i suto, z falbanami i bufami, przy tym naszyjnik dżetowy i długie, czarne kolczyki, które szeleściły i brzęczały za każdym poruszeniem głowy. Nosiła też owe loczki okrągłe, przylepione do skroni, a Elżbietka była zaciekawiona, co je przytrzymuje.

Powoli wydała się przyczyna jej odwiedzin: oto przyszła z pożegnaniem, państwo Clark wracali bowiem do Jacksonville.

— Czy widziałaś kiedyś rozbójnika? — zapytała Józia, która zapamiętała tę szczególną historię opowiadaną w bawialnym pokoju.

— I nieraz — odparła Imogena — odbieram także często listy, a jak pięknie pisze! Żałuję, że nie mam jednego przy sobie, przeczytałabym wam kawałek i wiem, że znalazłybyście w tym wielką przyjemność. Zaczekajcie, może mam w kieszeni. —- Zanurzywszy rękę, szczególnym trafem znalazła od razu, a Józia nie mogła się wstrzymać od podejrzenia, że dobrze o nim wiedziała.

Ten rozbójnik zdawał się mieć śmiałe, czarne pismo, co się zaś tyczy papieru i koperty, to były zupełnie takie jak u wszystkich ludzi, ale może wpadł mu w ręce sprzedawca materiałów piśmiennych.

— Może coś znajdę — rzekła Imogena, przebiegając całą stronicę. — Uwielbiona Imogeno.... to nie zajęłoby was... hm, hm, hm... aa, tu coś jest. Byłem na obiedzie w Rock House na Boże Narodzenie. Smutno było bez ciebie. Jadłem pieczonego indyka, pieczoną gęś, pieczoną wołowinę, nadziewane paszteciki, budyń ze śliwkami, orzechy i rodzynki. Bardzo dobry obiad, nieprawda? Ale nic nie smakuje, gdy nie mamy koło siebie drogich nam osób.

Kasia i Józia spoglądały ze zdumieniem. Takież to słowa pisze rozbójnik?

— Jaś Billings kupił nowego konia — czytała dalej Imogena — hm, hm, hm, hm. Nie sądzę, żeby was tu mogło coś zaciekawić. Ach prawda! Właśnie, na samym końcu jest wierszyk.

— Jakie to milutkie, nieprawdaż?

— Czy on się poprawił? Tak by się zdawało z listu — powiedziała Józia.

— Czy się poprawił? — wykrzyknęła Imogena, brząkając kolczykami. — On był zawsze najlepszym, jakim tylko być można!

Nie było co odpowiedzieć. Kasia uczuła, że jej usta drgają ze strachu, że się okaże niegrzeczna i wybuchnie głośnym śmiechem, zaczęła jak najprędzej mówić o czymś innym. Cały ten czas oceniała Imogenę i pytała siebie: „Czy to być może, żebym ją kiedyś lubiła? Jakie to dziwnie! Jakim też papa jest rozumnym człowiekiem!”.

Zabawiwszy pół godziny, Imogena pożegnała się.

— Wcale się nawet nie spytała o twoje zdrowie! — wykrzyknęła z oburzeniem Elżbietka. — Dobrze uważałam, że się nie spytała ani razu.

— Pewno zapomniała, zresztą o niej mówiłyśmy, nie o mnie — odparła Kasia.

Mała ta gromadka zabrała się znowu do swych zajęć; tym razem minęło pół godziny, a nikt nie przeszkodził. Nareszcie odezwał się dzwonek i Brygida ukazała się na górze z jakąś zmieszaną twarzą, mówiąc:

— Panno Katarzyno, to stara pani Worrett, musiała przyjść na cały dzień, bo ma worek z sobą. Cóż jej mam powiedzieć?

— Ach Boże! — odezwała się Kasia niechętnie — Jakie to nieszczęście! Cóż my zrobimy?

Pani Worrett była to stara przyjaciółka ciotki Izy, mieszkała na wsi około sześciu mil od Burnet. Ile razy sprowadzały ją do miasta interesy lub sprawunki, zazwyczaj przychodziła na śniadanie do doktora Carr. Nie zdarzało się to często i przedtem Kasia nie potrzebowała jej zabawiać.

— Powiem, że panny są zajęte i nie mogą widzieć się z nią, wszakże dziś nie ma nawet obiadu — rzekła Brygida.

Dwa lata przedtem Kasia na pewno podskoczyłaby w górę na tę myśl, ale dziś była rozważniejsza.

— N-ie — odparła — nie chcę tego zrobić, musimy sobie jakoś poradzić, Brygido. Zbiegnij, droga Józiu, jak przystoi dobrej dziewczynce, i powiedz pani Worrett, że w jadalnym pokoju panuje nieład, ale zjemy tutaj śniadanie i że, gdy odpocznie, z przyjemnością zobaczę ją u siebie. Ach Józiu! Daj jej najpierw wachlarz, bo jej będzie tak gorąco. Brygido, możesz nie zmieniać śniadania, tylko dodaj smażone brzoskwinie na wety i zrób dla pani Worret filiżankę herbaty, zdaje mi się, że ją zwykle pija.

— Nie mogę odprawić tej biednej kobiety, kiedy przybyła z tak daleka — tłumaczyła się Elżbietce, gdy zostały same. — Pchnij trochę fotel w tę stronę, Elżbietko, a te małe krzesełka ustaw pod ścianą, czy pamiętasz, że upadła z takiego ostatnim razem?

Dosyć czasu upłynęło, zanim się pani Worrett ochłodziła, i dopiero po jakichś dwudziestu minutach, ciężkie, trzeszczące kroki po schodach, oznajmiły, że gość nadchodzi. Elżbietka zaczęła się chichotać, bo ją ta pani zwykle pobudzała do śmiechu, ale zanim otworzyły się drzwi, Kasia zdążyła napomnieć ją wzrokiem.

Pani Worrett była najtłuściejszą, najgrubszą w świecie osobą. Nikt nie śmiał zgadywać, ile waży, ale wyglądała na tysiąc funtów. Twarz miała niezmiernie czerwoną i w najzimniejszą porę była rozgrzana, a w ciepłe dni zdawało się, że topnieje. W rozwiązanym kapeluszu, z wachlarzem w ręku, przeszła przez pokój, który trząsł się pod jej nogami.

— Jakże się masz, moja droga? — zapytała, rzucając się na fotel z biegunami.

— Bardzo dobrze, dziękuję pani — odrzekła Kasia, myśląc sobie, że nigdy jej nie widziała nawet w połowie tak tłustej jak teraz, i pytając siebie, czym ją zabawi.

— Jak się ma papa? — odezwała się pani Worrett. Kasia odpowiedziała grzecznie, po czym ją samą zapytała o zdrowie.

— Ja się zaokrąglam! — Słysząc te słowa, Elżbietka wybuchnęła śmiechem i schowała się za fotel Kasi.

— Miałam interes w banku — mówiła dalej nowo przybyła — i przyszło mi na myśl, że będąc tak blisko, wstąpię do panny Pettingill, żeby ją zabrać z sobą, jeżeli się uda, bo rozszerzyłaby mi czarną, jedwabną suknię. Była zrobiona zupełnie na miarę, ale musiałam nabrać ciała od tego czasu, gdyż nie mogę zapiąć haftek. Niestety, nie zastałam jej, więc cała wędrówka była daremna. Czy nie wiesz, gdzie teraz szyje?

— Nie — rzekła Kasia, zaledwie wstrzymując się od śmiechu, bo czuła, że fotel pod nią się trzęsie. — W przeszłym tygodniu szyła u nas przez trzy dni sukienkę szkolną dla Joasi, ale odtąd nie słyszałam o niej. Elżbietko, pobiegnij na dół powiedzieć Brygidzie, żeby przyniosła... przyniosła... szklankę wody z lodem dla pani Worrett, bo się zdaje taka zgrzana po przechadzce.

Elżbietka, strasznie zawstydzona, wybiegła z pokoju i schowała się w sieni, żeby się pośmiać, po chwili wróciła z zupełnie poważną minką. Podano śniadanie, pani Worrett dobrze podjadła i zdawała się wszystkim zadowolona. Tak jej było wygodnie, że się nie ruszyła do czwartej po południu!

Ach, jakże długie wydało się to poobiedzie biednym dziewczętom, które łamały sobie główki, czym rozerwać olbrzymiego gościa.

Nareszcie pani Worrett podniosła się z krzesła i zaczęła się wybierać.

Zawiązując kapelusz, rzekła:

— Dobrze wypoczęłam i doszłam do siebie. Czy któreś z dzieci nie odwiedzi mnie w najbliższych dniach? Ty zwłaszcza sprawiłabyś mi największą przyjemność, nie każda dziewczynka umiałaby tak mieć staranie o tłustą i starą kobietę i dać jej takie wygody jak ty Kasiu. Chciałabym, żeby ciotka mogła cię widzieć teraz, byłaby zadowolona, wiem dobrze.

Te słowa jakoś mile zabrzmiały w uszach Kasi.

— Ach, nie śmiejcie się z niej — rzekła, gdy dzieci późnym wieczorem przyszły na górę po wypiciu herbaty w uporządkowanym już jadalnym pokoju, a Cesia także przyłączyła się do nich, ubrana w piękny szal z różowo-białego batystu. — Nie śmiejcie się z niej — mówiła Kasia — to prawdziwie dobra staruszka, nie lubię, gdy z niej żartujecie. Ona temu niewinna, że jest tłusta, zresztą wiecie, że ją kochała ciotka Iza, więc ze względu na nią okazujmy względy jej przyjaciółce. Przykro mi było, gdy przyszła, ale teraz już jestem zadowolona.

— Przyjemnie jest, gdy coś przestaje dolegać — odezwała się figlarnie Elżbietka, a Cesia szepnęła do Józi:.

— Jakaż Kasia słodka!

— Nieprawdaż? Chciałabym w połowie być tak dobra. Myślę sobie czasami, że mi będzie szczerze przykro, jeżeli kiedyś wyzdrowieje. Taką jest pieszczotką naszą, gdy tu siedzi w fotelu, że nie byłoby tak miło widzieć ją gdzie indziej. Wiem, że to szkaradnie z mojej strony, zresztą nie przypuszczam, żeby się zmieniła i stała nieznośna, rażąca, jak inne dziewczęta, gdyby nawet odzyskała zdrowie.

— Ma się rozumieć, że nie — odparła Cesia.