Jakieś sześć tygodni póżniej, kiedy Józia i Elżbietka były zajęte pewnego dnia na dole, przestraszył je gwałtowny dzwonek Kasi — obie pobiegły dowiedzieć się, czego potrzebuje.
Siedziała w swym fotelu z rozpaloną i wzburzoną twarzą.
— Ach, dziewczęta! — wykrzyknęła. — Co na to powiecie? Ja stanęłam!
— Co? — zawołały.
— Doprawdy stanęłam! Stałam na nogach o własnej sile.
Obie siostrzyczki tak były zadziwione, że nie mogły mówić, więc Kasia wyjaśniała im dalej.
— Widzicie, to się stało nagle. Naraz doznałam uczucia, że stanę, gdy spróbuję, i prawie zanim pomyślałam, wydobywszy się z fotela, stanęłam. Tylko trzymałam się mocno poręczy. Taki mnie strach ogarnął, że sama nie wiem, jak powróciłam na fotel. Ach dziewczęta! — Ukrywszy twarz w rękach, Kasia płakała.
— Czy myślicie, że będę mogła to jeszcze powtórzyć? — spytała, patrząc wilgotnymi oczami.
— Ma się rozumieć — rzekła Józia, a Elżbietka tańczyła wokół, wołając troskliwie:
— Bądź ostrożna, bądź uważna!
Kasia spróbowała raz jeszcze, ale było już po wszystkim: nie mogła się ruszyć z fotela i zaczęła pytać siebie, czy to nie było snem.
Ale nazajutrz, gdy przypadkiem Józia była w pokoju, usłyszała nagły okrzyk i obróciwszy się, ujrzała Kasię stojącą na nogach.
— Papo, papo! — wołała Józia, biegnąc ze schodów. — Henrysiu, Joasiu, Elżbietko, chodźcie zobaczyć!
Ojca nie było w domu, ale dzieci zgromadziły się tłumnie. Tym razem Kasia powtórzyła próbę z łatwością. Zdawało się, że jej wola była w uśpieniu, ale rozbudziła się, a członki poczuwszy to, stały się jej posłuszne.
Gdy ojciec wrócił, nie mniej był wzruszony od dzieci. Chodził ciągle wokół fotela, wypytywał Kasię, kazał jej to wstać, to usiąść.
— Czy ja naprawdę będę zdrowa? — zapytała cichym szeptem.
— Tak mi się zdaje, moja kochana — odparł doktor Carr, potem porwał Filipka i podrzucił go w górę. Dzieci pierwszy raz widziały, że papa zachowuje się jak mały chłopiec. Wkrótce jednak, widząc, że Kasia ma rozpaloną twarz i zgorączkowane oczy, wyciszył się, odprawił dzieci i usiadł, żeby ją uspokoić łagodnymi słowami.
— Sądzę, że to przyjdzie, moja droga, ale upłynie jeszcze dosyć czasu i będziesz musiała mieć wiele cierpliwości. Skoro się okazałaś tak dobrym dzieckiem przez te wszystkie lata, jestem pewien, że nie upadniesz i teraz. Pamiętaj, że lada nierozwaga cofnie cię znowu. Musisz poprzestać na stopniowym polepszaniu zdrowia. Nie ma drogi na skróty w powrocie do chodzenia, również jak do nauki, każde dziecko samo ją wynajduje.
— Ach, papo! — rzekła Kasia. — Czekałabym i rok, byleby wyzdrowieć w końcu.
Jakże była szczęśliwa tej nocy! Zbyt szczęśliwa, żeby spać. Ojciec zauważył rano czerwone obwódki wokół oczu i potrząsając głową, rzekł:
— Musisz być ostrożna, bo inaczej znów się położysz, gorączka cofnęłaby cię na długie lata!
Kasia wiedziała, że ojciec ma słuszność, więc była ostrożna, chociaż okazało się to niełatwe, bo nowe życie krążyło w każdym członku.
Postęp był powolny, zupełnie jak przepowiadał doktor Carr. Z początku mogła stać tylko kilka sekund, potem minutę, potem pięć minut, trzymając się mocno fotela. Następnie odważyła się puścić fotel i stać sama. Po niejakim czasie stawiała po jednym kroku, pchając fotel przed sobą jak dziecko uczące się chodzić. Józia i Elżbietka czuwały nad nią jak troskliwe mateczki. Było to zabawne i budziło pewne politowanie, gdy wysoka Kasia szła wolnym i niepewnym krokiem, a niższe od niej siostry postępowały za nią w roli opiekunek. Ale Kasia nie widziała w tym nic śmiesznego ani godnego litości, dla niej było to po prostu rozkoszą — najmilszą rzeczą w świecie. Nigdy jednoroczne niemowlę nie było tak dumne ze swych pierwszych kroków jak ona. Stopniowo wzrastała w niej odwaga i puszczała się śmielszym lotem. Józia, wbiegłszy raz na górę do swego pokoju, stanęła zdumiona, widząc, że Kasia tam siedzi rozpalona, drżąca, lecz zadowolona ze sprawionej niespodzianki.
— Widzisz — tłumaczyła się jej — ogarnęła mnie żądza odkryć. Od tak dawna nic nie widziałam prócz mego pokoju! Ależ, mój Boże! Jaka ta sień długa. Będę musiała dobrze wypocząć, zanim pójdę do siebie.
Odpoczęła dobrze, ale mimo tego bardzo była zmęczona nazajutrz. Jednakże nie zaszkodziła jej ta próba, po upływie dwóch czy trzech tygodni mogła chodzić po całym drugim piętrze.
Te wycieczki sprawiały jej tak wielką uciechę jak zajmująca książka, bo obserwowała różne zmiany i wszystko ją dziwiło.
— Henrysiu, jaką masz ładną półkę do książek! Kiedy ją kupiłeś?
— Tę starą? Już ją mam od dwóch lat, czy ci nie wspominałem?
— Może być, ale jej nie widziałam, więc nie zrobiła na mnie wrażenia.
Pod koniec sierpnia czuła się tak wzmocniona, że chciała zejść ze schodów, ale ojciec powiedział:
— Zaczekaj jeszcze, zmęczyłoby cię to znacznie bardziej niż chodzenie po równej drodze, lepiej odłóż to do czasu, kiedy będziesz zupełnie pewna swej nogi.
— Ja tak samo sądzę — rzekła Józia — prócz tego chciałabym uporządkować i upiększyć dom, zanim go zobaczy bystre oko pani gospodyni. Ach, powiem ci coś! Jaka śliczna myśl przyszła mi do głowy! Oznaczysz dzień, a my czekać cię będziemy i urządzi się uroczystość. Cóż to za miła będzie chwila!... A kiedy nastąpi, papo?
— Za dziesięć dni będzie mogła zejść bezpiecznie.
— Za dziesięć dni! To wypadnie siódmego września, prawda? — rzekła Kasia i dodała ciszej: — Jeżeli można, wolałabym zejść pierwszy raz ósmego, bo to był dzień urodzin mamy.
Narada stanęła więc na tym, a Józia wołała radośnie, skacząc i klaszcząc w ręce:
— Jeszcze nigdy w życiu nie obiło się o moje uszy nic tak miłego! Kiedy przyjdziesz na dół, papo? Strasznie potrzebuję rozmówić się z tobą.
— Zaraz pójdę, bo inaczej oberwiesz mi poły od surduta — odparł ze śmiechem i zeszli oboje, a Kasia wyglądała przez okno w błogim usposobieniu.
„Ach! — myślała sobie. — Czy to być może? Czy zostanę wzięta do wyższej klasy, jak było w hymnie kuzynki Heleny, i czy na zawsze pożegnam cierpienie? Ale cierpienie wiąże się ściśle z miłością — teraz to widzę. Jak dobry był mój drogi nauczyciel!”
Józia zdawała się bardzo zajęta do końca tygodnia. Tłumaczyła się wprawdzie „myciem okien”, ale to nie wyjaśniało jej ciągłego znikania i tajemniczego ożywienia twarzy. Przy tym dochodziło z dołu jakieś stukanie młotem i tarcie drzewa. Dzieciom widocznie zaleciła, żeby czegoś nie mówiły, bo Filipek odezwał się parę razy: „ach, Kasiu!”. A potem umilkł, mówiąc żywo: „O mało się nie zapomniałem!”. Kasia była coraz ciekawsza, ale wiedząc, że owa tajemnica sprawi nie tylko jej przyjemność, postanowiła nie psuć niespodzianki wypytywaniem.
Nareszcie nastąpił wieczór poprzedzający ten uroczysty dzień.
Gdy Józia weszła do pokoju na chwilkę przed herbatą, Kasia rzekła:
— Patrz, panna Pettingill przyniosła mi nową suknię, ubiorę się w nią pierwszy raz, gdy będę schodzić na dół.
— Jaka ładna! — odrzekła Józia, oglądając sukienkę z miękkiego, popielatego kaszmiru, ozdobioną wstążkami w tych samych barwach. — Ale Kasiu, ja tu przyszłam zamknąć drzwi. Brygida będzie zamiatać w sieni, a nie chciałabym, żeby tu naleciało kurzu, bo wszakże twój pokój był wyszczotkowany dziś rano.
— Szczególna pora do zamiatania sieni! — odezwała się Kasia z zadziwieniem. — Dlaczego nie każesz jej czekać do jutra?
— Nie mogę, widzisz... Ona... Zdaje mi się, że ma co innego robić jutro. Wygodniej, żeby zamiotła teraz. Nie wzbraniaj się, Kasiu droga, tylko trzymaj drzwi zamknięte. Dobrze? Przyrzeknij.
— Najchętniej — powiedziała coraz bardziej zdumiona Kasia i uległa prośbom Józi. Chciała potem czytać, ale tak była zaciekawiona, że litery skakały jej przed oczami i nie mogła się powstrzymywać od podsłuchiwania. Brygida umyślnie hałasowała szczotką, lecz mimo to zdawało się Kasi, że słyszy inne odgłosy i chodzenie po schodach, otwieranie i zamykanie drzwi, tłumienie śmiechu. Jakież to wszystko wydawało się jej dziwne!
— Mniejsza o to — rzekła, zatykając uszy — jutro dowiem się wszystkiego.
Nazajutrz dzień był chłodny i miły — ideał wrześniowej pogody.
— Kasiu — rzekła Józia, gdy przyszła z ogrodu z pełnymi rękami kwiatów — jaka twoja suknia jest ładna, jeszcze nigdy nie wyglądałaś tak dobrze — mówiąc to, przypięła jej jeden czerwony goździk do stanika, a drugi do włosów.
— Teraz jesteś już wystrojona! Papa przyjdzie za kilka minut, żeby cię sprowadzić na dół.
W tej chwili weszły Elżbietka i Joasia, ubrane równie jak Józia w swe najładniejsze sukienki. Widocznie była to uroczystość dla całego domu. Cesia przyłączyła się także do ich grona, zaproszono ją bowiem, żeby widziała Kasię schodzącą na dół. Ona również miała na sobie nową suknię.
— Jakie jesteśmy wystrojone — rzekła Józia, spostrzegłszy, jak świetnie wygląda. — Obróć się Cesiu, jaka szarfa! Strasznie robisz się dorosła, panno Hall!
— Żadna z nas nie będzie tak „dorosła” jak Kasia — odparła Cesia ze śmiechem.
Na koniec ukazał się pan Carr. Bardzo powoli zeszli ze schodów — Kasia wsparta na ojcu, przy niej Henryś, dziewczęta za nimi, a Filipek na samym przodzie. Dorota, Brygida i Aleksander wychylali głowy z kuchni, żeby ją zobaczyć, a stara Marianna płakała z radości, zasłaniając oczy fartuszkiem.
— Ach, frontowe drzwi są otwarte! — rzekła Kasia z uniesieniem. — Jak ładnie! A jaka piękna cerata! Wszakże nowa? Nie było jej, gdy chodziłam jeszcze.
— Nie zatrzymuj się przy tym — wykrzyknął Filipek, któremu widocznie pilno było. — To nie jest nowa cerata, już dawno, dawno tu leży! Chodź lepiej do bawialnego pokoju!
— Dobrze — powiedział ojciec — obiad jeszcze niezupełnie gotowy, masz więc czas odpocząć trochę. Cudownie to zniosłaś, Kasiu. Czy bardzo się zmęczyłaś?
— Ani trochę — odparła wesoło. — Zdaje mi się, że mogłabym zejść sama. Ach! Drzwi od szafy z książkami naprawione! Jak ładnie wyglądają!
— Nie zatrzymuj się! Nie zatrzymuj! — powtarzał Filipek, wychodząc z siebie z niecierpliwości.
Poszli więc dalej: ojciec otworzył drzwi od bawialnego pokoju, Kasia postawiła jeden krok i stanęła. Rumieniec wystąpił jej na twarz i chwyciła się klamki, żeby nie upaść. Cóż ujrzała?
Nie tylko sam pokój, świeże muślinowe firanki i wazoniki z kwiatami, nawet nie tylko szerokie, piękne okno zrobione od słonecznej strony ani nie kuszącą sofę ze stolikiem, widocznie dla niej przygotowane. Nie, znajdowało się tam jeszcze coś innego. Sofa była wysunięta, a na niej, wsparta na poduszkach, z jasnym wzrokiem zwróconym ku drzwiom leżała kuzynka Helena! Zobaczywszy Kasię, wyciągnęła do niej ramiona.
Józia i Cesia zgodziły się później na to, że nigdy w życiu nie były tak przestraszone jak w owej chwili, bo Kasia, zapominając o swej niemocy, puściła rękę ojca i zupełnie biegła do sofy.
— Ach, kuzynko Heleno! Droga, droga kuzynko Heleno! — wołała. Potem jakoś padła przy sofie, dwie pary rąk i dwie twarze złączyły się i przez pewną chwilę nikt się nie odezwał ani jednym słowem.
— Czy to nie ładna niespodzianka? — wykrzyknął Filipek, przewracając koziołka, jak gdyby dla ulżenia swym uczuciom. Joasia zaś i Henryś wykonywali jakiś wojenny taniec wokół sofy.
Głos Filipka przerwał zaklęte milczenie i powstał zupełny chaos pytań i wykrzykników.
Okazało się, że ten szczęśliwy pomysł sprowadzenia kuzynki Heleny na „uroczystość” zrodził się w główce Józi, podała ten plan ojcu i zajęła się jego wykonaniem. Co za sprytny plan! Kazała Brygidzie zamiatać sień, żeby Kasia nie usłyszała przybycia gościa.
— Kuzynka Helena zabawi u nas trzy tygodnie tym razem, czy to nie śliczna rzecz? — pytała Elżbietka, podczas gdy Józia niespokojnie badała Kasię:
— Czy na pewno nic nie podejrzewałaś? Ani trochę? Ani odrobinki, ty myślący molu?
— Nie, doprawdy nic a nic. Jakże mogłam odgadnąć coś tak rozkosznego? — I znowu z zapałem pocałowała Helenę.
Jakże krótki wydał się ten dzień! Tak wiele było do pytania, do patrzenia, do mówienia, że godziny mijały, a wieczór nastąpił jako nowa i wielka niespodzianka dla całego grona.
Kuzynka Helena może była ze wszystkich najszczęśliwsza, bo oprócz tego, że Kasię widziała prawie zdrową, cieszyły ją postępy, jakie zaszły w ciągu czteroletniego niewidzenia w kuzynkach, tak przez nią ukochanych.
Zajmującą było rzeczą przyglądać się im wszystkim. W Elżbietce i Henrysiu nastąpiła najkorzystniejsza zmiana. Elżbietka zupełnie się pozbyła żałosnej minki i trochę obraźliwego tonu mowy — i wyrosła na raźną, ożywioną dwunastoletnią dziewczynkę. Grymaśna twarzyczka Henrysia zrobiła się otwarta i rozumna, a obejście wesołe i uprzejme, był to jeszcze spokojny i nie bardzo bystry chłopiec, ale zapowiadał się na człowieka wielkiej wartości. Dla niego, równie jak dla innych dzieci, Kasia była widocznie centrum i słońcem. Wszyscy krążyli koło niej i we wszystkim jej ufali. Kuzynka Helena zauważyła, że Filipek, upadłszy raz i uderzywszy się mocno, uciekł się do niej z płaczem i odszedł pocieszony, że Joasia szeptała jej jakąś ważną tajemnicę, a Elżbietka prosiła o pomoc w robótce. Widziała, że Kasia ich przyjmuje słodko, mile — nie nakazuje nic jako starsza siostra ani nie przemawia jak dawniej ostrym tonem. Co więcej, spostrzegła zmianę na jej twarzy, miły wyraz w oczach, szlachetne obejście, przyjemny głos, grzeczność, takt przy dawaniu rad, tak że nie czuło się, iż je daje.
— Droga Kasiu — rzekła parę dni po przyjeździe — te odwiedziny sprawiają mi wielką przyjemność! Nie możesz sobie wyobrazić, jak wielką! Tak są odmienne od ostatnich, kiedy ty byłaś taka chora, a wszyscy tacy smutni. Czy pamiętasz?
— O pamiętam! Ale nie zapomniałam i tego, jak byłaś dobra i jak wiele mi dopomogłaś. Nigdy, nigdy nie wyjdzie mi to z pamięci!
— Cieszę się, lecz bardzo mało zdołałam uczynić. Sama się uczyłaś przez ten cały czas. Kasiu droga, muszę ci powiedzieć, jaki to przyjemny dla mnie widok, że się tak mężnie wyrobiłaś. Spostrzegam to we wszystkich: w ojcu, w dzieciach, w tobie samej. Zdobyłaś sobie miejsce, które, jeżeli pamiętasz, co opowiadałam niegdyś, jedna kaleka próbowała pozyskać: jesteś duszą całego domu.
— Ach, kuzynko Heleno, nie mów tego — rzekła Kasia i oczy jej zaszły nagle łzami. — Nie byłam mężna, nie możesz sobie wyobrazić, jak się źle zachowywałam nieraz i jak jestem cierpka i niecierpliwa, niewdzięczna, głupia i ociężała. Co dzień patrzę na rzeczy, które powinny być zrobione, a nie robię ich. To zbyt rozkoszne, że mnie chwalisz, ale nie powinnaś, bo nie zasługuję na to.
Chociaż Kasia mówiła, że nie zasługuje, zdaje mi się, że zasługiwała!