tłum. Zofia Grabowska

Rozdział piąty. Na poddaszu

— Doprawdy — rzekła panna Pettingill, odkładając robotę — te dzieci coś znowu zbroją! Po co one tam poszły?

Panna Pettingill siedziała w pokoiku na tyłach domu, jak zwykle gdy przychodziła raz w tydzień naprawiać i przerabiać garderobę u państwa Carr. Była to najlepsza i najzabawniejsza staruszka, jaka kiedykolwiek chodziła szyć dziennie. Jej okrągła twarz przypominała bardzo ładne jabłko pieczone, tak była pomarszczona i poorana tysiącznymi bruzdami. Była mała i żwawa, nosiła czepki na złą stronę, zupełnie w tym samym kolorze, co zakurzony grzbiet psa nowoflandzkiego. Oczy miała zamglone i nosiła okulary, ale mimo to była doskonałą robotnicą. Wszyscy lubili pannę Pettingill, chociaż ciotka Iza powiedziała raz, że „ma za długi język”. Zrobiła tę uwagę, będąc w złym humorze, wcale się nie spodziewając, że Filipek pójdzie zaraz do panny Pettingili z prośbą, żeby pokazała język, co chętnie uczyniła. Reszta dzieci tłoczyła się, żeby także zobaczyć, nie spostrzegły wprawdzie, żeby różnił się czymś od innych języków, ale Filipek upierał się, że widzi coś ciekawego. „Musi w tym coś być, kiedy jest zawieszony w taki dziwaczny sposób”.

Panna Pettingill przynosiła z sobą rozmaite skarby i dzieci cieszyły się jej przybyciem, bo rozpakowanie jej rzeczy było czymś takim jak bajka czarodziejska albo cyrk. Panna Pettingill obawiała się bardzo złodziei i do połowy nocy leżała rozbudzona, nadsłuchując, czy nie przychodzą. Za nic w świecie nie zostawiłaby, wychodząc z domu, swego „srebra”, tak imponująco zwykła bowiem nazywać sześć starych łyżeczek do herbaty, cienkich, błyszczących i spiczastych, i nóż do masła, którego rękojeść świadczyła, że jest on dowodem wdzięczności za ocalenie życia siedmioletniemu Hurielowi Jobson, gdy chorował na mocną anginę. Panna Pettingill dumna była ze swego noża, który wraz z łyżeczkami podróżował w koszyczku zawieszonym u niej na ręku i nigdy nie był spuszczany z oka, chociażby szyła w najporządniejszym domu na świecie.

Oprócz koszyka ze srebrem, panna Pettingill brała z sobą Tomka, prążkowatego kota. Tom był bardzo piękny i znał swoją wartość. Panował nad swą opiekunką z żelazną siłą woli i zawsze siedział na kołyszącym się krześle, chociażby takie było tylko jedno w pokoju. Panna Pettingill zwykła mówić, że jej to obojętne, gdzie sama siedzi, ale Tom jest delikatny i potrzebuje wygód. Nosiła z sobą także rodzinną Biblię, jakąś szczególną poduszeczkę do szpilek z czerwonego merynosu, parę fotografii starych państwa Pettingill: Piotra Pettingill, który zatonął w morzu, pani Porter, która nazywała się Maria Pettingill, męża pani Porter i wszystkich dzieci Porterów. Zabierała także dużo pudełek i słoików oraz cały szereg flaszek i butelek wypełnionych domowymi lekami oraz ziółkami. Nie mogłaby usnąć, nie mając ich przy sobie, „bo — zwykła mówić — trudno przewidzieć, czy mnie co nagle nie napadnie i czy nie umrę z braku odrobiny imbirowego balsamu albo mięty”.

Dzieci pana Carr robiły zawsze tyle hałasu, że trzeba było czegoś nadzwyczajnego, żeby panna Pettingill rzuciła robotę jak obecnie i pobiegła do okna. Istotnie przerażający był zgiełk; Henryś wołał „Hurra!”, reszta tupała nogami, strasznie krzycząc rozradowanym głosem. Panna Pettingill wyjrzawszy na dół, zobaczyła wszystkich sześcioro – nie, siedmioro — bo i Cesia była, wydobywających się z drewnianej budy, gdzie za drzwi służył duży, rozwarty łuk, i z hałasem biegających po dziedzińcu. Kasia niosła na czele czarną butelkę bez korka, inni zaś trzymali w każdej ręce coś na kształt ciasteczka.

— Katarzyno Carr! Katarzyno! — krzyczała panna Pettingill, pukając głośno w szybę — Czy nie widzisz, że deszcz pada? Powinnaś się wstydzić, że pozwalasz braciszkom i siostrom wychodzić i moknąć w taką niepogodę.

Ale jej nikt nie słyszał i dzieci znikły w drwalni, gdzie było tylko widać z daleka migające sukienki i spodenki na czymś, co się zdawało drabiną opartą o szopę. Pomrukując, panna Pettingill cofnęła głowę i zajęła się naprawą alpakowego pledu Kasi, który się rozdarł na samym środku przedniego brytu. Dziwna rzecz, że Kasia zawsze darła ubranie w tym miejscu!

Gdyby oczy panny Pettingill mogły sięgnąć trochę dalej, zobaczyłaby, że dzieci wspinają się nie na drabinę, tylko na drewniany słup z kołkami powbijanymi o stopę jeden od drugiego. Tylko wielkim skokiem można było się dostać z jednego kołka na drugi. Młodsze dzieci nie mogłyby się tam wdrapać, gdyby Józia z Cesią nie podtrzymywały ich z dołu, a Kasia nie ciągnęła z góry, korzystając z długiej ręki. Nareszcie znaleźli się wszyscy na wierzchołku, a potem w rozkosznym ustroniu, które zaraz opiszę.

Wyobraźcie sobie niski, ciemny spichrz bez okien i z maleńkim tylko światłem pochodzącym z dziury w podłodze, o którą był oparty koniec słupa. Unosiła się tam silna woń plew od zboża, chociaż zboża już nie było, za to dużo kurzu i pajęczyny po kątach, wilgotne plamy na ścianach, bo dach zawsze trochę ciekł, gdy deszcz padał.

Nie pojmuję, z jakiej przyczyny dzieci tak lubiły to miejsce w niedzielę, gdy nie mogły się bawić na dworze. Ciotka Iza nie mniej była zaciekawiona ich upodobaniem. Gdy sama była młoda (a sięgało to czasu tak mglistego i dawnego, że aż niewiarygodnego dla jej siostrzeńców), nie miewała tak dziwacznych chęci, by włóczyć się po dziurach, kątach i kryjówkach. Chętnie zakazałaby dzieciom chodzić do spichrza, ale ponieważ doktor Carr nie miał nic przeciwko temu, ograniczała się tylko do opowiadania historii o dzieciach, które połamały nogi na różne okropne sposoby, wspinając się na słupy i drabiny. Nie robiło to jednak żadnego wrażenia na nikim, prócz małego Filipka, i samowolna gromadka wdrapywała się na słup, kiedy tylko przyszła jej ochota.

— Co tam jest w butelce? — zapytał Henryś, dostawszy się do spichrza.

— Nie bądź ciekawy — odrzekła surowo Kasia — dowiesz się w swoim czasie. Jest to coś doskonałego, możesz mi wierzyć.

Uspokoiwszy Henrysia, mówiła dalej:

— Najlepiej wszyscy zrobicie, oddając mi ciasteczka, bo inaczej z pewnością zostaną zjedzone przed ucztą, a w takim razie wiecie dobrze, iż nie będzie z czego zrobić uczty.

Wszyscy oddali jej ciasteczka, tylko Henryś, który swoje napoczął, wszedłszy na drabinę, nie miał na to wielkiej ochoty. Był jednak zbyt przyzwyczajony słuchać Kasi, żeby się sprzeciwić. Postawiono w kącie dużą butelkę, a wokół niej ułożyli stos ciasteczek.

— Dobrze, już dobrze – odezwała się Kasia, która jako najstarsza i największa kierowała zawsze zabawą. — Jeżeli jesteśmy już gotowi, to może się rozpocząć uroczystość. Pierwszym dziełem będzie Tragedia w Alhambrze panny Hall.

— Nie — zawołała Józia — najpierw przeczytajmy Sinego Czarodzieja, czyli Edwitę z Hebrydów, wiesz którą, Kasiu.

— A nie mówiłam, że się z tym zdarzył okropny wypadek?

— Cóż takiego? — wykrzyknęli wszyscy, gdyż Edwita była ulubioną historyjką w całej rodzinie. Zaliczała się do periodycznych powieści, które Kasia zwykła pisać. Rzecz szła o damie, o królu, o błękitnym czarodzieju i o pudlu zwanym Bob. Powieść ta ciągnęła się od tak dawna, że wszyscy zapomnieli początku i nie mieli nadziei dożyć końca, mimo to wiadomość o jej nieszczęśliwym losie była jak grom z jasnego nieba.

— Opowiem wam, jak to się stało — rzekła Kasia. — Stary sędzia Kirby odwiedził dziś rano ciotkę Izę. Ucząc się w małym pokoiku, widziałam, jak wszedł, wyciągnął duży fotel i usiadł, a ja wtedy o mało nie krzyknęłam: „Niech pan tam nie siada!”.

— Czemu? — zawołały dzieci.

— Nie domyślacie się? Wsunęłam Edwitę między oparcie a siedzenie, była to wyborna kryjówka, bo siedzenie jest głębokie, ale zrobiła się tak gruba paczka, a sędzia Kirby zajmuje tak wiele miejsca, że bałam się jakiejś biedy. Zaledwie usiadł, papier zaczął trzeszczeć, on zaś podskoczył, wołając: „Co to jest?”. Potem macał, macał, aż znalazł paczkę i włożył okulary, żeby się jej przyjrzeć, wtem weszła ciotka Iza.

— Cóż dalej? — wołały dzieci, cisnąc się wokół Kasi.

— Ciotka Iza także włożyła okulary, przymrużyła po swojemu oczy i oboje z sędzią przeczytali kawałek: pamiętacie, kiedy Bob kradnie błękitne pigułki, a czarodziej próbuje wrzucić je do morza. Nie wyobrazicie sobie, jak to było zabawne słyszeć ciotkę Izę czytającą głośno Edwitę. — Kasia zanosiła się od śmiechu na to wspomnienie. — Gdy przyszła do słów „Ach Bobie! Mój anielski Bobie!”, wsunęłam się pod stół i wpakowałam serwetę w usta, żeby się powstrzymać od głośnego wybuchu. Wkrótce usłyszałam, jak ciotka Iza przywołała Dorotę i rzekła, dając jej papiery: „Masz tę bazgraninę, wrzuć ją zaraz w ogień”. Mnie zaś powiedziała, że jej zdaniem z pewnością przed dwudziestym rokiem życia dostanę się do szpitala wariatów. Tego już za wiele! Nawet ostatni rozdział przepadł! — dodała Kasia, na wpół śmiejąc się i na wpół płacząc. — Mam przynajmniej tę pociechę, że nie znalazła czarodziejskiej bajki, gdyż była głębiej wsunięta.

— Teraz zaczynajmy! Panna Hall będzie łaskawa podnieść się — rzekła mistrzyni ceremonii.

Panna Hall zmieszała się, posłyszawszy swe pełne nazwisko, i wstała z rumieńcem na twarzy.

— „Kiedyś, kiedyś dawno temu — czytała Cesia — światło księżyca spoczywało nad komnatami Alhambry, a król chodził niecierpliwie po korytarzu, myśląc, że już nigdy nie nadejdzie”.

— Kto, księżyc? — zapytała Józia.

— Ma się rozumieć, że nie, tylko dama, w której się kochał. Następny wiersz objaśniłby, kto to taki, ale przerwałaś — odparła Cesia. — „Miała na sobie srebrny turban z diamentowym półksiężycem. Gdy się przesuwała po korytarzu, promienie biły jak gwiazdy. »Przyszłaś nareszcie, Zulejko« — »Tak, mój panie«. W tej chwili dał się słyszeć chrzęst stali. Wszedł ojciec Zulejki w pełnej zbroi i wyciągnął miecz, co również uczynił tamten. Po krótkim czasie obaj leżeli nieżywi i sztywni w blasku księżyca. Zulejka wydała głośny krzyk i rzuciła się na ich zwłoki. Ona także umarła! I tak się skończyła Tragedia Alhambry”.

— To ładne — powiedziała Kasia, oddychając głęboko — ale bardzo smutne! Jakie ty piękne historie piszesz, Cesiu! Tylko wolałabym, żebyś nie zabijała zawsze ludzi. Czy król nie mógł zabić ojca? A prawda, Zulejka nie poszłaby wówczas za niego, ale ojciec mógł... cóż to za kłopot! Dlaczego musi ktoś koniecznie być zabity? Dlaczego wszyscy nie rzucili się sobie wzajemnie w ramiona i nie pogodzili się?

— Ależ Kasiu — wykrzyknęła Cesia — to nie byłaby tragedia. Wszakże wiesz, że tytuł był Tragedia w Alhambrze.

— Dobrze, dobrze — powiedziała co prędzej Kasia, bo Cesi usta zaczęły się nadymać, a ładna, różowa twarzyczka zaczerwieniła się, jak gdyby się jej na płacz zbierało. — Może to ładniej, że wszyscy pomarli, tylko twoi panowie i panie zawsze umierają, więc chciałam odmiany.

Następnie Kasia, przejrzawszy swoją notatkę, rzekła:

— Teraz kolej na Pieska, poemat Józi Carr.

Dzieci zachichotały, ale Józia wstała poważnie i wyrecytowała ten oto wiersz:

Pepito, rozkoszne stworzenie
Spokojne, łagodne, milutkie,
Ma włosy kręcone w pierścienie,
Ma uszki ruchliwe i krótkie;
Ma łapki i długi ogonek,
I głosik dźwięczący jak dzwonek.
Amator bułeczki i mleka,
Wróg dziadów, żab, ptaków i kotów,
Na starych znajomych nie szczeka,
Dla obcych zachrypnąć jest gotów.
Podziela igraszki dziecinne —
Pepito, stworzenie niewinne.
Dziś jednak do zabaw brak chęci;
Figielki Pepity ustały,
Ogonkiem zalotnie nie kręci,
Pochmurny i smutny dzień cały,
Porzucił przymileń tysiące,
Aż wreszcie... zdechł biedak na łące.
Pod dużym, cienistym jaworem
W grób cichy Pepitę złożono,
I co dzień tam chodzą wieczorem,
Łzą roszą darninę zieloną
I mówią z rozpaczą: «o! czemu!
Pepito się objadł spleśniałego kremu!»

Poemat przyjęto gromkimi oklaskami: dzieci śmiały się, krzyczały, klaskały, aż się echo rozchodziło po spichrzu. Józia zachowała jednak poważną minę i usiadła tak spokojnie jak przedtem, tylko z tą różnicą, że się jej tworzyły i znikały dołki w kącikach ust. Dołki te były po części tylko naturalne, a po części — przykro mi to wyznać — sama je sobie co dzień robiła kredą, mając zwyczaj mazać się nią w trakcie lekcji.

Gdy wrzawa ucichła, odezwała się Kasia:

— Teraz następują wiersze z Pisma Świętego, deklamowane przez panny: Elżbietę i Joannę Carr. Podnieś główkę, Elżbietko, i mów wyraźnie. Joasiu, nie możesz przecież chichotać, gdy przyjdzie twoja kolej.

Ale Joasia po tym zaleceniu śmiała się jeszcze bardziej, zatykała sobie usta i patrzyła przez szpary palców. Elżbietka za to z wielką godnością i z uroczystą powagą sędziego zaczęła deklamować:

Za kary grzechu anioł promienisty
Adama z Ewą wygnał z rajskich wrót;
I gdy przez błękit przechodzili czysty,
Na świat, gdzie na nich czekał pracy trud,
Wzrok ich padł z żalem na te rajskie drzewa,
Które liść z kwiatem różnobarwnym krył.
Zapłakał Adam, wtórowała Ewa —
Taki na ziemi pierwszy koncert był.

Henryś parsknął w tym miejscu, lecz poważna Józia wstrzymała go, mówiąc:

— Nie śmiej się, to przecież z Biblii. No Joasiu, teraz twoja kolej.

Ale Joasia zatykała sobie usta i trzęsła ramionkami ze śmiechu. Nareszcie, po wielkich usiłowaniach, uspokoiwszy twarzyczkę, wypowiedziała co następuje, ale z takim pośpiechem, jak gdyby się bała wybuchnąć.

Osioł Balaama, gdy Anioła zoczył,
Z przestrachu przemówił i na bok odskoczył;
Lecz któż to zjawisko wytłumaczyć zdoła,
Że prorok Balaam nie widział Anioła?

Potem znów zasłoniła twarz paluszkami, a Elżbietka deklamowała dalej:

Eliasz zagłębion w wodne przestrzenie,
Gdy go znagliła potrzeba,
Brał z kruczych dziobów na pożywienie,
Kawały mięsa i chleba.

— Chodź, Joasiu — rzekła Kasia, lecz niepoprawna Joasia znowu śmiała się i można z niej było wydobyć tylko następujący wiersz:

Niedźwiedzie z lasu wypadły
I jadły.

Te wiersze stanowiły cząstkę wielkiego projektu, nad którym Józia z Elżbietką pracowały przeszło rok. Był to nowy układ Pisma Świętego dla dzieci, który chciały wydrukować, dać czerwoną okładkę z fotografiami obu autorek i z tytułem: Poetyczna Biblia dla młodzieży.

Gdy przyszła kolej na Henrysia, pozwolono mu wybrać utwór do wygłoszenia, co okazało się niefortunne: miał on bowiem dziwny, raczej ponury gust. Tym razem zadeklamował wesoły hymn, zaczynający się od tych słów:

Słuchajcie z grobów żałosnego głosu.

Wypowiedział to głosem grobowym i dramatycznym, cmokając przy tym ustami:

Książęta, ten proch będzie waszym łożem,
Pomimo waszej wielkości.

Starsze dzieci słuchały z jakąś osłupiałą trwogą. Przyjemnie im było czuć zimne dreszcze na plecach, przysuwały się do siebie coraz bardziej, gdy głuche tony Henrysia odbijały echem w ciemnych kątach spichrza. Jednakże na Filipku zrobiło to zbyt silne wrażenie — przy końcu wiersza cały tonął we łzach.

— Ja tu nie chcę zostać dłużej i słuchać jęków! — wołał, szlochając.

— Ach ty niegodziwy chłopcze! — rzekła Kasia, tym bardziej rozgniewana, że jej samej się to podobało. — Widzisz, co narobiły twoje straszne hymny, które nas wszystkich trwożą śmiertelnie, a Filipka pobudzają do płaczu! — dała Henrysiowi szturchańca, ten zaczął szlochać, a ponieważ Filipek jeszcze płakał, Joasia także rozpłynęła się we łzach przez współczucie: jednym słowem zdawało się, że smutny będzie koniec uczty w spichrzu.

— Pójdę powiedzieć ciotce Izie, że was nie kocham — oznajmił Henryś, wsadzając już nogę w dziurę w podłodze.

— Nie pójdziesz — rzekła Kasia, chwytając go za rękę — zostaniesz, bo zaraz rozpocznie się uczta. Filipku, przestań płakać. Joasiu, nie bądź gąską, tylko podaj ciasteczka!

Słowo „uczta” zrobiło wrażenie na umysłach biesiadników. Filipek rozweselił się zaraz, a Henryś przestał się zbierać do wyjścia. Uroczyście postawiono w środku czarną butelkę, a uśmiechnięta już Joasia podała ciasteczka z ząbkowanymi brzeżkami i z kminkiem w środku. Każde dziecko dostało dwie sztuki tych smacznych ciasteczek. Gdy ostatnie zostało zjedzone, Kasia włożyła rękę do kieszeni i wśród głośnych oklasków wyjęła, jako dodatek wieńczący ucztę, siedem długich, ciemnych lasek cynamonu.

— Czy to nie doskonały pomysł? Kucharka była dziś w bardzo dobrym humorze i pozwoliła mi sięgnąć samej do pudła, więc wybrałam najdłuższe laski, jakie tylko były. Cesiu, napij się pierwsza z butelki, bo ty jesteś gościnią.

Okazało się, że tą „doskonałą” rzeczą był ocet rozrobiony wodą. Chociaż się nagrzał, smakował im bardzo, dlatego że pili prosto z butelki i w spichrzu. Zresztą nie nazywali tego napoju octem, ma się rozumieć, że nie! Każde nadało swojej porcji inną nazwę, jak gdyby ta butelka, jak u Signora Blitza, mieściła w sobie dwanaście rzeczy naraz. Józia nazwała napój ten malinowym sokiem, Henryś imbirowym syropem, a romantyczna Cesia miodem — tłumacząc, że o ile jej się zdaje, jest to rzecz bardzo dobra, zrobiona z wosku pszczelego. Gdy ostatnia kropla została wypita i ostatni kawałek cynamonu schrupany, biesiadnicy znowu wrócili do porządku, aby wysłuchać deklamacji Filipka, zawierającej się w tym jednym wierszu:

Maleńkie kropelki wody.

Zajmujący ten poemat powtarzał co niedzielę, o ile mogli zapamiętać. Potem Kasia oznajmiła, że już koniec literackiej części uczty i że się będą bawić w jazdę dyliżansami. Chociaż z powodu ciasnoty nieraz uderzyli się o dach, tak im było wesoło, że na odgłos dzwonka wzywającego na herbatę, wszyscy wykrzyknęli „Ach Boże!” z największym żalem. Przypuszczam, że ciasteczka i ocet odebrały im apetyt, bo wcale nie byli głodni, a Henryś bardzo zadziwił ciotkę Izę, gdy spoglądając z niesmakiem na stół, rzekł: „Fe, tylko placek ze śliwkami, ciastka parzone i korzenne biszkopty! Nie chcę wcale kolacji”.

— Co temu dziecku? Musi być chore — rzekł pan Carr, ale Kasia mu objaśniła:

— O nie papo! Tylko wyprawiliśmy ucztę w spichrzu.

— Czy dobrze się bawiliście? — spytał ojciec. Ciotka Iza mruknęła coś niechętnie, ale dzieci wszystkie razem odpowiedziały:

— Doskonale.