Pewnego popołudnia mała gromadka uczennic wracała do domu w piękny lipcowy dzień. Gdy się zbliżały do mieszkania doktora Carr, Marynia Fiske wykrzyknęła na widok ślicznego bukietu, który leżał na środku drogi.
— Ach patrzcie! Patrzcie, co tu ktoś upuścił! Ja go sobie wezmę!
Gdy dotknęła łodygi, bukiet — jakby zaczarowany — zaczął się ruszać, Marynia odskoczyła z przestrachu, on zaś ruszał się coraz szybciej, na koniec znikł pod bramą, a z drugiej strony płotu odezwało się chichotanie.
— Widziałyście? — wołała Marynia. — Te kwiaty same uciekły.
— Co za niedorzeczność! — rzekła Kasia. — To te głupie dzieci spłatały jakiegoś figla. — Otworzywszy zaraz bramę, zawołała: — Joasiu, Henrysiu, pokażcie się! Ale nikt nie odpowiedział, ani się ukazał: bukiet leżał jednak na drodze i Kasia, podniósłszy go, pokazała dziewczętom długą, czarną nitkę przywiązaną do łodyg.
— To ulubiona psota Joasi — rzekła — zawsze z Henrysiem zrywają kwiaty i biorą je z sobą na przechadzkę, żeby dręczyć ludzi. Weź sobie ten bukiet Maryniu, jeżeli chcesz, ale zdaje mi się, że Joasia nie okazuje wiele dobrego smaku w układaniu kwiatów.
— Czy to nie rozkosz, że już nastały wakacje? — odezwała się jedna z większych dziewcząt. — Co wy będziecie robiły? Bo my pojedziemy nad morze.
— Papa powiada, że mnie i Zuzię weźmie nad Niagarę — rzekła Marynia.
— Ja pojadę na wieś do ciotki, która mieszka w bardzo pięknej miejscowości. Jest tam staw i mój kuzyn Tomek nauczy mnie wiosłować — powiedziała Alicja Blair. — A ty Kasiu, co będziesz robiła?
— Nie wiem, będę się bawić i płatać znakomite figle — odrzekła, rzucając i chwytając w powietrzu swą torbę z książkami. Dziewczętom widocznie te jej spodziewane przyjemności nie wydały się zadowalające, bo patrzyły na nią z żalem. Kasia także poczuła nagle, że dla niej wakacje nie będą tak wesołe jak dla koleżanek.
— Chciałabym, żeby i nasz papa zawiózł nas gdziekolwiek! — rzekła do Józi, idąc wyżwirowaną ścieżką.
— Papa jest zbyt zajęty — odparła Józia. — Zresztą nie przypuszczam, żeby wiele dziewcząt mogło spędzić wakacje tak przyjemnie jak my. Helenka Robbins powiada, że dałaby milion dolarów, żeby mieć do zabawy tak miłe rodzeństwo jak nasze. Co się tyczy Maryni i Zuzi, to wiesz, że u nich w domu dzieją się okropne rzeczy, chociaż jeżdżą w różne miejsca. Pani Fiske jest taką dziwaczką! Ciągle tylko woła: „Nie róbcie tego”! Nie mają ani podwórza, ani zgoła nic. Nie chciałabym się z nimi zamienić.
— Ja także — powiedziała Kasia, pocieszona tymi rozsądnymi słowami. — Ach, czyż to nie miło pomyśleć, że jutro nie ma lekcji? Co za wspaniała rzecz: wakacje! — i znowu podrzuciła torbę, która spadła na ziemię z łoskotem.
— Patrz, stłukłaś tabliczkę!
— Mniejsza o to, nie będę jej potrzebowała przez osiem tygodni — odparła rozweselona Kasia, wbiegając na schody.
Otworzywszy frontowe drzwi, pobiegły na górę z okrzykiem: „Hurra! Hurra! Zaczęły się wakacje! Ciotko Izo, zaczęły się wakacje!”. Nagle zostały zmuszone zatrzymać się, bo górna sień była w nieładzie. Z pokoju szanowanego jak świętość dochodziło trzepanie i odkurzanie, stoły i krzesła były porozstawiane wokoło, a łóżko na biegunach zdawało się, że samo przyszło i zatamowało drogę.
— Jakież to dziwne — rzekła Kasia, próbując przejść. — Co się tu mogło stać? Ach, otóż i ciotka Iza! Ciotko Izo co się tu dzieje? Dlaczego wynosisz sprzęty z bawialnego pokoju?
— Ach Boże! Czy to już wy? — odrzekła ciotka, bardzo zaczerwieniona i zafrasowana. — No, dzieci, nie macie tu co stać i wypytywać się, bo nie mam czasu na odpowiedzi. Kasiu, nie ruszaj łóżka, bo je pchniesz na ścianę. Jakież z ciebie męczące dziecko! — Kasia trąciła bowiem niecierpliwie łóżko. — Idźcie na dół i nie wracajcie aż po herbacie. Będę miała dosyć zajęcia do tego czasu.
— Proszę nam powiedzieć, co się tu dzieje, to pójdziemy — wołały dzieci.
— Kuzynka Helena przyjedzie — odrzekła krótko panna Iza i znikła w błękitnym pokoju.
Była to ważna nowina. Kasia i Józia zbiegły na dół bardzo ożywione i naradziwszy się chwilę, poszły do spichrza, aby tam pogadać w spokoju i swobodzie.
Kuzynka Helena przyjedzie! Tak się to zdawało dziwne, jak gdyby królowa Wiktoria w złotej koronie wprosiła się na herbatę albo jak gdyby jakaś osoba z książki, na przykład Robinson Crusoe lub Amelia Herbert, przybyła z kuframi, oznajmiając, że zabawi cały tydzień. W wyobraźni dzieci kuzynka Helena była istotą tak zajmującą i nierzeczywistą jak postać z czarodziejskiej bajki: Kopciuszek lub Sinobrody. Tylko z dodatkiem treści z książek szkoły niedzielnej, bo kuzynka Helena była bardzo, bardzo dobra.
Nie widzieli jej nigdy jeszcze: Filipek mówił, że musi być bez nóg, bo nie wychodzi z domu i ciągle leży na sofie, ale inne dzieci wiedziały, że powodem tego jest choroba Helenki. Ojciec jeździł do niej dwa razy w roku i lubił opowiadać, jaka jest słodka, cierpliwa i jak ładnie jest w jej pokoju. Kasia i Józia tak długo bawiły się w kuzynkę Helenę, że teraz same nie wiedziały, czy bać się czy cieszyć, że zobaczą ją prawdziwą.
— Jak ci się zdaje, może zechce, żebyśmy bez ustanku deklamowały hymny? — spytała Józia.
— Ależ nie — odrzekła Kasia — bo widzisz, ona się łatwo męczy i musi sypiać po południu. Zresztą sama często czyta Biblię. Ach jakże będzie u nas cicho! Ciekawe jak długo zabawi?
— Jak ją ty sobie wyobrażasz? — pytała dalej Józia.
— Trochę podobną do Łucji u pani Sherwood: musi mieć niebieskie oczy, loki i długi, prosty nos. Pewnie w ten sposób trzyma złożone ręce, nosi garnirowane szlafroczki i leży cicho na sofie, nigdy się nie uśmiecha, ale ma cierpliwą minę. Cały czas, który tu zabawi, będziemy musiały zdejmować buciki w przedsionku i wchodzić na górę w pończochach, żeby nie robić hałasu.
— Jakież to będzie zabawne! — zachichotała Józia, a jej poważna twarzyczka rozjaśniła się nadzieją, że będą przerwy w hymnach.
Czas zdawał się bardzo wolno płynąć owego popołudnia, gdy oczekiwano kuzynki Heleny. Ciotka Iza z wielkim ożywieniem przestrzegała ciągle dzieci, jak się mają zachować, co robić, czego nie robić. Henryś oznajmił, że wolałby, żeby kuzynka Helena została w domu, a Józia i Elżbietka, myśląc to samo, z radością usłyszały, że jest w drodze do wód i zabawi tylko cztery dni.
Gdy wybiła piąta, wszyscy usiedli przed domem, oczekując powozu, który nareszcie zajechał. Pan Carr siedzący na koźle dał znak dzieciom, żeby się cofnęły. Potem pomógł wysiąść miłej, młodej kobiecie, o której ciotka Iza powiedziała, że jest opiekunką chorej Helenki, następnie tę ostatnią wziął bardzo ostrożnie na ręce i wyniósł z powozu.
— Oto kurczątka! — odezwał się taki miły i wesoły głos. — Posadź mnie wuju, bo bardzo bym je chciała zobaczyć!
Pan Carr posadził Helenkę w przedsionku na sofie, opiekunka przyniosła poduszkę i gdy ją ułożono wygodnie, zawołał dzieci.
— Kuzynka Helena chce was zobaczyć.
— O tak! — odezwał się czysty głosik. — Więc to jest Kasia? Jakaż to wysoka dziewczynka! A to Józia — rzekła, całując ją — to droga Elżbietka. Macie tak naturalne minki, że mi się zdaje, że was już widziałam! — Ściskała wszystkich nie przez grzeczność dla krewnych, ale jak gdyby ich kochała i tęskniła za nimi całe życie.
Kuzynka Helena miała coś takiego w twarzy i w obejściu, że dzieci od razu zachowywały się przy niej swobodnie, i Filipek, który na parę minut cofał się w kąt, trzymając rączki za sobą, podskoczył po swoją porcję pocałunków.
Jednakże Kasia doznała zawodu w pierwszej chwili, bo kuzynka Helena wcale nie była podobna do Łucji z powieści pani Sherwood. Nos miała cokolwiek zadarty, włosy ciemne, niekręcące się, cerę brązowawą, oczy błyszczące, ożywione, gdy śmiała się lub mówiła. Twarz miała szczupłą i z tego tylko można było dostrzec chorobę. Nie składała sztywno rąk i nie miała cierpkiej minki, tylko wesołą i zadowoloną. Zamiast garnirowanego szlafroczka miała podróżną sukienkę z ładnej, szarej materii z różowymi kokardkami, bransoletki i okrągły kapelusz z szarym piórem. Wszystkie marzenia Kasi o „świątobliwej kalece” uleciały na skrzydłach, ale im dłużej przyglądała się kuzynce Helenie, tym bardziej ją lubiła i przekonywała się, że jest daleko milsza od owej urojonej osoby, którą stworzyły z Józią.
— Ona zupełnie tak wygląda jak wszyscy ludzie, nieprawdaż? — szeptała Cesia, która przyszła zobaczyć nowo przybyłą.
— T-a-k — odrzekła Kasia niepewnym głosem — tylko jest daleko, daleko ładniejsza.
Po chwili pan Carr zaniósł kuzynkę Helenę na górę. Wszystkie dzieci chciały także pójść, ale powiedział im, że musi wypocząć, bo jest zmęczona. Poszły więc bawić się na dworze aż do herbaty.
— Proszę mi pozwolić zanieść tackę! — zawołała Kasia przy herbacie, widząc, że ciotka Iza przygotowuje kolację dla kuzynki Heleny, a jaką smaczną kolację! Kurczęta na zimno, maliny, śmietanę, herbatę w ładnej filiżance z biało-różowej porcelany i taką śnieżną serwetę rozłożyła na tacy!
— Nie pozwolę, bo wszystko zaraz pozrzucasz — rzekła ciotka Iza, ale Kasia patrzyła tak błagalnie, że doktor Carr odezwał się:
— Pozwól Izo, bo lubię, kiedy dziewczęta są użyteczne.
Dumna z tego zlecenia Kasia wzięła tacę i niosła ją ostrożnie przez sień. Na stole stał tam wazon z kwiatami, wpadła więc na świetny pomysł: postawiła tacę, wyjęła jedną różę i położyła ją na serwecie przy spodku z malinami. Widząc, jak to ładnie wygląda, uśmiechnęła się z radości.
— Dlaczego zatrzymujesz się? — zawołała ciotka z jadalnego pokoju. — Bądź ostrożna Kasiu, doprawdy lepiej by to zrobiła Brygida!
— O nie, nie — broniła się Kasia — już prawie doszłam.
I pospieszyła na górę. Nieszczęsny ten pośpiech! Stanąwszy przed samymi drzwiami błękitnego pokoju, nastąpiła na sznurowadło od bucika, które jak zwykle było odwiązane. Poślizgnęła się, zachwiała, chwyciła drzwi, żeby się oprzeć, ale się otworzyły, a Kasia upadła na dywan, z tacą, ze śmietaną, z malinami, z różą i ze wszystkim tworząc wielki stos.
— Przepowiadałam! — wyrzekła ciotka z dołu.
Kasia nigdy nie zapomniała, jak kuzynka Helena okazała się wówczas dobra. Leżała w łóżku, więc łatwo zgadnąć, że ją bardzo przestraszył nagły krzyk i łoskot, ale po krótkim zmieszaniu w najsłodszy sposób pocieszała biedną, zgnębioną Kasię i tak umiała obrócić w żart ten wypadek, że nawet ciotka Iza zapomniała o naganie. Potłuczone talerze zebrano, dywan oczyszczono, a ciotka Iza przygotowała drugą tacę, nie mniej ładną jak pierwsza.
— Proszę, żeby Kasia przyniosła mi jeść — odezwała się wesoło kuzynka Helena. — Jestem pewna, że będzie ostrożna tym razem. Kasiu, proszę o drugą różę na serwecie, zgaduję, że ty ją sama położyłaś, nieprawdaż?
Kasia zachowała się ostrożnie i wszystko dobrze poszło. Postawiła bezpiecznie tacę na stoliku przy łóżku i z ciepłym, serdecznym uczuciem przyglądała się, jak Helenka je kolację. Nikt nie budzi w nas takiej wdzięczności jak osoby, które nam dopomagają w odzyskaniu szacunku dla samych siebie.
Kuzynka Helena nie miała wielkiego apetytu, chociaż chwaliła, że wszystko jest doskonałe. Kasia widziała, że jest bardzo zmęczona.
Skończywszy jeść, powiedziała:
— Teraz, jeśli zechcesz wytrzepać poduszkę, ot tak, a tę drugą posunąć, to zdaje mi się, że usnę. Dziękuję ci, tak mi jest zupełnie dobrze. Droga Kasiu, doskonale umiesz służyć chorym. Teraz pocałuj mnie, dobranoc. Jutro będziemy wybornie gawędziły.
Kasia zeszła na dół bardzo uszczęśliwiona.
— Kuzynka Helena jest wyjątkowo miła — powiedziała do Józi — ma na sobie najpiękniejszą w świecie koszulkę z koronkami i żabotami, zupełnie jakby z książki.
— Czy to nie jest źle zajmować się strojami, kiedy się jest słabą?
— Nie przypuszczam, żeby kuzynka Helenka mogła uczynić coś złego — rzekła Kasia.
— Jak powiedziałam mamie, że ma bransoletki, to mama się odezwała, że się boi, czy kuzynka Helena nie jest próżna — odparła Cesia, sznurując usta.
Kasia i Józia bardzo się strapiły tym sądem i rozbierając się, rozmawiały o tym ze sobą.
— Zapytam się jutro rano Helenki — rzekła Kasia.
Nazajutrz dzieci wstały bardzo wcześnie, jakże cieszyły się z wakacji! Inaczej musiałyby iść do szkoły, nie zobaczywszy kuzynki Heleny, bo się późno obudziła. Tak się niecierpliwiły zwłoką i tak chodziły na górę słuchać pod drzwiami i zaglądać, czy się porusza, że nareszcie ciotka Iza kazała im się oddalić. Kasia buntowała się bardzo przeciw temu rozkazowi, ale na pociechę poszła do ogrodu zrywać najpiękniejsze kwiaty, żeby je dać kuzynce Helenie, jak tylko ją zobaczy.
Gdy ciotka Iza pozwoliła jej pójść na górę, Helenka leżała na sofie ubrana już na cały dzień w świeżą, niebieską, muślinową suknię z niebieskimi wstążkami i w zgrabne, brązowe pantofelki z rozetkami. Sofę odwrócono do światła, położono poduszkę z pięknie wytłaczanym pokryciem, której nigdy Kasia nie widziała przedtem, i różne rzeczy ustawiono wokół, nadając pokojowi zupełnie nowy wygląd. W całym domu było zawsze czysto, ale pokoje ciotki Izy nigdy nie wyglądały bardzo ładnie. Dzieci szybko dostrzegają podobne rzeczy, więc Kasia zobaczyła też od razu, że błękitny pokój nigdy jeszcze taki nie był.
Kuzynka Helena była blada i zmęczona, ale patrzyła i uśmiechała się tak wesoło jak zwykle. Kasia ofiarowała jej nieśmiało kwiaty, które ona przyjęła z radością.
— Jakie ładne — rzekła — muszę je zaraz włożyć w wodę. Droga Kasiu, czy zechcesz mi podać ten wazonik z biurka i postawić go przy mnie na krześle? Proszę cię, nalej najpierw wody.
— Ach jaki śliczny wazonik! — wykrzyknęła Kasia, podając biały kubek na złoconej podstawie. — Czy to twój, kuzynko Heleno?
— Tak, bardzo go lubię i zawsze przy mnie stoi na stoliku, więc wzięłam go z sobą, żeby mi przypominał dom w czasie kuracji. Cóż się tak zdumiewa? Czy to takie dziwaczne, że wazonik podróżuje w kufrze?
— Nie — odrzekła Kasia z namysłem — tylko zdawało mi się kuzynko Heleno, że to próżnośc otaczać się pięknymi rzeczami, kiedy jest się chorą.
Helena roześmiała się serdecznie i spytała:
— Kto ci to wbił w głowę?
— Cesia tak powiedziała, gdy jej wspomniałam o twej ładnej koszulce.
Helena znowu się roześmiała.
— Powiem ci, Kasiu, co o tym myślę: piękne rzeczy nie czynią człowieka bardziej próżnym niż brzydkie, chyba że nas psują, budząc próżność lub obojętność na cudze problemy. Choroba zaś jest tak przykrą rzeczą sama przez się, że chore osoby muszą być niezmiernie ostrożne, żeby nie wzniecać odrazy. Chora osoba nie może być za bardzo zadbana. Gdy cierpimy na ból krzyża, ból głowy i różne inne bóle — dodała z uśmiechem — to nam nie grozi wielkie niebezpieczeństwo próżności, tylko dlatego że mamy żabot przy koszuli albo kawałek jasnej wstążki.
Helena zaczęła układać kwiaty, dotykając ich ostrożnie, jak gdyby je kochała.
— Jakie dziwne dźwięki! — wykrzyknęła nagle.
Istotnie były to dziwne dźwięki, jakby chrapanie i sapanie morsa przechadzającego się po sieni. Kasia otworzyła drzwi: cóż się tam działo? Oto Joasia i Henryś stali z noskami czerwonymi od przyciskania ich do dziurki od klucza, daremnie próbując zobaczyć, czy kuzynka Helena jest już gotowa do przyjęcia gości.
— Wpuść ich tu! — zawołała Helena z sofy.
Weszli więc, a niedługo po nich zjawiły się Elżbietka i Józia. Jakiż wesoły mieli poranek! Kuzynka Helena dowiodła daru opowiadania historii i wymyślania gier, które można było urządzać przy sofie, unikając hałasu, którego źle znosiła. Gdy ciotka Iza przyszła do nich koło jedenastej, dzieci były tak rozweselone, jak nigdy wcześniej, więc ona także wzięła udział w zabawie, rzecz przedtem niesłyszana!
— Coś ty im zadała, Helenko? — zapytał pan Carr, gdy otworzywszy drzwi, zastał całe grono siedzące na ziemi. Pociągnięty ogólną wesołością sam usiadł także, swawoląc wraz z innymi.
— Muszę temu położyć koniec! — zawołał nareszcie, widząc, że wszyscy są zmęczeni śmiechem. — Kuzynka Helena musi odpocząć. Odejdźcie stąd i nie wracajcie, póki zegar nie wybije czwartej. Słyszycie pisklęta? Precz, precz! Sio, sio!
Jak stado ptaków pierzchły wszystkie dzieci prócz Kasi, która rzekła błagalnie:
— Ach papo, ja się będę zachowywać tak spokojnie! Czy nie mogłabym zostać, póki dzwonek nie wezwie do obiadu?
— Pozwól, wuju — prosiła Helena, więc też pan Carr przystał na to.
Kasia usiadła na ziemi, trzymając rękę Helenki i przysłuchując się jej rozmowie z ojcem, chociaż mówili o osobach i rzeczach jej nieznanych.
— Jak się ma Aleksy? — zapytał nareszcie pan Carr.
— Teraz zupełnie dobrze — odpowiedziała Helena z najmilszym swym spojrzeniem. — Bardzo był spracowany i zmęczony na wiosnę, niepokoiliśmy się nawet o niego, ale Anna namówiła go, żeby skorzystał z dwutygodniowych wakacji i wrócił zupełnie zdrów.
— Czy ich często widujesz?
— Prawie co dzień: mała Helenka także przychodzi co dzień na lekcje, jak wujowi wiadomo.
— Czy tak ładna jak zawsze?
— O ładna, jeszcze ładniejsza w moich oczach. Taka miła istotka, że to moja największa przyjemność mieć ją przy sobie. Aleksy wmawia mi, że ja kiedyś taka byłam, ale to tak wielki komplement, że nie śmiem go przyjmować.
Doktor Carr pochylił się, żeby pocałować Helenę i widoczne było, że się nie może powstrzymać od tego. Rzekł tylko „Moje drogie dziecko”, ale w tonie było coś takiego, co zaciekawiło Kasię.
— Papo — zapytała po obiedzie — kto jest ten Aleksy, o którym mówiła kuzynka Helena?
— Dlaczego pytasz o to?
— Sama nie wiem, tylko kuzynka Helena taką miała minę, a papa ją pocałował i zdawało mi się, że w tym musi coś być zajmującego.
— Tak jest w istocie — rzekł doktor Carr, biorąc ją na kolana. — Mam ochotę ci to powiedzieć, bo już jesteś dosyć duża, by ocenić, że to piękne, i mam nadzieję, że także dosyć rozumna, żeby nie szczebiotać i nie wypytywać. Otóż, dawno temu kuzynka Helena kochała pewnego Aleksego i spodziewała się go poślubić, będąc jeszcze zdrowa i silna.
— Ach czemuż go nie poślubiła? — zawołała Kasia.
— Przydarzył jej się straszny wypadek — odpowiedział doktor Carr. — Długi czas myślano, że umrze, potem zrobiło jej się lepiej i doktorzy zawyrokowali, że może żyć długie lata, lecz będzie musiała leżeć ciągle na sofie i być niepełnosprawna. Aleksy strasznie się zmartwił, chciał się żenić z kuzynką Heleną mimo tego nieszczęścia, zawsze ją pielęgnować i doglądać, ale ona nie przystała to i zwolniła go z danego słowa, mówiąc, iż ma nadzieję, że kiedyś równie mocno pokocha inną i że ją poślubi. Tak się też stało po wielu latach: mieszka z żoną o drzwi od kuzynki Heleny i oboje są jej najlepszymi przyjaciółmi. Córeczkę swoją nazwali też Helenką, zwierzają się kuzynce Helenie ze wszystkich zamiarów i o nikim tyle nie myślą, co o niej.
— Czy kuzynka Helena nie zazdrości, widząc, że chodzą i ruszają się, a ona nie może?
— Nie — odrzekł doktor Carr — ona nie zazdrości, bo jest prawie aniołem i kocha innych bardziej niż siebie. Bardzo cieszę się, że mogła tu przyjechać, jest przykładem dla nas wszystkich, Kasiu, i nie mógłbym żądać nic lepszego, niż żeby moje dziewczątka brały z niej wzór.
„Choroba musi być okropną rzeczą — myślała sobie Kasia po odejściu ojca. — Gdybym musiała leżeć w łóżku cały tydzień, to bym umarła, wiem, że umarłabym”.
Biedna Kasia! Zdawało jej się, tak jak wszystkim młodym, że nic łatwiejszego jak umrzeć, gdy się w życiu nie powodzi!
Ta rozmowa z ojcem uczyniła kuzynkę Helenę jeszcze bardziej interesującą w oczach Kasi. Było to jakby znajdować się w jednym domu z bohaterką „z książki”, tyleż smutnej, co i pięknej historii.
Owego popołudnia zabawa była często przerywana, bo co kilka minut któreś z dzieci biegło patrzeć, czy jeszcze nie ma czwartej. Gdy wybiła, wszyscy sześcioro pogalopowali na górę.
— Pewnie będziemy teraz opowiadać historie — rzekła kuzynka Helena.
Opowiadali więc historie, a opowieści kuzynki Heleny okazały się najlepsze. Jedna była o złodzieju i wywołała rozkoszne dreszcze we wszystkich prócz Filipka, który się tak rozgorączkował, że poczuł w sobie ducha wojownika.
— Ja się nie boję złodziei — wygłaszał, chodząc wzdłuż pokoju. — Gdyby przyszli, przeciąłbym ich na dwoje, tym mieczem, co mi dał papa. Oni raz przyszli i przeciąłem ich na dwoje, na troje, na pięcioro, na dziesięcioro! Trzeba było to widzieć!
Ale jeszcze tego wieczoru, gdy młodsze dzieci poszły spać, a Kasia i Józia siedziały w błękitnym pokoju, dał się słyszeć przeraźliwy krzyk u najmłodszych. Józia pobiegła i przekonała się, że to Filipek, siedząc na łóżeczku, woła o ratunek.
— Tu są złodzieje pod łóżkiem — mówił, szlochając — nawet dużo złodziei!
— Ależ Filipku, nie ma tu nikogo — rzekła Józia, zaglądając pod frędzlę, żeby go zadowolić.
— Jest ktoś, mówię ci — utrzymywał Filipek, trzymając się jej mocno. — Słyszałem jednego, gryźli moje skórkowe trzewiczki.
— Biedny chłopczyk! — powiedziała kuzynka Helena, gdy Józia po uspokojeniu Filipka wróciła zdać sprawę z tego, co się wydarzyło. — To jest przestroga, żeby nie opowiadać o złodziejach, ale dzisiejsza historia skończyła się tak dobrze, że nie myślałam, żeby się ktoś przestraszył.
Na nic się zdały odtąd zalecenia ciotki Izy, kiedy można chodzić do błękitnego pokoju. Tak samo mogłaby muchom nakazywać, aby odeszły od słoja z cukrem, bądź co bądź dzieci chciały chodzić na górę. Ile razy ciotka Iza weszła, mogła być pewna, że je tam zastanie, o ile się da najbliżej Heleny, tym bardziej, że ona prosiła, żeby im tego nie zabraniać.
— Tylko trzy lub cztery dni będziemy z sobą — mówiła. — Niech przychodzą, ile chcą, mnie to wcale nie męczy.
Elżbietka uczepiła się z namiętnym uczuciem tej nowej przyjaciółki. Kuzynka Helena miała bystre oko i od razu spostrzegła tęskny wyraz jej twarzyczki, dlatego starała się być dla niej słodka i czuła. Te względy budziły zazdrość w Kasi, bo się nie chciała z nikim dzielić kuzynką Heleną.
Ostatniego wieczoru po herbacie wszyscy udali się do błękitnego pokoju, a Helena otworzyła pudło nadesłane właśnie pośpiesznym pociągiem.
— To jest pożegnalne pudełko — rzekła. — Usiądźcie rzędem, ja będę chowała za siebie ręce i po kolei będę oddawać, co komu przypadnie. Z której ręki wolisz: z prawej czy z lewej? — i z miną mądrej wieszczki wyciągała spod poduszki coś bardzo pięknego. Najpierw ukazał się taki sam wazon, jaki się podobał Kasi. Kasia wykrzyknęła więc z radości, otrzymawszy go w darze.
— Ach jakiż ładny! Jaki ładny! — wołała. — Zachowam go, póki będę żyć i oddychać!
— To by się zdarzyło pierwszy raz, gdybyś czegoś nie stłukła w niecały tydzień — odezwała się ciotka Iza.
Potem wystąpił fioletowy portfelik dla Józi, właśnie jej był potrzebny, bo zgubiła portmonentkę. Potem kuzynka Helena zawiesiła na szyi Elżbietce zgrabniutki medalionik na czarnej aksamitce.
— Są w nim moje włosy — rzekła. — Elżbietko droga, co ci jest? Nie płacz tak.
— Ach jesteś ta-ka piękna, ta-ka miła, i od-je-dziesz! — rzekła Elżbietka, szlochając.
Henryś dostał pudełko z dominem, Joasia tabliczkę do pisania, a Filipek powieść o kotku-złodzieju.
— To ci przypominać będzie ten wieczór, kiedy złodzieje gryźli twoje trzewiki — rzekła Helena z figlarnym uśmiechem. Wszyscy się roześmiali, a Filipek najgłośniej.
Kuzynka Helena o nikim nie zapomniała: był notatnik dla pana Carr, tabliczki z kości słoniowej dla ciotki Izy, Złote czyny dla Cesi: książka ta zawierała rozmaite historie o chłopcach i dziewczętach, którzy dokonali zacnych i dobrych rzeczy — Cesia tak była uradowana, że prawie nie mogła wydobyć z siebie głosu.
— Ach dziękuję ci, kuzynko Heleno! — rzekła na koniec. Nie była wprawdzie jej krewną, ale tak ona, jak dzieci pana Carr, dzieliły się z sobą ciotkami, wujami i całą rodziną, zarówno jak każdą dobrą rzeczą.
Nazajutrz nastąpiło smutne rozstanie. Wszystkie dzieci stały przy bramie, powiewając chustkami, gdy powóz odjeżdżał. Kiedy zupełnie znikł z oczu, Kasia uciekła, żeby choć trochę popłakać w samotności.
„Papa powiada, że pragnie, abyśmy wszyscy byli podobni do kuzynki Heleny — pomyślała i otarła oczy. — Chciałabym spróbować, ale gdybym nawet tysiąc lat próbowała, to nie przypuszczam, żebym kiedyś była w połowie tak dobra. Będę się uczyć i utrzymywać rzeczy w porządku, i tak będę łagodna dla młodszych dzieci! Mój Boże! Gdyby tylko ciotka Iza była kuzynką Heleną, jakby to łatwo było! Mniejsza oto: będę o niej ciągle myśleć i zacznę od jutra!”.