„Zacznę od jutra” — myślała Kasia, zasypiając tego wieczora. Jakże często wszyscy tak robimy! I jaka szkoda, że gdy ranek nastaje i jutro staje się dziś, tak często budzimy się zupełnie inaczej usposobieni — jesteśmy obojętni lub niecierpliwi, ale bynajmniej nieskłonni do uskutecznienia pięknych rzeczy, które układaliśmy wieczorem.
Czasami zdaje się, że muszą istnieć złośliwe szatanki, które są skrępowane, póki słońce świeci, ale gdy usypiamy, wsuwają się, żeby nas dręczyć i drażnić. Dlaczego bowiem kładziemy się nieraz w dobrym i łagodnym usposobieniu, a budzimy się w cierpkim? Tak było z Kasią — przed uśnięciem postanowiła być odtąd aniołem i ze wszystkich sił kochać kuzynkę Helenę, a gdy otworzyła oczy, była zła i mrukliwa jak niedźwiedź! Stara Marianna mówiła, że pewno wstała ze złej strony, chciałabym wiedzieć, która to strona, żeby wybierać tę drugą. Jakby dobrze byłoby, gdyby się dało tak zrobić!
Wiadomą jest rzeczą, że gdy zaczynamy dzień w kwaśnym usposobieniu, różne nieszczęśliwe wypadki powiększają nasze rozdrażnienie. Zaraz z rana stłukła Kasia swój drogocenny wazonik podarowany przez kuzynkę Helenę.
Stał on z bukiecikiem pąsowych róż na stoliku z ruchomym zwierciadłem. Gdy Kasia czesała się, zwierciadło błysnęło trochę, nie mogła się więc przeglądać. W dobrej chwili obeszłoby ją to bardzo mało, ale ponieważ była skwaszona, opanował ją taki gniew, że pchnęła gwałtownie zwierciadło, które podniosło się w górę. Zrobił się wielki łoskot i Kasia spostrzegła pąsowe róże leżące na ziemi, a piękny podarek od kuzynki Heleny — stłuczony.
Usiadłszy na dywanie, płakała jak mały Filipek — a ciotka Iza, usłyszawszy jej lament, przybiegła zaraz.
— Bardzo mi przykro — rzekła, podnosząc zwierciadło — ale spodziewałam się tego, jesteś bowiem nieuważna. Nie siedźże tak niedorzecznie! Idź się ubrać, bo się spóźnisz na śniadanie.
— Cóż to się stało? — spytał pan Carr, widząc, że Kasia usiadła do stołu z czerwonymi oczami.
— Stłukłam mój wazonik — odrzekła smutno.
— Byłaś bardzo nierozważna, stawiając go w tak niebezpiecznym miejscu — odezwała się ciotka. — Mogłaś z góry wiedzieć, że gdy pchniesz lustro, to pójdzie w górę i stłucze wazonik — widząc, że wielka łza Kasi spadła na talerz, dodała: — Doprawdy, jesteś za duża, żeby się zachowywać jak niemowlę, nawet Henryś wstydziłby się tego. Proszę cię, opanuj się.
Ta nagana wcale nie poprawiła usposobienia Kasi i przez całe śniadanie siedziała nadąsana i milcząca.
— Co będziecie robić dzisiaj? — zapytał pan Carr, chcąc dać weselszy obrót rzeczom.
— Będziemy się huśtać! — wykrzyknęli razem Henryś i Joasia. — Aleksander urządził nam doskonałą huśtawkę w drwalni!
— Nie pójdziecie tam! — odezwała się ciotka bardzo stanowczo. — Nie będziecie się huśtać do jutra! Pamiętajcie dzieci: jutro! I dopiero wtedy, gdy pozwolę.
Nierozsądnie postąpiła ciotka Iza: lepiej było wytłumaczyć dzieciom, że Aleksander, zaczepiając huśtawkę, złamał hak przytwierdzający ją do dachu, miał wbić inny w ciągu dnia, a tymczasem ostrzegł pannę Carr, żeby nie używać huśtawki, bo to niebezpieczne. Gdyby powiedziała to dzieciom, wszystko poszłoby dobrze, ale ciotka Iza miała tę zasadę, że młodzież powinna słuchać bez wyjaśnień.
Joasia, Elżbietka i Henryś nadąsali się, usłyszawszy ten zakaz, ale Elżbietka najpierwsza odzyskała dobry humor.
— Mniejsza o to — rzekła — i tak będę miała zajęcie, bo napiszę list do kuzynki Heleny o czymś.
— O czym? — spytała Józia.
— O czymś — odpowiedziała Elżbietka, tajemniczo potrząsając głową. — Żadne z was nie dowie się, tak postanowiła kuzynka Helena. Jest to sekret między nami.
— Nie wierzę — odezwała się cierpko Kasia —- kuzynka Helena nie zwierzałaby sekretu takiej głupiej dziewczynce.
— Owszem — odparła gniewnie Elżbietka. — Powiedziała, że tak samo można mi się zwierzyć jak dorosłej osobie i nazwała mnie swoją pieszczotką, tak, moja Kasiu!
— Przestańcie się sprzeczać — rzekła ciotka Iza. — Kasiu, w twojej górnej szufladzie jest okropny nieporządek: nigdy w życiu nie widziałam takiego nieładu. Idź zaraz na górę i ułóż wszystko, zanim się weźmiesz do innej roboty. Dzieci, nie siedźcie dziś na słońcu, bo jest gorąco, poszukajcie sobie cienia. Elżbietko idź do kuchni i powiedz Dorocie, że mam do niej interes.
— Dobrze — odrzekła Elżbietka z powagą — a potem wrócę pisać list do kuzynki Heleny.
Kasia poszła powoli na górę, wlokąc się noga za nogą. Był to upalny, nużący dzień, głowa ją trochę bolała, oczy paliły i opadały ciężko od płaczu, wszystko wydawało się nudne i przykre. Mówiła sobie, że ciotka Iza jest bardzo niedobra, kiedy ją zniewala do pracy podczas wakacji i nareszcie niechętnie i mrukliwie otworzyła szufladę.
Trzeba przyznać, iż ciotka Iza miała rację: żadna w świecie szuflada nie mogła się gorzej przedstawiać. Wszystko tam było: bibuła, lak do pieczętowania i proch do strzelania. Zdawałoby się, że ktoś poprzewracał te rzeczy wielkim kijem. Były książki, pudełka z farbami, kawałki zagryzmolonego papieru, ołówki i szczotki. Niezwinięte pończochy leżały między chustkami do nosa, wstążkami i kołnierzykami. Najcięższe przedmioty przygniatały pomiętoszone mankietki, puste pudełka od papieru leżały na samym wierzchu, a skarby, które się w nich kiedyś mieściły, spoczywały rozrzucone na dnie szuflady i nikły w ogólnej masie.
Trzeba było wiele czasu i cierpliwości, żeby doprowadzić ten chaos do porządku, ale Kasia wiedziała, że ciotka Iza przyjdzie lada chwila na górę, nie śmiała więc przerwać zajęcia, póki go nie skończy. Gdy dokonała dzieła, była bardzo zmęczona. Schodząc na dół, spotkała Elżbietkę trzymającą w ręku z tabliczkę, którą zaraz schowała za siebie.
— Nie zaglądaj — rzekła — bo to mój list do kuzynki Heleny. Tylko ja jedna znam ten sekret. Wszystko tu jest napisane i poślę zaraz na pocztę. Patrz, nawet pieczątki nie brakuje — i wskazała róg tabliczki, gdyż istotnie była pieczęć na ramie.
— Ty mała gąsko! — rzekła Kasia niecierpliwie — nie możesz posłać tego na pocztę. Dajże mi tabliczkę, przepiszę na papierze, a papa ci da kopertę.
— Nie, nie! — krzyczała Elżbietka, wyrywając się. — Nie ruszaj, zobaczyłabyś, co napisałam, a kuzynka Helena mówiła, żeby tego nie powtarzać nikomu. To tajemnica. Puść tabliczkę, mówię ci! Jak powiem kuzynce Helenie, jaka z ciebie niegrzeczna dziewczynka, to cię nie będzie kochała ani trochę.
— Weź, weź sobie tę starą tablicę — rzekła Kasia, popychając ją gniewnie. Elżbietka poślizgnęła się, krzyknęła, chciała uchwycić za poręcz od schodów, ale nie mogła, i staczając się coraz niżej, niżej, padła z łoskotem na podłogę w sieni.
Chociaż nie było to wysoko, bo tylko dwanaście stopni, jednak uderzyła się mocno i krzyczała, jak gdyby ją obdzierano ze skóry. Ciotka Iza i Marianna przybiegły natychmiast.
— Kasia... mnie... popchnęła... — wołała, szlochając Elżbietka. — Żądała, żeby jej powiedzieć sekret, a ja nie chciałam. To niedobra, niegrzeczna dziewczyna!
— Spodziewam się, panno Katarzyno, że ci wstyd, iż wywarłaś swój zły humor na biednej siostrzyczce — powiedziała ciotka Iza. — Sądzę, że kuzynka Helena dowie się o tym z wielkim zdziwieniem. Elżbietko, nie płaczże, moja droga. Chodź ze mną na górę, przyłożę ci trochę kopalniku, a Kasia już cię więcej nie popchnie.
Poszły na górę, a Kasia, zostawszy sama, bardzo była zgnębiona. Wszystko się w niej pomieszało: skrucha, złość, niezadowolenie i rozdrażnienie. W głębi serca czuła, że nie chciała zrobić krzywdy Elżbietce i strasznie się wstydziła tego postępku, ale gdy ciotka zagroziła, że doniesie o tym kuzynce Helenie, tak się rozgniewała, że nie przyznałaby się do prawdy ani sobie, ani innym.
— Mniejsza o to — mruczała, powstrzymując łzy — Elżbietka jest po prostu mazgajem, a ciotka Iza staje zawsze po jej stronie. Cała rzecz poszła o to, że powiedziałam tej głupiutkiej, żeby nie posyłała na pocztę ciężkiej tablicy.
Wyszła potem bocznymi drzwiami na podwórze i gdy przechodziła koło drwalni, nowa huśtawka wpadła jej w oko.
„Jakie to typowe dla ciotki Izy — pomyślała — zakazuje huśtać się, póki sama nie da pozwolenia; pewno wydaje się jej, że jest za gorąco albo coś podobnego. W każdym razie, nie będę na to zwracała uwagi”.
Huśtawka była doskonała, z szerokim, wygodnym siedzeniem, zawieszona na grubych, nowych powrozach. Krzesełko umieszczono w najlepszym oddaleniu od ziemi, Aleksander miał wyborną rękę do bujania, a drwalnia przedstawiała najpyszniejsze w świecie miejsce do tej zabawy.
Było tam obszernie, wysoko i nawet drewno nie zawadzało, gdyż było starannie ułożone wzdłuż szopy, by nie przeszkadzać. Ciemno było i chłodno, gdyż ruch huśtawki powodował silny wiatr i poruszał włosy Kasi jakby wielki wachlarz. To wszystko czyniło ją coraz bardziej marzącą i uspokojoną: różne senne myśli snuły jej się po głowie. Bujając się w tę i w ową stronę jak wahadło wielkiego zegara, wznosiła się coraz wyżej ruchem własnej osoby i z lekka dotykała ziemi za każdym mignięciem. To się znajdowała na wierzchołku wysoko sklepionych drzwi, to prawie dotykała poprzecznej belki i przez kwadratowe okienko mogła widzieć gołębie trzepoczące na dachu od stodoły i białe chmury na błękitnym niebie. Nigdy jeszcze nie huśtała się tak wysoko, zdawało jej się, że fruwa, przechylała się i przeginała mocno na krzesełku, żeby się wznosić coraz wyżej i dotykać dachu nogami.
Nagle, gdy się znajdowała najwyżej, dał się słyszeć silny trzask, huśtawka odczepiła się i zawirowała, rzucając ją w powietrze. Kasia schwyciła za sznur, ale poczuła, że się jej wymyka z ręki. Była coraz niżej, niżej — wreszcie upadła. Wszystko wokół niej pociemniało, potem już o niczym nie wiedziała.
Gdy otworzyła oczy, leżała na sofie w jadalnym pokoju. Józia klęczała przy niej z bladą, zmieszaną twarzą, a ciotka Iza przykładała jej coś zimnego i wilgotnego do czoła.
— Co się stało? — zapytała Kasia słabym głosem.
— Ona żyje, żyje! — wykrzyknęła poczciwa Józia, objąwszy ją za szyję.
— Uspokój się, moja droga! — rzekła ciotka Iza niezwykle łagodnym głosem.— W okropny sposób upadłaś Kasiu, czy nie pamiętasz?
— Upadłam? Ach prawda! Spadłam z huśtawki — rzekła i powoli odgrzebała w pamięci wszystko. — Czy się sznur zerwał, ciotko Izo? Nie mogę sobie przypomnieć.
— Nie, tylko się hak przerwał, był już nadpęknięty i niepewny. Czy nie pamiętałaś, że zakazałam się dziś huśtać? Czy zapomniałaś?
— Nie ciotko Izo, nie zapomniałam. Ja.... — ale tu umilkła, przymknęła oczy i wielkie łzy spłynęły jej spod powiek.
— Nie płacz! — szeptała Józia sama zalana łzami. — Proszę cię, przestań! Ciotka Iza nie będzie cię łajać.
Ale Kasia była zbyt osłabiona i wstrząśnięta, żeby się powstrzymać.
— Pójdę lepiej na górę i położę się do łóżka — rzekła, lecz gdy spróbowała wstać z sofy, wszystko się wokół niej zakręciło i padła znowu na poduszkę.
— Ależ ja się nie mogę podnieść! — wykrzyknęła z przestrachem.
— Boję się, że sobie coś zwichnęłaś — rzekła ciotka Iza, również przelękniona. — Poleż chwilkę spokojnie, moja droga, zanim znów spróbujesz wstać. Ach, otóż i doktor! Jakże jestem rada! — I wyszła go przywitać; nie był to pan Carr, tylko doktor Alsopp mieszkający w bliskim sąsiedztwie.
— Tak mnie to uspakaja, że pan przyszedł — rzekła ciotka Iza — mój brat wyjechał z miasta i nie wróci do jutra, a jedna z dziewczynek nieszczęśliwie upadła.
Doktor Alsopp usiadł przy sofie i mierzył puls Kasi, potem zaczął ją opukiwać.
— Czy możesz poruszyć tą nogą? — zapytał.
Kasia zrobiła słaby ruch.
— A tą?
Poruszenie było jeszcze słabsze.
— Czy cię boli? — zapytał doktor Alsopp, widząc cierpienie na jej twarzy.
— Trochę — odpowiedziała, z trudnością powstrzymując się od płaczu.
— W krzyżu? Czy ból jest wysoko czy nisko? — przez kilka minut opukiwał kręgosłup, obracając ją niewygodnie.
— Boję się, że sobie coś uszkodziła — rzekł na koniec — ale nie mogę ocenić, w jaki sposób. Może to tylko lekkie skręcenie albo zwichnięcie — dodał, widząc smutek Kasi. — Lepiej wziąć ją jak najszybciej na górę i rozebrać, panno Carr. Zostawię receptę na lek do wcierania. — Wziąwszy kawałek papieru, zaczął pisać.
— Czy mam pójść do łóżka? Jak długo będę leżeć, doktorze? — zapytała Kasia.
— Będzie to zależało od tego, jak szybko wyzdrowiejesz — odparł doktor. — Mam nadzieję, że nie będziesz długo leżeć, może tylko kilka dni.
— Kilka dni! — powtórzyła rozpaczliwym głosem.
Gdy doktor odszedł, ciotka Iza i Dorota podniosły Kasię i powoli poszły z nią na górę. Było to niełatwe, bo każde poruszenie urażało ją, a najdotkliwsze było uczucie, że jest niebezpiecznie potłuczona. Nie mogła się wstrzymać od płaczu, gdy ją rozebrano i położono w łóżku. Wszystko jej się wydawało takie dziwne i straszne. „Gdyby choć papa był” — myślała, ale doktor Carr pojechał na wieś odwiedzić bardzo chorą osobę i mógł wrócić dopiero jutro.
Jakież to długie, długie było popołudnie! Ciotka Iza przysłała na górę obiad, ale Kasia nie mogła jeść. Miała spalone usta, a głowa bolała ją intensywnie. Słońce zaczynało dogrzewać, więc w pokoju było gorąco, muchy brzęczały przy oknie i dręczyły ją, siadając na twarzy. Lekkie kłucie przechodziło ją po krzyżu, leżała z zamkniętymi oczami, bo ją raziło światło i różne smutne myśli cisnęły się jej do głowy.
„Jeżeli naprawdę zwichnęłam krzyż, to będę może leżała cały tydzień” — mówiła sobie. — Ach Boże, mój Boże! Nie wytrzymałabym! Wakacje trwają tylko osiem tygodni i miałam robić takie ładne rzeczy! Jak można być tak cierpliwą jak kuzynka Helena, leżąc bez ustanku? Jakże się ona zmartwi, gdy się dowie! Czy rzeczywiście dopiero niedawno odjechała? Zdaje się, jak gdyby to już było przed rokiem. Ach, gdybym nie była usiadła na tę wstrętną, starą huśtawkę!”. I zaczęła sobie wyobrażać, co by to było, gdyby tego nie uczyniła. Miały pójść z Józią po południu do Raju i mogłyby teraz siedzieć pod cienistymi drzewami! Gdy te myśli przesuwały jej się po mózgu, głowa jej się rozgrzała i leżenie na sofie stawało się coraz bardziej niewygodne.
Nagle poczuła, że rażące światło od okna przyćmiewa się i że owiewa ją wietrzyk. Otworzyła ociężałe oczy: rolety były spuszczone, a przy łóżeczku siedziała Elżbietka, chłodząc ją wachlarzem z liścia palmowego.
— Czy obudziłam cię? — zapytała nieśmiało. Kasia spojrzała na nią z przestrachem i zadziwieniem.
— Nie lękaj się — rzekła Elżbietka — nie będę ci przeszkadzała. Joasi i mnie tak jest przykro, że jesteś słaba! — Gdy to mówiła, usteczka jej zadrgały: — Ale będziemy bardzo spokojnie zachowywać się, nie będziemy trzaskać drzwiami od dziecinnego pokoju ani hałasować na schodach, dopóki nie wyzdrowiejesz. Przyniosłam ci bardzo ładne rzeczy, niektóre od Joasi, a inne ode mnie, a to dlatego, że spadłaś z huśtawki. Patrz! — rzekła, wskazując z tryumfem na krzesło, które przysunęła blisko łóżka, ustawiwszy na nim uroczyście: serwis do herbaty, pudełko ze szklaną przykrywką malowaną w kwiaty, lalkę składaną, przejrzystą tabliczkę i dwa nowe ołówki.
— To wszystko twoje, weź sobie wszystko! — rzekła wspaniałomyślna Elżbietka. — Jeżeli chcesz, to ci dam także mego Karolka, tylko że on jest bardzo duży i boję się, że tęskniłby za mną. Czy ci się nie podobają Kasiu te wszystkie rzeczy? Może są nieładne?
Kasi zdawało się, że ma rozpalony węgiel na wierzchu głowy, gdy spoglądała na te skarby, a potem na twarzyczkę Elżbietki rozpromienioną wyrzeczeniem się siebie.
Chciała przemówić, ale się rozpłakała, co bardzo przestraszyło siostrzyczkę.
— Czy cię tak bardzo boli? — zapytała z współczuciem.
— Nie o to mi chodzi — mówiła ze łkaniem Kasia — ale byłam dziś taka przykra dla ciebie, Elżbietko, i popchnęłam cię! Ach, przebacz mi!
— Już się zagoiło — odrzekła zadziwiona Elżbietka. — Ciotka Iza nalała coś z butelki i guz zaraz się schował. Czy mam poprosić, żeby i tobie przyłożyła? Zaraz pójdę — i biegła ku drzwiom.
— O nie! — zawołała Kasia. — Nie odchodź! Przyjdź tu lepiej i pocałuj mnie!
Elżbietka obróciła się, jak gdyby wątpiąc, że to wezwanie jej dotyczy. Kasia wyciągnęła do niej ręce, a Elżbietka rzuciła się w jej objęcia i obie siostrzyczki, duża i mała, zamieniły uścisk, który zdawał się zbliżać jeszcze bardziej ich serca.
— Ach jakaś ty słodka!— wykrzyknęła Elżbietka, podskakując z radości. — Zdaje mi się, że niedługo będę cię więcej kochała od kuzynki Heleny i papy!
Ciotka Iza przespała tę noc w pokoju Kasi, która miała gorączkę. Gdy rano powrócił doktor Carr, zastał ją bardzo cierpiącą, rozpaloną i niespokojną. Oczy miała szeroko rozwarte i zgorączkowane.
— Papo, czy ja mam leżeć cały tydzień? — spytała go zaraz.
— Tak sądzę, moja droga — odparł ojciec z jakąś znużoną i bardzo posępną twarzą.
— Boże, mój Boże! — szlochała Kasia. — Jak ja to zniosę!