Tennyson
Do najulubieńszych utworów w Anglii pięćset czy sześćset lat temu należały wszelkie opowiadania o zbrojnych czynach, walkach, turniejach i przeróżnych przygodach rycerskich. W owych czasach, kiedy nie drukowano jeszcze książek, a rzadko kto czytać umiał, zarówno dzieci, jak i dorośli przepadali za słuchaniem tych starodawnych opowieści wygłaszanych czy śpiewanych przez minstreli.
Najpopularniejszymi bohaterami tych wczesnych romansów rycerskich byli król Artur i jego rycerze — Bractwo Okrągłego Stołu; najwznioślejszym osiągnięciem ideału rycerskiego, o jakim romanse te prawią, jest odnalezienie Świętego Graala. Materiał, który dostarczył wątków narracyjnych całemu cyklowi legend arturiańskich, pochodzi z różnych krajów i rozmaitych okresów historii; wiele w tych opowieściach jest wytworem fantazji jedynie, ale wszyscy pisarze podejmujący owe wątki z różnych źródeł wysnute wiążą wydarzenia, o których w opowieściach mowa, z postacią króla Brytów z V wieku, Artura — rycerza „bez trwogi i skazy”.
Być może istniał naprawdę jakiś król Artur, który wiódł Brytów przeciw najeźdźcom Saksonom i zginął z ręki zdrajcy siostrzeńca, po śmierci zaś pochowany został w Glastonbury, owej legendarnej dolinie Avilionu; być może jakieś prawdziwe wydarzenia historyczne dostarczyły tematów, dokoła których narastał i krystalizował się w ciągu wieków materiał powieściowy — ale Artur, główny bohater romansów rycerskich jest postacią wyrosłą całkowicie z fantazji dawnych pisarzy. Pisarzy, gdyż cykl opowieści o królu Arturze budowały całe pokolenia; każdy z autorów brał materiał pozostawiony przez jego poprzedników i przetwarzał go na nowo. I tak najdawniejszy ślad rzeczywistego istnienia Artura, czy też narodzin legendy o nim, znajdujemy w starej łacińskiej kronice Nenniusza, której jeden ustęp mówi o królu Arturze i jego dwunastu wielkich bitwach. Jest rzeczą możliwą, że sama ta kronika opierała się na wcześniejszych jeszcze opowieściach walijskich, przekazywanych drogą ustnej tradycji z ojca na syna, może w ciągu wieków całych — opowieści, które utworzyły stopniowo jakąś legendarną historię „najdawniejszej Anglii”, opowiedzianą w dialekcie bretońskim, jakim posługiwano się po drugiej stronie Kanału Angielskiego.
O tej książce, która przed dawnymi czasami zaginęła, wspominają późniejsi pisarze. Geoffrey z Monmouth powiada, że była ona dla niego źródłem, skąd czerpał materiał do swojej Historia Britonum, napisanej prozą po łacinie mniej więcej w połowie XII wieku. Owa łacińska historia Geoffreya jest zarazem najwcześniejszą wersją cyklu legend związanych z królem Arturem. W niedługim czasie przetłumaczyli ją na francuski (w dialekcie normandzkim) Wace oraz inni autorzy. Wówczas też po raz pierwszy legendy arturiańskie otrzymały formę wierszową.
Jeszcze później w tym samym wieku XII cały ów materiał opracowany został na nowo w języku francuskim, prozą. Autorstwo tego opracowania przypisywano czas jakiś Walterowi Map.
Na samym początku trzynastego stulecia, pół wieku po tym, jak Geoffrey z Monmouth pierwszy ukazał Anglikom postać legendarnego króla, bohatera czasów anglosaskich podboju Brytanii — Layamon, proboszcz z Ernly w hrabstwie Worcester, dał swym rodakom po raz pierwszy w języku angielskim (odmiennym od dawnego anglosaskiego) poemat pt. Brut. Był to dowolny i rozszerzony znacznie przez Layamona przekład francuskiej wierszowanej wersji legend o królu Arturze. Tak więc opowieści o królu Arturze pochodzenia walijskiego, czyli celtyckiego, najpierw poprzez łacinę, potem poprzez wiersz i prozę francuską, przedostały się do literatury angielskiej, ażeby rozpocząć w niej swe sławne dzieje poprzez wieki całe, aż do czasów nieomal współczesnych. Najsłynniejszym ich opracowaniem jest prozaiczny utwór z wieku XV pt. Le Morte Darthur (Śmierć Artura). Autorem jego jest Sir Thomas Malory, rycerz.
A zgoła niespokojne to były czasy, kiedy rycerz „Pan Tomasz”, spłaciwszy być może swą rycerską daninę w toczącej się podówczas wojnie Dwóch Róż schronił się wreszcie w wiejskie zacisze w hrabstwie Warwick, aby tam powiązać prastare legendy arturiańskie w jedną ogromną księgę — jedno z klasycznych dzieł prozy staroangielskiej.
Książka ukończona przez Malory’ego w roku 1470, uwieczniona została dla potomności w roku 1485, kiedy to wydawca londyński Caxton ogłosił ją drukiem, otrzymawszy jej rękopis, jak powiada, „za zrządzeniem Bożym”. Książka niniejsza, przeznaczona dla młodzieży, jest przeróbką z Morte Darthur Malory’ego. Autor starał się o zachowanie w niej, w miarę możności jak najwierniejsze, ducha oryginału, wybierając spośród mnóstwa opowieści te, które najlepsze dają wyobrażenie o całości, opuszczając lub zmieniając takie jedynie ich ustępy, które dziś — bez dokładnej znajomości współczesnej Malory’emu epoki — byłyby niezrozumiałe lub rażące. Nie zapominajmy bowiem, że psychika i obyczaje ludzi XV w. były inne niż psychika i obyczaje ludzi wieku XX.
Opowieści o królu Arturze i jego rycerzach mówią o rycerskości i rycerstwie: rycerskości jako pewnej postawie duchowej człowieka w życiu, rycerstwie — jako pewnym systemie z właściwymi mu prawami, obyczajami i urządzeniami.
Godność rycerza, która w owych czasach dawała pewne uprzywilejowane stanowisko społeczne, otrzymywało się po długich latach ćwiczeń i nauki. Od 7 do 14 roku życia syn „szlachetnego” człeka był paziem na dworze suwerena swego ojca, gdzie uczył się zasad religii, posłuszeństwa i dwornych obyczajów. Po ukończeniu lat 14 jako giermek rozpoczynał surowy kurs ćwiczeń, które miały na celu rozwinięcie jego sprawności fizycznej i odwagi. Obok umiejętności wojowania młodzieniec, uczestnicząc w życiu dworskim, nabywał również w tym czasie ogłady towarzyskiej, niezbędnej w obcowaniu z rycerzami i damami. Wreszcie, po ukończeniu 21 roku życia, giermek zostawał rycerzem. Pasowaniu na rycerza towarzyszył wyszukany i uroczysty ceremoniał. Wówczas to, złożywszy ślubowanie, że będzie postępował zawsze zgodnie z honorem rycerskim, to znaczy lojalnie, odważnie i szlachetnie, młody rycerz z dumą przywdziewał zbroję i wyruszał w świat, pełen poczucia mocy, jakie dawały mu jego siła fizyczna, nieprzenikniony pancerz i stanowisko społeczne, wynoszące go wysoko ponad tłum nierycerzy. Wskazania rycerskości, należycie pojęte i wypełniane, były niemałym dobrodziejstwem dla ludzi tamtych czasów. Miały one prowadzić do wysokiego chrześcijańskiego ideału człowieczeństwa, którego cechami były: czystość duszy, gorące serce, odwaga i uczynność dla bliźnich. Budziły one myśl, podnosiły poziom moralny, nieciły w sercach współczucie dla pokrzywdzonych.
Oczywiście, podobnie jak się to zdarza i teraz, i zawsze — ideał rzadko kiedy był w pełni osiągany. Ludzie średniowiecza bowiem, podobnie jak i współcześni, nadużywali nieraz siły mięśni, miecza i stanowiska. Nieraz swoboda, jaką cieszył się błędny rycerz, wyradzała się w swawolę rozbójnika; duma, jaką czerpał z gotowości śpieszenia z pomocą pokrzywdzonemu, zmieniała się w pyszałkowatość zawadiaki; umiłowanie wolności osobistej prowadziło do zuchwalstwa i bezkarności.
Opowieści o królu Arturze i jego rycerzach pozwalają czytelnikowi powziąć pewne wyobrażenie o zwyczajach, dziełach i ideałach średniowiecza, zarówno gdy idzie o jego dobre, jak i o złe strony. Ale siłą tej książki jest siła jej poezji. Chociaż bowiem „nasz własny idealny rycerz” — ów król Artur nigdy może nie stąpał po ziemi angielskiej, niemniej jego rycerska postać i rycerskie czyny jego towarzyszy są czymś rzeczywistym i prawdziwym, albowiem „ideał poety jest najprawdziwszą prawdą”.
U. Waldo Cutler
Zamieszczony powyżej skrót przedmowy autora mówi o dziejach powstania tekstu Malory’ego, z którego dokonana została przeróbka dla młodzieży.
Cykl legend związanych z tematem Bractwa Okrągłego Stołu i poszukiwania Świętego Graala, wspólny literaturom zachodnim, nie miał w Polsce swego odpowiednika. Nie istniała u nas bowiem nigdy literatura w ścisłym znaczeniu rycersko-dworska. W Polsce z jej ustrojem szlachecko-kmiecym nie tylko nie mogły powstać w średniowieczu jej własne legendy w tym właśnie duchu, ale również i sam temat arturiański nie przedostał się do nas echem w tak zwanych romansach pseudohistorycznych, które pojawiają się u nas już później, w wieku XVI, przeważnie jako przeróbki i przekłady utworów obcych.
A ma to dzieło, opracowane przez rycerza Malory’ego w Anglii w wieku XV, umieszczające zaś czas wydarzeń w wieku V po Chrystusie, swój własny, odrębny klimat duchowy i artystyczny. Toteż gdy wynikła sprawa uprzystępnienia młodzieży polskiej opowieści o królu Arturze i jego rycerzach w przeróbce Cutlera, z ciekawością zajrzałam do angielskiego tekstu. Przeczytawszy kilka ledwo zdań, tu i tam, na chybił trafił, wiedziałam już, że tłumaczenia się podejmę. Słownictwo, jakiego użył autor przeróbki do oddania w przybliżeniu ducha i języka oryginału, zadowalało mnie całkowicie. Mogłam pisać po polsku prawie „słowo po słowie, jak angielska książka powiada”, o to jedynie dbając, ażeby dla wyrazów angielskich i ich powiązań odnaleźć słowa i zdania polskie o tej samej wartości, wadze i zabarwieniu. Szło mi przy tym o zachowanie owego właściwego tej książce klimatu, jej, że tak powiem, zagraniczności. Wczucie się w ten klimat podyktowało mi użycie tych, a nie innych wyrazów. Dlatego też umieściłam w polskim tekście takie tytuły, jak diuk (Duke) — książę i dama (Dame, dawniej damme). Ostatni przysługiwał w Anglii w dawnych czasach kobiecie dostojnego rodu, w połączeniu z tekstem wyraz ten otrzymuje swoiste, inne niż u nas w mowie potocznej znaczenie. Natomiast gdy szło o oddanie angielskiego tytułu rycerskiego (Knight), oznaczanego przez umieszczenie przed imieniem chrzestnym wyrazu ,,Sir”, to — zgodnie zresztą z jego istotnym znaczeniem — nie mogłam po prostu wybrać innego polskiego słowa niż użyte w jego prawdziwym rozumieniu słowo „Pan”. Czułam, że w tym tak odległym w czasie i dalekim od naszego życia Arturowym świecie, gdzie przeplotły się elementy baśni ludowej, rapsodu rycerskiego i legendy chrześcijańskiej, oczyści się ono ze znaczenia, jakie mu nadała dziś mowa potoczna, i odzyska swą dawną pierwotną świetność, którą zachowało dotychczas w poezji. Imiona bohaterów spolszczone są na tyle, aby nie raziły polskiego ucha i dały się wymawiać i odmieniać bez trudności.
Na samym końcu książki autor przeróbki zamieścił posłowie drukarza angielskiego Caxtona, który dzieło Malory’ego wydał. W miarę możności starałam się oddać wiernie po polsku archaiczny język i pisownię tego posłowia. Podobało mi się jego zamieszczenie. Jakby pięknym średniowiecznym ornamentem zamyka ono fabułę całego utworu, rzucając na nią raz jeszcze światło tamtejszych czasów.
Nim do owej klamry zamykającej rycerskie sprawy doszło, przez czas jakiś dzień po dniu wchodziłam coraz dalej w świat Arturowy, przestając z rycerzami, którzy chodzili po nim w blasku sławy, ale przede wszystkim w blasku poezji. Znajome mi się stawały tego świata dróżki baśniowe, wiodące przez „głębokie” lasy brytańskie, przez doliny i nad jezior wody rozlane, i przez ludzkie życie zarazem, gdzie przestrogi i pokusy w postać starców, karłów i panien wyrastają nagle jak spod ziemi o każdej porze i na każdym miejscu. A choć z początku z uczuciem pewnej odrazy zasiadałam do opisów już nie tyle walk, ile masowych po prostu uśmierceń, zobaczyłam wkrótce, że w świetle romansu owe wylewane potoki krwi traciły swój słony, duszący zapach, nabierając lśniącego połysku rubinów. Wiedziałam też, że pomijając surową prawdę okrutnych średniowiecznych czasów, dużo było w opowieściach o tych rycerskich wyczynach naiwnej dziecięcej przechwałki, często również przeciwnik, któremu tak gładko odrąbywało się głowę, był niczym innym jak tylko upostaciowaniem grzechu.
Miło mi też było i ciekawie całkiem tymi dróżkami wędrować przez dziwności różne powstałe z przełamania się w krysztale poezji obyczajów, wierzeń i przekonań średniowiecznego świata. Cóż dopiero, kiedy dróżki te zalał jasny żarliwy ogień chrześcijańskiego i rycerskiego razem ducha, tak bardzo pożądliwego Bożej bliskości! Wówczas wystrzeliły jakby łukiem gotyckim ku górze, wznosząc się na szczyty i ówczesnej poezji zarazem, i ówczesnej moralności, sięgając zaś jeszcze wyżej: w sferę wartości wiecznych. Przez wieki bowiem powtarza się sprawa Świętego Graala: zdobywanie wielkim trudem i całym życiem Boga, wiele też z przykazań rycerskich Bractwa Okrągłego Stołu tworzy i dziś trzon przykazań istotnego bohaterstwa.
Na owych szczytach oddychało się już naprawdę wielkością.
A odbijały przy tym w sobie te opowieści, tworzone poprzez wieki całe i całkowicie nieomal dziełem fantazji będące, rzeczy bardzo ludzkie i bardzo prawdziwe. To pozwalało niejedno w nich zrozumieć. To na przykład, dlaczego miejsce naczelne wyznacza legenda Arturowi, choć go tak prawie doszczętnie w dalszym toku fabuły przesłaniają postacie innych rycerzy, Arturowi, który w wyprawie do Świętego Graala udziału nie brał i w porównaniu z innymi zaiste nie najwięcej czynów rycerskich dokonał, a przecie przez czary z dopustu Bożego był chroniony i jeden jedyny żywcem wichrem poezji poza legendę porwany został. Uczczono w nim idealny prototyp organizatora państwowości brytańskiej, tego, który Bractwo Okrągłego Stołu założył, ludzi na urzędy wyznaczał i ład na ziemiach zdobytych zaprowadzał. A i to także, dlaczego ulubieńcem legendy jest nie Pan Galahad, najlepszy rycerz świata, ale najwyraźniej Pan Lancelot, rycerz, który na ścieżkach tego świata tak bardzo błądził. Nie tyle średniowieczna, ile wieczna to jest bowiem sprawa. Złocista poświata, kładąca się na pacholęcej postaci rycerza bez zmazy, przesłania naszym oczom wyrazistość jego rysów anielskich — ucieleśnia on tęsknotę do Ideału. Zaś w drugiego piersi szerokiej pod blachą pancerza czuje się bijące bratnie, skłonne do upadków i wzlotów ludzkie serce.
Trudno powiedzieć inaczej, bliscy mi się stali Arturowi rycerze i książka, która o nich powiadała. Miłe mi były nawet pewne jej niekonsekwencje i sprzeczności — tu i tam tkwiące ślady splatania przez autora różnych wersji i różnych wątków w jedną całość.
I doprawdy szczerym żalem przejmował mnie tego rycerskiego świata koniec nieunikniony. Nie tyle to bowiem Pana Lancelota pycha i Pana Mordreda złość, ile chyba fatalna siła przemijania zapaliła w nich wszystkich to szaleństwo straszliwe, które do walki bratobójczej i do zagłady ich pchnęło. Że śpieszyli się tak bardzo, jedni — aby śmiertelnym pokotem na chłodnej lec ziemi, inni — ażeby w cichej pustelni żywota dokonać, jakby wiedzieli, że nie ma już dla nich miejsca w nowym nadchodzącym świecie. Jak gdyby wiedzieli i to także, że niektórym spośród nich trzeba będzie rodzić się znów na nowe przygody i do nowych osiągnięć. Bowiem opowieści o żarliwych, tak bardzo krwawych i tak bardzo „z ducha” nieraz będących przygodach króla Artura i jego rycerzy są poza wszystkim i przede wszystkim przetłumaczonym na ówczesne pojęcia wyrazem wrodzonej ludziom każdego wieku tęsknoty do Wielkości.
Felicja Kruszewska
Zdarzyło się w czasach Utera Pendragona, króla podówczas całej Anglii, iż był w Kornwalii diuk jeden możny wielce i ten wojował z królem przez czas długi. A zwał się ów diuk Księciem Tintagilu.
Zasię o dziesięć mil od jego zamku, zwanego Terrabilem, na zamku Tintagilem zwanym mieszkała Igrena z Kornwalii, którą król Uter upodobał sobie i miłował wielce, gdyż była to pani dobra, urodziwa i mądra bardzo. Nad wszelką miarę mile ją król widział i pragnął w zamian miłości pięknej Igreny, lecz nie chciała Igrena na to przystać. Przeto z wielkiego gniewu i wielkiego kochania król Uter zachorzał.
Żył zaś w tym czasie w Anglii czarodziej potężny, Merlinem zwany, który mógł zjawiać się, gdzie tylko chciał, i mógł zmieniać wygląd swój wedle własnej chęci, wolą zaś swoją czynić rzeczy dziwne ku pomocy lub na szkodę niewiast lub rycerzy. Przyszedł tedy do króla rycerz jeden zacny, Pan Ulfius, i powiedział:
— Odnajdę Merlina, aby ci dopomógł i ucieszył serce twoje.
I pojechał Ulfius, i napotkał szczęśliwie Merlina w przebraniu żebraka, i wymógł na nim, iż podąży za nim, nie mieszkając, do królewskiego namiotu.
Stanął wkrótce Merlin przy boku króla i powiada:
— Wiem, co jest w sercu twoim, i przyrzekam ci, iż stanie ci się, jako chcesz, jeśli przysiężesz mi wzajem, że spełnisz moją wolę.
To zgodził się król uroczyście uczynić. A wtedy rzekł mu Merlin:
— Gdy już zdobędziesz Igrenę i pojmiesz ją za żonę, narodzi wam się dziecię, które mi oddasz, abym je wychował, jako zechcę. A stanie się to dla twojej chwały i dla dobra dziecięcia.
Tegoż wieczora napotkał w bitwie król Uter diuka Tintagilu, który bronił przystępu do zamku pięknej Igreny, i pokonał go. I powitała Igrena króla z miłością, gdyż Merlin dał mu postać miłą jej oczom. Że zaś oświadczyli wszyscy baronowie swoją zgodę na małżeństwo królewskie, pobrało się tych dwoje o poranku w wielkim weselu i radości.
A gdy nadszedł czas, że Igrena powić miała syna, przyszedł znów Merlin do króla dopominać się jego obietnicy i powiedział:
— Znam ci ja pana możnego w twoim kraju, człeka uczciwego i wiernego wielce, a zwie się on Pan Ektor i będzie chował dziecko twoje. Kiedy przyjdę, niech mi wydane będzie królewiątko w miejscu, gdzie trzymają straż ludzie królewscy.
Wzięło tedy dwóch rycerzy i dwie damy Artura Pendragona, niemowlątko w złotogłów spowite, i zaniosło go do czatów u bramy zamkowej, i oddało Merlinowi przebranemu za ubogiego człeka, a ten zaniósł go do Pana Ektora. I Ektorowa żona hodowała niemowlę jak własne.
Po dwóch zasię latach zachorzał król Uter słabością wielką. I zasmucili się tym wielce baronowie, i zapytali Merlina, co czynić należy, gdyż niewielu z nich widziało dziecię królewskie lub słyszało o nim.
Rankiem za radą Merlina przyszli wszyscy przed króla i powiedział Merlin:
— Panie, gdy dni twoje przeminą, ma syn twój Artur władać tym królestwem i wszystkimi jego przyległościami?
Wtedy zwrócił się ku niemu król Uter i rzekł, aby słyszeli wszyscy:
— Daję mu błogosławieństwo Boże i błogosławieństwo moje i pod utratą tego błogosławieństwa nakazuję mu, aby zgodnie z prawem i honorem domagał się korony.
To powiedziawszy, zmarł. Pochowano go, jak króla chować przystało, a królowa Igrena i wszyscy baronowie smucili się bardzo.