Owóż przypadkiem po drodze Pan Lancelot na piękny zamek natrafił, a kiedy wpodle zamku jechał, spostrzegł sokoła, który nad głową mu przeleciawszy, ku wysokiemu wiązowi się kierował. A kiedy sokół ten na drzewo wzleciał i na gałęzi sobie miejsca szukał, linka, którą miał u nóg uwiązaną, o gałąź się zaplątała, tak że gdy poderwał się, ulecieć nie mógł i głową w dół na sznurze zawisł. Widział Pan Lancelot, jak piękny ptak na drzewie uwięziony wisi, i żałował sokoła.
A tu z zamku dama wychodzi i głośno woła:
— O Lancelocie, Lancelocie, ty, co kwiatem wszystkiego rycerstwa jesteś, pomóż mi sokoła mego dostać. Trzymałam go w ręku, a oto wyrwał mi się. Jeśli zaś pan mój i małżonek dowie się, że sokół przepadł, zabije mnie.
— Jakże się pan twój zowie? — Pan Lancelot zapyta.
— Panie — dama odrzecze — zowią go Panem Felotem, rycerzem jest z Northgalis.
— A więc, piękna damo — Pan Lancelot jej powie — ponieważ znasz moje imię i żądasz, abym jako dworny rycerz z pomocą ci pośpieszył, zrobię, co będę mógł, aby ci sokoła dostać. A jednak prawdziwie nietęgo po drzewach łazić umiem, a pień ma ten wiąz wysoki i konary na nim rzadkie.
To powiedziawszy, Pan Lancelot z konia zsiadł i o pień wiązu uzdę okręcił. Potem dama dopomogła mu ze zbroi się rozdziać i rycerz szybko i zwinnie wspiął się, gdzie sokół nieszczęsny wisiał. Linkę, od nóg ptaka idącą, do gałęzi spróchniałej uwiązał, potem ułamawszy gałąź, razem z sokołem na ziemię ją rzucił.
Ledwo wzięła dama sokoła do ręki, kiedy Pan Felot w pełnej zbroi i z mieczem obnażonym w dłoni z gaju pobliskiego wyjechał. Zaraz też na Pana Lancelota na drzewie siedzącego zawołał i rzecze:
— Mam cię teraz, jakem tego pragnął, rycerzu — i u stóp wiązu stanął, aby Pana Lancelota, gdy zejdzie, zabić.
— Ach, pani, dlaczegoś mnie zdradziła? — Pan Lancelot wtedy powie.
— Uczyniła, com jej nakazał — Pan Felot na to. — Nie masz już dla ciebie ratunku, wybiła twoja godzina i umrzeć musisz.
— Hańbę na siebie byś ściągnął — Pan Lancelot rzeknie — gdybyś, rycerzu zbrojny, bezbronnego człeka zdradą zgładził.
— Zmiłowania nad tobą mieć nie będę — Pan Felot mu odpowie — ratuj się przeto sam, jako potrafisz.
— O, biada — Pan Lancelot powie — że też rycerz ma zginąć bez broni.
Spojrzał dokoła w górę i w dół i wielką gałąź bez liści całkiem w pobliżu zobaczył. Ułamawszy ją, rycerz z gałęzią w ręku w dół się spuścił, patrząc, gdzie koń jego stoi. Potem nagle na ziemię poza konia skoczył, rumakiem się przed Panem Felotem zasłaniając. Skoczył żwawo Pan Felot, ale Pan Lancelot gałęzią cios jego odparował, potem zaś zdrajcę gałęzią ową w samą skroń, co sił miał, zdzielił. Omdlał Pan Felot i na ziemię upadł, zasię Pan Lancelot, miecz z bezwładnej jego dłoni wyjąwszy, głowę Panu Felotowi uciął.
— Biada mi! — dama zawoła. — Dlaczegoś męża mojego zabił?
— Zgoła nie moja to wina — rycerz odpowie. — Przez nieszczerość waszą chcieliście mnie zdradą uśmiercić, słuszna teraz kara na was oboje spada.
To powiedziawszy, zbroję pośpiesznie wdział, obawiając się, aby kto nań z zamku nie wypadł, i konia dosiadł, Bogu dziękując, że mu z tej przygody cało wyjść pozwolił. Potem dalej za nowymi przygodami ruszył, dzikimi drogami jadąc poprzez bagna, lasy i doliny.
Na Zielone Święta dopiero do domu powrócił, a król Artur i dwór jego cały wielce się przybyciem rycerza uradowali. Bo zawsze co jakiś czas powracali na dwór królewski Arturowi rycerze, ci, co się z Panem Lancelotem potykali, ci, których on z niewoli wyswobodził, i ci, którzy o jego czynach wojennych słyszeli. A wszyscy o waleczności Pana Lancelota opowiadali. Toteż w owym czasie imię tego rycerza najsłynniejsze było spośród imion rycerskich na świecie całym i wielce Pana Lancelota poważali zarówno możni, jak i maluczcy.