Jednego roku święto Zielonych Świątek obchodzono uroczyście w zamku i mieście, które w owych czasach Kink-Kenadon się nazywały. A leżało to miasto na piaskach, niedaleko Walii. Tam król Artur i wszystkimi rycerzami Okrągłego Stołu zjechał i jak co roku ucztę wielką wydawał. A właśnie kiedy ucztowali, weszło do sali dwóch ludzi, znacznych widać i bogatych. Wsparty na ich ramionach kroczył między nimi młodzieniec tak nadobnej i pięknej postaci, że urodziwszego odeń młodziana żaden z rycerzy nigdy jeszcze nie widział. O półtora stopy co najmniej obu swoich towarzyszy przerastał, szeroki był w barach, o rysach twarzy foremnych wielce, ręce zaś miał osobliwie duże i piękniejsze, niż kto kiedykolwiek oglądał. A zachowywał się on tak, jakby iść o własnych siłach ani też utrzymać się na nogach bez pomocy tamtych dwóch, co z nim byli, nie mógł. Ani słowa nie mówiąc, podprowadzili go wprost do wzniesienia, na którym król siedział. Wtedy ów młodzian, pacholę nieledwie, towarzyszy swoich puścił i wyprostowawszy się, z łatwością zupełną przemówił.
— Niech ci Bóg błogosławi, królu Arturze, i wszystkiemu godnemu rycerstwu Okrągłego Stołu. Przychodzę, aby cię o trzy prosić dary, a nie zamierzam ja bynajmniej o coś nierozsądnego cię prosić, o to tylko, czego mi możesz uczciwie i bez szkody dla siebie udzielić. A o pierwszy z tych darów dzisiaj już poproszę, zasię o dwa inne, kiedy rok od dnia dzisiejszego minie i znów wielką ucztę wydasz.
— Tedy proś — rzecze Artur — a będziesz to miał ode mnie.
— Taka jest więc prośba moja na dzień dzisiejszy, panie, abyś mnie przez rok cały żywił i poił do syta, po roku zaś o dwa dalsze dary się upomnę.
— Nie o wiele też prosisz — król mu rzeknie. — Będziesz miał jadła i napoju na moim dworze do syta, tego bowiem nigdy nikomu, ni przyjaciołom, ni wrogom nie odmawiam. Ale chciałbym wiedzieć, jak się zowiesz.
— Tego ci powiedzieć nie mogę — młodzian odpowie.
Zdumiał się król na odpowiedź taką, ale młodzieńca Panu Kajowi, który marszałkiem dworu będąc, pieczę miał nad kuchnią królewską, zaraz polecił, nakazując mu, aby przybysza dobrze przez rok cały karmił i poił, i o wszelkich potrzebach jego myślał, tak jakby o dziedzica wielkiego rodu chodziło.
— Nie wart on — Pan Kaj rzecze — starań i kosztów takich, śmiem to bowiem twierdzić, że z podłego całkiem rodu musi ów młodzik pochodzić. Gdyby szlacheckim był synem, o konia by cię, a zbroję prosił. Zaś jaki człek, taka i prośba jego. A że imienia on nie ma, zwać go będę Beaumains, co Piękna Rączka znaczy, i do kuchni go posadzę, gdzie tłusty rosół co dzień pić będzie, aż, nim rok upłynie, jako wieprz karmny się utuczy.
Tak więc dwaj towarzysze młodzieńca odjechali, a on przy Panu Kaju został, który nie przestawał natrząsać się nad nim a drwinkować. Takie postępowanie marszałka rozgniewało Pana Gawaina i nie podobało się wielce Panu Lancelotowi. Prosił też rycerz Pana Kaja, aby drwinek swoich poniechał.
— Albowiem założę się — mówił — że młodzik ten nie byle kim się okaże.
— Żadną miarą tak być nie może — Pan Kaj odpowie — bo jaka prośba jego, taki i on sam jest.
I tak Pan Kaj Pięknej Rączce miejsce przy drzwiach w sieni wyznaczył, gdzie młodzian, wśród pacholąt służebnych zasiadłszy, smutno strawę spożywał.
Po skończonej uczcie Pan Lancelot do komnaty swojej go zaprosił, gdzie by do woli jeść i pić mógł, toż samo Pan Gawain uczynił, ale Piękna Rączka obu odmówił, niczego bowiem, jak powiadał, nie pragnął więcej, tylko to czynić, co mu Pan Kaj nakaże.
Co się Pana Gawaina tyczy, nie bez racji on Pięknej Rączce pomieszkanie, jadło i napitek ofiarowywał, gdyż bliższym mu był ten młodzian krewniakiem, niż to sam przypuścić mógł.
Ale to, co Pan Lancelot czynił, z dobroci jego wielkiej i dworności tylko płynęło.
Tak tedy umieszczono Piękną Rączkę w kuchni, gdzie z innymi kuchcikami miał nocleg. A w tej kuchni przez rok cały on wytrwał, zasię nigdy mężowi ani dziecku nawet się nie naraził, ale zawsze łagodny i posłuszny był. A kiedy tylko turniej jaki się na zamku odbywał, a miał Piękna Rączka sposobność po temu, to zaraz popatrzeć biegł. I gdzie tylko rycerze sztuk jakich dokonywali, w rzemiośle rycerskim się ćwicząc, tam już był i ni kijem, ni kamieniem nie zdołałbyś go dalej niż na dwie stopy odpędzić. Mawiał wówczas Pan Kaj rycerzom:
— I jakżeż wam się mój kuchcik udał?
Tak było aż do następnej niedzieli Zielonych Świątek, do wielkiej uczty królewskiej, którą król Artur tym razem w Karlionie z ogromną wspaniałością wydał. A gdy znów za stołem siedział, weszła do sali panna jedna i skłoniwszy się królowi, o ratunek go poprosiła.
— Kto o pomoc prosi — pyta król — i o co rzecz idzie?
— Panie — panna odrzeknie. — Pani moja, dama wielce szlachetnego rodu, przez tyrana jednego w zamku swoim jest oblegana. A ponieważ rycerzy twoich najszlachetniejszymi na świecie zwą, przybyłam tu, ażeby cię o pomoc dla niej prosić.
— Jakżeż się pani twoja zowie i gdzie zamek jej się znajduje? Kto zacz w oblężeniu ją trzyma i jak go zwą? Odpowiedz.
— Panie królu — mówi panna — imienia mojej pani dziś się ode mnie nie dowiesz, tyle ci tylko powiem, że damą jest wielką i panią ziem rozległych. Co zaś do tyrana, który ją w zamku jej obległ i ziemie jej niszczy, zwie się on Krwawy Rycerz z Krwawych Błoni.
— Nie znam go — rzecze król.
— Panie — Pan Gawain przemówi — znam go dobrze, gdyż najgroźniejszy to z rycerzy na świecie. Powiadają o nim, że siłę siedmiu mężów posiada. Ja sam pewnego razu ledwom z życiem wymknąć mu się zdołał.
— Piękna panno — król powie — nie brak tu rycerzy, którzy wszystko dla twojej pani uczynić by gotowi, skoro jednak nie chcesz nam jej imienia wyjawić ani tego, gdzie mieszka, powiedzieć, żaden z nich za moją zgodą z tobą nie pojedzie.
— Tedy widzę, że muszę powiedzieć i więcej — ona odrzeknie.
Ledwo to powiedziała, kiedy Piękna Rączka przed króla wystąpi i powiada:
— Panie królu, niech Bóg ci odpłaci. Byłem w kuchni twojej przez rok cały i utrzymanie miałem tam dostatnie. A teraz, jako umowa stanęła, o dwa dalsze dary cię poproszę.
— Na moje ryzyko, proś — król na to powie.
— Panie, dwa te dary będą takie: pierwszy, abyś mnie sprawę panny tej powierzył, zasię drugi, abyś Panu Lancelotowi z Jeziora rycerzem mnie uczynić polecił, gdyż z jego tylko rąk rycerstwo przyjąć chcę. A i o to cię proszę, abyś mu ze mną jechać pozwolił, niech na rycerza wtedy mnie pasuje, kiedy go o to prosić będę.
— Wstyd! — oburzy się na to panna. — Od kuchcika twojego zatem mam jedynie pomoc otrzymać?
I rozgniewana wielce, konia swojego wzięła i odjechała.
A w tej chwili przychodzi ktoś Pięknej Rączce powiedzieć, że mu konia i zbroję, i wszystko, czego by na wyprawę potrzebował, z domu przysłano. A tak piękne i dostatnie było to zaopatrzenie rycerskie, że zdumiał się dwór cały, skąd by też mogło ono pochodzić. A gdy wszedł na salę Piękna Rączka do drogi już przyodziany, żeby się z królem, Panem Gawainem i Panem Lancelotem pożegnać, mało kto z obecnych tam rycerzy mógł mu pięknym wyglądem dorównać. Poprosiwszy Pana Lancelota, żeby za nim pośpieszał, Piękna Rączka w ślad za panną ruszył. Wielu wyszło za nim, gdy odjeżdżał, żeby na jego konia i zbroję złocistą z podziwem popatrzeć, ale ani tarczy, ani włóczni Piękna Rączka nie miał. Wówczas też Pan Kaj do innych na cały głos powiedział:
— Pojadę i ja za moim kuchcikiem przekonać się, czy mnie za lepszego od siebie uzna.
Na próżno Pan Lancelot i Pan Gawain doradzali Panu Kajowi, żeby w domu pozostał. Nie słuchając ich, do drogi się przysposobił, włócznię i konia wziął i za Piękną Rączką pojechał.
Dogonił go właśnie w chwili, gdy Piękna Rączka z panną naprzód śpieszącą się zrównał. Zaraz też do niego podjechał i mówi:
— Hola, Piękna Rączko! To mnie już nie poznajesz, mój panie?
Na to obejrzał się tamten i Pana Kaja poznał.
— Owszem — odpowie — poznaję cię. Jesteś najmniej uprzejmym rycerzem z całego dworu, przeto miej się na baczności.
Na to Pan Kaj włócznię pochylił i na Piękną Rączkę natarł. Zasię ten koniem tylko zatoczył i mieczem cios włóczni Kajowej odbił, potem szybkim pchnięciem bok napastnika przebił. Upadł Pan Kaj jak martwy na ziemię. Wówczas Piękna Rączka, z konia zsiadłszy, włócznię i tarczę Panu Kajowi zabrał i na jego konia swojego karła posadził. Potem sam rumaka swego dosiadł i w dalszą drogę ruszył. To wszystko Pan Lancelot, nadjeżdżając, widział i panna takoż.
Tymczasem i Pan Lancelot się przybliżył i zaraz mu Piękna Rączka zaproponował, żeby się z nim spróbować chciał. Runęli na siebie jak dwa odyńce i przeszło godzinę walczyli. A taką miał Pan Lancelot ciężką z Piękną Rączką robotę, że się lękać zaczął, czy mu się czasem powstydzić przed nim nie przyjdzie. Tedy rzeknie mu w końcu:
— Piękna Rączko, nie walcz tak ostro. Nie masz bowiem takiej zwady pomiędzy nami, ażebyśmy walki poniechać nie mieli.
— Prawda to — Piękna Rączka odpowie — przecie dobrze mi to czyni, kiedy siły swojej z tobą próbuję, a jednak, panie mój, nie pokazałem ci jeszcze wszystkiego, co potrafię.
— Tedy ci rzeknę — Pan Lancelot na to — że czyniłem, com mógł, żeby z walki z tobą bez wstydu wyjść, możesz się przeto nie obawiać żadnego rycerza na ziemi.
— Sądzisz więc — Piękna Rączka mówi — że mógłbym każdemu jak doświadczony rycerz stanąć?
— Tak jest — Pan Lancelot odpowie — stawaj, jako stawałeś dotąd, a ręczyć za ciebie ja będę.
— Tedy proszę cię, byś mnie rycerzem uczynił.
— A więc powiedz mi, jak cię zwą i z jakiego rodu pochodzisz?
— Jeśli imienia mego nikomu nie zdradzisz, powiem ci — Piękna Rączka odrzecze.
A Pan Lancelot na to:
— To ci na wiarę moją przyrzekam, że póki imię twoje powszechnie wiadomym nie będzie, nikomu go nie wyjawię.
— Tedy, panie — Piękna Rączka powie — zwę się Garet, Pana Gawaina bratem rodzonym jestem.
— Ach, panie! — Pan Lancelot zawoła — więcej ci jeszcze niż pierwej rad teraz jestem, zawsze bowiem myślałem, że zacna krew w tobie płynie i żeś nie zjawił się na dworze dla jadła tylko i napoju.
To powiedziawszy, na rycerza go pasował, po czym Pan Garet w swoją drogę ruszył.
Zasię Pan Lancelot zawrócił, gdzie Pan Kaj jak bez ducha leżał, i na tarczy swojej do domu odnieść go kazał. Nierychło Pan Kaj z rany się swojej wylizał, wielce się też od wszystkich drwinek wszelakich nasłuchał. Zwłaszcza Pan Gawain i Pan Lancelot powiadali, że nie powinien był Pan Kaj tak młodzieńcowi przyganiać, nie wiedząc dobrze o tym, jakiego był rodu i w jakiej sprawie na dwór królewski przybył.