Jechał za panną Piękna Rączka, w tarczę i włócznię teraz zaopatrzony i przez Pana Lancelota przynajmniej poznany jako Pan Garet, króla Artura siostrzeniec. A kiedy pannę dogonił, ta mu rzekła:
— Co tu robisz przy mnie? Kuchnią cię czuć! Odzież masz uwalaną sadłem i łojem, o któreś w kuchni królewskiej zabiegał. Wracaj przeto, skądeś przybył, głupi kuchciku. Znam cię dobrze, ciebie to Pan Kaj Piękną Rączką nazwał. Prostakiem nieokrzesanym jesteś i nic więcej nie umiesz, tylko rożen obracać, a warząchwie myć.
— Panienko — Piękna Rączka jej odpowie. — Możesz, co chcesz na mnie mówić, ale od ciebie nie odjadę, gdyż przed królem Arturem wziąłem na się twoją sprawę załatwić i dokonam tego albo też zginę.
A gdy dalej razem przez las jechali, nadbiegł ku nim człek jeden, a pędził on co miał siły.
— Skąd przybywasz? — Piękna Rączka go zapyta.
— O panie — tamten zawoła — pomóż mi! W tamtej oto kotlinie sześciu zbójów pana mego, porwawszy, związanego trzymają i lękam się, aby go nie zabili.
Pojechał Tedy Piękna Rączka za człowiekiem owym aż tam, gdzie rycerz związany leżał, a przy nim sześciu zbójów siedziało. I zaraz trzy razy mieczem uderzywszy, trzech z nich Piękna Rączka po kolei zabił. Trzech innych ucieczką się ratowało, przeto pogonił za nimi i wkrótce dopędził. Wówczas zawrócili ku niemu i osaczyli go dokoła. Tęgą z nimi miał przeprawę, przecie ich pobił w końcu i powróciwszy do rycerza, z więzów go uwolnił. Dziękował rycerz Pięknej Rączce i do zamku swojego, co w bok od drogi leżał, zapraszał, chcąc go tam godnie wynagrodzić za ten czyn szlachetny. Ale mu Piękna Rączka odpowie:
— Innej mi, panie, nagrody prócz tej, której mi Bóg udzieli, nie trzeba. Muszę też za tą oto panną pośpieszać.
A gdy znów do niej podjechał, rozkazała mu się oddalić.
— Gdyż — mówiła — kuchnią cały śmierdzisz. Może ci się wydaje, że rada z tobą przebywam? Wszystko, czegoś dokonał, przypadkiem tylko ci się udało, ale czekaj, ujrzysz ty jeszcze rzeczy, na których sam widok drapniesz i to chyżo.
A wówczas ten sam rycerz, którego Piękna Rączka od zbójów wyratował, za panną nadjechawszy, pięknie ją poprosił, żeby zechciała gościnę na noc w jego zamku przyjąć. A ponieważ i noc się zbliżała, pojechała z nim panna na zamek, gdzie jej rycerz przyjęcie godne zgotował. Pojechał i Piękna Rączka za nimi. A gdy do wieczerzy siadali, wskazał mu rycerz miejsce naprzeciw panny. A ta zaraz zawoła:
— Fe, wstydź się, panie rycerzu! Całkiem też nieuprzejmie postępujesz, że kuchcika naprzeciw mnie sadzasz. Lepiej mu przystoi świnię ubitą oporządzać niż naprzeciw panny wysokiego rodu zasiadać.
Zawstydził się rycerz jej słowami. Piękną Rączkę z boku posadził i sam naprzeciw niego usiadł. Przez cały wieczór biesiadowali i zabawiali się wesoło, nazajutrz zaś rano panna z Piękną Rączką, rycerzowi za gościnę podziękowawszy, pożegnali go i dalej w drogę ruszyli. I tak do wielkiego lasu dojechali. A przepływała tam rzeka i most tylko jeden przez tę rzekę prowadził. Zasię na drugim brzegu rzeki dwóch rycerzy czekało, ażeby im przejścia bronić. Ale gdyby ich i sześciu nawet było, nie zawróciłby z drogi Piękna Rączka. Z koniem on do wody skoczył. Zaraz mu jeden z rycerzy na spotkanie ruszył i na środku rzeki włóczniami na się natarli. Pękły im obie włócznie od razu, wówczas obydwaj miecze wyciągnęli i rąbać się z zapałem poczęli.
Wreszcie Piękna Rączka tak mocno tamtego po hełmie uderzył, że napastnik z konia spadł i wodą się zalawszy, utonął. Wówczas Piękna Rączka z koniem na brzeg wyskoczył, gdzie go drugi rycerz napadł. Przez długi czas ze sobą walczyli, w końcu przecie Piękna Rączka hełm rycerzowi razem z głową rozpłatał. Potem do panny powrócił, aby jej powiedzieć, że swobodnie jechać może dalej.
— O, biada — panna rzeknie. — Że też poszczęściło się kuchcikowi takiemu i dwóch dzielnych rycerzy zabił. Myślisz też pewnie, żeś walecznie sobie poczynał, ale traf to tylko zwycięzcą cię zrobił. Kiedyś bowiem w rzece z pierwszym rycerzem walczył, koń mu się potknął i przez to utonął, inaczej żadną miarą pokonać byś go nie zdołał. Co zaś do drugiego znowu, przypadkiem z tyłuś go zajechał i zabił.
— Panienko — Piękna Rączka jej powie — możesz mówić, co ci się tylko podoba, a jednak z kimkolwiek do czynienia mieć będę, w Bogu nadzieję pokładam, że mi się z nimi rozprawić jak należy pozwoli. Dlatego też nie dbam o to, co powiadasz, byle bym tylko panią twoją zdobyć mógł.
— Fe! Fe! Wstydź się, głupi kuchciku! Ujrzysz ty jeszcze rycerzy, którzy twoje przechwałki ukrócą. Widzę ja przecież, że wszystko, czego dokonywasz, nie dzielności swojej dłoni, tylko przypadkowi zawdzięczasz.
— Piękna panno — powie jej rycerz znowu — przemów ty do mnie mile, a wszelkiej troski pozbędę. Wiedz jednak, że cokolwiek byś mówiła, żadnego z napotkanych rycerzy się nie ulęknę, a dokądkolwiek pojedziesz, tam i ja za tobą pojadę.
I znów razem jechali, aż dopóki na modły wieczorne nie zadzwoniono, a przez cały ten czas panna z Pięknej Rączki dworować sobie nie przestawała.
Potem nad czarne błonie przyjechali. A na tym błoniu rósł czarny krzew róży dzikiej. Zasię z jednej strony po krzewie tym czarna spływała chorągiew, z drugiej czarna tarcza wisiała. Obok tarczy wetknięta była w ziemię czarna włócznia, potężna i wysoka bardzo, a niedaleko koń stał ogromny w czarnej kapie jedwabnej. Opodal na czarnym kamieniu rycerz w czarnej zbroi siedział. A zwał się on Rycerzem z Czarnych Błoni.
Rycerza tego ujrzawszy, poprosiła panna Piękną Rączkę, żeby w bok, w dolinę umknął.
— Wielkie nieba! — rycerz na to zakrzyknie. — Zawsze tchórzem chciałabyś mnie widzieć!
A wówczas i Czarny Rycerz, gdy doń panna podjechała, zapytał:
— Panno, czyś tego tu oto Arturowego rycerza przywiodła, aby dla ciebie walkę stoczył?
— Nie, miły rycerzu — panna odpowie — nie rycerz to żaden, ale kuchcik, który w kuchni Artura za żywność służył. Rada bym się też od niego uwolnić, bowiem wbrew mojej woli za mną jedzie. Obyś go ode mnie precz odpędził lub też i zabił, gdyż kłopotliwy wielce jest to pachołek i źle dziś sobie poczynał.
A na to Czarny Rycerz powiada:
— To ci mogę obiecać, że wnet się młodzik ten na ziemi znajdzie, a wtedy konia jego i zbroję sobie zabiorę. Większej krzywdy mu nie uczynię, gdyż wstyd by mi było.
Gdy to usłyszał Piękna Rączka, zawoła:
— Panie rycerzu! Wspaniałomyślnieś się oto moim koniem i zbroją rozporządził! Darmo ci one całkiem przyszły. Wiedzże jednak, że czy zechcesz, czy nie, przez błonie to przejadę, zasię konia ani też zbroi ode mnie nie dostaniesz, chyba je własnymi rękoma zdobędziesz. Nie jestem też ja kuchcikiem, jak ta panna powiada, ale szlachcicem urodzonym, zacniejszego niż twój rodu, o czym się wnet na własnej skórze przekonasz.
I w wielkim gniewie obaj konie w tył cofnęli, potem jak piorun gwałtownie na siebie natarli. Pękła włócznia Czarnego Rycerza, swoją zaś Pan Piękna Rączka na wylot przeciwnika przeszył, przy czym ją i złamał. Na ból nie zważając, Czarny Rycerz miecza dobył i wiele nim potężnych ciosów Pięknej Rączce wymierzył, ciężko go raniąc; wreszcie zemdlony na ziemię runął i ducha wyzionął.
Wówczas Piękna Rączka z konia zeskoczył, zbroję zabitego na siebie wdział i jego rumaka dosiadłszy, znów za panną pojechał. A ona, ujrzawszy, że nadjeżdża, powiedziała:
— Precz, kuchciku! Odjedź na stronę, bo gdy z wiatrem jedziesz, woń obrzydła z szat twoich mnie dolatuje. O, biada, że też taki jak ty pachołek mógł złym trafem tak zacnego rycerza zabić. Nieszczęście mnie jakieś widać prześladuje. Ale poczekaj tylko, już niedaleko jest ktoś, co ci za to wszystko odpłaci. Dlatego też raz ci jeszcze doradzam, uciekaj!
— Może to być — Piękna Rączka odpowie — że mi sądzone klęskę albo i śmierć ponieść. Uprzedzam cię jednak, piękna panno, że nie ucieknę i nie opuszczę ciebie, cokolwiek mówić będziesz. Za każdym też razem, kiedy mi śmierć albo klęskę przepowiadasz, tak się zdarza, że przeciwnicy moi giną, a ja zwycięzcą wychodzę. Lepiej byś więc przestała mi przyganiać, jak to przez dzień cały czynisz, gdyż nie odjadę, póki celu wyprawy tej nie osiągnę albo też naprawdę nie zginę. Jedź tedy swoją drogą, a ja, cokolwiek bądź się stanie, za tobą podążę.
A gdy znowu dalej razem jechali, rycerza zdążającego ku nim ujrzeli. W zielonej odzieży był ten rycerz i na zielono odzianym koniu siedział.
Podjechawszy bliżej panny, on zapyta:
— Czy to brat mój, Czarny Rycerz, z tobą jedzie?
— O nie — panna zaprzeczy — to tylko kuchcik nieszczęsny, który przypadkiem brata twojego zabił.
— Biada! — rycerz zawoła. — Wielka szkoda się stała, że rycerz tak szlachetny tak nieszczęśliwie z ręki pachołka, jak powiadasz, zginął. O zdrajco! Umrzesz za to, żeś brata mojego zabił. Szlachcicem on był i rycerzem zacnym.
— Zaprzeczam temu, co mówisz — Piękna Rączka mu rzecze — z rycerskiej bowiem dłoni i z honorem on zginął.
A na to Zielony Rycerz do zielonego krzewu dzikiej róży, co tam nieopodal rósł, podjechał i z krzewu tego zielony róg zdjąwszy, trzy razy weń zadął. Wydał róg trzy tony smutne śmiertelnie. I wnet pojawiły się obok krzewu dwie panny i zbroję i broń Zielonemu Rycerzowi podały. Uzbroiwszy się, konia wielkiego dosiadł i zieloną tarczę wziął i zieloną włócznię do ręki.
Z wielką mocą obaj rycerze na siebie natarli, a włócznie w uderzeniu złamawszy, za miecze chwycili. Potężnie się też nimi rąbali i obaj ciężkie rany odnieśli. Wreszcie koń Pięknej Rączki konia Zielonego Rycerza, w bok uderzywszy, na ziemię go obalił. Porwał się rycerz z ziemi, aby pieszo dalej walczyć. Zeskoczył i Piękna Rączka z konia i tak przez czas długi, jak przystało dzielnym zapaśnikom, walczyli, krwią się obaj oblewając.
Na to panna podchodzi i mówi:
— Panie Zielony Rycerzu, wstydu chyba nie masz, że tak długo z kuchcikiem tym się porasz. Wstyd to zaiste, że rycerzem cię uczyniono, kiedy chłopak taki sprostać ci potrafi; widać, że chwast samo zboże przerósł.
Zawstydził się Zielony Rycerz tą przemową i siły zebrawszy, potężnym ciosem tarczę Pięknej Rączki wpół przeciął. Teraz z kolei młody rycerz wstyd poczuł z powodu ciosu i panny razem gadania, tedy natężywszy się w sobie, taki cios Zielonemu Rycerzowi po hełmie wymierzył, że tamten na kolana upadł. Wówczas Piękna Rączka chyżo do ziemi go przygiął, zasię przeciwnik jego, powstać nie mogąc, na czworakach o łaskę zawołał i Panu Pięknej Rączce się poddając, o darowanie życia błagał.
— Próżno mnie prosisz — Piękna Rączka powie — zginąć musisz, chyba że ta oto panna za tobą prosić mnie będzie.
I sprzączki hełmu jego odpinał, jakby go zabić miał.
— Niech tak będzie — panna zawoła — zostaw go, kuchciku przebrzydły, gdyż inaczej srogo tego żałować będziesz.
— Panienko — Piękna Rączka jej powie — każde zlecenie twoje z radością wykonam. Na twój rozkaz, niczyj inny, życie mu daruję. Panie rycerzu w barwach zielonych, puszczam cię wolno na panny tej żądanie, gdyż rozgniewać jej nie chcę i cokolwiek mi rozkaże, to spełnię.
Tedy Zielony Rycerz przed Piękną Rączką ukląkł i miecz swój na znak hołdu oddając, przyrzekł, że wraz z trzydziestu swymi rycerzami po wiek wieków władzę jego nad sobą uznawać będzie.
Rzeknie wówczas panna:
— Boleję ja wielce, Zielony Rycerzu, nad twoją szkodą i brata twojego, Czarnego Rycerza, zgonem. I o pomoc cię proszę, gdyż lękam się bardzo przez ten las oto przed nami jechać.
— Nie obawiaj się niczego — Zielony Rycerz odpowie — gdyż noc dzisiejszą w moim zamku spędzisz, jutro zaś przez las ten cię przeprowadzę.
Tedy na konie wsiedli i wszyscy do zamku Zielonego Rycerza pojechali. W pobliżu on się znajdował. I znów panna na Piękną Rączkę fukała i nie pozwoliła, żeby z nią za stołem usiadł. Ale Zielony Rycerz przy bocznym stole go usadził i cześć mu okazywał, gdyż widział, że gość jego i zwycięzca krwi był zacnej i rycerzem godnym się okazał. A przez całą noc kazał on trzydziestu ludziom potajemnie straż nad Piękną Rączką trzymać, aby go od wszelkiej zdrady uchronić. Zasię rankiem, kiedy wszyscy wstali i poranny posiłek spożywszy, w dalszą drogę ruszyli, aż na skraj lasu Zielony Rycerz podróżników odprowadził, a żegnając się z Piękną Rączką, powiedział:
— Panie mój, Piękna Rączko, ja i tych oto trzydziestu rycerzy na każde twoje wezwanie zawsze stawić się jesteśmy gotowi. Kiedykolwiek tylko zechcesz, daj nam znać, a przybędziemy do ciebie w dzień czy w nocy.
— Dobrze — Piękna Rączka odpowie — kiedy cię zawezwę, masz z wszystkimi swymi rycerzami do króla Artura pociągnąć.
Gdy Zielony Rycerz odjechał, rzekła panna Pięknej Rączce:
— Dlaczego za mną jedziesz, kuchciku? Tarczę i włócznię rzuć i zmykaj lepiej, gdyż ten wąwóz przed nami Przejściem Niebezpiecznym się zowie i nie przedostaniesz się tamtędy.
— Panienko — Piękna Rączka od rzecze — niech umyka, kto się boi. Wstyd by to był, gdybym, drogi tyle z tobą przejechawszy, stąd zawrócił.
A na to panna:
— Niech i tak będzie. Czy chcesz jednak, czy nie, niezadługo się cofniesz.
Następnego dnia, podobnie jak to się pierwej działo, pokonał Piękna Rączka trzeciego z braci, Czerwonego Rycerza, i podobnież na panny żądanie życie mu darował. A mimo to jednak nie przestawała ona wzgardliwymi słowami do niego przemawiać, co bardzo Czerwonego Rycerza dziwiło. Przez noc też, kiedy w zamku jego nocowali, kazał potajemnie sześćdziesięciu ludziom nad Piękną Rączką czuwać, ażeby młodego rycerza żadna zła nie spotkała przygoda. Sam zaś z pięćdziesięciu swymi rycerzami Pięknej Rączce się poddał i hołd mu oddając, wierność po wszystkie czasy przysiągł i służby swoje i ludzi swoich ofiarował.
— Dzięki — Piękna Rączka mu powie — a uczynisz to, kiedy cię zawezwę, abyś do pana mego, króla Artura, jechał. Tam z rycerzami swymi mu się poddasz i służyć mu odtąd będziesz.
I znów nazajutrz rano Pan Piękna Rączka z panną dalej pojechali, a po drodze nie przestawała mu ona jak najdotkliwiej przyganiać.
— Panno — Piękna Rączka powiada — nieuprzejmie to wcale z twojej strony, że mi tak przyganiasz, bowiem wydaje mi się, że ci wcale dobrą usługę świadczę. Zawsze też, ile razy przyjdzie mi się po drodze z rycerzem jakim potykać, klęskę mi wróżysz zawczasu, a owoż mimo twoich przechwałek nieprzyjaciele moi w pyle i błocie leżą. Proszę cię więc, przestań mi wreszcie przyganiać. Jeśli mnie kiedy pokonanym lub o łaskę proszącym ujrzysz, wówczas będziesz mnie mogła ze wstydem od siebie odpędzić. Teraz jednak wiedz, że od ciebie nie odjadę, gdyż głupcem chyba musiałbym być potężnym, aby cię opuścić, kiedy sławę przy tobie zdobywam.
— Niech tak będzie — panna odpowie — ale wkrótce już rycerz się zjawi, który ci za wszystkich zapłaci, gdyż największy to obok króla Artura rycerz.
— Im większy rycerz — Piękna Rączka na to powie — tym większa i dla mnie chluba, że się z nim potykać będę. A nie wątpij, panno, że z łaską Boga tak rycerzowi temu stanę, że i dwóch godzin od południa nie minie, jak zwycięzcą będę. Wówczas dalej pojedziemy i nim słońce zajdzie pod zamkiem twojej pani, o siedem mil stąd odległym, staniemy.
— Dziwuję się — panna mu rzeknie — co też za człek z ciebie! Nie może być inaczej, tylko krew zacna w tobie płynie, nigdy bowiem żadna niewiasta rycerzem tak nie poniewierała, jak ja tobą poniewieram. A wszystkoś po rycersku i dwornie znosił, co dowodzi, że z wysokiego rodu pochodzisz.
A na to Piękna Rączka jej odpowie:
— Panienko, za nic ma sobie nieraz rycerz zachowanie, którego niewiasta żadna by nie zniosła. Nie mam ja do ciebie żalu za twoje słowa, im bardziej mi bowiem dopiekałaś, tym silniejszy gniew we mnie rósł, którym na przeciwnikach swoich mógł wyładować. I tak każde twoje słowo obelżywe do walki mnie podżegało i sprawiało, żem nad tym tylko przemyśliwał, jakby dowieść w końcu, kim jestem. Przypadkiem ja tylko w kuchni królewskiej się żywiłem, mogąc strawy mieć gdzie indziej do syta. A com zrobił, ażeby przyjaciół swoich doświadczyć, i czym jest szlachetnie urodzonym, czy też nie, toś mogła, panienko, oglądać. Szlachetniem ci służył, to przyznać musisz, a być może nim się z tobą rozstanę, nierównie większą jeszcze oddam ci przysługę.
— Niestety, zawiniłam — panna rzeknie. — Przebacz mi, miły Piękna Rączko, wszystko, com mówiła i czyniła przeciw tobie.
— Całym sercem ci przebaczam — odpowiedział. — A wiedz i to, że mile do mnie przemawiając, wielceś serce moje uradowała i wydaje mi się teraz, że nie masz takiego rycerza na świecie, któremu bym rady nie dał.
Tak rozmawiając, do łąki jasnej dojechali. A na łące namiot stał Pana Persanta z Inde, czwartego z braci, którzy Pięknej Rączce przejścia do zamku oblężonego bronili. A znaczny i bogaty to był rycerz, Pan Persant z Inde, mogłeś to był dostrzec od razu, ledwoś na niego spojrzał. Namiot jego i wszelkie wokół sprzęty, ludzie i niewiasty, co mu usługiwali, także rzędy na koniach, tarcze i włócznie — wszystko ciemnobłękitne nosiło barwy.
Kiedy tylko Pan Persant nadjeżdżających zobaczył, wnet i on, i Piękna Rączka do walki się przysposobili. A najechali na siebie z taką siłą, że obu włócznie pękły i konie martwe na ziemię padły. Pieszo dalej walczyli przez dwie z górą godziny. Poszły w kawałki porozrąbywane zbroje rycerzy i wiele ran obaj odnieśli. W końcu Piękna Rączka, chociaż z ciężkim sercem to czynił, tak potężnie Pana Persanta po hełmie uderzył, że tamten na czworakach na ziemi się znalazł. I tak się ta sroga bitwa skończyła. Podobnie jak wpierw jego bracia i Pan Persant Pięknej Rączce się poddał i o zmiłowanie prosił. Na panny też żądanie chętnie mu Piękna Rączka życie darował i w zamian hołd jego i przysięgę wierności przyjął. A z Panem Persantem stu jego rycerzy przysięgło zawsze na wezwanie Pięknej Rączki się stawić.
Nazajutrz rano, kiedy Piękna Rączka z panną namiot Pana Persanta opuszczali, ów zapyta:
— Dokąd to, piękna panno, tego rycerza ze sobą wiedziesz?
— Panie — odrzekła — rycerz ten na odsiecz siostrze mojej do Zamku Niebezpiecznego podąża.
— Ach, ach — Pan Persant na to powie — toż ją przecie Krwawy Rycerz z Krwawych Błoni, największy z rycerzy na świecie, w oblężeniu trzyma. Bez litości to żadnej człek, a powiadają o nim, że siłę siedmiu mężów posiada. Niech Bóg cię przed nim, panie, chroni. Srogą on krzywdę pani tego zamku czyni, a szkoda to wielka, gdyż jedna to z najpiękniejszych niewiast na ziemi. A coś mi się zdaje, że ta tu oto panna siostrą jej przypada. Czyż nie Linetą cię zwą?
— Tak, panie — odrzecze ona — a siostra moja Damą Lionessą się zowie. A teraz, Panie Persancie z Inde, proszę cię, ażebyś tego tu młodego szlachcica rycerzem uczynił, aby z Rycerzem z Krwawych Błoni do walki stanąć mógł.
— Z całego serca to uczynię — Pan Persant odpowie — jeśli tylko rycerstwo z rąk tak prostego jak ja człeka przyjąć zechce.
Ale Piękna Rączka, podziękowawszy mu za dobre chęci, powiedział, że już to szczęście miał, iż go szlachetny Pan Lancelot na rycerza pasował. Potem, gdy mu Persant i panna zachować to w tajemnicy przyrzekli, wyjawił im, że naprawdę Panem Garetem z Orkadów jest, króla Artura siostrzeńcem, że Pan Gawain, Pan Agrawen i Pan Gaheris braćmi mu rodzonymi przypadają, on zasię najmłodszym z braci jest.
— A jednak — mówił — ani król Artur, ani Pan Gawain nie wiedzą jeszcze, kim jestem.
Mówi dalej opowieść, że owa pani, Dama Lionessa, w zamku swoim otrzymała była wiadomość o przybyciu siostry z młodym rycerzem i o tym, jak wszystkie niebezpieczne przejścia Pan Piękna Rączka przebył, jak czterech braci pokonał i Czarnego Rycerza zabił, jak Pana Kaja pognębił, z Panem Lancelotem wielką walkę stoczył i z rąk jego godność rycerza przyjął. Ucieszyła się ona wieściami tymi i zaraz przybyszom wino i przysmaki różne posłała, i prosiła młodziana, aby mężne serce i odwagę w sobie zachował.
Następnego dnia Piękna Rączka z Linetą znowu koni dosiedli i lasem pięknym jechali. A gdy na skraju jego stanęli, ujrzeli przed sobą zamek potężny i mnóstwo wkoło namiotów, i niebo nad tym gęstymi dymami zasnute.
Podjechawszy bliżej ku obozowisku, ujrzał Piękna Rączka trupy wielu dobrych rycerzy na drzewach wielkich wiszące. Około czterdziestu ich było, a każdy z nich tarczę swoją i miecz na szyi miał uwiązane. A byli to wszystko rycerze, którzy Damie Lionessie na pomoc przybiegli i pokonani przez Rycerza z Krwawych Błoni, tak haniebną śmiercią zginęli.
Podjechał potem Piękna Rączka z towarzyszką swoją do wałów obronnych i zobaczyli, jak były potężne. Wielu znacznych rycerzy czuwających na tych wałach ujrzeli. A z jednej strony, tuż za murami, morze widniało i na nim okręty i słychać było okrzyki marynarzy: „Ciągnij” i ”Ho-stój!”.
Nieopodal klon wysoki wyrastał. Na tym klonie róg wisiał olbrzymi, największy, jaki kiedykolwiek widzieli, z kła słoniowego uczyniony. Rycerz z Krwawych Błoni ten róg tam powiesił, chcąc, by każdy z błędnych rycerzy, który by walczyć z nim zamierzał, graniem rogu o tym go powiadomił. Prosiła panna Lineta Piękną Rączkę, żeby rogu tego nie ruszał, nim południe z nieba nie zejdzie. Bowiem powiadali ludzie, że siła Rycerza Krwawych Błoni co ranka ze słońcem rosła, póki wreszcie o południu sile siedmiu mężów nie dorównała.
— Fe, wstydź się panno miła — Piękna Rączka Linecie powie — takich rzeczy nie mów mi więcej, bo choćby najtęższym rycerzem na świecie całym on był, w pełni sił jego zmierzyć się z nim pragnę i zwyciężyć ze sławą albo śmierć rycerską w boju ponieść.
To powiedziawszy, ku drzewu klonowemu z koniem skoczył i w róg tak potężnie zadął, że obozowisko całe i zamek oblężony graniem się wypełniły.
Wówczas wyskoczyli rycerze ze swoich namiotów, a ci, co w zamku byli, na wały i do okien rzucili się patrzeć. Zasię Krwawy Rycerz z Krwawych Błoni pośpiesznie zbroję wdziewać na się zaczął. Dwóch baronów ostrogi mu przypinało, grabia rzemyki hełmu na głowie zaciągał. A wszystko, co tylko Krwawy Rycerz miał, zbroja jego, włócznia i tarcza jak krew szkarłatne były. Wreszcie rumaka szkarłatnego mu przywiedli i tak w dolinę niewielką, co u stóp zamku leżała, zjechał, aby wszyscy, oblegający i oblężeni, walkę oglądać mogli.
Spojrzał Pan Piękna Rączka w górę na okno zamkowe i Panią Lionessę w nim ujrzał, najpiękniejszą, zdało mu się, panią, jaką kiedykolwiek na świecie oglądał. Skłoniła mu się, z góry nań patrząc, a on stał z twarzą rozjaśnioną, oczu od tego okna odwrócić nie mogąc. Tak w jednej chwili ją pokochał i przysiągł sobie uwolnić ją lub zginąć.
— Dość już tego patrzenia, panie rycerzu — Rycerz z Krwawych Błoni nań zawoła — radzę ci, na mnie oczy swe zwróć i do walki się gotuj!
Wtenczas obaj, włócznie ująwszy, z całą siłą na siebie natarli. A tak potężnie każdy z nich w sam środek tarczy przeciwnika uderzył, że pękły od razu na koniach napierśniki, popręgi i na podogoniach rzemienie. Na ziemię obaj rycerze się zwalili i ogłuszeni, przez czas jakiś tak leżeli, a wszyscy, co na walkę ich patrzyli, myśleli, że obaj sobie karki skręcili. Wreszcie obaj jednocześnie powstali i tarczami się zastawiając, z mieczami w dłoniach, jak dwa lwy rozjuszone ku sobie skoczyli. Rąbnęli się wzajem po hełmach tak silnie, że każdy z nich w tył się zatoczył. Po krótkiej chwili, przyszedłszy do siebie, znowu miecze w ruch puścili, tak nimi siekąc, aż kawałki ich zbroi i tarcz odrąbane dokoła pryskały.
Południe minęło, a oni walczyli ciągle, ani na chwilę nie ustając. Wreszcie, kiedy im zupełnie tchu w piersiach zabrakło, przystanęli obaj, ciężko dysząc. Ledwo im oddech powrócił, znowu się na siebie rzucili i walczyli, aż pokąd na wieczorne modły nie zadzwoniono. Zasię nikt z patrzących na tę walkę powiedzieć jeszcze nie mógł, kto zwycięży. Potem jeden drugiemu zgodę na to dał, że spocząć mogą. Tedy obaj na dwóch kretowiskach, co tam w pobliżu jedno obok drugiego wyrastały, usiedli i sprzączki hełmów odpięli, ażeby im głowy chłodny wiatr owiał. Wówczas Pan Piękna Rączka oczy do góry podniósł i znów piękną panią Lionessę w oknie zobaczył. Tak mile nań spojrzała, że mu wraz serca przybyło i radość poczuł. Zaraz też na Rycerza z Krwawych Błoni zawołał, żeby się do walki ostatecznej gotował.
Sprzączki u hełmów zaciągnęli i znowu na siebie natarli. Nagle Rycerz z Krwawych Błoni strasznym cięciem krzyżowym miecz Panu Pięknej Rączce z ręki wytrącił, potem drugim ciosem tak po hełmie młodzieńca uderzył, że upadł Pan Piękna Rączka twarzą do ziemi. Zaraz zwalił się nań Rycerz z Krwawych Błoni, aby mu wstać już nie dać. A wtedy krzyknęła głośno panna Lineta i do Pięknej Rączki się odezwała, mówiąc, że zapłakała jej siostra, klęskę młodego rycerza widząc.
A kiedy to Pan Piękna Rączka usłyszał, z taką siłą z ziemi się porwał, że Rycerza z Krwawych Błoni z siebie strącił, sam zasię po miecz swój skoczył. Schwyciwszy go, jednym susem naprzeciw Krwawego Rycerza stanął i na nowo walczyć zaczęli. Ale teraz Pan Piękna Rączka razy swoje podwajał, a tak gęsto uderzał, że wkrótce nad przeciwnikiem górę wziął i na wznak go obaliwszy, sprzączki hełmu jego odpinał, aby mu cios śmiertelny zadać. Na to Rycerz z Krwawych Błoni o zmiłowanie zawołał.
Wspomniał Pan Piękna Rączka na trupy tylu rycerzy haniebnie powieszonych i powiada:
— Nie pozwala mi honor rycerski życia ci darować.
Wówczas podejdzie do Pięknej Rączki wielu grabiów, baronów i rycerzy zacnych i prosić zaczną, aby Rycerzowi z Krwawych Błoni życie darował i jeńcem go swoim uczynił.
Puścił go przeto, taki mu warunek dając, że do zamku pójdzie i pani Lionessie w niewolę się odda, a gdy ta przebaczyć mu chce, darowanym mu będzie życie, z tym że krzywdy, które tej pani i ziemiom jej wyrządził, wyrówna.
Przyrzekł Krwawy Rycerz z Krwawych Błoni wszystko, co mu Piekna Rączka rozkaże, uczynić, potem ze wszystkimi swymi grabiami i baronami hołd mu złożył i wierność przysiągł. Zaraz też do zamku poszedł i z panią Lionessą zgodę zawarł, po czym na dwór króla Artura pociągnął.
Tam opowiedział otwarcie, jak i przez kogo pokonanym został, opowiedział także o wszystkich walkach, jakie Pan Piękna Rączka od samego początku aż do końca stoczył.
— Na Boga! — zakrzykną na to król Artur z Panem Gawainem w zdumieniu wielkim — z nie byle jakiego rodu musi ten młodzik pochodzić, jeśli rycerzem tak wielkim się okazał.
Tylko Pan Lancelot zupełnie się nie zdumiał, wiedząc dobrze, kim był Piękna Rączka. Ale obietnicą związany, nic nie chciał rycerz powiedzieć, przyzwolenia młodzieńca na to czekając albo innego trafu, który by tajemnicę Pięknej Rączki wyjawił.
Wszakże Dama Lionessa wkrótce przez brata swego, Pana Gringamura, dowiedziała się, że jej zbawca synem królewskim jest, Panem Garetem z Orkadów, samego króla Artura siostrzeńcem. Tedy cześć swoją mu okazywała, zasię on jej swoją wzajem, a gdy się tylko razem znaleźli, mówili do siebie nader dwornie i twarze im jaśniały.
I pewnego razu przyrzekła pani Lionessa szlachetnemu rycerzowi, Panu Garetowi, że jego tylko przez wszystkie dni swojego żywota miłować będzie. A gdy to rycerz usłyszał, nie było nadeń szczęśliwszego człowieka na ziemi, bowiem od chwili, kiedy tę panią w oknie zamkowym ujrzał, taką do niej miłością rozgorzał, iż zdawało mu się czasem, że chyba rozum postrada.