tłum. Felicja Kruszewska

XXI. O Panu Galahadzie w Zamku Dziewic

W opactwie powitano Pana Galahada z radością wielką. Tam też rycerz noc spędził. Nazajutrz giermkowi, który mu tarczę krzyżem znaczoną przywiózł, godności rycerza udzielił. Wtedy o imię go zapytał i o to, z jakiego rodu pochodzi.

— Panie — giermek odrzeknie — Meliasem z Lile mnie zwą, duńskiego króla jestem synem.

— A więc, miły panie — Pan Galahad mu powie — ponieważ ze szlachetnego rodu pochodzisz, bacz, abyś godności rycerza w niczym nie uchybił, gdyż zwierciadłem cnót rycerskich być winieneś.

— Prawdziwie, dobrze rzekłeś, panie — Melias odrzeknie. — Przecie, skoroś mnie rycerzem uczynił, z prawa mi się należy, abyś pierwszej mojej godziwej prośbie nie odmówił.

— Prawda to — Pan Galahad przyzna.

Wówczas powiada Melias:

— Panie, ścierp to, abym ci w szukaniu Świętego Graala towarzyszył, aż do czasu, póki nas przygoda jaka nie rozłączy.

— Panie, zezwalam na to — Pan Galahad odrzeknie.

Przyniesiono więc Panu Meliasowi zbroję i włócznię i konia przyprowadzono. Potem dalej razem wyruszyli i przez cały tydzień tak bez żadnej przygody jechali.

Wreszcie, w poniedziałek to było, rankiem, opuściwszy opactwo jedno, gdzie noc spędzili, do dróg rozstajnych przybyli. A był tam napis na słupie: „Spójrzcie, błędni rycerze, którzy przygód rycerskich po świecie szukacie, na dwie te drogi, co się tu krzyżują. Strzeżcie się drogi, która w prawo prowadzi, albowiem tylko zacny człek i rycerz godny żyw z niej powróci. Zaś jeśli drogę, co na lewo wiedzie, obierzecie, ciężkiej próby dzielność wasza dozna, gdyż rychło z wrogiem się spotkacie”.

— Panie — Pan Melias do Pana Galahada się zwróci — jeśli zechcesz przystać na to, abym w lewo jechał, powiedz to, a drogę tę obrawszy, sił swoich wypróbuję.

— Lepiej będzie — Galahad mu odpowie — abyś nie jechał tą drogą, tak bowiem myślę, że łacniej niż ty dam sobie radę.

A na to Pan Melias:

— O nie, panie mój, proszę ciebie, pozwól mi z przygodą tą się zmierzyć.

— Tedy jedź w imię Boże — Galahad odpowie.

I tak pojechał Melias daleko poprzez las stary. Dwa dni przezeń jechał albo i dłużej, aż na jasną polanę natrafił. Tu, w zagrodzie pięknie z chrustu uplecionej, koronę zobaczył, w złocie misternie kowaną, na stołku leżącą. Zasię nieopodal obrus się rozścielał na ziemi, a na nim w obfitości wielkiej zastawione były dania znakomite. Strawy Pan Melias nie pragnął, ale szczerozłota korona podobała mu się bardzo, przeto schyliwszy się z konia, zabrał ją i dalej pojechał. A wnet rycerza pędzącego za sobą zobaczył i wołał nań ten rycerz, aby koronę nie swoją, którą był zabrał, z powrotem Melias na miejscu położył i do obrony się gotował.

Ucieszył się tej przygodzie świeżo pasowany rycerz i zaraz obaj przeciwnicy, największy rozpęd koniom dawszy, na siebie natarli. Przebił napastnik włócznią kolczugę i lewy bok Pana Meliasa i runął rycerz, bliski śmierci, na ziemię.

Wówczas tamten koronę wziął i odjechał, Pana Meliasa bez sił leżącego zostawiając.

Tymczasem trafem szczęśliwym Pan Galahad nadjechał i Pana Meliasa w niebezpieczeństwie śmiertelnym ujrzał, i powiedział:

— Ach, Meliasie, któż to cię ranił? Lepiej ci było inną drogą jechać.

A usłyszawszy go, rzeknie Pan Melias:

— Panie, na miłość Boga cię zaklinam, nie daj mi w tym lesie skonać, ale mnie do opactwa zawieź, które tu w pobliżu się znajduje.

— Uczynię to — Galahad odpowie — ale gdzie jest ów, co cię ranił?

A w tej chwili posłyszał Pan Galahad, jak ktoś krzyknął:

— Rycerzu, ze mną nie zaczynaj!

— Strzeż się, panie — Melias powie — ten ci to jest, który mnie bił.

Wówczas Pan Galahad zawoła:

— Przybywaj, panie rycerzu, na zgubę swoją!

I puścili się ku sobie, ile w koniach mocy. Ugodził Pan Galahad i rycerza włócznią, ramię mu przebił i z konia zwalił, ale i włócznię przy tym postradał, gdyż pękło drzewce pod ciężarem padającego. A tu i drugi rycerz z lasu się wynurzył i nim się Pan Galahad obrócić zdołał, na jego zbroi włócznię swoją złamał. Wówczas Pan Galahad miecza dobył i taki cios napastnikowi wymierzył, że ów do ucieczki się rzucił. Pan Galahad w pogoń za uciekającym się puścił, ale rychło do Pana Meliasa powrócił. Z konia zsiadłszy, rannego ostrożnie na rumaku przed sobą umieścił, potem na siodło się wspiął i Pana Meliasa w ramionach trzymając, do opactwa go zawiózł. Tam rannego rycerza pod opiekę mnichowi staremu oddał, a ten przyrzekł z ran go leczyć.

— A teraz jadę dalej — Galahad powie — gdyż wiele mam ja do czynienia. Wielu dziś dobrych rycerzy szukaniem Świętego Grala się trudzi i my też z tym tu oto rycerzem obaj Świętego Graala szukamy.

— Panie — rzeknie mnich — za swoje grzechy towarzysz twój rany te otrzymał. Dziwuję się też — do Meliasa się zwróci — jakeś się ważył wysoką godność rycerską na siebie brać, duszy swojej wpierw nie oczyściwszy. To sprawiło, że tak srodze cierpisz teraz. Bowiem owa droga, co na prawo wiodła, drogę wysoką oznacza, drogę Chrystusa Pana naszego i tych, co prawdziwie godny żywot pędzą. Zasię droga w lewo idąca drogą jest grzeszników i bezbożnych. A żeś pychą i zarozumiałością wiedziony na wyprawę szukać Świętego Graala wyruszył, za toś klęskę poniósł, albowiem cel ten błogosławiony nie inaczej, jak życiem cnotliwym osiągnąć da się. Pycha to na czele wszystkich grzechów śmiertelnych stoi, przez pychę Pana Galahada odjechałeś. A gdyś koronę złotą wziął, chciwością zgrzeszyłeś i kradzieżą. Ale ten tu oto Pan Galahad, rycerz Boży, dwóch rycerzy, co dwa grzechy śmiertelne w sercu twoim wyobrażali, pokonał, gdyż czystego jest serca.

— Galahadzie, panie mój — Melias powie — skoro tylko sił mieć będę, ażeby konia dosiąść, szukać ciebie pojadę.

— Niech ci Bóg zdrowie powróci — Galahad mu rzeknie.

Potem konia wziął i odjechał. Wiele odbył on potem podróży, to naprzód jadąc, to w tył się cofając, jak mu z przygody wypadło. Wreszcie na górze jednej się znalazł. A była tam kaplica stara, wpółrozwalona. Przed ołtarzem w niej ukląkł i Boga o dobrą radę prosił. A kiedy tak się modlił, głos usłyszał: „Jedź, rycerzu śmiały, do Zamku Dziewic i ukróć panujące tam złe obyczaje”. Usłyszawszy to, Pan Galahad Bogu podziękował i konia dosiadł. Pół mili nawet nie ujechawszy, ujrzał przed sobą w dolinie zamek potężny. Fosy głębokie pod murami jego biegły, a opodal jasna rzeka przepływała. A zwała się ta rzeka „Rzeką Srogą”. Tam też na brzegu rzeki spotkał Pan Galahad człeka dobrze już w latach podeszłego. A gdy pozdrowili się wzajem, zapytał rycerz, jak się ów zamek zowie.

— Miły panie — starzec mu odpowie — jest to Zamek Dziewic.

Rzeknie wówczas Pan Galahad:

— Przeklęty to zamek i przeklęci wszyscy, co z nim do czynienia mają. Wygnano bowiem z tego zamku litość wszelką, samo tylko okrucieństwo i krzywda ludzka tam mieszka.

— Dlatego też — tamten powie — radzę ci, panie rycerzu, zawróć stąd.

A na to Pan Galahad odrzeknie:

— Panie, z całą pewnością tego nie uczynię.

Potem broń i zbroję obejrzał, czy wszystko, jak należy, było, i tarczę przed siebie wysunął. A tu i siedem pięknych dziewic przed nim staje i mówią:

— Panie rycerzu, szaleństwo wielkie chcesz popełnić, rzekę masz przecie przed sobą.

— Dlaczego bym też rzeki przebyć nie miał? — Galahad odpowie.

I precz od nich odjechawszy, giermka spotkał, a ten mu mówi:

— Rycerzu, panowie tego zamku zabraniają ci dalej jechać, zanim nie dowiedzą się wpierw, czego żądasz.

— Miły panie — Galahad mu rzeknie — przybywam, aby złym obyczajom tego zamku kres położyć.

— Panie — ów giermek na to — jeśli przy tym obstawać idziesz, roboty ci nie zbraknie.

I do zamku wrócił. Zaraz potem wypadło stamtąd siedmiu rycerzy. Braćmi oni sobie byli wszyscy. A kiedy Pana Galahada ujrzeli, zakrzyknął:

— Rycerzu, broń się, gdyż śmierci tylko od nas spodziewać się możesz.

Wówczas Pan Galahad włócznię pochylił i pierwszego z brzegu na ziemię zwalił. Na to inni włóczniami w jego tarczę wszyscy naraz z taką siłą uderzyli, że pękły im włócznie. A wtedy Pan Galahad miecza dobył i tak potężnie na nich natarł, że aż dziw brał patrzeć na to. I tak ciosami miecza do ustąpienia z pola ich zmusił. Do zamku ich zapędził, a oni, zamek przebiegłszy, drugą bramą umknęli.

Wtedy wyszedł naprzeciw Galahada starzec jeden i rzekł mu:

— Panie, oto masz klucze tego zamku.

Pan Galahad bramy otworzył, a na podwórcu, w sieniach i w korytarzach tylu ludzi zobaczył, że i przeliczyć ich nie mógł. A wszyscy mówili:

— Panie, witaj nam. Długośmy tu czekali na nasze wyzwolenie.

Potem podeszła do niego niewiasta jedna szlachetnego rodu i rzekła:

— Panie, uciekli stąd źli rycerze, ale nocą powrócą i znów niegodziwości swoje zaczną.

— Cóż tedy chcesz, abym uczynił? — Galahad zapyta.

— Panie — rzeknie mu ona — zwołaj wszystkich rycerzy, którzy ziemie do tego zamku należące dzierżą. I każ im zaprzysiąc, że dawniej tu panujących obyczajów przestrzegać będą.

— Uczynię to — Pan Galahad odpowie.

Tedy róg mu z kości słoniowej, bogato złotem okuty, przyniosła i mówi:

— W róg ten zadmij, a o dwie mile stąd słychać go będzie.

Pan Galahad w róg zadął, potem na łożu usiadł spocząć. Wówczas przyszedł do niego ksiądz jeden i opowiedział mu o złych sprawach, co się na zamku działy, i o tym, dlaczego Zamkiem Dziewic on się nazywa.

— A zdarzyło się to tak — mówił. — Więcej niż siedem lat temu siedmiu braci tu przybyło i zamieszkali oni u księcia, co panem był tego zamku i całej tej okolicy. A kiedy ujrzeli oni córkę księcia, dziewicę piękną niezmiernie, zdradę nieszczerą między sobą uknuli. Księcia i syna jego najstarszego zamordowali, a wówczas dziewicą i wszystkimi skarbami zamku zawładnęli. A że silni byli, przymuszali wszystkich rycerzy temu zamkowi podległych, aby im byli powolni. I gnębili lud okoliczny bez litości żadnej, dobytek mu jego cały zabierając. A zdarzyło się, że jednego dnia powiedziała im córka księcia: „Wielkąście mi uczynili krzywdę, ojca mego i brata zabijając i zabierając ziemie nasze. Ale nie utrzymacie tego zamku przez długie lata, albowiem rycerz jeden was pokona”. Tak to im siedem lat temu przepowiedziała. „Dobrze — odpowiedzieli jej na to — skoro tak ma być, nigdy rycerz żaden ani niewiasta nawet koło zamku tego nie przejedzie. Chcąc czy nie chcąc, z nami zostać tu będą musieli albo zginą. Tak będzie, aż dopóki rycerz się nie zjawi, który nam zamek ten odbierze”. I nazwano ten zamek Zamkiem Dziewic, albowiem wiele panien zgubę tu swoją znalazło.

A tymczasem, gdy ksiądz opowiadanie swoje kończył, zebrali się już na zamku rycerze, którzy granie rogu posłyszeli. Kazał im Pan Galahad córce księcia hołd złożyć i wierność jej przysiąc i wielce serca ich wszystkich pokrzepił.

A na drugi dzień rano przybył jeden taki do Pana Galahada, co mu doniósł, że Pan Gawain, Pan Uwain i Pan Garet siedmiu złych braci zabili.

— Rad to słyszę — Pan Galahad odpowiedział. Potem zbroję wdział, konia dosiadł i Bogu poleciwszy tych, co w Zamku Dziewic zostawali, odjechał.