tłum. Felicja Kruszewska

XXIII. O kuszeniu Pana Percewala

Kiedy Pan Percewal pustelnię opuścił, ażeby Pana Galahada szukać, jechał, aż południe nadeszło. Wtedy w dolinie dwudziestu zbrojnych ludzi zobaczył. Ujrzawszy go, zapytali, skąd by był. Odpowiedział: „Z dworu króla Artura”. Wówczas zakrzyknęli wszyscy: „Zabić go!”. Na to Pan Percewal pierwszego z brzegu na ziemię koniem obalił. Zaraz siedmiu innych w tarczę jego uderzyło, a wszyscy jednocześnie, reszta konia mu ubiła i tak na ziemię runął.

Byliby go zabili albo do niewoli zabrali, gdyby w ten czas dobry rycerz, Pan Galahad, w szkarłatnej zbroi był nie nadjechał. A ujrzawszy, jak tylu rycerzy na jednego naciera, zawołał:

— Rozkazuję wam, rycerza tego oszczędźcie! — i runął na nich pochyloną włócznią, ile w koniu mocy.

Zaraz też jednego z koniem razem obalił, a że mu włócznia przy tym pękła, za miecz chwycił i razić nim zaczął na prawo i na lewo, aż dziw brał patrzeć na to. A za każdym razem to rycerza jakiego z konia strącił, to do cofnięcia się przymusił, tak że mu pola nie dotrzymali, ale do lasu uciekli, zaś on za nimi pognał. A kiedy Pan Percewal zobaczył, jak Pan Galahad rycerzy owych ściga, zasmucił się wielce, że konia nie miał, poznał bowiem, kto jego wybawcą był. I zawołał głośno:

— O, miły rycerzu, nie oddalaj się, abym ci mógł podziękować, gdyż wiele uczyniłeś dla mnie.

Ale Pan Galahad odjeżdżał tak szybko, że wkrótce z oczu znikł. Ruszył Pan Percewal pieszo za nim, jak mógł najprędzej. Niedługo tak szedł, gdy wieśniaka spotkał. A jechał ten wieśniak na szkapie, zasię rumaka czarnego za uzdę ze sobą prowadził i miał ten rumak sierść czarniejszą niż futro niedźwiedzia.

— Miły przyjacielu — Pan Percewal rzeknie — wszystko, co zechcesz, uczynię, jako rycerz prawdziwy na każde twoje zawołanie stanę, tylko mi tego czarnego rumaka pożycz, abym mógł rycerza dopędzić, który przede mną jedzie.

— Panie rycerzu — wieśniak odpowie — wybacz mi, proszę, ale tego nie mogę uczynić. Wiedz bowiem, że należy ten koń do człowieka, który zabije mnie, jeślibym rumaka tego tobie albo komu innemu pożyczył.

— Biada mi! — Pan Percewal zawoła. — Nie mógłbym już większego doznać strapienia, jak to, że tamtego rycerza z oczu stracę.

— Panie — mówi wieśniak — żal mi cię bardzo. Pasowałby ci koń taki zacny, ale nie śmiem ci go dać, chyba że mi go siłą zabierzesz.

— Tego nie uczynię — Pan Percewal odpowie.

I tak się rozstali. Pan Percewal pod drzewem usiadł i żałość go chwyciła nad miarę wielka. A tu wieśniak powraca, co sił szkapę do biegu przynaglając, i Pana Percewala pyta:

— Czy nie widziałeś, panie, rycerza, który na czarnym moim rumaku jechał? Siłą mi go odebrał, a teraz zabije mnie mój pan, gdziekolwiek mnie znajdzie.

— Cóż tedy chcesz, abym uczynił? — Pan Percewal odpowie. — Widzisz przecie, że pieszo jestem, ale gdybym konia dobrego dostał, wnet bym rabusia do powrotu zmusił.

— Panie — wieśniak mu rzeknie — weź oto szkapę moją, skoro innej rady nie ma, a ja pieszo za tobą podążę, ażeby ujrzeć, jak ci się powiedzie.

Siadł tedy Pan Percewal na ową szkapę i pognał, co było w niej siły. Wreszcie zobaczył rycerza na rumaku czarnym jadącego i zawołał nań, aby się wrócił. Zawrócił ów rycerz z włócznią nastawioną i szkapę biedną w sam środek piersi ugodził. Zaraz martwa na ziemię padła. Runął Pan Percewal z nią razem, zasię tamten dalej pojechał. Natenczas Pan Percewal w wielkim gniewie zawoła:

— Nie umykaj, podły rycerzu, tchórzu z sercem nieszczerym! Zawróć i pieszo ze mną walcz!

Ale tamten nic nie odpowiedział i dalej jechał. Widząc, że wrócić nie zamierza, Pan Percewal hełm i miecz na ziemię rzucił i pomyślał w strapieniu wielkim, że najnieszczęśliwszym jest chyba spośród wszystkich rycerzy.

Przez dzień cały w żałości tak trwał, aż wieczór przyszedł. Wtedy strudzony na ziemi legł i spał do północy. A wówczas zbudził się i ujrzał przed sobą niewiastę jakowąś, a ta, nie pozdrowiwszy go nawet, ostrym głosem mu rzeknie:

— Panie Percewalu, zaczekaj tu na mnie, a przyprowadzę ci konia, który zaniesie cię, dokąd tylko zapragniesz.

Wkrótce też powróciła, konia za sobą wiodąc jak noc czarnego. Kiedy go Pan Percewal zobaczył, zdziwił się, że taki wielki był ten rumak i rząd tak piękny miał na sobie. Nie rozmyślając wiele, śmiało na siodło wskoczył i rumaka ostrogami ubódł. Pognał drogą przez las, a księżyc jasno świecił.

Nie minęła godzina, a już go czarny rumak tak daleko poniósł, że na innym koniu i w cztery dni tamtędy by nie zajechał. Nad wodę go przyniósł, co pieniła się i huczała w dole głębokim. I byłby razem z Panem Percewalem w tę wodę burzliwą skoczył, ale lęk zdjął rycerza i krzyżem się świętym przeżegnał. Wówczas rumak Pana Percewala z siebie zrzucił, zasię sam w wodę wpadł, jęki i ryki straszne z siebie wydając, a woda zagotowała się wkoło, jakbyś w nią żaru nasypał.

Pojął wtedy Pan Percewal, że ów rumak diabłem był, który go na zatratę niósł.

Tedy Bogu się polecił, Pana naszego prosząc, ażeby go od pokus szatańskich strzegł.

Tak przez noc całą aż do świtu się modlił. A kiedy rozwidniało się, zobaczył, że jest na szczycie góry dzikiej, morzem dokoła zamkniętej. Ani śladu ziemi nie dojrzał, której widok byłby go pocieszył. Rozglądając się po morzu, okręt dostrzegł, który ku niemu wprost żeglował. A był to okręt po wierzchu i od środka cały białą tkaniną jedwabną pokryty. Na pokładzie okrętu starzec stał, a jakby ksiądz w komżę był on odziany.

— Panie — Pan Percewal rzeknie — witaj!

— Niech Bóg czuwa nad tobą — starzec mu odpowie — skąd też jesteś?

— Panie — mówi rycerz — jam z króla Artura dworu rycerz Okrągłego Stołu, Świętego Graala po świecie szukający. W srogich się oto znalazłem opałach i nigdy już chyba z tej pustyni się nie wydobędę.

— Nie wątpij — starzec mu rzeknie — a jeśliś tylko rycerzem szczerym, jako zakon wasz rycerski przykazuje, i serce masz czyste, możesz nie lękać się wroga.

— Ktoś ty? — Pan Percewal zapyta.

— Panie — starzec odpowie — z obcego jam kraju, a przybyłem tu, ażeby cię pocieszyć i przed wielką walką, która cię czeka, ostrzec.

— Z kimże to — Pan Percewal zapyta — mam walczyć?

— Z najpotężniejszym szermierzem świata — starzec odrzeknie. — Ale jeśli mu dostoisz, włos ci z głowy nie spadnie, choćbyś zwyciężonym na pozór był i wstydem w oczach ludzkich okrytym się sądził.

Potem starzec na pokład wszedł i zaraz z całym okrętem sprzed oczu Pana Percewala zniknął. I nie wiedział rycerz, gdzie by się podział.

Aż do południa Pan Percewal na górze dzikiej zostawał, a o południu znowu okręt zobaczył, który tak szybko po morzu płynął, jakby go wszystkie wiatry świata pędziły. Popod skałę on przypłynął, na której Pan Percewal siedział. A gdy zbiegł rycerz na brzeg, wówczas zobaczył, że był to okręt jedwabiem cały pokryty, tak czarnym, że i na marach czarniejszego nie znajdziesz. A na okręcie panią ujrzał; piękna była ona bardzo i odziana wspaniale, jak nikt chyba na świecie. Zaś Pana Percewala ujrzawszy, rzekła:

— Któż to cię na tę pustynię przywiódł, skąd nigdy już chyba nie wyjdziesz? Z głodu tutaj zginiesz albo cię zła przygoda spotka.

— Panno — Pan Percewal jej odpowie — największemu ja Panu na ziemi służę i tak myślę, że do śmierci mojej On nie dopuści. Albowiem otworzone będzie temu, kto kołata, i otrzyma ten, kto prosić będzie, a nie skryje się Pan przed człowiekiem, który Go poszukuje.

A na to panna:

— Z głębokiego lasu przybywam. A spotkałam tam rycerza w zbroi szkarłatnej, który białą tarczę miał.

— O, panno — Pan Percewal zawoła — rad byłbym wielce rycerza tego spotkać!

— Panie — panna powiada — jeśli mi na wiarę rycerską przyrzekniesz, że spełnisz moją wolę, kiedy tego od ciebie zażądam, do rycerza tego cię zawiozę.

— Zgoda — Pan Percewal odpowie — obiecam ci, że wolę twoją spełnię. Ale ktoś jest, że mi tak wielką uprzejmość świadczysz?

— Jestem — mówi ona — niewiastą szlachetnego rodu, z dziedzictwa swego wyzutą. A byłam kiedyś najbogatszą panią na świecie.

— Panno — Pan Percewal zapyta — kto ci dziedzictwo wydarł? Pytam, bo żal mi cię bardzo.

— Panie — ona odpowie — przebywałam ja niegdyś z Kimś najpotężniejszym na świecie całym. Piękną On mnie uczynił i świetlistą, tak żem ponad wszystkie inne jaśniała. A taka byłam pyszna z tej mojej wielkiej piękności, bardziej pyszna, niż należało, żem Mu słowo jedno rzekła, które Go rozgniewało i nie chciał ścierpieć mnie dłużej przy sobie. Z dziedzictwa mego mnie wygnał i wywłaszczył, i nigdy już nie miał dla mnie litości ani dla tych, co do mojej rady i do dworu mojego należą. A ponieważ tak mi się zdarzyło, panie rycerzu, za to ja i moi dworzanie odebraliśmy Mu wielu ludzi, aby naszymi ludźmi byli. A o nic mnie oni nigdy prosić nie potrzebują, sama daję im, czego żądają, i więcej jeszcze. I dlatego też ja i ci, co mnie służą, wojnę z Nim prowadzimy w nocy i we dnie. A kiedy tylko o rycerzu jakim dobrym i człeku poczciwym zasłyszę, zaraz na swoją stronę przeciągnąć go się staram. A że wiem, iż dobrym rycerzem jesteś, o pomoc cię proszę, a że do Bractwa Okrągłego Stołu należysz, nie powinieneś odmówić niewieście szlachetnej, z dziedzictwa swego wyzutej, która o pomoc cię błaga.

Wówczas przyrzekł jej Pan Percewal pomoc wszelką w miarę sił swoich. Podziękowała mu za to mile, ponieważ zaś skwar się o tej porze dnia uczynił, rozkazała jednej z dwórek swoich namiot przynieść. Przyniosła go tedy dwórka i nad żwirem nabrzeżnym rozpięła. Tam to Pan Percewal upał dnia przespał, a kiedy się przebudził, znalazł przed sobą stół pięknie nakryty i potrawami mnogimi zastawiony, a nie brakło tam niczego, o czym by tylko zamarzyć mógł. Tedy jadł i wino pił, i zdawało mu się, że nigdy jeszcze tak mocnego wina nie pił. Do głowy mu ono uderzyło warem gorącym i podochocił był sobie rycerz więcej, niż to człekowi obyczajnemu przystało. A co na niewiastę ową spojrzał, to widziała mu się najcudniejszą z istot, jakie kiedykolwiek był oglądał.

A ona, widząc, że się rycerz snem i jadłem pokrzepił, rzeknie mu:

— Panie Percewalu, wiedz o tym, iż żądania twego nie spełnię wcześniej, nim nie przysiężesz mi, że od tej chwili sługą moim wiernym zostaniesz i tylko to czynić będziesz, co ci rozkażę. Czy zaręczasz mi to jako rycerz prawy?

Już miał jej Pan Percewal wszystko obiecać, kiedy przypadkiem (łaska widać Boża to sprawiła) na miecz swój spojrzał, który obnażony na ziemi leżał. A miał ten miecz krzyż czerwony na rękojeści. Wówczas wspomniał Pan Percewal na rycerską godność wysoką i na przestrogę, którą niedawno od świątobliwego starca był otrzymał, i znak krzyża świętego na czole swoim nakreślił. Wówczas runął namiot na ziemię i w dym i w czarną chmurę się zamienił.

Przeraził się Pan Percewal i wielkim głosem krzyknął:

— O, miły, słodki Ojcze, Jezu Chryste, od hańby mnie chroń! Byłbym zginął, gdyby nie łaska Twoja.

Potem na okręt spojrzał i ujrzał, jak panna tam wchodziła. Ona zaś rzekła:

— Panie Percewalu, zdradziłeś mnie.

I odpłynęła z wiatrem, który wył i skowytał, i zdawało się, że woda wokół okrętu się gotuje.

Wówczas wielka żałość Pana Percewala chwyciła, miecz swój do piersi przycisnął, mówiąc:

— Ponieważ sługą jestem swego ciała, ukarzę ciało moje.

I w udo głęboko się zaciął, aż krew trysnęła.

— O, dobry Boże — rycerz rzeknie — weź moją krew, niech okupem będzie za to, żem przeciw Tobie wykroczył, Panie mój.

Potem zbroję na siebie wdział i nędznikiem siebie nazywając, mówił:

— Jakże bliski zguby byłem, a gdybym diabłu dał się skusić, godność rycerza i prawego człeka na zawsze bym utracił, bo kto raz te rzeczy utraci, nigdy ich już nie odzyska.

A gdy tak biadał, ujrzał jako od wschodu ten sam co rankiem okręt nadpływa, a na nim starzec świątobliwy. Wówczas rycerz szlachetny taki wstyd poczuł, że zemdlony na ziemię upadł.

A kiedy się ocknął, nieśmiało do starca podszedł i pozdrowił go. I zapyta go starzec:

— Coś uczynił, odkąd cię opuściłem?

— Panie — Pan Percewal mu odpowie — była tu niewiasta jedna wysokiego rodu, która mnie do grzechu śmiertelnego przywiodła.

I opowiedział starcowi, jak kuszony przez nią był.

— Nie znałeś tej dziewicy? — starzec zapyta.

— Nie, panie — rycerz odrzeknie — ale wiem dobrze, że diabeł ją tu przysłał na hańbę moją.

A na to starzec:

— O, dobry rycerzu, niewiasta ta wysokiego rodu panem piekieł była, najpotężniejszym szermierzem, z którym do walki stanąć musiałeś, tym, który by cię zwyciężył, gdyby nie łaska Boga nad tobą. A teraz na baczności się miej, Panie Percewalu. Niech ci to zdarzenie jako nauka w pamięci zostanie.

To powiedziawszy, znikł starzec, zasię Pan Percewal broń swoją wziął, na okręt wszedł i tak z miejsca tego się oddalił.