Kiedy Pan Bors miasto Vagon był opuścił, spotkał na drodze zakonnika wierzchem na ośle jadącego. Tedy go pozdrowił. Ów zaś poznał od razu, że rycerza błędnego ma przed sobą, jednego z tych, co Świętego Graala szukać po świecie wyruszyli, i zapytał:
— Kim jesteś?
— Panie — Pan Bors odpowiedział — jestem rycerzem, który chętnie radę dobrą by posłyszał, jak Świętego Graala znaleźć, ten bowiem, co go znajdzie, sławą się wielką okryje na ziemi.
— W istocie — zakonnik rzecze — tak będzie, gdyż największym rycerzem świata on zostanie i najgodniejszym z braci rycerskiej. Ale wiedz też o tym, że ten tylko cel ów osiągnie, kto serce ma czyste i żyje poczciwie.
I tak razem dalej jechali, aż do pustelni jednej. Wówczas poprosił pustelnik Borsa, ażeby tam z nim razem noc całą spędził. Tedy Pan Bors z konia zsiadł i zbroję zdjąwszy, prosił świątobliwego starca, aby go wyspowiadać zechciał. Poszli więc obaj do kaplicy i Pan Bors duszę swoją z grzechów oczyścił. Potem razem chleb i wodę spożywali.
— A teraz proszę cię — zakonnik powiada — abyś już innego chleba nie jadł, dopóki za stołem nie zasiądziesz, na którym Święty Graal znajdować się będzie.
— Zgadzam się na to, panie — Pan Bors odpowie — ale skąd wiesz, że tam zasiądę?
— Wiem to — starzec rzeknie — ale niewielu z twoich towarzyszy z tobą za onym stołem się znajdzie.
A Pan Bors na to:
— Wszystko, co Bóg mi ześle, wdzięcznym sercem przyjmę.
Na znak pokuty starzec z Pana Borsa koszulę zdjął i przyoblekł go w kaftan szkarłatny. A czyniąc to, ujrzał z podziwem, jak krzepkim i zdrowym było ciało rycerza, przeto pomyślał, że na pewno zdrowym i twardym było także jego życie.
Potem Pan Bors zbroję wdział i pożegnawszy zakonnika, dalej ruszył. Dzień czy dwa przed siebie tak jechał, wreszcie koło południa na rozstaju dróg dwóch rycerzy zobaczył. A prowadzili ze sobą pojmanego brata Pana Borsa, Lionela, ręce mu na piersiach skrępowawszy i nieszczęsnego do końskiego grzbietu przytroczywszy. A każdy z nich więź gałęzi cierniowych w ręku trzymał i cierniami tymi jeńca swego raz po raz uderzali tak silnie, że krew z jego ciała więcej niż stu strumykami broczyła. Ten zasię, mężem odważnego serca będąc, ani słowa nie przemówił i cierpiał zadawane sobie męki, jakby bólu żadnego nie czuł. Ujrzawszy to, Pan Bors już gotował się na odsiecz bratu skoczyć, aliści w drugą stronę spojrzawszy, zobaczył, jak rycerz jakiś pannę piękną w leśną gęstwinę uwozi, gdzie by go niełatwo pogoń odnaleźć mogła.
A już dostrzegła ta panna, że Pan Bors nadjeżdżał, poznała, że rycerzem jest Okrągłego Stołu, i wraz nadzieję powzięła ratunku. Toteż zaklinać go zaczęła na wierność, którą był panu swemu przyrzekł, w służbę się jego zaciągając, na powinność zakonowi rycerskiemu należną i na rycerską jego dla króla Artura miłość, aby jej w niedoli srogiej dopomógł.
A słysząc jej szlochanie, Pan Bors zatroskał się wielce, nie wiedząc, co począć. „Gdyż — mówił sobie — jeśli brata mego w tej przygodzie opuszczę, zabiją go, a do tego za nic na świecie dopuścić bym nie chciał. Jeśli zaś dziewicy tej w biedzie nie dopomogę, hańbą się na zawsze okryję”. I podniósłszy oczy do nieba, płacząc, zawołał:
— Miły Panie, Jezu Chryste, którego lennikiem jestem, strzeż brata mojego, Lionela, aby go tamci rycerze nie zabili, a ja dla miłości Świętej Panienki dziewicy tej z pomocą pośpieszę.
I na rycerza uwożącego pannę ruszył, wołając:
— Panie rycerzu, puść tę panienkę, inaczej trupem legniesz.
Na to ów rycerz pannę z konia zsadził i miecza dobył. Ale Pan Bors taki mu cios zadał, że go wnet na ziemi rozciągnął. A tu i rycerzy dwunastu nadjeżdża, którzy na odsiecz pannie śpieszyli, a ta zaraz im opowiada, jak ją Pan Bors od napastnika uwolnił. Tedy wielce radzi mu byli i prosili, ażeby razem z nimi do ojca tej panny, pana możnego, jechał. Ale Pan Bors pilniejszą sprawę przed sobą miał i zwłóczyć nie mógł, przeto Bogu ich poleciwszy, odjechał brata swego ratować.
Po śladach kopyt w trop za prześladowcami Lionela ruszył. Długo ich tak szukał. Wreszcie, kiedy człeka jakowegoś w szatach zakonnych po drodze mijał, ten mu powiedział, że Lionel już nie żyje. I pokazał mu trupa w gęstwinie leżącego, który się Panu Borsowi całkiem trupem Lionela widział. Wówczas taka żałość chwyciła rycerza, że zemdlony na ziemię upadł i przez długi czas tak leżał. A gdy przyszedł do siebie, powiedział:
— Miły bracie, ponieważ już nigdy z tobą na tej ziemi nie będę obcował, nigdy już radości moje serce nie zazna. Niech Ten, któregom sobie za Pana obrał, pomocą mi będzie.
To powiedziawszy, zwłoki w ramionach lekko uniósł i na łęku siodła złożył, i tak do starej kapliczki je zawiózł, a tam w grobie marmurowym pochował. Potem, kapliczkę opuściwszy, przed siebie aż do wieczora jechał. Wieczorem do pustelni jednej, pod lasem leżącej, przybył. A tam znalazł niespodziewanie brata swojego, Lionela, który w pełnej zbroi przed drzwiami kaplicy siedział. Albowiem był ten Lionel wcale życia nie postradał, diabeł to tylko Pana Borsa oszukał, trupa mu rzekomo bratowego w gęstwinie ukazując, gdyż chciał on w błąd rycerza wprowadzić i myśl jego odwieść od błogosławionej przygody — Świętego Graala szukania.
Ujrzawszy, że brat jego żyje, Pan Bors tak mu się uradował, że aż dziw brał na samo radości tej opisanie. Potem z konia zsiadł i powiedział:
— O, miły, słodki mój bracie, kiedyś tu przybył?
Zasię Lionel, na Borsa spoglądając, mówi:
— Ach, Borsie, nie masz się co tak miłością braterską chwalić. O mało, a byłbyś do śmierci mojej dopuścił. Kiedyś widział, jak dwóch rycerzy ze sobą mnie wlekło, jak mnie bili, tyś mnie niebezpieczeństwie śmiertelnym zostawił, ażeby pannie z pomocą śpieszyć. Nigdy jeszcze dotąd brat bratu takiej nieszczerości nie okazał. A nie inna też odpłata za ten czyn twój niegodny, tylko śmierć z mojej ręki ciebie czeka, dobrześ sobie bowiem na nią zasłużył. Odtąd też na baczności się miej, a wrychle ci to będzie potrzebne, skoro tylko za broń pochwycę.
Kiedy pojął Pan Bors, że brat jego naprawdę takim gniewem przeciw niemu zapłonął, na ziemi ukląkł i o litość zawołał. Obie ręce do Lionela wyciągnął i prosił go, aby mu jego winę darował. Ale Lionel litości mu nie okazał i Bogiem się klął, że brata swego zabije. Zaraz też po konia swego poszedł, a dosiadłszy go, do Borsa podjechał i mówi:
— Strzeż się mnie, Borsie, albowiem tak z tobą postąpię, jakbym ze zdrajcą wiarołomnym postąpił, ty, rycerzu najbardziej nieszczery, jaki kiedykolwiek z zacnego domu ojca naszego, króla Borsa z Ganisu, wyszedł.
Widząc, że musi śmierć ponieść albo z bratem swoim walczyć, Pan Bors nie wiedział, co począć. Wówczas poradziło mu serce, ażeby walki nie przyjmował, tym bardziej że Lionel starszym bratem mu przypadał, tedy winien mu był Pan Bors poważanie. Ukląkł więc znowu u nóg Lionelowego konia i powiedział:
— Miły, słodki bracie, miej litość nade mną i nie zabijaj mnie. Wspomnij na wielką miłość, która nas obu łączyć powinna.
Ale Lionel nie zważał na to, co Pan Bors mówił, bowiem diabeł wolę jego opętał i do bratobójstwa go pchał. Toteż kiedy zobaczył, że Pan Bors pojednania tylko pragnie i do walki nie stanie, na klęczącego koniem ruszył. A tak silnie koń Pana Borsa kopytami stratował, że rycerz z bólu omdlał.
Ujrzawszy to, Lionel z siodła zeskoczył, ażeby głowę Panu Borsowi uciąć. Za hełm leżącego chwycił i byłby mu go z głowy zdarł, gdyby w tejże chwili pustelnik nie nadbiegł, świątobliwy i stary wielce. A słyszał on był każde słowo, które między braćmi padło, i Pana Borsa ciałem swoim zasłonił. Potem do Lionela powiada:
— O, miły rycerzu, miej ty litość nade mną i nad bratem swoim. Zabijając go, śmiertelny grzech popełnisz, czego tym bardziej żałować by wypadło, że jednym z najzacniejszych na świecie rycerzy on jest i jednym z najbardziej krzepkich.
— Tak mi dopomóż Bóg — Lionel zawoła — jeśli stąd, panie księże, nie uciekniesz, ciebie zamiast niego zabiję.
— Prawdziwie — starzec odpowie — wolej byś mnie zabił, albowiem życie tego rycerza dwa razy więcej niż moje jest warte.
— A więc zgoda — Lionel powiada i miecz chwyciwszy, tak nim pustelnika uderzył, aż zwisła do tyłu odcięta głowa.
Ale i to nawet nie powstrzymało Lionela od chęci zbrodniczej. Znów za hełm Pana Borsa ujął i sprzączki jego odpinał, aby głowę bratu odrąbać. I niechybnie byłby go zabił, ale Bóg to zrządził, że Pan Kolgrewans, rycerz Okrągłego Stołu, tamtędy nadjechał. I zobaczył przybyły najpierw starca zabitego, potem, jak Lionel brata swojego zabija. A znał Pan Kolgrewans i miłował wielce Pana Borsa. Tedy z konia zeskoczył i Lionela za ramiona chwyciwszy, od Pana Borsa odciągnął, mówiąc:
— Lionelu, chcesz brata swojego zabić, jednego z najzacniejszych na świecie rycerzy? Na to żaden ludzki człek nie pozwoli.
— Co? — Pan Lionel zawoła. — Chcesz mi w tym przeszkodzić? Jeśli się do naszej zwady mieszać będziesz, zabiję i ciebie, a jego potem.
I znów z mieczem wzniesionym do Pana Borsa skoczył i byłby mu głowę rozpłatał, ale Pan Kolgrewans pomiędzy nimi stanie i powiada:
— Jeśli raz jeszcze ośmielisz się to uczynić, ze mną będziesz miał sprawę.
Wówczas Pan Lionel do walki stanął i potężnym ciosem Pana Kolgrewansa po hełmie uderzył. Zasię Pan Kolgrewans miecz z pochwy wyrwał, a że tęgim był rycerzem, bronił się mężnie. Tak długo trwała ich walka, że wreszcie Pan Bors, z omdlenia się ocknąwszy, z trudem głowę uniósł. I zobaczył, jak dobry rycerz, Pan Kolgrewans, z bratem jego o jego sprawę walczy. Wówczas zasmucił się wielce i zatrwożył i chciał wstać, ażeby ich rozdzielić. Ale sił tyle w sobie nie znalazł, żeby się na nogach utrzymać, i z ziemi patrzeć musiał, jak Panu Kolgrewansowi coraz to gorzej się wiodło, gdyż Pan Lionel nader zręcznym był szermierzem i do tego zuchwałym wielce. Niczego się też już nie mógł Kolgrewans spodziewać prócz śmierci, kiedy ujrzał, jak Pan Bors powstać usiłuje. Tedy zawoła:
— Ach, Borsie, chodź i z niebezpieczeństwa śmiertelnego mnie wybaw, w którym się znalazłem, ażeby ciebie ratować, kiedyś bliski już śmierci był.
Usłyszawszy to, Bors powstał i hełm nałożył, zasię widząc zwłoki zakonnika, srogi lament czynił. A tu Lionel tak potężnie Kolgrewansa raził, że go na ziemi rozciągnął. Kolgrewansa zabiwszy, na brata swojego, jak człek przez diabła opętany, się rzucił. Zaraz też cios mu tak silny wymierzył, że pochylił się Pan Bors i pokory pełen, na miłość Boską go zaklinał, aby walki tej poniechał. Ale nie chciał Lionel na to przystać. Wtedy Pan Bors, płacząc, miecz swój z pochwy wyjął i powiedział:
— Miły bracie, Bóg widzi moje chęci! Ach, bracie, dość już złego dziś uczyniłeś, świętego księdza zabijając, który nigdy grzechu nie popełnił. Także i rycerza poczciwego, jednego z towarzyszy naszych, zabiłeś. Wiedz i to, że niewiele ja się ciebie lękam, ale gniewu Bożego się boję. Niegodziwa to jest walka, oby przeto Bóg cud nad nami obydwoma uczynić zechciał. A teraz, Boże, zmiłowanie nade mną miej, chociaż przeciw własnemu bratu życia bronić muszę.
To powiedziawszy, Bors rękę podniósł i byłby Lionela uderzył, ale w tej samej chwili głos usłyszał:
— Nie dotykaj go, Borsie, i uciekaj.
Zaraz też obłok w postaci ognia między obu nich spłynął, tak że tarcze obu rycerzy wraz spłonęły. Wówczas przerazili się bardzo i na ziemię upadli, i przez długi czas w omdleniu leżeli. A kiedy do siebie przyszli, ujrzał Bors, że brat jego żadnego szwanku nie poniósł, a więc Bogu zaczął dziękować, gdyż obawiał się był, że pomsta Boża Lionela dosięże. Natenczas znowu głos posłyszał:
— Borsie, oddal się stąd i z bratem twoim więcej nie przestawaj, ale prosto nad morze jedź, gdzie Pana Percewala znajdziesz.
I tak Pan Bors z Lionelem się rozstał i najbliższą drogą nad morze pojechał. Tam przy brzegu okręt znalazł, cały białym brokatem obity. Z konia zsiadłszy, na ów okręt wstąpił, zasię ten na morze zaraz wypłynął, a tak prędko po fali się niósł, jakby powietrzem fruwał. Na pokładzie Pan Bors rycerza leżącego spostrzegł. W pełnej zbroi ten rycerz był, bez hełmu tylko na głowie. Wówczas Pana Percewala w nim poznał. Uradowali się wielce z tego spotkania obaj rycerze, aż dziw brał na ich radość patrzeć. Potem Pan Bors Panu Percewalowi opowiedział, jak się na okręt ten dostał i na czyje zlecenie to się stało.
I tak morzem płynęli, czasem w tył, czasem w przód fale ich niosły, a oni pocieszali się wzajem, a często razem się modlili. Pewnego razu powiedział Pan Percewal:
— Oto niczego nam tu nie brak, jedno tylko: Galahada, dobrego rycerza, nam nie dostaje.