W czasie godów obchodzonych na pamiątkę Narodzenia Chrystusa Pana wielu na dworze królewskim zebrało się rycerzy. Co dzień też gry rycerskie urządzano. Zasię Pan Lawen tak dzielnie wówczas w szrankach się potykał, że mało kto zręcznością mógł mu dorównać. Toteż raz po raz pierwszym go obwoływano i mówili powszechnie rycerze, że w najbliższą niedzielę Zielonych Świąt do Bractwa Okrągłego Stołu przyjętym będzie.
Ale Pan Lancelot w pomniejszych gonitwach udziału nie brał, obiecując na wielkim turnieju dopiero wystąpić. Tedy po Bożym Narodzeniu król Artur zwołał do siebie rycerzy i uradzono wielką zabawę rycerską z turniejem wspaniałym wpodle Westminsteru w dniu Panny Marii Gromnicznej urządzić. Uradowało się tym szczerze wielu rycerzy i zaraz pilnie sposobić się zaczęli, aby w jak najlepszym stanie móc w owym dniu w szrankach wystąpić. Zasię królowa Ginewra, Pana Lancelota do siebie przywoławszy, rzekła mu:
— Na tym turnieju, co się odbyć ma, z moim znakiem na hełmie wystąpisz. A dam ci od mojej szaty rękaw złocisty. Przeto proszę cię, panie, jeślim ci miła, do walki pilnie się sposób, aby o sławie twojej głośno potem mówiono.
— Pani — Pan Lancelot jej odpowie — uczynię tak.
A kiedy przyszła pora, powiedział rycerz Panu Borsowi, że pojedzie, Pana Lawena tylko ze sobą biorąc, do pustelni jednej w windsorskim lesie, gdzie dobry pustelnik, Pan Brastias, mieszkał, tam bowiem zamierza czas jakiś w spokoju przepędzić, ażeby potem do turnieju wypoczętym stanąć.
Zasię wymknęli się oni z Panem Lawenem ze dworu tak cicho, że nikt prócz najbliższych Pana Lancelota krewnych nie wiedział, co się z rycerzem stało. A bądźcie pewni, że jak najlepszego u pustelnika doznał Pan Lancelot przyjęcia. Co dnia nad źródełko, co tam w pobliżu tryskało, chodził i w trawie leżąc, patrzył, jak się bąbelki lekuchne na wodzie pluskającej wzdymają. Nieraz i sen go tam chwycił.
Zasię w owym czasie pani jedna w lesie tym przebywała. A łowczyni z niej była nie lada. Co dnia na łowy się wyprawiała, a nigdy mężczyzn, zawsze niewiasty tylko ze sobą biorąc. A władały owe niewiasty łukami nader sprawnie i łanię, czy to w kniei, czy w polu, umiały ustrzelić. A wyjeżdżały one w las w łuki i strzały zbrojne i rogi miały ze sobą, i noże myśliwskie, także i psy zacne.
Owóż zdarzyło się, że ta pani, łowczyni wielka, łanię ścigała, za głosem psów swoich zdążając. Łania, utrudzona już wielce, źródełka dopadła, gdzie Pan Lancelot śpiący spoczywał, i przez dłuższą chwilę jak bez ducha tam leżała. Wreszcie psy ku niej nadbiegły, hałas okropny z radości czyniąc, całkiem już były bowiem z tropu wypadły. Na to i łowczyni nadjeżdża, poznawszy po radosnym psów ujadaniu, że łanię nad źródełkiem znalazły. Tedy chyżo łuk swój napina i strzałę mocną wypuszcza. Ale że za wysoko mierzyła, miast łani Pana Lancelota głęboko w udo ugodziła.
Ból czując, jak szalony rycerz z ziemi się porwał i panią, która go postrzeliła, ujrzał. A widząc, że z niewiastą ma sprawę, tak jej powiedział:
— Pani, albo też panno, kimkolwiek jesteś, w złej chwili łuk swój napięłaś. Diabeł cię chyba strzelać uczył.
— Daruj mi, miły panie — ona odpowie — niewiastą jestem szlachetnego rodu, w tej kniei nawykłą polować, prawdziwie też nie dostrzegłam ciebie. Łania tu nad źródełkiem była, którą chciałam ustrzelić, ale mi ramię drgnęło.
— Niestety — Pan Lancelot na to rzeknie — wielkąś mi uczyniła krzywdę.
I tak odjechała ta pani, zasię Pan Lancelot, jak potrafił najlepiej, strzałę z rany wyjął, ale ułamał się grot i w ciele pozostał. Tedy krwawiąc, ledwo do pustelni rycerz się dowlókł. Słusznie też mniemać możecie, że się wielce złą przygodą Pana Lancelota Pan Lawen z pustelnikiem zasmucili. Nic im jednak rycerz nie rzekł, jak i kto go zranił. Z wielką biedą pustelnik grot z uda rannego wydobył, ale wiele przy tym krwi Pan Lancelot utracił i rana dolegała mu srodze. Przeto jęknie:
— Ach, litości! Spośród wszystkich ludzi jam najnieszczęśliwszy. Kiedy tylko o sławie zamyślam, zawsze zła mnie jakaś przygoda spotyka. Ale, tak mi dopomóż Bóg, niech się co chce dzieje, a na turnieju w dniu Panny Marii Gromnicznej w polu stanę.
Uczyniono tedy wszystko, aby rycerza uleczyć. A kiedy nadszedł dzień wyznaczony, Pan Lancelot z Panem Lawenem, siebie i konie swoje pięknie przystroiwszy, pod Westminster pojechali i w polu w czas stanęli. A wielu rycerzy zacnych, każdy ze swoimi ludźmi, tam ściągnęło. Sam król Artur w pole z dwustu rycerzami wystąpił, a większość z nich do Bractwa Okrągłego Stołu należała. Zasię na wzniesieniu starzy rycerze z królową zasiedli, aby osądzić, komu pierwszeństwo się należy.
A kiedy odtrąbiono turnieju otwarcie, ruszyli rycerze do walki, mieczami się i włóczniami zawzięcie w zgiełku turniejowym rażąc. Sam król Artur w szranki skoczył, stu rycerzy ze sobą mając. Zaraz też czterech szermierzy jednego po drugim na ziemię obalił. A nawet kiedy włócznię złamał, pięknie bardzo sobie poczynał.
Rycerz za rycerzem w szranki wyjeżdżał. Pan Gawain i Pan Gaheris, Pan Agrawen, Pan Mordred i inni. Każdy z zapałem na przeciwnika nacierał — jedni niepowodzenia doznając, inni wielką się sławą z powodu dzielności swojej okrywając.
Pan Lancelot wszystko to, co się na polu działo, widział. I od razu jako piorun na pole z Panem Lawenem runął. Z Panem Gawainem się potykał i z wielką siłą z koniem razem go obalił, potem jednego rycerza po drugim na ziemię strącał, a wszystko to jedną włócznią zdziałał. Tymczasem Pan Lawen z Panem Palamidesem się starł, a z takim rozpędem i taką siłą się zwarli, że obaj razem z końmi na ziemię runęli. Ale wnet znowu koni dosiedli. Wówczas Pan Lancelot z Panem Palamidesem się spotkawszy, na dobre go obalił.
I tak Pan Lancelot, tyle tylko czasu tracąc, ile go trzeba, aby włócznię zmienić, trzydziestu rycerzy w mgnieniu oka prawie pokonał, a większość z nich rycerzami Okrągłego Stołu była.
Gniew zdjął króla Artura, gdy na takie żniwo Pana Lancelota patrzył, i dziewięciu co najlepszych rycerzy zebrawszy, gotował się z nimi na Pana Lancelota i Pana Lawena uderzyć.
Dostrzegł to Pan Garet i do Pana Borsa powiedział:
— Cokolwiek by z tego wyniknąć miało, podjadę ja do pana swego, Lancelota, ażeby go pomocą swoją wesprzeć. On to przecie rycerzem mnie uczynił.
A na to Pan Bors:
— Tego ci czynić nie radzę, chyba żebyś w przebraniu był.
— Tedy wnet mnie w przebraniu ujrzysz — Pan Garet mu odrzeknie.
I do rycerza jednego, rodem z Walii, skoczył, który na ziemi legł, by się skrzepić, albowiem ciężką ranę od Pana Gawaina był otrzymał. Na braterstwo rycerskie go zaklinając, prosił Pan Garet rycerza, ażeby mu swojej zielonej tarczy użyczył.
— Chętnie to uczynię — ów odpowie.
Tedy tarczę jego chwyciwszy, ile tylko w koniu mocy, Pan Garet ku Panu Lancelotowi skoczył i jak towarzysz wierny u boku go stanął. A dla miłości dawnej to czynił, którą mu Pan Lancelot swego czasu był okazał.
Tak więc król Artur, a z nim dziewięciu rycerzy, Pana Lancelota z Panem Lawenem i Panem Garetem przeciw sobie teraz mieli. Zaś Pan Garet takich czynów rycerskich dokonywał, że dziwowali się wszyscy, co to za rycerz taki z tarczą zieloną się zjawił. Także i Pan Lancelot Pana Gareta nie poznał i wraz z innymi się zdumiewał, na rycerza walczącego spoglądając. A przeciągał się długo ów turniej i do wieczora prawie potykali się rycerze. Coraz to bowiem któryś z rycerzy Okrągłego Stołu wesprzeć swojego króla skoczył, gdyż nie na żarty gniewny był król Artur, iż wespół z rycerzami swoimi rady Panu Lancelotowi i jego towarzyszom dać nie mogą. Tak więc, kiedy wiele ciosów wspaniałych z jednej i drugiej strony padło, zasię zwycięstwo na żadną z nich przechylić się nie chciało, król do Pana Gawaina powiada:
— Poradź mi, siostrzeńcze, co mam uczynić?
— Panie — Pan Gawain odpowie — dam ci ja dobrą radę. Każ koniec turnieju odtrąbić, gdyż, wierzaj mi, nie przyda się to na nic z Panem Lancelotem z Jeziora i z bratem moim, Panem Garetem, walczyć; a Pan Garet to jest ów z zieloną tarczą rycerz. Tym ci więcej, że ich ten dobry młody rycerz, Pan Lawen, wspomaga. Chyba żebyśmy w dziesięciu albo też i dwunastu rycerzy na jednego natarli, ale to by nam nie sławę, tylko hańbę przyniosło.
— Prawdę mówisz — król mu rzeknie — wstydem by to dla nas było większą gromadą uderzyć, skoro i tak tylu nas przeciw nim trzem stanęło.
Tedy trąbieniem rycerzy z pola odwołano. Podjechał król Artur do Pana Lancelota i na wieczerzę go do siebie poprosił, a z nim i innych rycerzy. Zebrali się przeto u króla wszyscy i ucztowano, a weselono się szczerze, zasię Pan Lancelot nagrodę otrzymał. Wówczas też opowiedział on królowi i królowej, jak w lesie windsorskim od pani, co łowami się bawiła, postrzał w udo był otrzymał.
Podczas uczty też król Artur Panu Garetowi przyganiał, że towarzyszy swoich opuściwszy, przy Panu Lancelocie przeciw nim stanął.
— Panie mój — Pan Garet odpowie — on mnie rycerzem uczynił, a kiedym go w tak srogich opałach ujrzał, tom pomyślał sobie, że mi honor mój rycerski dopomóc mu nakazuje. Widziałem ja, jak dzielnie stawał, i wstyd mnie chwycił, kiedym tylu szlachetnych rycerzy na jednego Pana Lancelota nacierających zobaczył.
— Prawdziwie — król Artur na to mu powie — dobrze mówisz. Zgodnieś też z honorem postąpił. A za ten zaszczyt, jaki sam sobie czynisz, póki mego życia miłować ciebie i ufać tobie będę. Albowiem powinnością to jest rycerza, na cześć rycerską dbałego, towarzyszowi swojemu w niebezpieczeństwie będącemu na pomoc śpieszyć. Tylko ten, kto szlachetny, nie ścierpi, aby szlachetnych niesława dotknęła. Ale taki, co bez honoru jest i z tchórzostwem za pan brat żyje, ten ci, innego człeka w niebezpieczeństwie widząc, uprzejmości ani też dobroci w żadnym sposobie w sobie nie dopuści. Tchórze bowiem bezlitośni są, zasię człek poczciwy tak innym czyni, jako by pragnął, aby i jemu czyniono.
Tak oto odbywały się w owych czasach uczty wspaniałe, przy których królowie i książęta zasiadali, i biesiady, i gry rycerskie, i zabawy przeróżne, i wszelkie rozrywki szlachetne. Zasię ten, kto rycerskim, szczerym i wiernym druhom swoim był, w onych dniach w miłości ludzkiej chadzał.