I tak zbieżał czas od dnia Panny Marii Gromnicznej do Wielkiejnocy, a gdy i ta przeminęła, miesiąc nadszedł maj, w którym każde mężne serce rozkwita, aby owoc wydało. Gdyż podobnie jak drzewa i zioła kwieciem wystrzelają w maju, tak i każde żywe serce wiosenną ochotą wzbiera, ażeby w żywych czynach zakwitnąć. Więcej bowiem niż każdy inny miesiąc ma to maj w sobie, że odwagę ludzi na nowo krzepi i przywołuje im na pamięć wspomnienie dobroci doznanej i usług oddanych i wielu uczynków serdecznych, o których przez niedbałość swoją byli zapomnieli. A jako miesiąc maj po ogrodach rozlicznych kwitnie i rozkwita, tak niech i serce szlachetne owoc wyda, najpierw Bogu na chwałę, potem na radość tym, którym wierność swoją przyrzekło.
A wydarzyło się w miesiącu maju, że królowa Ginewra przywołała do siebie dziesięciu rycerzy Okrągłego Stołu i oznajmiła im, iż na przejażdżkę z nią rankiem majowym pojadą w pola i lasy, wokół Westminsteru się rozciągające.
— A nakazuję wam — mówiła — abyście rumaki piękne wzięli i strój wszyscy przywdziali na się zielony z sukna albo i jedwabiu. Ja zasię dziesięć pań z dworu mego ze sobą wezmę, każdy przeto rycerz damę powiedzie. I każdy giermka niech ze sobą zabierze i dwóch rękodajnych.
Tedy przystroili się co najpiękniej i wszystko do tej przejażdżki przygotowali, i na drugi dzień rano z królową pojechali. I tak sobie w wesołości wielkiej i rozradowaniu po lasach i po błoniach, kędy im się podobało, jeździli.
Owóż o siedem mil od Westminsteru rycerz jeden, Meliagransem zwany, mieszkał na zamku, co go w darze od króla Artura był otrzymał. A z dawna już pragnął ten rycerz królową porwać, ale nie odważył się nigdy na ten niecny czyn, póki Pan Lancelot królowej towarzyszył. A miała wówczas królowa w zwyczaju nie wyjeżdżać inaczej, jak ze świtą całą zbrojnych rycerzy, po większej części młodzików na zaszczyty łasych, których też i rycerzami królowej nazywano. Ale teraz ów rycerz, Pan Meliagrans, królową z dawna śledząc, wiedział był, że ten zamiar przejażdżki powzięła, że Pan Lancelot towarzyszyć jej nie będzie i że tym razem dziesięciu tylko rycerzy jechać z nią miało, bez zbroi, w zielonych jeno szatach majowych. Pomyślał też sobie, że oto dobra mu się sposobność nadarza, ażeby królową pochwycić. I zaraz dwudziestu ludzi zbrojnych zgromadził i stu łuczników, którzy mieli na rycerzy królowej uderzyć.
I tak, kiedy królowa i jej rycerze wesoło i godnie się zabawiali, zioła przeróżne, mchy zielone i kwiaty zbierając, Pan Meliagrans z lasu ze stu dwudziestu zbrojnymi ludźmi wypadł i zakrzyknął, ażeby nikt z miejsca się nie ruszał.
— Zdradziecki rycerzu! — królowa zawoła. — Co czynić zamierzasz? Czy ci nie wstyd? Pomyśl, że sam synem królewskim będąc i rycerzem Okrągłego Stołu, chcesz niesławę na pana swojego, najszlachetniejszego z królów, który cię rycerzem uczynił, ściągnąć. Siebie i rycerstwo całe hańbą okryjesz. Ale wiedz to, że znieważyć ci się nie dam i prędzej gardło sobie poderżnę, niżbyś mi ubliżyć miał.
— Całkiem mnie wymowa twoja nie wzrusza — Pan Meliagrans jej odpowie. — Niech się, co chce, dzieje, nigdy mi się też jeszcze lepsza sposobność nie nadarzyła, abym cię porwać mógł, przeto już cię nie wypuszczę.
Wówczas dziesięciu szlachetnych rycerzy, co z królową byli, wszyscy perswadować Panu Meliagransowi zaczęli, ażeby wstydu na siebie nie ściągał, królowej poniechał i nie zmuszał ich do tego, aby na pewną śmierć się wydali, jako byli bez zbroi, królowej broniąc.
Przecież Pan Meliagrans ustąpić nie chciał, przeto owych dziesięciu rycerzy Okrągłego Stołu mieczów dobyło i stanęło mężnie przeciw napastnikom w miecze i włócznie zbrojnym. Ale Pan Meliagrans wielką nad nimi przewagę miał, zaraz też sześciu z nich ciężko rannych na ziemię padło. Pozostali czterej długo walczyli, ale w końcu rany srogie otrzymali.
Kiedy zobaczyła królowa, że już śmierć tylko niechybna jej rycerzy czeka, z litości i żalu nad nimi zgodziła się z Panem Meliagransem na zamek jego jechać, pod tym jednakowoż warunkiem, że ludziom swoim odstąpić rannych każe oraz że tam jej rycerzy powiozą, kędy i ona jechać ma. „Gdyż — mówiła — wolej mi śmierć sobie zadać niż z tobą iść, jeśli ci oto moi szlachetni rycerze ze mną nie będą”.
Przystał na to Meliagrans i na rozkaz królowej walki dalszej zaprzestano. Potem rannych rycerzy na konie wsadzono; jedni z nich na siodle usiedzieć mogli, inni w poprzek grzbietów końskich żałośnie zwisali — i w wielkim pośpiechu na zamek Meliagransa pojechali. Tam wymógł Meliagrans na królowej i jej rycerzach, iż żaden od pani swej nie odjedzie, wielce się bowiem był lękał, ażeby wieść o porwaniu Ginewry do Pana Lancelota nie dotarła. Ale królowa potajemnie przyzwała do siebie pazia, co koniem sprawnie władał, i pierścień mu swój dała, przykazując, aby go przy sobie miał, zasię przy pierwszej sposobności do Pana Lancelota z Jeziora się wymknął i o pomoc go prosił. „A konia — mówiła — nie oszczędzaj i czy po ziemi, czy też przez wodę, co siły gnaj”.
Doczekał pazik sposobnej chwili, chyłkiem na konia wskoczył, ostrogą go spiął i, jak mógł najchyżej, precz od zamku popędził. Dojrzał go jednakże Pan Meliagrans i pojął, że do Pana Lancelota ów paź śpieszy. Zaraz też pogoń za nim na dobrych koniach posłał, ale chociaż z łuków za paziem strzelano, przecie im umknął, a niezadługo i przed Panem Lancelotem stanął. Wówczas mu zlecenie królowej powtórzył i jej pierścień dał, zasię Pan Lancelot wykrzyknie:
— O, biada! Hańbą się na zawsze okryję, jeśli tej pani szlachetnej z rąk napastnika nie wyrwę.
Zaraz też o zbroję zawołał, a podczas kiedy ją wdziewał, opowiadał mu paź, jak dziesięciu rycerzy nad podziw dzielnie w obronie królowej walczyło, jak wreszcie, ażeby im życie ocalić, zgodziła się z Panem Meliagransem jechać.
— Biada! — Pan Lancelot zawoła. — Że też ta pani najszlachetniejsza zniewagę taką ścierpieć musiała. Francję całą za to bym dał, żeby się tam wówczas przy niej w dobrej zbroi znaleźć!
Kiedy się Pan Lancelot uzbroił i konia dosiadł, wtenczas pazia królowej do Pana Lawena posłał, aby mu powiedział, w jakiej sprawie tak nagle rycerz wyjechał, a także prosił go o to, ażeby pod zamek Pana Meliagransa przybył.
Powiadają, że Pan Lancelot z koniem do rzeki wpodle westminsterskiego mostu skoczył i tak Tamizą aż do Lambeth popłynął. Potem, do brzegu dobiwszy, przed siebie pognał i niezadługo na tym miejscu się znalazł, gdzie dziesięciu rycerzy z Panem Meliagransem walczyło. Stamtąd ścieżyną prosto aż do drogi przez las wiodącej pojechał. A tam trzydziestu łuczników przez Pana Meliagransa posłanych go czekało, ażeby mu konia ustrzelić. Bowiem był im Pan Meliagrans nakazał, aby na samego Pana Lancelota się nie porywali, gdyż zbyt trudno — mówił on — byłoby rycerza tego pokonać.
I zaczęli wykrzykiwać ci łucznicy, ażeby Pan Lancelot nazad wracał i dalej drogą tą nie jechał. A kiedy, na nich nie zważając, przed siebie ruszył, konia jego za cel sobie wzięli, zasię gęsto o strzały ich trafiały i wiele ciężkich ran koń Pana Lancelota był otrzymał. Nie mogąc więc dalej na nim jechać, stanął rycerz na ziemi, a tyle dołów i krzewów gęstych od łuczników Meliagranowych go oddzielało, że i ścigać ich nie próbował.
Pieszo drogą przed siebie ruszył, niesporo mu jednak iść było w ciężkiej zbroi, do tego tarczę i włócznię niosąc. Słusznie też mniemać możecie, że go złość brała wielka na tę mitręgę. Przecież nie chciał nic ze swego rycerskiego ekwipunku porzucić, słusznie zdrady Pana Meliagransa się obawiając.
A właśnie zdarzyło się, że wóz jeden do lasu po drzewo był przyjechał. Tedy Pan Lancelot do woźnicy powiada:
— Rzeknij człecze, co ci mam dać za to, żebyś mnie do zamku o dwie mile stąd odległego zawiózł?
— Noga twoja na wozie tym nie stanie — woźnica mu odpowie — gdyż pan mój, Pan Meliagrans, po drzewo mnie tu przysłał.
Na to rzucił się na niego Pan Lancelot i takim go razem zdzielił, że woźnica martwy padł. Towarzysz jego, lękając się, ażeby go taki sam los nie spotkał, wnet krzyknie:
— Miły panie, tylko mnie oszczędź, a dokąd chcesz, cię zawiozę.
Wówczas Pan Lancelot na wóz skoczył, zasię woźnica konie do galopu zaciął.
Z tyłu za wozem rumak Pana Lancelota podążał, a więcej niż czterdzieści strzał w nim tkwiło.
Półtorej godziny od tej chwili ledwo minęło, a królowa Ginewra, w zamku Meliagransa z paniami swymi we wnęce okiennej siedząc, zbrojnego rycerza ujrzała, jak na wozie stojąc, nadjeżdżał.
— Spójrz, pani — jedna z dwórek jej rzeknie — oto rycerz w pełnej zbroi na wozie jedzie, tak myślę, że wieszać chyba go będą.
Ale królowa po tarczy poznała, że to Pan Lancelot przybywa i powiada:
— Widzę ja teraz, że nie zginie, kto przyjaciół ma wiernych. Ach, niestety, wielce szlachetny rycerzu, w srogich się snadź znalazłeś opałach, skoro na wozie jedziesz.
Tymczasem Pan Lancelot do bram zamku przybył i z wozu zeskoczywszy, zakrzyknął wielkim głosem, aż się cały zamek trzęsie:
— Gdzie jesteś zdrajco nieszczery, Panie Meliagransie, rycerzu Okrągłego Stołu? Wystąp, rycerzu zdradziecki, z towarzyszami swymi, albowiem przybyłem tu, Pan Lancelot z Jeziora, ażeby walczyć z tobą.
To powiedziawszy, rycerz bramę wywalił, odźwiernemu taki cios rękawicą swoją za uchem wymierzywszy, że ów, zamroczony, na ziemię padł.
Zasię Pan Meliagrans, usłyszawszy, że Pan Lancelot przybył, do królowej Ginewry przybieżał i na kolana przed nią padł, na jej łaskę całkowicie się zdając i prosząc, ażeby gniew Pana Lancelota pohamować chciała.
— Zawszeć lepszy pokój niźli wojna — królowa rzecze — a im mniej wrzawy, tym i dla dobrej mojej sławy lepiej.
Tedy z dwórkami swymi na dół do Pana Lancelota zeszła i podziękowała mu za trudy, jakie sobie dla niej był zadał. Powiedziała mu też o Pana Meliagransa skrusze i prosiła, aby na zamek Pan Lancelot wszedł pokój z Meliagransem uczynić.
— O, pani — Pan Lancelot jej powie — jeśliś zgodę z nim zawarła, to i ja zwady z Panem Meliagransem nie chcę, chociaż niecnie i tchórzliwie on ze mną postąpił. Ale gdybym był wiedział, że tak rychło do porozumienia z nim dojdziesz, nie śpieszyłbym tu do ciebie jak szalony.
— Jak to — królowa zawoła — dobrych czynów swoich będziesz żałował? Wiedz, że miłością swoją ani zachodami żadnymi do zgody by mnie on nie nakłonił, gdyby nie to, że rozgłos wszelki mógłby dobrej mojej sławie zaszkodzić.
— Pani — Pan Lancelot na to jej powie — wszak dobrze wiesz, że nigdy bym się z gadek ludzkich ani też złych języków mielenia nie cieszył. Nie masz też na świecie poza panem moim, królem Arturem, i tobą, pani — króla, królowej ani też nikogo innego, kto by to sprawił, że odjadę stąd, Pana Meliagransa między żywymi zostawiając.
Potem razem z królową do zamku wszedł i na jej rozkaz zbroję zdjął. A potem o rycerzy jej rannych zapytał. Zawiodła go, gdzie rycerze spoczywali. A uradowali się oni wielce jego przybyciem, zasię on z żalem rany ich ciężkie oglądał. Potem o przygodach im swoich opowiedział, jak przymuszony był na wozie jechać. Użalali się nad sobą wzajem i gdyby nie zakaz królowej, chętnie by się byli na Panu Meliagransie pomścili.
Przez długi czas jeszcze potem Pana Lancelota „Rycerzem z Wozu” nazywano. Niejednego czynu w tym czasie on dokonał i nie byle jakich przygód doświadczył. Ale teraz opowieść o „Rycerzu z Wozu” zostawimy i do innych przejdziemy.