tłum. Felicja Kruszewska

XXX. O spisku przeciw Panu Lancelotowi

W tym samym miesiącu maju, kiedy to każde żywe serce rozkwita i owocu zawiązek w sobie niesie, zdarzyło się, że złość wielka i nieszczęście po państwie całym króla Artura się rozlały. A nie ustały one, aż wszystek kwiat rycerstwa całego świata zniszczyły. Zaś całe to nieszczęście sprawiło dwóch rycerzy niegodnych, z których jeden — Pan Agrawen, drugi — Pan Mordred się zwał, obaj króla Artura siostrzeńcy i Pana Gawaina bracia. Ten to Pan Agrawen z Panem Mordredem skrytą nienawiść ku królowej, Damie Ginewrze, i ku Panu Lancelotowi z Jeziora w sercach swoich żywili i czy dniem, czy nocą na rycerza tego oko mieli.

I oto przyszedł taki dzień nieszczęśliwy, kiedy Pan Agrawen na głos w obecności wielu rycerzy powiedział, że ta przyjaźń, co między królową i Panem Lancelotem trwa, ujmę rycerstwu całemu czyni i niesławę na tak szlachetnego króla, jakim Artur jest, ściąga. Ale Pan Gawain nie chciał żadnych takich gadek słuchać, ani też Pana Agrawena strony nie trzymał. Owszem, surowo bratu swojemu zapowiedział, żeby z nim o tych sprawach nie mówił, wiedział bowiem dobrze Pan Gawain, do jakiego nieszczęścia mogłaby zwada króla z Panem Lancelotem doprowadzić. A i to pamiętał, że wiele razy szlachetnymi czynami Pan Lancelot dobroci swojej i wierności dowody dawał. Także dwaj inni bracia, Pan Gaheris i Pan Garet, o niecnym oszczerstwie Pana Agrawena nic wiedzieć nie chcieli.

Ale piąty z braci, synów królowej z Orkadów, Pan Mordred, ten sam, który z dobrego Pana Percewala się naśmiewał, kiedy ów był dopiero na dwór królewski przybył, chętnie z Panem Agrawenem się stowarzyszył. Albowiem serce on miał zazdrosne i zawsze gotów był źle o innych sądzić. Wówczas tamci trzej — Pan Gawain, Pan Gaheris i Pan Garet — odeszli smutni, biadając, że złość ludzka państwo całe na szwank narazić może i zgodę szlachetnego Bractwa Okrągłego Stołu zniszczyć.

Zasię Pan Agrawen z Panem Mordredem do króla się udali i powiedzieli mu, że nie ścierpią dłużej Pana Lancelota niecnych postępków, albowiem króla samego on zdradza. Ale nie uwierzył im król i dowodów na to zażądał, gdyż, jak francuska książka o nim powiada, niechętnie był czego złego słuchał o rycerzu, który tyle dobrego i tak często jemu i królowej wyświadczał. A wiedziano też powszechnie, jak bardzo Pana Lancelota miłował.

Tedy owi dwaj bracia spisek uknuli, jakby to Pana Lancelota u królowej przychwycić i żywego czy martwego do króla zawlec. I tak na drugi dzień dwunastu jeszcze innych rycerzy, zebrawszy się wszyscy w komnacie jednej na zamku Carlisle, gdzie królowa przebywała, się ukryło. Takim sposobem Pana Lancelota osaczyć zamierzali, gdyby go królowa do siebie przywołać zechciała. Pan Lancelot tchórzem nie był, zasię dobrej woli i wierności pełne serce mając, niewiele sobie czynił z kłamliwych języków gadania. Toteż gdy królowa znać mu dała, że pomówić z nim pragnie, jak szczeremu rycerzowi przystało, na zamek do niej pośpieszył. I tak w pułapkę wpadł. A w walce, co się wywiązała, nie lada miał robotę, tylu naraz nieprzyjaciół przeciw sobie widząc. Przecie Pana Agrawena od pierwszego ciosu zaraz zabił, potem i tamtych dwunastu rycerzy martwych na ziemi rozciągnął. Także i Pana Mordreda ranił, ten jednakowoż umknąć zdołał, na konia wskoczył i krwią cały ociekając, do króla pognał.

Wtenczas opowiedział Arturowi, co i jak było, i jak wszyscy rycerze oprócz niego jednego życie postradali. Tedy uwierzył król Artur Pana Mordreda oskarżeniom i wykrzyknie:

— O, biada mi! Że też mógł kiedy taki rycerz jak Pan Lancelot przeciw mnie stanąć! Wiem ja teraz, że już nadszedł kres szlachetnemu Bractwu Okrągłego Stołu, bowiem za Panem Lancelotem wielu innych rycerzy mnie porzuci. Takoż wydarzyło się, że i honor mój splamiony został i nie oczyszczę go inaczej — jedno tylko: królowa umrzeć musi.

Tedy sąd zwołano i spisano wyrok, że królowa karę śmierci ma ponieść, albowiem takie w owych czasach prawo było, iż kogo winnym zdrady przeciw królowi uznano, choćby i z najwyższego stanu i rodu pochodził, gardło dać musiał. Owóż i królową śmierć czekała, a skazano ją na spalenie na stosie.

Prosił król Pana Gawaina, aby najlepszą zbroję na siebie wdziawszy, z braćmi swoimi, Panem Gaherisem i Panem Garetem, królową na miejsce stracenia powiózł, gdzie wyroku miała wysłuchać i śmierć w ogniu ponieść. Ale Pan Gawain, przekonanym będąc, że niewinną jest królowa zdrady, o którą ją oskarżano, nie chciał, aby kiedykolwiek powiedziano o nim, że w jej sromotnym straceniu udział jaki brał. Także Pan Gaheris i Pan Garet nieradzi byli z królową jechać, ale młodszymi będąc, nie śmieli się królowi przeciwić. „Jeśli na twój wyraźny, panie, rozkaz — mówili — udać się tam mamy, to już nam to wybacz, że bez zbroi pojedziemy i broni żadnej ze sobą nie biorąc”.

I tak wyprowadzono królową z jej zamku i na śmierć się gotowała. A zaczęło się też wtedy powszechne płakanie, a zawodzenie, a rąk załamywanie — tak panowie możni i damy królową żegnali. Niewiele też wówczas o porządku myślano i mało kto z rycerzy zbroję na siebie wdział.

A kiedy nadeszła chwila, że ogień pod stos miano podłożyć, konie ostrogami bodąc i do skoku je zrywając, zbrojną gromadą Pan Lancelot ze swoimi towarzyszami nadjechał, a kto im na drodze stanął — wszystkich ścinali. I tak w tym zgiełku i zamieszaniu, kiedy to Pan Lancelot to tu, to tam się rzucał, zdarzyło mu się dwóch szlachetnych rycerzy, Pana Gaherisa i Pana Gareta, zabić. Bez zbroi bowiem obaj byli i całkiem na tę napaść nieprzygotowani. Prawdę rzekłszy, nie dostrzegł ich Pan Lancelot, i tak martwych w gęstwie trupów potem znaleziono.

A gdy tego Pan Lancelot dokonał, że jednych zabił, drugich do ucieczki przymusił, wprost do Damy Ginewry podjechał i na koniu swoim ze sobą ją posadził, i prosił, aby się niczego nie lękała i dobrej była myśli. A słusznie to mniemać możecie, że rada była królowa śmierci uniknąć, toteż gorąco Bogu i Panu Lancelotowi dziękowała.

Tak to Pan Lancelot z królową w drogę się puścił i do zamku swego, zwanego Strażnicą Radosną, ją zawiózł. Tam, jak szlachetnemu rycerzowi przystało, cześć wielką jej okazywał. Wielu zaś panów możnych i niektórzy królowie rycerzy swoich dobrych do zamku Pana Lancelota przysłali; wielu też szlachetnych rycerzy sami z siebie do niego się udało.

A kiedy jawnym powszechnie się stało, że król Artur z Panem Lancelotem są w zwadzie, wiele serc smutkiem się ścisnęło. Zaś sam król, gdy się dowiedział, jak Pan Lancelot królową ze stosu porwał, i gdy o śmierci szlachetnych swoich rycerzy usłyszał, a zwłaszcza o Pana Gaherisa i Pana Gareta zgonie — z żałości wielkiej omdlał. A kiedy z omdlenia się ocknął, powiedział:

— O, biada mi, żem kiedykolwiek koronę na głowę włożył! Dziś bowiem utraciłem towarzyszy szlachetnych, najlepsze rycerstwo, jakie tylko król chrześcijański zdolny był kiedy przy sobie zgromadzić. A biada, że się ta zwada okropna była zaczęła. Śmierć dwóch tych braci większą, niż jakakolwiek kiedy była, wojnę na nas ściągnie, bowiem z pewnością, skoro tylko Pan Gawain się dowie, iż Pan Garet zabitym został, już mi spokoju nie da, dopóki Pana Lancelota i całego rodu jego do zguby nie przywiodę albo sam przez niego nie zginę. O, Agrawenie, Agrawenie, niech się Jezus nad duszą twoją zlituje, gdyż twoja to i Pana Mordreda złość przeciw Panu Lancelotowi całą tę biedę sprawiła.