tłum. Felicja Kruszewska

XXXI. O tym, jak Pan Lancelot od króla i od Strażnicy Radosnej odjechał

Przyszedł do Pana Gawaina jeden taki, który mu powiedział, że Pan Lancelot królową uprowadził i że blisko dwudziestu czterech rycerzy Arturowych poległo.

— Dobrzem to wiedział — Pan Gawain wówczas powie — że Pan Lancelot królową odbije albo też w walce o nią polegnie. A jeśli prawdę mam rzec, to gdyby jej z pomocą nie pośpieszył, rycerzem bez honoru by się okazał, tym bardziej że przez niego miała być na stosie spalona. Po rycersku on postąpił, jako i ja na jego miejscu bym uczynił. Ale gdzie są bracia moi? Dziwno mi, że o nich nie słyszę.

Tedy powiedział mu ów człek, że Pan Gaheris i Pan Garet obaj z ręki Pana Lancelota polegli.

— Temu nie uwierzę — Pan Gawain rzeknie — żeby Pan Lancelot brata mojego, Pana Gareta, zabił. Miłował ci go Pan Garet więcej niż mnie, więcej niż samego króla nawet. Pan Lancelot go rycerzem uczynił, a gdyby był tylko zechciał, poszedłby za nim Pan Garet i przeciwko królowi i nam wszystkim stanął. Dlatego nigdy w to nie uwierzę, żeby Pan Lancelot miał brata mojego zabić.

Ale kiedy w końcu dowiedział się, że naprawdę Pan Gaheris i Pan Garet z ręki Pana Lancelota zginęli, wszelka radość go opuściła. Na ziemię zemdlony upadł i przez długi czas jak martwy tam leżał. A kiedy wreszcie z omdlenia powstał, do króla z płaczem i krzykiem pobiegł i powiedział mu:

— O, królu Arturze, panie mój i wuju, wiedz to, że od dziś walki z Panem Lancelotem szukać będę i nie spocznę, dopóki jeden z nas drugiego nie zabije. Przeto do wojny się gotuj, ażebym mógł krzywdę swoją pomścić.

A ściągnęło do króla Artura wielu rycerzy, grabiów i diuków, tak że wielkie wojsko miał przy sobie. Poczyniono tedy przygotowania, ażeby Pana Lancelota w jego zamku, Strażnicy Radosnej, oblec. Usłyszawszy o tym, Pan Lancelot towarzyszy swoich zgromadził, a trzymało z nim wielu rycerzy dobrych. Jedni z miłości dla niego, inni dla królowej to czynili. I tak obie strony do walki, jak należy, się przysposobiły, i nie brakło im nic z rzeczy na wojnie przydatnych.

Ale całkiem niechętnie Pan Lancelot do tej walki z królem się zbierał, przeto w zamku swoim warownym się zamknął, zaopatrzywszy go w zapasów dostatek i w ludzi siłę znaczną. Przez długi też czas, chociaż król z Panem Gawainem, nadszedłszy, całą Strażnicę Radosną i zamek, i miasto wojskiem otoczyli, sam z zamku się nie wychylał i rycerzom swoim poza mury wyjeżdżać zakazał.

Aż zdarzyło się pewnego dnia — latem, w czas żniwa to było — że Pan Lancelot z muru w dół spojrzał i głośno do króla Artura i Pana Gawaina przemówił:

— Dostojni panowie, do was obu się zwracam. Próżno mnie w tym zamku oblegacie. Sławy tym sobie nie zdobędziecie żadnej, bowiem gdybym tylko zechciał, wnet bym z rycerzami moimi w pole wyjechał i rychły kres całej tej wojnie położył. Ale niech mnie Bóg od tego strzeże, abym kiedykolwiek miał walczyć z królem najszlachetniejszym, który mnie rycerzem uczynił.

— Fe, mierzą mnie twoje słówka gładkie — król mu odpowie. — Wystąp, jeśli się tylko ośmielisz. A i to wiedz, żem ci wrogiem śmiertelnym i póki mego życia, z tobą się nie pojednam. Tyś to rycerzy moich dobrych i krewniaków szlachetnych pozabijał i jak zdrajca królową moją przemocą ode mnie porwałeś.

— Najszlachetniejszy panie mój i królu — Pan Lancelot odpowie. — Przyznaję to, żem rycerzy twoich dobrych uśmiercił, i wielce tego ja żałuję. Alem walczyć z nimi był przymuszony, życia swojego broniąc, gdyż inaczej oni by mnie zabili. A co się pani mojej, królowej Ginewry, tyczy, to ci powiem, że krom ciebie, panie, i Pana Gawaina nie masz na tej ziemi rycerza, który by się twierdzić ośmielił, żem kiedykolwiek zdrajcą się wobec ciebie okazał. I każdemu innemu rycerzowi — prócz ciebie, panie, i pana Gawaina — gotów jestem stanąć, aby tego dowieść, jako pani moja, królowa Ginewra, wierną ci jest i oddaną tak, jak każda istota ludzka panu swemu być powinna. Atoli podobało się tej pani w wielkiej łaskawości swojej względy mi okazywać i nad innych rycerzy mnie przekładać — tedy i ja ze swej strony wszystkom, co w mocy mojej było, czynił, ażeby sobie na jej miłość zasłużyć. Wiele też razy, panie mój, zdarzało mi się za nią walczyć i sameś mi dziękował, kiedym życie jej ocalił. Myślę ja teraz, że źle całkiem za moje dobre służby mi się odpłacasz, a i to także myślę, że cześć moja rycerska wielkiego by uszczerbku doznała, gdybym dopuścił, aby pani moja, królewska małżonka, sromotną śmiercią na stosie zginęła. Tym ci więcej, że z mojego tak powodu stać się miało. Tedy wydaje mi się, że skorom wiele razy dla niej walczył, kiedy o cudze sprawy szło, tym większe miałem teraz prawo w słusznej sprawie dla niej za broń chwycić. Przeto, dobry i łaskawy panie mój, przywróć do łaski swojej królową Ginewrę, gdyż zarówno jak piękna, dobra jest i wierna.

— Przepadnij z dumną mową taką — Pan Gawain zawoła. — Co się pani mojej królowej tyczy, nigdy złego słowa o niej nie rzeknę. Ale ty, rycerzu przewrotny i nieszczery, coś miał w tym, żeby dobrego brata mojego zabić, Pana Gareta, który więcej ciebie niż rodzonych swoich miłował? Biada ci, swymi własnymi rękoma rycerzem go wszak uczyniłeś! Powiedz, czemuś zabił tego, który cię miłował tak bardzo?

— Niewieleć mi to pomoże — Pan Lancelot na to rzeknie — ale jedno tylko ci powiem. Na wierność, com ją wysokiej godności rycerskiej winien, klnę się, że nie byłoby mi ciężej, gdybym swojego siostrzeńca, Pana Borsa z Ganisu, zabił. Niestety, że też takie nieszczęście na mnie spadło, żem Pana Gareta i Pana Gaherisa wcale nie dojrzał.

Ale Pan Gawain w zapamiętałości swojej trwał i nic przez to Pan Lancelot nie uzyskał, że zgody szukał. A z powodu wielkiego Pana Gawaina gniewu i wuj jego, król Artur, wojnę tę prowadzić musiał. Tedy na drugi dzień z trzema wielkimi hufcami do walki wystąpił. Wówczas i Pana Lancelota towarzysze, dostatnio uzbrojeni i w porządku wielkim, jak szlachetnym rycerzom przystało, trzema naraz bramami z zamku wyjechali. Zasię przykazał im Pan Lancelot, aby w bitwie, co nastąpi, króla i Pana Gawaina za wszelką cenę oszczędzali.

I rozpoczęła się bitwa wielka, w której mnogo rycerzy padło. A zawsze Pan Lancelot, co tylko mógł, czynił, aby ludzi królewskich oszczędzać i zawsze król Artur Pana Lancelota na polu szukał, ażeby go zabić. Znosił to Pan Lancelot i ciosów nie oddawał. Aż wreszcie Pan Bors, z królem się spotkawszy, włócznią z konia go zwalił. Po czym na ziemię skoczywszy, miecza dobył, a do cięcia go wznosząc, Pana Lancelota zapyta:

— Mamże tej wojnie kres położyć?

— Nie tak śmiało — Pan Lancelot odpowie — jeśli ci głowa miła, odstąp, bowiem nie ścierpię nigdy, aby najszlachetniejszego króla, który mnie rycerzem uczynił, w moich oczach śmierć lub hańba spotkać miała.

Potem, z konia zsiadłszy, króla z ziemi podniósł i na siodle znowu go posadził. Wówczas też powiedział:

— Panie mój, królu Arturze, dla miłości Boga to uczyń i dalszej zwady zaniechaj. Sławy w wojnie tej nie zyszczesz, jeśli bowiem z całą siłą wystąpię, wnet was pokonam. Hamowałem się dzisiaj, chociażeś ty ani nikt z twoich oszczędzać mnie nie chciał. Panie mój, wspomnij, czegom dla ciebie na niejednym miejscu dokonał. Źle mi się za to odpłacasz.

A król Artur, kiedy na koniu już się znalazł, na Pana Lancelota popatrzył i łzy mu z oczu trysnęły. Pomyślał też, że tak wielkiej rycerskości, jaką Pan Lancelot w sobie miał, żaden inny rycerz w duszy swojej nie nosił. I nie mogąc dłużej na Pana Lancelota patrzeć, koniem zawrócił, mówiąc:

— O, biada, że się ta cała wojna rozpoczęła.

Potem z jednej i drugiej strony rycerze z pola zjechali, ażeby wytchnąć, zabitych pogrzebać i rannym leki kojące do ran przyłożyć. I tak w spokoju noc zeszła, ale rankiem znowu ci i tamci w pogotowiu do bitwy stanęli. A gdy wieczór się zbliżał, znowu Pan Lancelot ze swoimi towarzyszami górą nad przeciwnikiem był, wszelako z litości rycerzy swoich on powstrzymywał i pozwolił królewskiemu wojsku z pola zjechać, zasię sam z towarzyszami do zamku wrócił.

I tak dzień po dniu toczyła się ta wojna. Na cały świat chrześcijański wrzawa o niej poszła, aż wreszcie do papieża dotarła. Ten o królu Arturze i o Panu Lancelocie wiedząc, że ich obu najszlachetniejszymi na świecie rycerzami nazywają, umyślił owej wojnie dwóch tak wspaniałych mężów kres położyć. Tedy księdza uczonego do siebie przywołał — a mówi francuska książka, że to biskup Rochesteru był — i bullę mu swoją dał, ażeby ją ów ksiądz Arturowi, królowi Anglii, zawiózł. A w tej bulli pod grozą klątwy, którą by całą Anglię obłożył, nakazywał, ażeby król królową swoją, Damę Ginewrę, do siebie z powrotem wziął i z Panem Lancelotem się pojednał.

Tak tedy, kiedy biskup do Carlisle przyjechał, królowi ową bullę pokazał i za sprawą tej bulli zgoda między królem a Panem Lancelotem stanęła. Z wielką tedy wspaniałością i paradą Pan Lancelot z królową ze Strażnicy Radosnej do Carlisle pojechał. Tam oboje przed królem Arturem uklękli, a on z radością z nimi się pojednał. Ale Pan Gawain nie chciał za nic przystać na zgodę z rycerzem, który braci jego zabił. I do Pana Lancelota on powiedział:

— Może sobie król królową swoją z powrotem brać, jeśli taka jego wola, może on też i z tobą się pojednać, ale między nami dwoma nie masz pojednania. A jakeś tu do Carlisle bezpiecznie przybył, tak i cało stąd odjedziesz, ale dłużej niż dni piętnaście na tej ziemi zostawać nie będziesz. Taki na ciebie wyrok zapadł i takeśmy się z królem ugodzili, nimeś tu jeszcze przyjechał, a wiedz, że gdyby nie to, inaczej byś się tu jak trupem nie pojawił. Gdyby też nie papieża rozkaz, piersią w pierś z tobą bym się zmierzył, ażeby tego na tobie dowieść, żeś zdrajcą nieszczerym zarówno wobec wuja mego, jak i mnie się okazał. A i dowiodę tego na ciele twoim, gdziekolwiek cię odnajdę, kiedy już stąd się oddalisz.

Westchnął Pan Lancelot i łzy mu po policzkach pociekły, i powiada:

— Niestety! O, najszlachetniejsze królestwo chrześcijańskie, którem bardziej niż inne umiłował, w tobie to większą część sławy zdobyłem, a dziś w taki oto sposób mam cię opuścić. Prawdziwie, żałuję ja teraz, żem tu był się osiedlił, skąd mnie sromotnie bez winy i bez powodu wypędzają. Lecz tak zmienną jest fortuna i tak chyże jej koło, że nie masz na tym świecie stałego siedliska. Wiedz też, Panie Gawainie, że na ziemi swojej dostatnio, jak każdy tu z was, żyć mogę. Zasię jeśli ty, groźny królu, i Pan Gawain ziemie moje najedziecie, wojny ze mną szukając, i to znieść się postaram. O jedno tylko ciebie, Panie Gawainie, proszę: jeśli tam do mnie przybędziesz, zdrady ani wiarołomstwa mi więcej nie zarzucaj, bo do tego mnie zmusisz, że ci odpowiedź swoją na to dam.

A potem do Ginewry Pan Lancelot się zwrócił, na głos mówiąc, ażeby go król i wszyscy inni słyszeć mogli:

— Dostojna pani, oto już na zawsze od ciebie i od tego bractwa szlachetnych rycerzy odjeżdżam. A skoro już tak się dzieje, proszę cię, módl się za mnie i dobrze mnie wspominaj. A jeżeli kiedy krzywdy jakiej od złych języków ludzkich doznasz, to mi wtedy, pani moja, słóweczko jedno poślij, a jeśli tylko dłoń rycerza walką obronić ciebie będzie mogła, moja to dłoń uczyni.

To powiedziawszy, królową ucałował i po wszystkich patrząc, rzeknie:

— A teraz niech wystąpi, kto by twierdzić śmiał, że królowa panu memu Arturowi nie jest wierną. Niech wystąpi, jeśli się taki znajdzie.

Potem do króla Ginewrę przywiódł i pożegnał się, i wyszedł z sali. A nie było wówczas króla ani diuka, ani grabi, ani barona, ani rycerza, ani niewiasty szlachetnej, kto by się od łez powstrzymać mógł. I płakali wszyscy jak ludzie, którzy od zmysłów odchodzą, jeden tylko Pan Gawain oczy miał suche.

A kiedy szlachetny Pan Lancelot konia dosiadł i z Carlisle wyjechał, płacz i szlochanie za nim szły i żal wielki.

A on ku Strażnicy Radosnej konia skierował, którą był odtąd Strażnicą Bolesną zawsze nazywał. I tak dwór Arturowy na zawsze opuścił.