Zgodzili się tedy Pan Lukan i Pan Bediwir z Panem Mordredem, że z królem Arturem się spotka i umowę z nim zawrze. A zjechać się mieli król i Pan Mordred na środku pola między obu wojskami, każdy z orszakiem ludzi czternastu.
Kiedy tę wiadomość królowi Arturowi zawieźli, powiedział:
— Rad jestem, że tak się stało.
I gotował się naprzeciwko Pana Mordreda jechać. Ale przedtem, nim wyruszył, wszystkim swoim rycerzom nakazał, ażeby bacznie patrzyli, co się pośrodku pola dziać będzie. Jeśliby zaś ujrzeli, że któryś z jego albo Mordredowych ludzi miecz obnażył, wówczas skoczyć mieli od razu i zdrajcę, Pana Mordreda, zabić. Nie dowierzał bowiem całkiem Panu Mordredowi król Artur.
A podobnież i Pan Mordred swoich przestrzegał:
— Jeśli miecz obnażony ujrzycie, całą siłą naprzód ruszajcie, a kto wam na drodze stanie, tego bijcie. Żadną bowiem miarą umowie tej nie dowierzam i dobrze to wiem, że wuj mój pomsty na mnie szukać będzie.
I tak spotkali się, jak umówione było, i do porozumienia doszli, i umowę, jak należy, zawarli. Wówczas wina przyniesiono i razem pili. A wtedy właśnie zdarzyło się, że gadzina zza kępki wrzosu wypełzła i jednego z rycerzy w stopę żądłem ukłuła. Ból poczuwszy, rycerz w dół spojrzał i gadzinę zobaczył. Wówczas miecza dobył, aby ją zabić. O niczym zgoła on nie myślał. Ale kiedy z jednej i drugiej strony ludzie miecz obnażony ujrzeli, w jednej chwili tu i tam trąby i rogi, i okrzyki wojenne się odezwały, i oba wojska pędem na siebie ruszyły. Dosiadł król Artur konia, wołając:
— O, biada ci, dniu nieszczęsny! — potem ku swoim skoczył.
To samo i Pan Mordred uczynił.
A nigdy jeszcze w żadnym kraju chrześcijańskim tak żałosnej bitwy nie oglądano, jak ta, co się wówczas zaczęła. Nic, tylko zderzenia wzajemne, a włócznią kłucie, a mieczem rąbanie. Wiele słów obelżywych między rycerzami wówczas padło i wiele ciosów śmiertelnych sobie zadano.
A walczono tak dzień cały, nie ustając, póki szlachetni rycerze na chłodnej ziemi nie legli. I walczono jeszcze dłużej, aż gdy wieczór zapadł, sto tysięcy trupów na wydmie leżało. Wówczas spojrzał król Artur dokoła i zobaczył, że z całego jego wojska, ze wszystkich dobrych jego rycerzy, dwóch tylko żywych zostało: Pan Lukan, podczaszy, i Pan Bediwir, brat jego — a obaj ciężko ranni.
— Chryste, zmiłuj się — król powie. — Co się ze wszystkimi moimi rycerzami stało? O, biada mi, żem też dnia tego bolesnego dożył. Teraz i mój koniec już blisko. Ale dałby Bóg, żebym wpierw tego zdrajcę, Pana Mordreda, odnalazł, który wszystko to zło sprawił.
A gdy to mówił, Pana Mordreda, wspartego na mieczu, za stosem trupów zobaczył.
— Podaj mi włócznię moją — Panu Lukanowi król rzeknie — gdyż oto tam zdrajcę dostrzegłem, który całego nieszczęścia jest przyczyną.
— Panie, zostaw go — Pan Lukan odpowie. — Jeśli ten zły dzień przeżyjesz, srogo jeszcze na zdrajcy się pomścisz. Panie mój, pamiętaj o śnie, któryś miał, i o tym, co ci ostatniej nocy duch Pana Gawaina powiedział. Bóg cię w swojej wielkiej dobroci dotychczas żywym zachował, przeto, na miłość Boską, zamysłu swego zaniechaj. Bogu niech będą dzięki, myśmy tę bitwę wygrali, gdyż oto trzech nas żyje, zasię przy Panu Mordredzie ni jeden żywy nie został. Jeżeli się teraz powstrzymasz, dokona się wreszcie ten dzień okropny.
— Czy życie, czy też śmierć mi sądzona — król rzeknie — teraz, kiedy go tam samotnego widzę, już z rąk moich on nie ujdzie, lepszej bowiem sposobności, aby go zabić, nie znajdę.
I włócznię w obie dłonie ująwszy, ku Panu Mordredowi podbiegł, wołając:
— Zdrajco! Oto nadszedł dzień twojej śmierci!
A gdy Pan Mordred króla posłyszał, z dobytym mieczem ku niemu się rzucił. Dźgnął go król włócznią popod tarczę i na wylot pierś jego przeszywszy, na włócznię go nadział. Natenczas Pan Mordred, śmierć w sobie czując, ile tylko jeszcze mocy w nim było, naprzód naparł, aż wreszcie o ucho włóczni Arturowej przy samej jej nasadzie piersią uderzył. Wtedy, obu rękami miecz trzymając, na głowę swego wuja, króla Artura, go spuścił, hełm królowi i czerep razem rozrąbując. Zaraz potem ducha wyzionął.
Zasię szlachetny Artur zemdlony na ziemię upadł, a ocknąwszy się, mdlał znowu raz po raz. Za każdym razem Pan Lukan i Pan Bediwir z ziemi go podnosili i tak, sami z ran się słaniając, między sobą go wiedli do kapliczki niedużej, co tam niedaleko brzegu morskiego się znajdowała.