Gdy położono króla w kaplicy, lepiej się poczuł. Niezadługo potem usłyszeli rycerze krzyki ludzi na wydmach, gdzie się bitwa odbyła, poszedł więc Pan Lukan dowiedzieć się, co by hałas ten mógł oznaczać. A kiedy przed kaplicą stanął, ujrzał w świetle księżyca, że to rabusie i łotrzykowie, na pobojowisko wyległszy, trupy poległych z klejnotów i pierścieni drogich obdzierają. Zasię kto z rycerzy szlachetnych żył jeszcze, tego dobijali, ażeby mu zbroję i co miał przy sobie kosztownego odebrać.
Tedy widząc, co się święci, Pan Lukan czym prędzej do króla powrócił i opowiedział mu wszystko, co był widział i słyszał.
Zasię na końcu doradzi:
— Toteż lepiej będzie, kiedy cię stąd do miasta jakiego zabierzemy.
— Tego i ja bym sobie życzył — król odpowie — nie wiem tylko, czy się na nogach utrzymać zdołam, albowiem srodze w głowie mi się mąci. Ach, Panie Lancelocie, jakże mi bardzo ciebie dnia dzisiejszego nie dostawało. O, biada, żem też kiedyś przeciw tobie stanął. Za to i śmierć jest nade mną, o czym mnie Pan Gawain był ostrzegał.
Potem Pan Lukan z Panem Bediwirem króla z ziemi dźwignęli, przy czym omdlał król. Omdlał i Pan Lukan, z wysiłkiem rannego dźwignąwszy, jako że i sam wiele ciężkich ran był otrzymał. I tak, nie ocknąwszy się z omdlenia, życie zakończył.
A kiedy król Artur do siebie przyszedł i Pana Lukana martwego zobaczył, i Pana Bediwira nad trupem brata płaczącego, rzeknie wówczas:
— Bolesny to wielce dla mnie widok śmierć tego szlachetnego książęcia oglądać, który z miłości dla mnie zmarł, bowiem pomóc mi chciał, sam bardziej niż ja pomocy potrzebując. Przecie, Panie Bediwirze, płacz i biadanie nie zdadzą mi się już na nic. Wiedz to, że gdybym żyć mógł dłużej, do końca życia śmiercią Pana Lukana bym się smucił, ale i mój czas szybko uchodzi. Przeto, Panie Bediwirze, weź miecz mój dobry, Ekskalibur, i nad brzeg morza z nim idź. A kiedy nad wodą staniesz, to ci nakazuję, abyś ten mój miecz w wodę rzucił i tu z powrotem do mnie przyszedł, i powiedział mi, coś na morzu wówczas widział.
— Panie mój — Pan Bediwir odpowie — rozkaz twój spełnię i wnet z wieścią do ciebie wrócę.
I poszedł uczynić, co mu król był nakazał. Zasię po drodze miecz ów szlachetny obejrzał, który głowicę i rękojeść całą z najdroższych klejnotów miał zdziałane. I powiedział sobie: „Jeśli ten miecz drogocenny do wody wrzucę, nic dobrego z tego nie wyniknie, nieszczęście tylko i strata”. I pod drzewem miecz ukrył. Potem, chwilę przeczekawszy, do króla powrócił i powiedział mu, że nad wodą był i miecz do wody wrzucił.
— Coś też wówczas na morzu widział? — król zapyta.
— Panie — Pan Bediwir odrzeknie — nic krom fali wiatrem targanej.
— Nieprawdę mówisz — król mu na to powie. — Idź tedy, nie zwlekając, a, jakoś mi miły, rozkaz mój wypełnij, nie oszczędzaj miecza i w wodę go wrzuć.
Tedy poszedł Pan Bediwir i miecz wziął do ręki, i pomyślał znowu, że to wstyd i grzech tak szlachetny miecz precz wyrzucić. I miecz ukrywszy, do króla powrócił i powiedział mu, że nad wodą był i rozkaz królewski wypełnił.
— Coś też wówczas na morzu widział? — król zapyta.
— Panie — Pan Bediwir odpowie — tylko wody, które wiatr wzdymał, tylko fale o brzeg pluszczące.
— Ach, zdrajco kłamliwy! — król Artur zawoła. — Oto po raz drugi mnie już zwodzisz. I kto by to przypuścić mógł, że ty, któregom cenił i miłował, ty, który szlachetnego rycerza miano nosisz, dla bogactw miecza mnie zdradzisz. A teraz ruszaj znowu co prędzej, gdyż zwlekając, na wielkie niebezpieczeństwo życie moje narażasz, albowiem przemarzłem. A jeśli i tym razem żądania mojego nie spełnisz, a żywym mnie tu jeszcze zastaniesz, własnymi swymi rękoma cię zabiję za to, że miecz mój bogaty bardziej niźli życie moje sobie cenisz.
Tedy poszedł Pan Bediwir, gdzie miecz spoczywał, i wziął go, i nad brzeg morza zaniósł. Tam, pas dokoła rękojeści okręciwszy, jak mógł najdalej, miecz na wodę rzucił. A wówczas na spotkanie miecza ramię z wody się wynurzyło. Zasię miecz w dłoń pochwyciwszy i potrząsnąwszy nim trzy razy, kilkakroć powietrze jasnym ostrzem przecięło, po czym z mieczem razem znowu pod wodą się skryło.
Tedy wrócił Pan Bediwir do króla i opowiedział mu, co był na morzu widział.
— Niestety — rzeknie król — na to miejsce mnie zaprowadź, albowiem lękam się, żem zbyt już długo zwlekał.
Wówczas wziął Pan Bediwir króla na plecy i nad morze go zaniósł. A tam przy brzegu barkę niedużą ujrzeli, jak na fali się kołysała, w barce pań pięknych orszak cały i trzy królowe, z których jedna najstarszą nad nimi była. A wszystkie w czarne płaszcze były spowite i kaptury czarne na głowach miały, a kiedy króla Artura zobaczyły, płakać i zawodzić zaczęły.
— A teraz do tej barki mnie złóż — król do Pana Bediwira powie.
Tedy z całą ostrożnością Pan Bediwir to uczynił.
Natenczas trzy królowe, z łodzi się wychyliwszy, króla w ramiona swoje wzięły i płacząc, na dnie barki go ułożyły, a on na łonie jednej z nich głową oparł. Rzekła wówczas:
— O, drogi bracie, czemuś tak długo z dala ode mnie zostawał? Ach, niestety, wielce też chłód tę ranę, co ją na głowie masz, wyziębił.
A potem odbiła barka od brzegu i widział Pan Bediwir, jako się po wodzie oddala. Wtedy zawołał:
— Ach, panie mój, Arturze, co się ze mną stanie, kiedy tu sam bez ciebie wśród nieprzyjaciół moich się znajdę?
— Nie rozpaczaj — król mu odpowie — i jako możesz, radź sobie, albowiem w niczym ci już pomóc nie mogę. Do doliny Avilionu śpieszyć muszę, aby tam z rany się swojej bolesnej uleczyć. A jeżeli nie ujrzysz mnie już więcej, pomódl się za duszę moją.
I znów one królowe i niewiasty, co w barce były, szlochać i zawodzić zaczęły, aż litość brała lamentu tego słuchać. I tak odpłynęła barka.
Płakał także i lamentował Pan Bediwir, skoro barkę z oczu stracił, potem do lasu kroki swoje skierował i przez noc całą lasem tym szedł. A rankiem między dwiema ogromnymi skałami, co się tam z dawien dawna wznosiły, kaplicę i domek pustelnika wpodle zobaczył. Wówczas pociechy doznał.
A kiedy do kaplicy wszedł, pustelnika ujrzał modlącego się nad grobem świeżo zamkniętym. Zasię nie kto inny to był, tylko ów Biskup Canterbury, przez Pana Mordreda niegdyś wygnany. I zapytał go Pan Bediwir, kto też w grobie tym pochowany leży.
— Miły synu — pustelnik mu rzeknie — prawdziwie tego ci powiedzieć nie umiem, albowiem dziś o północy orszak pań szlachetnych w pustelni tej się zjawił, a przyniosły one ze sobą zwłoki rycerza i prosiły, abym je tu pochował. A dały mi też złotych sto suwerenów i sto świec woskowych do kaplicy tej ofiarowały.
Wówczas pojął Pan Bediwir, że to król Artur w tej kaplicy pogrzebany leży, przeto pustelnika poprosił, ażeby mu w pustelni przy sobie zamieszkać pozwolił. I tak już na stałe w pustelni pozostał z pustelnikiem, który niegdyś Biskupem był Canterbury. Szaty zgrzebne na siebie wdział i pustelnikowi z wielką pokorą służył, postom się i modłom pobożnym oddając.
A co się króla Artura tyczy, niczegom już o nim więcej, co by na wiarę zasługiwało, w księdze żadnej nie wyczytał. Ani też udało mi się o jego śmierci pewniejszej jakiej wieści zasłyszeć, prócz tej, że go owa barka, gdzie trzy królowe przebywały, w dal uwiozła.
Wprawdzie powiadał pustelnik ów, co to czas jakiś Biskupem Canterbury był, że pochował w kaplicy rycerza, którego mu niewiasty szlachetne nocą martwego przyniosły, ale nie mógł on z całą pewnością twierdzić, że to króla Artura były zwłoki. I tak powstała ta opowieść z tego, co Pan Bediwir, rycerz Okrągłego Stołu, innym był opowiedział.
A są tacy w wielu częściach Anglii, co i dziś jeszcze powiadają, że nie umarł wcale król Artur, tylko z wolą Pana naszego Jezusa Chrystusa na innym jakimś miejscu przebywa. A i to również powiadają, że powróci jeszcze ten król i Święty Krzyż zdobędzie. Nie powiem ja tego, że tak właśnie się stanie, ale to raczej powiem, że tu, na tym świecie, żywot on swój odmienił. Przecież wielu ludzi utrzymuje, że na jego grobie te słowa są napisane:
„Hic jacet Arthurus Rex quondam Rex que futurus”: „Tu spoczywa Artur, który królem był i królem będzie”.