Kiedy królowa Ginewra dowiedziała się, że król Artur nie żyje i wszyscy szlachetni rycerze polegli, także Pan Mordred i reszta cała — wówczas, pięć pań dworskich tylko ze sobą biorąc, dwór królewski potajemnie opuściła. Do Almesbury się udała i tam mniszką się uczyniła. W postach ona, a modłach, a miłosiernych uczynkach cnotliwy wielce żywot pędziła, tak iż z podziwem ludzie rozmaici na chwalebną przemianę tej pani patrzyli. A potem, jako rozum dyktował, przeoryszą klasztoru królowa została.
A kiedy do Benwicku, do Pana Lancelota z Jeziora, wieść dotarła, że Pan Mordred na króla się ukoronował i z wujem swoim wojnę wszczął, zaraz rycerz z wielkim pośpiechem okręty i galery do drogi sposobić kazał, aby do Anglii ruszać. I tak, morze z wojskiem przepłynąwszy, w Dover stanął. Tam opowiedzieli mu ludzie, jak król Artur zginął i jak sto tysięcy rycerzy jednego dnia poległo. Opowiedzieli mu także o pierwszej bitwie, która w Dover się odbyła, kiedy to Pan Mordred wylądować królowi na jego ziemi nie dawał, i jak wtedy dobry Pan Gawain śmierć swoją znalazł. Zasię potem kilku takich, co w mieście tym mieszkali, do zamku Pana Lancelota zaprowadzili i grób mu Pana Gawaina pokazali. Tam to rycerz nad śmiercią druha swojego wielki lament uczynił, a wszyscy księża i ludzie duchowni, jacy tylko w okolicy byli, w kaplicy zamkowej się zebrali i uroczystą mszę żałobną za spokój duszy Pana Gawaina odprawiono.
Przez dwie noce Pan Lancelot na grobie Pana Gawaina leżał, modląc się i płacząc, zasię na trzeci dzień wszystkich swoich królów, diuków, grabiów, baronów i rycerzy zgromadził i tak im powiada:
— Mili panowie moi, dzięki wam wszystkim za to składam, żeście tu ze mną do kraju tego przybyli. Wszelako przybyliśmy tu za późno, a choć do końca swego życia żałować tego nie przestanę, wiem ja przecież, że nic człek nie wskóra, przeciw śmierci się buntując. A skoro tak się już stało, pojadę ja pani swojej, królowej Ginewry, szukać, gdyż powiadano mi, że w wielkim smutku ona żyje. Zasię wy wszyscy tutaj w Dover powrotu mego czekajcie, a jeżeli po dniach piętnastu się nie zjawię, bierzcie okręty i wojsko i do kraju swego wracajcie.
I tak samotnie w podróż na zachód Anglii wyruszył. Tam przez dni siedem czy osiem poszukiwania czynił, wreszcie klasztor odnalazł, gdzie królowa Ginewra przeoryszą była. Raz tylko jeden z nią mówił, potem na konia siadł i odjechał, ażeby świata tego się wyrzec, tak jak to ona była uczyniła.
Cały dzień i noc całą lasem jechał, w końcu kaplicę wpodle pustelni między dwiema ogromnymi skałami zobaczył. Tam zajechał i Pana Bediwira z Biskupem Canterbury spotkał, albowiem do ich to właśnie pustelni był trafił. Wówczas Biskupowi oznajmił, że jako brat zakonny przy pustelni tej pozostać chce. Uradował się Biskup tym postanowieniem rycerza i w szaty pustelnika go odział. Odtąd poszcząc i modląc się, dniem i nocą Bogu Pan Lancelot służył.
Przez dni piętnaście wielkie wojska w Dover, jak to im Pan Lancelot był nakazał, na powrót jego czekały, a kiedy upłynął czas i nie wrócił rycerz, Pan Bors z Ganisu kazał wojsku na okręty siadać i do Benwicku z powrotem je wyprawił. Ale sam on, a z nim kilku innych Pana Lancelotowych krewniaków, na okręt nie siedli, tylko szukać Pana Lancelota wzdłuż i wszerz całej Anglii postanowili. I wydarzyło się trafem szczęśliwym, że Pan Bors, kawał kraju już zjechawszy, na tę samą pustelnię natrafił, gdzie Pan Bediwir z Panem Lancelotem przebywali. Wówczas i on także Biskupa poprosił, ażeby mu w pustelni z towarzyszami jego zostać pozwolił. Tedy szaty pustelnicze mu dano i pozostał, i w postach i modłach żywot pędził.
A gdy pół roku minęło, przybyło do pustelni siedmiu innych jeszcze rycerzy, którzy Pana Lancelota ujrzawszy, za nic już jechać dalej nie chcieli, tylko ubiór pustelnika, jaki on nosił, przyoblec pragnęli. I tak przez lat sześć razem wszyscy Boga wielbili, po czym Pan Lancelot duchowną sukienkę przywdział. Zasię i towarzysze jego niczym innym się nie zajmowali, tylko ksiąg świętych czytaniem i do mszy służeniem, i umartwianiem ciała przeróżnym. Toteż konie ich, luzem puszczone, gdzie chciały, tam sobie chodziły, albowiem panowie ich o żadne ziemskie dobra już nie stali.
A jednej nocy Pan Lancelot widzenie miał, z którego wyrozumiał, że do Almesbury ma się udać, albowiem królowa Ginewra umarła. Miał tedy rycerz zwłoki królowej stamtąd zabrać i obok małżonka jej, szlachetnego króla Artura, je pogrzebać. Tedy wstał o świcie i siedmiu rycerzy ze sobą wziąwszy, wraz z nimi pieszo w drogę do Almesbury wyruszył. A wynosiła ta droga z Glastonbury do Almesbury mil przeszło trzydzieści. Zasię do klasztoru przybywszy, gdzie Ginewra przeoryszą była, dowiedzieli się, iż przed pół godziną ledwo zmarła. A powiadały mniszki, że przed śmiercią im mówiła o tym, iż od roku przeszło Pan Lancelot księdzem już jest i że teraz co sił do niej śpieszy, ażeby zwłoki jej zabrać i w Glastonbury je pogrzebać.
I tak Pan Lancelot z siedmiu towarzyszami swymi, pieszo przy zwłokach królowej idąc, do Glastonbury powrócili. Tam w kaplicy przy pustelni z wielką uroczystością królową pochowali. A kiedy Ginewrę do ziemi złożono, omdlał Pan Lancelot, albowiem wspomniał był sobie tę szlachetność i dobroć, jaką zarówno król, jak i ona w sobie mieli, a i to także, że jego błąd i pycha to sprawiły, iż tu dzisiaj oboje leżą.
Od tego dnia Pan Lancelot do sił nie wracał, tylko coraz bardziej słabł. W sześć niedziel potem Pan Bors i towarzysze martwego go na łożu jego znaleźli. Natenczas Biskup mszę żałobną za spokój duszy rycerza odprawił, po czym zaś on i dziewięciu rycerzy z pustelni ciało Pana Lancelota wzięli i do zamku jego, Strażnicy Radosnej, je zanieśli. Tam, na chórze w kaplicy zamkowej, jako sobie był Pan Lancelot życzył, uroczyście go pochowano. A potem wszyscy rycerze z Biskupem Canterbury do pustelni jego powrócili.
Zasię królem Anglii został podówczas obrany Pan Konstantyn z Kornwalii, rycerz wielce szlachetny, który ze sławą potem państwem tym władał. Ten to król Konstantyn, posłyszawszy, że Biskup Canterbury w pustelni w lesie przebywa, zaraz po niego posłał i biskupstwo Canterbury mu przywrócił. I tak Biskup pustelnię opuścił. Ale Pan Bediwir do końca życia swego jako pustelnik tam zostawał. O Panu Borsie i trzech innych rycerzach spośród tych, co w pustelni z nim razem byli, francuska książka wspomina. A powiada ona, że wszyscy czterej do Ziemi Świętej się udali, gdzie wiele bitew z niewiernymi Turkami stoczyli i gdzie wreszcie śmierć dla miłości Boga ponieśli. W Wielki Piątek stać się to miało.
Tu kończy się książka o królu Arturze i szlachetnych jego rycerzach Okrągłego Stołu. A kiedy wszyscy razem się zebrali, stu i czterdziestu ich było. Tu także Śmierci Artura koniec. A teraz miłościwi panowie i panie, coście tę książkę o królu Arturze i jego rycerzach od początku do końca przeczytali, prośbę do was zanoszę: módlcie się za mnie, aby mnie Bóg, pókim żyw, łaską swoją darzył, a kiedy umrę, za moją duszę pacierze odmawiajcie. Pan Thomas Malory, Rycerz, w dziewiątym roku panowania Króla Edwarda Czwartego książkę tę ukończył. Niech mu Jezus Wszechmocny przyjdzie z dobrą pomocą, bo zawsze Jezusowi służył on dniem i nocą.
Y tak kończy sie ta wielce szlachetna y ucieszna księga Le Morte Darthur — Śmiercią Artura zwana. Tem ci nie mniey opowiada ona o narodzinach, żywocie y czynach pomienionego króla Artura, o iego szlachetnych rycerzach Okrągłego Stołu, ich przedziwnych wyprawach i przygodach, o Świętego Graala odnalezieniu, na koniec o śmierci bolesney y o świata tego przez nich wszystkich opuszczeniu. Którą to księgę Pan Thomas Malory, Rycerz, o czem wyżej wspomniane było, po angielsku ułożył, zasię ja w oficynie mojej w Opactwie Westminsterskim drukować ukończyłem w dniu ostatnim lipca Roku Pańskiego MCCCCLXXXV.
Caxton me fieri fecit.