tłum. Felicja Kruszewska

VIII. O łowach na jelenia i o tym, co z tego wynikło

Zdarzyło się raz, że król Artur, a z nim wielu jego rycerzy na łowy do puszczy pojechali. W głębi lasu Artur, król Uriens z Gore, siostry Artura imieniem Morgana le Fay małżonek, oraz Pan Akkolon z Galii — wszyscy trzej, szczególnie rączego jelenia ścigając, zapędzili się za nim tak daleko, że reszta myśliwych o dobrych mil dziesięć za nimi w tyle pozostała. A ścigali go tak ostro, że wreszcie padły pod nimi konie. Zostawszy się bez koni, widzieli, jak jeleń uchodzi, ostatkiem tchu już goniąc.

— Pójdźmy pieszo dalej — król Uriens rzecze — aż schronienie jakie znajdziemy.

Wkrótce i jelenia leżącego na brzegu wody szeroko rozlanej dostrzegli. Jeden z psów gończych już za gardło go dławił, inne dopiero nadbiegały. Wtedy król Artur za róg chwycił i zagrał jeleniowi pośmiertne.

Całkiem jednak niewesołe było położenie rycerzy — bez rumaków i od domu daleko. Zaczęli się przeto rozglądać pilnie po okolicy. I ujrzał król Artur, jako jeziorem płynie ku nim okręt nieduży, jedwabiami pięknie przystrojony. Wciąż ku wędrowcom żeglując, przybił ów okręt do brzegu. Wówczas wszyscy trzej rycerze na pokład wstąpili, ciekawi ujrzeć, co się na okręcie znajduje. A tu i noc ciemna zapadła, i nagle wokół pokładu sto pochodni światłem jarzącym zapłonęło, i jasno się zrobiło zupełnie. A razem z tym światłem dwanaście panien prześlicznych się zjawiło. I zaraz panienki te ucztę wspaniałą dla zgłodniałych rycerzy zastawiły, a jakiego tylko dania zapragnąć mogli, niczego tam nie brakło. Potem do bogato przybranych komnat sypialnych ich zawiodły, gdzie strudzeni myśliwcy smacznie zasnęli. Ale gdy nazajutrz rano ze snu się zbudzili, wszystko się odmieniło. Były to czary Arturowej siostry, a Uriensa żony, pani Morgany le Fay, która pragnęła zguby króla Artura i knuła potajemnie przeciw niemu. Obudził się więc król Uriens we własnym łożu w Camelocie, zasię król Artur w więzieniu ciemnym. A wraz z nim wielu innych nieszczęsnych rycerzy zamknionych tam było. I opowiedzieli mu oni, z jakiego to powodu w tej ciemnicy siedzą.

Panem zamku, gdzie ich więziono, był rycerz jeden, najbardziej ze wszystkich, co żyją, nieszczery, zdradziecki i tchórzliwy. A zwał się on Pan Damas. Miał ten Damas młodszego brata, Pana Oncleka, rycerza zacnego waleczności wielkiej, który się powszechną miłością ludzką cieszył. Przed tym to bratem bezprawnie majętności bronił, nie chcąc się ojcową spuścizną z Onclekiem podzielić. Wielka też między obu braćmi trwała niezgoda. Onclek lepszym był o wiele wojownikiem niż tchórzliwy Damas, nie mógł jednak nic przeciw starszemu bratu zdziałać, gdyż ten z samego strachu nie chciał się z Onclekiem potykać. Ofiarowywał się już Onclek z zastępcą Damasa walkę stoczyć, byleby brat rycerza jakiego wybrał, który w jego imieniu walczyć zechce, ale nie kochali Damasa ludzie i nikt za niego stanąć nie chciał. Na próżno rycerzy on porywał, gdzie kogo w okolicy zdybał, i w podziemiach zamku swego ich więził, pragnąc ich w ten sposób do spotkania z Onclekiem przymusić. Żaden się chętny nie znalazł, chociaż wielu w więzieniach pomarło, a reszta, coś ze dwudziestu, z głodu i pragnienia całkiem z sił opadła. A tu przychodzi do Artura panna i pyta:

— Jako się miewasz?

— Tego nawet i powiedzieć nie mogę — Artur jej rzeknie.

— Panie — mówi ona — jeśli zgodzisz się w imieniu pana mojego się potykać, wyjdziesz wolny z tego więzienia, inaczej z życiem stąd nie ujdziesz.

— Ciężki to jest warunek — król Artur powiada — ale wolej mi bić się niż w więzieniu umierać.

I tak na tym stanęło, że Artur w imieniu Damasa spotkanie z Panem Onclekiem przyjmie, za co znów on i wszyscy z nim uwięzieni rycerze na wolność wyjdą. Wyprowadzono ich też zaraz z ciemnicy na pokoje, skąd wolni odjechać mogli, ale zostali wszyscy na walkę popatrzeć.

A teraz obaczmy, co się z rycerzem Akkolonem z Galii stało, który z królem Arturem i królem Uriensem jelenia ścigał, a potem razem z nimi na czarodziejskim okręcie zasnął. Obudził się on na skraju głębokiej studni leżący; pół stopy tylko brzegu dzieliło go od głębi i śmierci niechybnej.

— Boże, ratuj pana mego, króla Artura i króla Uriensa — powiedział rycerz — albowiem owe panny na okręcie zdradę nam gotowały wielką. Diabły to były, nie niewiasty. Jeśli też wyjdę cało z tej przygody, nie daruję pannom zdradliwym, co złych używają czarów, a gdziekolwiek je znajdę, zniszczę.

Na to stanie przed Akkolonem karzeł, a gębę miał wielką i nos spłaszczony. Skłonił się ten karzeł i powiada, że od królowej Morgany przybywa.

— Pozdrowienia ci ona piękne przysyła — Akkolonowi mówi — i prosi cię, abyś mężne serce zachował, gdyż jutro z rycerzem jednym o świcie walczyć będziesz. Posyła ci też oto miecz Arturowy, Ekskalibur, i do niego pochwę i nakazuje, abyś dla jej miłości bez zmiłowania do ostatka walkę stoczył, jakoś jej swego czasu w rozmowie tajemnej przyrzekł.

Zdało się Panu Akkolonowi, że posłanie, które mu karzeł przyniósł, jak trzeba pojął. Powiedział więc, że teraz, miecz mając, obietnicy swojej dotrzyma. A to właśnie rycerz jeden (a nie kto inny to był, tylko Pan Onclek) z damą i sześciu giermkami konno nadjechał i Pana Akkolona powitawszy, na zamek go swój spocząć zaprosił. Dosiadł tedy Akkolon konia, którego mu podano, i do zamku Oncleka pośpieszył, gdzie dobrego nader przyjęcia doznał.

Tymczasem Pan Damas do brata swego, Pana Oncleka, posłał, aby się nazajutrz do spotkania z rycerzem jednym dobrym gotował, który Pana Damasa w walce o dziedzictwo ojcowskie ma zastąpić. A sprawiła to Morgana le Fay sztuczkami swymi, że przybył wysłaniec do Pana Oncleka w chwili, kiedy z Panem Akkolonem w jednej komnacie spoczywał. Zatroskał się wielce Pan Onclek, posłanie od brata otrzymawszy, gdyż przed niedawnym czasem srogie pchnięcie włócznią poprzez oba uda był otrzymał i cierpiał bardzo. A jednak, chociaż ranny, wyzwanie Damasa byłby przyjął, gdyby nie to, że Pan Akkolon ofiarował się go zastąpić. Pamiętał bowiem Pan Akkolon, że Morgana le Fay miecz Arturowy i pochwę do niego mu przysłała na walkę, którą nazajutrz z rycerzem nieznanym ma stoczyć.

Uradował się wielce Pan Onclek i bratu swemu, Panu Damasowi, kazał powiedzieć, że rycerza znalazł, który nazajutrz, gdy na jutrznię zadzwonią, zamiast niego w pole wyjedzie.

Tak tedy wypadło, że król Artur i Pan Akkolon, nic o sobie wzajem nie wiedząc, w sprawie obu braci walczyć mieli. Poczyniono należne przygotowania i wszyscy rycerze oraz lud z okolicy zebrali się na ich spotkanie popatrzeć. Dosiadł był właśnie Artur konia, gdy podeszła doń panna, przez Morganę le Fay przysłana, i miecz mu przyniosła kubek w kubek do miecza jego Ekskalibura podobny i takąż do niego pochwę. I rzekła:

— Morgana le Fay miecz twój z miłością swoją ci przysyła.

Podziękował jej Artur, nic nie wiedząc o tym, że i miecz, i pochwa podrobione były i kruche, i nieszczere.

Z zapałem obaj do walki ruszyli i wiele zręcznych ciosów sobie zadali. Ale cała przewaga po stronie Pana Akkolona była, gdyż on miał Ekskalibur prawdziwy, umyśliła bowiem Morgana, że dnia tego król Artur ma zginąć. Toteż miecz, którym teraz walczył, ani w połowie tak silnych cięć co miecz Akkolona nie zadawał. Zasię każdy cios Akkolona głęboko Artura ranił i cudem tylko chyba trzymał się jeszcze król na nogach. Od samego też początku walki zdawało się Arturowi, że miecz w Akkolona dłoni Ekskaliburem chyba jest, lecz tak pełen był król cnót rycerskich, że po rycersku ból tylu ran znosił i przeciwnikowi placu dotrzymywał. Aż wreszcie pękł miecz Artura przy samej rękojeści i na trawę krwią zlaną upadł.

Teraz już myślał Artur, że mu umrzeć przyjdzie, ale tarczy z rąk nie wypuścił, nie krzyknął nawet. Wszyscy, co na tę walkę patrzyli, mówili, że nie widzieli jeszcze rycerza, który by walczył tak mężnie z taką krwi utratą. I żałowali Artura. Ale Akkolon, królewski miecz mając w dłoni, taką śmiałość czuł, że Artura wezwał, aby mu się poddał i o zmiłowanie prosił.

— Nie — odpowie król Artur — tego nie uczynię, gdyż przyrzekłem, póki życia we mnie, do ostatka walczyć, przeto umrę raczej z honorem, niż żyw z hańbą mam się ostać. A gdybym nawet i sto razy umierać miał, wolałbym to ścierpieć niż poddać się tobie. Chociaż broni nie mam, honor mi pozostał, a jeśli mnie bezbronnego zabijesz, na ciebie niesława spadnie.

Ale Akkolon o sławę nie stał i nie chciał Artura oszczędzić. I tak potężny cios mu zadał, że pochylił się król prawie do ziemi, a jednak zaraz potem tarczą na Akkolona natarł i uderzył go głowicą miecza, która mu w dłoni została, i zmusił go do cofnięcia się.

Ale wydarzyło się, że wśród panien dworskich, co na bitwę patrzyły, była i ta, która swojego czasu Merlina w skale uwięziła. A znalazła się tu ona z miłości dla króla Artura, gdyż wiedziała, że Morgana le Fay postanowiła sobie tego dnia do śmierci brata doprowadzić. Tedy przyszła, ażeby króla ocalić. Widziała, jak dzielnie walczył Artur, i smuciła się, że rycerz tak zacny przez zdradę nieszczerą ginie. Za jej przeto sprawą, kiedy Akkolon do zadania nowego ciosu się gotował, Ekskalibur z dłoni mu się umknął i na ziemię upadł. Skoczył Artur żwawo i miecz podniósł, i poznał od razu, że własny swój miecz trzyma. Wtedy też i pochwę, u boku Akkolona wiszącą, dojrzał i chwyciwszy za nią, ku sobie pociągnął, a odebrawszy, jak zdołał daleko precz odrzucił. Wówczas z całą mocą na Akkolona natarł i na ziemię go obalił. Potem, sprzączki hełmu jego odpiąwszy, do ostatniego ciosu się gotował i tak skończyć się miała ta walka zawzięta.

— Możesz mnie zabić, skoro taka twoja wola — Akkolon mu rzecze — gdyż zaprawdę lepszego od ciebie rycerza jeszczem nie spotkał i widzę dobrze, że Bóg jest z tobą.

Ale król Artur pomyślał, że znany mu jest skądś ten rycerz, więc zapytał:

— Z jakiego kraju pochodzisz i z czyjego dworu?

A gdy powiedział mu Pan Akkolon swoje imię, przypomniał sobie Artur, że go u siostry swej Morgany był widział. Przypomniał sobie także, jak razem na czarownym okręcie w sen popadli. Kazał tedy Akkolonowi opowiedzieć sobie, jakim sposobem miecz Ekskalibur do rąk swoich dostał, i tak dowiedział się o knowaniach siostry swojej, jako z pomocą Akkolona króla zgładzić chciała i sama królową zostać.

Wówczas dał się poznać Akkolonowi, a powalony rycerz, dowiedziawszy się, że na króla nastawał, o zmiłowanie zawołał i do wszystkich zebranych powiedział:

— O, panowie, ten rycerz szlachetny, z którym jam walczył, czego ciężko teraz żałuję, co do dzielności swojej, męstwa i honoru pierwszym jest rycerzem na świecie. Król Artur ci to jest we własnej osobie, wszystkich nas tu władca najwyższy. Złym tylko trafem walczyłem, nieszczęsny, z królem moim i panem, który ma moc nade mną.

Na to wszyscy na kolana padli i prosili króla o zmiłowanie, i darował Akkolonowi Artur.

A ranny był król ciężko, zasię jeszcze ciężej Akkolon. Pośpieszył jednak Artur sprawę braci, Pana Damasa i Pana Oncleka, rozsądzić i przyznał Panu Onclekowi należne mu prawa do dziedzictwa, Panu zaś Damasowi pod karą śmierci nakazał, aby już nigdy błędnych rycerzy, co za przygodami po świecie jeżdżą, nie napastował.

Potem króla, a z nim i Pana Akkolona, do pobliskiego opactwa zaniesiono, gdzie by mnisi rany opatrzyć im mogli.

Po czterech dniach zmarł Pan Akkolon z upływu krwi, którą w bitwie utracił, zasię Artur do sił znowu powrócił. Rozkazał on zmarłego Akkolona na noszach ułożyć, nosze między końmi uwiązać i tak zwłoki jego z sześciu rycerzami do Camelotu odesłał. A powiedział przy tym owym rycerzom:

— Zawieźcie go siostrze mojej Morganie le Fay i powiedzcie, że taki jej oto podarunek posyłam. A i to jej rzeknijcie, że mam miecz swój Ekskalibur i pochwę z powrotem.

Więc odjechali ze zwłokami.