tłum. nieznany

IV. Ostatni duch

Gdy widmo zbliżało się do Scrooge’a, ten upadł przed nim na kolana, ponieważ zdawało mu się, że przybysz roztacza dokoła coś tajemniczego, posępnego i groźnego.

Ów długi, czarny płaszcz, podobny do całunu, spowijał szczelnie całą postać Ducha, nawet głowę i twarz, pozwalając widzieć tylko jedną wyciągniętą rękę. Gdyby nie to, trudno byłoby dojrzeć tę postać pośród ciemności nocnej.

Znalazłszy się tuż przy Duchu, Scrooge zauważył jego niezwykle wysoki wzrost i uczuł, że go ogarnia niewypowiedziana trwoga. A ów przybysz tajemniczy wciąż milczał, stał w miejscu bez żadnego ruchu.

— Zdaje się, że mam przed sobą Ducha Przyszłych Wigilii? — wyszeptał nieśmiało Scrooge.

Duch nic nie odpowiedział, wciąż natomiast trzymał wyciągniętą rękę.

— Masz mi pokazać rzeczy — zapytał Scrooge — które staną się dopiero w przyszłości? Czy nie tak?

Górna część całunu sfałdowała się na chwilę, jak gdyby Duch pochylił potakująco swą głowę. Taką tylko Scrooge otrzymał odpowiedź.

Chociaż Scrooge już przywykł do obcowania z duchami, to jednak w obecności tego milczącego widma doznawał takiego strachu, że nogi się pod nim chwiały i nie mógł podążać za Duchem, który, snać to zauważywszy, zatrzymał się nieco, jakby chcąc mu dać dojść do równowagi.

Ale to zmieszało Scrooge’a jeszcze więcej.

Za każdym razem, gdy uczuwał, że oczy widma przenikliwie spoglądają na niego spoza czarnego całunu, przejmowała go straszliwa groza i dreszcze niewypowiedzianej trwogi, tym bardziej, że pomimo wszelkich swoich wysiłków, nie mógł nic rozróżnić pod tą czarną szatą; widział tylko wciąż wyciągniętą rękę widma i niewyraźne zarysy jego postaci.

— Duchu przyszłości — zawołał wreszcie — napełniasz mnie takim przerażeniem, jakiego nie doznawałem wobec twoich poprzedników. Ponieważ jednak wierzę, iż pragniesz mego dobra i ponieważ szczerze pragnę poprawić się, stać się innym zgoła człowiekiem, dziękuję ci już z góry z całego serca i gotów jestem wszędzie iść za tobą. Dlaczego jednak milczysz, dlaczego nie przemawiasz do mnie?

Żadnej odpowiedzi.

Ręka Ducha wciąż wskazywała wprost przed siebie.

— Prowadź mnie zatem, prowadź — rzekł Scrooge. — Czas szybko uchodzi, a wiem, że jest on dla mnie bardzo drogi. Chodźmy.

Duch ruszył powoli, a Scrooge dążył za nim, ogarnięty cieniem jego postaci; zdawało mu się, że cień ów porywa go i podtrzymuje.

Nie można powiedzieć, żeby to oni weszli do miasta; raczej miasto, wyrósłszy jakby spod ziemi, otoczyło ich nagle swoim wrzaskiem i gwarem.

Mniejsza, jak się to stało, dość, że się znaleźli od razu w samym sercu Londynu, na giełdzie, wśród tłumu negocjantów, spiesznie snujących się tam i z powrotem, brzęczących pełnymi kieszeniami złota i srebra, zbierających się w niewielkie gromadki w celu narad lub układów. Wszyscy oni byli bardzo zajęci, to spoglądali na zegarki, to, zamyśleni, bawili się kosztownymi brelokami itp. Obraz ten Scrooge znał doskonale, widywał go bardzo często.

Duch zatrzymał się przy niewielkiej gromadce kapitalistów, a Scrooge, zauważywszy, że ręka jego właśnie tę gromadkę wskazuje, przybliżył się i usłyszał następującą rozmowę:

— Nie — mówił wysoki, bardzo tłusty jegomość, z wprost potwornym podbródkiem — wiem tylko tyle, że umarł.

— Kiedy? — zapytał inny.

— Podobno wczoraj w nocy.

— I jakiż powód? Co mu się stało? — zagadnął trzeci, racząc się obficie tabaką ze srebrnej tabakiery. — Ja sądziłem, że on już nigdy nie umrze.

— Bóg raczy wiedzieć, co mu było — odparł pierwszy, ziewając przeciągle.

— Ciekawa rzecz, co zrobił z pieniędzmi? — zapytał jegomość z silnie purpurową twarzą i naroślą tłuszczu na końcu nosa, przypominającą korale indyka.

— Nie wiem, doprawdy — odparł jegomość z potwornym podbródkiem. — Może zapisał swoim wspólnikom... To tylko wiem, że ja nie będę jego spadkobiercą.

Dowcip ten przyjęto wybuchem śmiechu.

— Zdaje mi się — ciągnął dalej jegomość z potwornym podbródkiem — że będzie miał marny pogrzeb. Jestem pewien, że przystrojenia kościoła i karety żałobne niedrogo będą kosztowały, bo nie znam nikogo, kto by chciał pójść za jego trumną. A gdybyśmy tak bez zaproszenia odprowadzili go do grobu?

— Jeżeli nam wyprawią porządną stypę, to ja nie mam nic przeciwko temu — wtrącił jegomość w okularach. — Za takie poświęcenie coś się przecież należy.

Gromadka znów się roześmiała.

— Jak widzę, to ja jestem najwięcej bezinteresowny — odezwał się jegomość z potwornym podbródkiem. — Nigdy nie chodzę na cmentarz i nie ubiegam się o stypy, ale jeżeli który z was wybierze się na ten pogrzeb, ja chętnie towarzyszyć mu będę. Prawdę mówiąc, poniekąd sympatyzowaliśmy z sobą, tj. ja z nieboszczykiem. Przy spotkaniu zawsze wymienialiśmy wzajem choć kilka słów. No, tymczasem do widzenia, moi panowie.

Gromadka rozeszła się i zniknęła w tłumie, a Scrooge, który poznał wszystkich rozmawiających, zwrócił oczy na Ducha, jak gdyby oczekując od niego wyjaśnienia tego, co usłyszał.

Zamiast odpowiedzi, Duch pomknął na ulicę i palcem wskazał dwóch rozmawiających jegomościów.

Scrooge znów nadstawił uszu w nadziei, że teraz zagadka się rozwiąże.

Dwóch jegomościów wskazanych przez Ducha znał również dobrze. Byli to bardzo bogaci i bardzo wpływowi giełdziarze. Scrooge usilnie starał się pozyskać ich zaufanie i szacunek, oczywiście w znaczeniu czysto giełdowym.

— Witam pana — mówił jeden z mich — jakże zdrowie?

— Niezgorzej — odparł zapytany — a pańskie?

— Wcale dobrze. A tego starego kutwę powołano nareszcie do obrachunku.

— Słyszałem o tym. Ale też nieznośne zimno dziś mamy...

— Przecież to pora po temu... święta Bożego Narodzenia. Pan nie jeździsz na łyżwach?

— Co mi po tym? Mam co innego na głowie. Do widzenia.

— Do widzenia.

Ani słowa więcej. Takie było ich przywitanie, rozmowa i pożegnanie.

Scrooge’a z początku dziwiło to, że Duch przywiązuje wagę do tak w gruncie rzeczy błahych rozmów, lecz przeczuwając, że czyni to nie bez celu, zaczął się nad nimi zastanawiać.

Nie mógł przypuścić, żeby rozmowy te dotyczyły Jakuba Marleya, jego dawnego wspólnika, chociażby z tego tylko względu, że Marley umarł już stosunkowo dawno, więc śmierć jego należała do przeszłości, a Duch przecież miał związek jedynie z przyszłością.

Na razie Scrooge nie mógł w żaden sposób wymiarkować, o którym z jego znajomych rozmawiano. Nie wątpił jednak, że kogokolwiek dotyczyły te rozmowy, w każdym razie zawierały naukę mającą za cel jego dobro, którą on powinien przyjąć z uwagą i wdzięcznością. Doszedłszy do tego przekonania, postanowił jak najpilniej przysłuchiwać się wszystkiemu, co tylko mu w uszy wpadnie, a przede wszystkim obserwować bacznie swoją postać, jeśli się ona zjawi, przewidując, że zachowanie się tej postaci, która będzie przedstawiała jego samego w przyszłości, da mu klucz do rozwiązania dręczących go zagadnień. Zaczął więc szukać swojej postaci.

Któż jednak zajął uprzywilejowane jego miejsce na giełdzie? Scrooge nie znał tego człowieka. Rozglądając się na wszystkie strony, nie mógł znaleźć siebie, chociaż zegar giełdowy wskazywał właśnie godzinę, w której zwykle tu przebywał. Ta okoliczność zresztą nie zaniepokoiła go nazbyt, gdyż już po odwiedzinach pierwszego widma postanowił w głębi duszy zmienić dotychczasowy sposób życia, przypuszczał więc teraz, że jego nieobecność na giełdzie w tym okresie przyszłości stwierdza, iż w postanowieniu swoim wytrwał.

Duch, wciąż posępny i nieruchomy, stał przy nim z wyciągniętą ręką. Ocknąwszy się z zamyślenia, Scrooge zauważył, że Duch nie spuszcza z niego oczu, a to spostrzeżenie znów przejęło go dreszczem od stóp do głowy.

Opuściwszy gwarną część miasta, zapuścili się w jedną z jego oddalonych, ubogich dzielnic, gdzie Scrooge nigdy nie zaglądał, wiedząc, że ludność jej miała jak najgorszą opinię. Składała się ona z ulic ciemnych, pełnych błota; domy i sklepy były tu nędzne, mieszkańcy bosi, półnadzy, pijani, budzili wstręt i obrzydzenie. Podwórza i korytarze nieprawdopodobnie wąskie, zagnojone, wydawały zabijający zaduch, dostrajały się do zezwierzęconej ludności, która tu się roiła. W ogóle dzielnica ta była stekiem błota, nędzy i zbrodni.

W tej oto ohydnej dzielnicy znajdował się nędzny sklepik, w którym sprzedawano stare żelastwo, gałgany, stare butelki, kości, resztki wczorajszych marnych obiadów zebranych na brudnych talerzach. Na podłodze wewnątrz sklepu piętrzyły się gromady zardzewiałych kluczy, gwoździ, łańcuchów, zawiasów, pilników, talerzy wag, gwichtów — słowem: najprzeróżniejsze odpadki żelazne. Dziwne i zapewne straszne tajemnice, których zbadania nie każdy odważyłby się podjąć, ukrywały się pod stosami cuchnących łachmanów, odpadków tłuszczu i kości.

Przy piecu, w którym spalano szczątki zgniłego drzewa, skleconym niezdarnie z kawałków starych cegieł, siedział wśród swoich towarów siedemdziesięcioletni, białowłosy łotr. Od ulicznego chłodu zasłonił się firanką różnorodnych, przesiąkniętych tłuszczem gałganów, które rozwiesił na sznurku i rozkoszował się samotnością, paląc fajkę. Scrooge i Duch zjawili się przy nim w tej chwili właśnie, kiedy do sklepu weszła jakaś kobieta, dźwigając ciężki tłumok. Tuż za nią, także z tłumokiem, weszła druga, a za tą znów mężczyzna w czarnym, mocno spłowiałym ubraniu. Wszyscy troje niezmiernie się zdziwili, poznawszy się wzajem.

Przez chwilę panowało milczenie, wreszcie owa trójka wybuchnęła głośnym śmiechem.

— To dopiero zdarzenie! — zawołała kobieta, która najpierw przyszła. — Trzeba jednak utrzymać porządek. Niech posługaczka najpierw załatwi interes, potem praczka, a w końcu przedsiębiorca pogrzebowy. No, patrzajże Joe! Czy to nie rzecz szczególna? Zeszliśmy się tu, jak gdybyśmy się umówili. Nieprawda?

— W każdym razie nie mogliście wybrać lepszego miejsca na taką schadzkę — rzekł Joe, wyjmując z ust fajkę. — Chodźcież do salonu. Znamy się przecież wszyscy. Zaczekajcież, tylko drzwi zamknę. Do licha! Jakże one skrzypią... Sądzę, że w całym moim składzie nie można byłoby znaleźć równie zardzewiałych i skrzypiących zawiasów jak zawiasy tych drzwi, i równie starych kości jak moje właśnie. Tak, tak. Wszystko to jest dobrane, wszystko odpowiada swemu stanowisku i przeznaczeniu. Ale chodźcież do salonu.

Ów „salon” oddzielony był od sklepu rodzajem złachmanionego parawanu.

Stary przekupień poprawił płonący ogień kawałkiem żelaza, które niegdyś stanowiło część ozdobnej poręczy schodów, usunął kopeć z lampy — była bowiem wtedy noc — cybuchem swej fajki, którą następnie znów wsunął w usta.

Podczas gdy się tak krzątał, kobieta, która pierwsza weszła, rzuciła na podłogę swój tłumok, usiadła w pozie bardzo swobodnej na stołku i splótłszy dłonie na kolanie, spoglądała na dwójkę jej towarzyszy, jakby wzywając ich, żeby uczynili to samo.

— Więc cóż? Przecież wszystko w porządku, moja pani Wilber? — odezwała się po chwili. — Jestem zdania, że każdy człowiek powinien myśleć o sobie. On przez całe życie tym tyko się zajmował.

— Święta prawda! — odparła praczka. — Nikt na świecie nie dbał tak o siebie jak on. Nikt na świecie.

— Dlaczegóż więc pani siedzisz, wytrzeszczywszy oczy, jakbyś się czego bała? Powiadam, że wszystko w porządku i koniec. Wilki przecież nie rzucają się na siebie, a kruk krukowi oka nie wykole. Byłoby całkiem głupio, gdybyśmy mieli przeszkadzać sobie wzajem w interesach.

— Zapewne! Zapewne! — potaknęła pani Wilber.

— W takim razie wszystko w porządku — prawiła posługaczka. — Nie szukajmy dnia wczorajszego, to do niczego nie doprowadzi. Zresztą, czego się tu obawiać? O co? Trochę drobiazgów nikogo nie zuboży, a nieboszczyk się o nie chyba nie upomni...

— Zapewne! Zapewne! — znów potwierdziła pani Wilber, uśmiechając się.

— Gdyby ten podły kutwa chciał ochronić swoje rzeczy od zmarnowania po jego śmierci — mówiła posługaczka — mógł uczynić to bardzo łatwo, postępując jak wszyscy uczciwi ludzie. Dlaczegóż nie postarał się, żeby w chwili śmierci mieć przy sobie jakąś dobrą duszę, która by się nimi zaopiekowała? Nie chciał tego, nie postarał się o to, więc też zginął marnie w kącie, gorzej psa.

— Święta prawda! — potwierdziła pani Wilber. — Co posiał, to i zebrał. Święta prawda.

— Jeszcze bym więcej o nim powiedziała, gdybym tylko miała czas pomyśleć o czym innym, a nie o tym, z czym tu przyszłam. No, Joe, rozwiąż tłumok, powiedz, co on wart. Bądź zupełnie szczery, o to cię proszę. Wcale się nie obawiam zacząć pierwsza... Owszem, niech oni wiedzą, co tu jest. Wszyscy troje dobrze wiemy, po cośmy tutaj przyszli. Grzechu w tym nie ma. Dalej, rozwiąż tłumok, Joe.

Teraz nastąpiły prawdziwe chińskie ceremonie: towarzysze jej pragnęli okazać, iż są dobrze wychowani, dlatego też przedsiębiorca pogrzebowy zdecydował się pierwszy przedstawić swoje łupy.

Nie były one znaczne: kilka pieczątek, ołówek w futerale, para spinek i tania szpilka do spinania chustki pod szyją. Tyle tylko.

Joe każdy przedmiot bardzo skrupulatnie badał, a nawet obwąchiwał, kreślił na ścianie kredą cenę każdego, a widząc, że nic więcej nie ma, zsumował nakreślone liczby.

— Tyle wynosi twój rachunek, kochany przyjacielu — rzekł do przedsiębiorcy pogrzebowego. — Nie dam ani sześciu pensów więcej, choćby mnie smażono na wolnym ogniu. Cóż tam więcej?

Przyszła kolej na panią Wilber.

W jej tłumoku znajdowały się prześcieradła, serwety i trochę ubrania; dalej staroświeckie, srebrne łyżeczki do herbaty, szczypce do cukru i trochę obuwia.

Jej rachunek również został zapisany na ścianie.

— Zawsze jestem względny dla dam, zawsze im więcej płacę. Ta słabość nawet mnie rujnuje — wyrzekał stary Joe. — Twój rachunek, pani Wilber. Jeżeli zażądasz choć jeden penny więcej, jeżeli zechcesz się targować, to gotów jestem cofnąć moją hojność i strącić pół korony.

— A teraz, Joe, zajrzyj do mojego tłumoka — rzekła posługaczka.

Joe ukląkł na ziemi dla większej wygody i rozmotawszy nieskończoną ilość supłów, wydobył najprzód ogromny zwój ciemnej materii.

— Co to takiego? — mruknął pod nosem. — Kotary od łóżka?

— Nie inaczej — odparła, śmiejąc się, posługaczka. — To są kotary od łóżka.

— Czyżbyś, kochana przyjaciółko, ściągnęła to wszystko: firanki, kółka, chwasty, słowem, całe urządzenie, wtedy jeszcze, kiedy on leżał na łóżku? — zapytał Joe.

— Właśnie wtedy — odparła posługaczka. — Czy to nie była pora po temu?

— W tym razie muszę ci oddać sprawiedliwość, droga przyjaciółko — rzekł Joe. — Stanowczo urodziłaś się w czepku i jesteś na drodze do zrobienia majątku.

— Zapewniam cię, ojcze Joe — rzekła poważnie posługaczka — że wobec takiego człowieka uważałabym wszelkie skrupuły za śmieszność. Tak jest, uważałabym się za bardzo naiwną, gdybym się wzdragała przywłaszczyć sobie, co tylko pod rękę wpadnie. Ale ostrożnie z lampą, Joe — dodała — zatłuścicie kołdrę oliwą.

— To jego kołdra? — zapytał Joe.

— A czyjażby? Nie zaziębi się przecież bez niej, nie dostanie kataru.

— Tu nie o to chodzi — przerwał Joe. — Obawiam się tylko, czy on nie umarł na jaką zaraźliwą chorobę...

— Bądź spokojny, ojcze Joe — zapewniła go posługaczka. — Wcale nie byłam tak spragniona jego towarzystwa, żebym się miała narazić na niebezpieczeństwo. Nie kręciłabym się przy nim, gdyby go toczyła jaka zaraza. Miłe mi jeszcze życie. Przypatrzcie się tej koszuli, ojcze Joe, przypatrzcie się dobrze tej koszuli. Zaręczam, że możecie całkiem wypatrzeć oczy, a nie znajdziecie ani jednej dziurki, ani nawet przetartego punktu. Jest to najlepsza koszula, jaką nieboszczyk posiadał i trzeba przyznać, że jeszcze bardzo dobra. Szczęściem, że ja tam byłam, bo inaczej zmarnowaliby ją.

— Jakimże sposobem? — zapytał rozciekawiony Joe.

— Włożyliby ją na nieboszczyka i pochowaliby go w niej — odparła posługaczka, śmiejąc się. — Znalazł się nawet jakiś głupiec, co ją już włożył na trupa; ale spostrzegłam to w samą porę i zdjęłam z niego tę piękną sztukę białego, czystego płótna. A w perkalu pójść do grobu nie łaska? Jeżeli perkal nie jest właściwy do tego celu, to doprawdy nie wiem, na co on się zdać może? Zdaje mi się, że perkal jest najstosowniejszy dla nieboszczyków, a szczególnie dla tego starego sknery.

Scrooge z przerażeniem przysłuchiwał się tej rozmowie. Ludzie ci, siedzący dokoła swej zdobyczy, przyciśnięci do siebie, sprawiali wrażenie zwierząt drapieżnych, budzili w nim taki wstręt i taką nienawiść jak bezwstydne demony prowadzące targ o świeżego trupa.

— Ha, ha, ha! — rozprawiała w dalszym ciągu posługaczka, zaśmiewając się cynicznie, podczas gdy Joe, wydobywszy z ukrycia flanelowy worek z pieniędzmi, odliczał każdemu z tej trójki przypadającą należność. — To była rzecz prawdziwie dobra, jedynie dobra, na jaką się zdobył przez całe życie. Nikt temu nie zaprzeczy. Za życia wszystkich odtrącał od siebie, żebyśmy mogli pożywić się trochę po jego śmierci. Ha, ha, ha!

— Duchu — szepnął Scrooge, drżąc jak w febrze. — Zrozumiałem, wszystko zrozumiałem. Los tego nieszczęśliwego może być moim losem. Do takiego końca prowadzi takie życie, jakie ja pędzę... Boże miłosierny, co ja widzę?!

Przy tym okrzyku cofnął się przerażony.

Obraz zmienił się nagle i Scrooge znalazł się tuż przy łóżku bez kotar, na którym, pod dziurawym, brudnym prześcieradłem, leżało coś, a chociaż się nie poruszało, jednak dosadnie, w sposób straszny wyjaśniało to wszystko, co przed chwilą widział i słyszał.

Pokój był ciemny — tak ciemny, że nie można było dokładnie widzieć, co się w nim znajduje, chociaż Scrooge, pobudzony jakimś wewnętrznym nakazem, rozglądał się z ciekawością na wszystkie strony. Słabe światło przedostające się z zewnątrz padało prosto na łóżko, gdzie leżał trup tego ograbionego, zapomnianego, opuszczonego przez wszystkich człowieka.

Scrooge spojrzał na Ducha; ręka jego wskazywała głowę trupa. Ciało było tak niedbale okryte, że wystarczyło jedno dotknięcie, aby je odsłonić. Scrooge chciał to uczynić, pragnął zobaczyć twarz nieboszczyka, ale obawiał się, sił mu brakło.

— O zimna, lodowata, sztywna, straszna śmierci! Możesz tu sobie wznieść tron i otoczyć go wszystkimi okropnościami, jakimi rozporządzasz, gdyż tu jest twoje państwo... Lecz ty nie jesteś zdolna skazić jednego włosa na głowie miłowanej, czczonej i uwielbianej; nie możesz skazić ani jednego rysu szlachetnej twarzy. Cóż stąd, że ręka takiego człowieka stężeje i opadnie bezwładna? Cóż stąd, że jego krew stężeje i serce bić przestanie? Ta ręka była otwarta, hojna i dobroczynna; to serce czuło i kochało gorąco, rade było wszystkie niedole ogarnąć i ukoić. Uderzaj, nieubłagana śmierci, wymierzaj ciosy — będą one bezsilne. Zobaczysz, że z rany przez ciebie zadanej wytrysną dobre, zacne czyny, nasiona wiecznego życia!

Nikt tych słów nie wymówił, a jednak Scrooge dokładnie je słyszał, gdy patrzył na leżącego na łóżku nieboszczyka.

„Gdyby ten człowiek ożył — myślał Scrooge — gdyby mógł rozpocząć nowe życie, co by powiedział o swojej przeszłości? Skąpstwo, chciwość, nieczułość, pragnienie wzbogacenia się... wszystko to sprawiło tak straszmy koniec!”

Ten trup zastygły leży pod złachmanionym prześcieradłem, opuszczony w tym ponurym i pustym domu i nie ma na świecie człowieka, który by powiedział:

— On wyrządził mi kiedyś przysługę, powiedział mi dobre słowo, kiedy potrzebowałem pociechy, teraz wywdzięczę mu się za to.

Kot tylko drapał do drzwi i gdzieś pod podłogą gospodarowały myszy. Czego one chcą w pokoju zmarłego? Dlaczego mącą ciszę, dlaczego tak hałasują? Scrooge nie śmiał roztrząsać tych pytań.

— Duchu — rzekł w końcu — to straszne miejsce. Opuściwszy je, nigdy nie zapomnę nauki, jaką tu otrzymałem. Chodźmy stąd! Chodźmy prędzej!

Lecz Duch wciąż ukazywał mu ręką głowę trupa.

— Wiem, Duchu, czego żądasz ode mnie — szepnął Scrooge — lecz nie mogę tego spełnić, sił mi brak!

Zdawało się, że Duch spojrzał na niego bacznie spod kaptura.

— O, Duchu! — zawołał Scrooge głosem złamanym. — Jeżeli istnieje chociażby jeden człowiek, którego śmierć tego nieszczęśnika zmartwiła, to pokaż mi go, błagam cię!

Duch rozpostarł nad nim swój całun, jak gdyby skrzydła, po chwili zaś opuścił go i naraz Scrooge ujrzał jasny, słoneczny pokój, w którym znajdowała się matka z dziećmi.

Matka oczekiwała kogoś z wielkim niepokojem; chodziła od okna do okna, wzdrygała się przy najmniejszym szeleście, wyglądała na ulicę, spoglądała na zegar ścienny, próbowała na próżno zająć się robotą i widocznie z trudnością znosiła krzyki rozbawionych dzieci.

Wreszcie usłyszała tak dawno oczekiwane stuknięcie we drzwi.

Pobiegła, by je otworzyć.

Był to jej mąż, człowiek jeszcze młody, lecz już znużony i sterany ciężkim życiem. Twarz jego miała w tej chwili dziwny wyraz: malowała się na niej radość, której się widocznie wstydził i którą chciał ukryć.

Zasiedli do stołu, aby spożyć obiad przygrzewany na kominie, a wówczas żona zapytała nieśmiało:

— Jakież nowiny?

On milczał — wahał się z odpowiedzią.

— Dobre czy złe? — nagliła delikatnie żona.

— Złe — odparł.

— Więc jesteśmy ostatecznie zrujnowani?

— Nie, Karolino, jest jeszcze nadzieja.

— Zapewne w takim razie, jeżeli on zechce poczekać? — rzekła ona. — Ale byłby to cud prawdziwy, po nim czegoś podobnego spodziewać się nie można.

— On nie może już nic zrobić — zauważył mąż — on umarł.

Żona była dobrą, kochającą, zacną kobietą; dość było spojrzeć na nią, żeby nabrać tego przekonania; mimo to wiadomość udzielona przez męża przyniosła jej taką ulgę, że podziękowała za nią Bogu, chociaż zaraz ogarnął ją żal i wstyd, że się poddała samolubnemu uczuciu. W każdym razie pierwsze jej wrażenie było radosne.

— Więc — rzekła do męża — owa na pół pijana baba, o której wspomniałam ci wczoraj, powiedziała mi prawdę, kiedym usiłowała dostać się do niego, żeby wyprosić chociaż tydzień zwłoki. On istotnie umarł. A mnie się zdawało, że umyślnie skłamała, żeby mnie się pozbyć.

— Jak myślisz? — zapytał mąż. — Kto teraz przejmie nasz dług?

— Nie wiem. W każdym razie, zanim się ureguluje prawa spadku po nim, znajdziemy potrzebne pieniądze. A chociażbyśmy nawet ich nie znaleźli, to musiałaby nas prześladować szczególna fatalność, gdyby jego spadkobierca miał się okazać równie nieludzki jak on. Możemy zatem spać spokojnie.

Jakoż wielki ciężar spadł im z serca. Nawet twarzyczki dzieci przysłuchujących się rozmowie rodziców, której dokładnie nie rozumiały, zajaśniały radością. Śmierć tego człowieka wniosła odrobinę szczęścia do biednego domu. Jedynym wrażeniem dodatnim, jakie wywołał ów zgon, wrażeniem, które Duch pozwolił stwierdzić Scrooge’owi naocznie, była radość gnębionych przez nieboszczyka ludzi.

— Duchu — odezwał się Scrooge — pokaż mi śmierć ściśle związaną z miłością; inaczej ów pokój straszny, któryśmy niedawno opuścili, wciąż będzie gnębił myśl moją.

Duch powiódł go przez kilka dobrze mu znanych ulic. W drodze Scrooge pilnie oglądał się na wszystkie strony w nadziei, że zobaczy swą postać, ale daremnie.

Weszli do domu biednego Boba Cratchita, do tego samego mieszkania, które Scrooge odwiedził tak niedawno. Zastali tam matkę z dziećmi.

W pokoju panowała cisza. Zwykle swawolne maleństwa, braciszek i siostra, siedzieli teraz cichutko w kącie pokoju, nie spuszczając oczu z Piotra, schylonego nad otwartą księgą. Matka i starsza córka szyły.

„On zaś wziął dziecko i postawił wśród nich”.

Kto wypowiedział te słowa? Przecież to nie sen. Scrooge słyszał je wyraźnie. Widocznie Piotr je odczytał głośno w chwili, gdy Duch ze Scroogem przestąpili próg pokoju. Lecz dlaczego chłopiec przerwał tak nagle czytanie?

Matka położyła robotę na stole i zakryła twarz dłońmi.

— Oczy mnie bolą od koloru tej materii... — szepnęła.

Od koloru materii? O, biedny, maleńki Tim!...

— Już mi lepiej — rzekła po chwili. — Prawdopodobnie robota przy świetle męczy moje oczy, a ja nie życzę sobie, żeby ojciec to zauważył. On zapewne niedługo wróci. Powinien już być w domu.

— To prawda — potwierdził Piotr, zamykając księgę. — Czyś nie zauważyła, mamo, że ojciec teraz chodzi znacznie wolniej niż dawniej?

Zapanowała jakaś przykra, gnębiąca cisza. Wreszcie matka odezwała się spokojnie, ze swobodą, głosem, który raz tylko zadrżał:

— A ja pamiętam, jak chodził szybko, nawet bardzo szybko z... maleńkim Timem na plecach...

— I ja także — szepnął Piotr.

Wszyscy kolejno powtórzyli:

— I ja także.

— Bo przecież Tim nie był ciężki — rzekła matka, pochylając się nad robotą. — Przy tym ojciec go tak kochał, tak bardzo kochał, że nie czuł nawet jego ciężaru. Ale zdaje mi się, że ojciec wraca...

To rzekłszy, pani Cratchit szybko pobiegła na spotkanie męża.

Mały Bob wszedł do pokoju. Szyję miał owiniętą szalikiem wełnianym, a bardzo go ten biedak potrzebował. Herbata już się grzała dla niego i wszyscy starali się mu usłużyć. Dwoje najmłodszych dzieci wdrapało się na kolana ojca, przytuliło swoje twarzyczki do jego twarzy, jak gdyby chciały powiedzieć:

„Nie myśl już o tym, tatusiu! Nie martw się!...”

Bob wesoło bawił się z nimi, dla każdego zresztą miał dobre słowo. Spostrzegłszy rozłożoną na stole robotę, chwalił pilność i zręczność żony i córek.

— Ależ wy to skończycie przed niedzielą — zauważył. — Dzielne z was robotnice.

— Niedziela? — powtórzyła żona. — Więc tam dziś byłeś, Robercie?

— Tak, moja droga — odpowiedział Bob. — I bardzo żałowałem, żeś nie poszła ze mną. Ucieszyłabyś się, widząc, jak tam się wszystko zieleni. Ale przecież bywasz tam często, więc sama się przekonasz, jak tam pięknie. Co do mnie, przyrzekłem go odwiedzać w każdą niedzielę... Moje maleństwo! Moja droga, ukochana dziecina!

Przy tych słowach Bob się rozpłakał. Tak kochał Małego Tima, że na jego wspomnienie nie mógł się powstrzymać od łez.

Wstał i poszedł do pokoju na górze, oświetlonego i przyozdobionego zielenią jak na dzień wigilijny. Przy łóżeczku dziecka stało krzesełko i znać było, że niedawno jeszcze ktoś na mim siedział. Teraz Bob na nim usiadł i puścił wodze myślom bolesnym. Kiedy się uspokoił, ucałował łóżeczko, twarz jego przybrała wyraz spokojny człowieka pogodzonego z ciężkim ciosem. Westchnął raz jeszcze i wrócił na dół już w innym usposobieniu.

Teraz wszyscy usiedli dokoła kominka i zaczęli gwarzyć serdecznie. Matka i córki wciąż przy tym pracowały. Bob z ożywieniem opowiadał o szczególnej życzliwości, jaką mu okazał siostrzeniec Scrooge’a, którego spotkał na ulicy. Widział go tylko raz jeden, i to przelotnie, tymczasem dziś, gdy się spotkali, siostrzeniec Scrooge’a przywitał go serdecznie, a zauważywszy, że Bob ma niezwykły wyraz twarzy, zapytał go, czy mu się nie przytrafiło co złego...

— Oczywiście — mówił Bob — nie mogłem ukryć tego przed nim. To taki miły, dobry człowiek. Czy uwierzysz, droga żono, że bardzo go to obeszło. Powiedział mi: „Szczerze panu współczuję, panie Cratchit i proszę oświadcz również moje serdeczne ubolewanie zacnej małżonce”. Nawiasem mówiąc, nie pojmuję: skąd on wie o tym?

— O czym, mój drogi?

— Żeś ty zacna i dobra kobieta.

— Wszyscy o tym wiedzą! — zawołał Piotr.

— Dobrze powiedziane, mój chłopcze — pochwalił go ojciec. — Mam nadzieję, że tak jest istotnie, a nawet jestem o tym przekonany. „Szczerze wam obojgu współczuję, moi państwo”, powtórzył siostrzeniec Scrooge’a i dając mi swój bilet, nadmienił: „Oto mój bilet. Może będę mógł panu być w czymkolwiek użyteczny, proszę zwróć się pan do mnie z całą otwartością”. Byłem wprost oczarowany, nie jego propozycją, nie myślą o tym, że może nam istotnie dopomóc, lecz jego uprzejmością. Wielce mnie tym ujął. Mógłby kto pomyśleć, że znał naszego Małego Tima i że żałuje go na równi z nami.

— Jestem pewna, że ma dobre serce — rzekła pani Cratchit.

— Upewniłabyś się jeszcze więcej, gdybyś go widziała i mówiła z nim tak, jak ja — podchwycił Bob. — Wcale bym się nie dziwił (uważajcie, co powiem!), gdyby Piotr przy jego poparciu otrzymał lepsze miejsce.

— Słyszysz, Piotrze? — rzekła pani Cratchit.

— A wtedy — zawołała jedna z dziewcząt — Piotr się ożeni i zamieszka u siebie!

— Co ty wygadujesz... — mruknął Piotr niby z oburzeniem, z oczu jednak jego znać było, że mu się ta myśl uśmiechała.

— Nie ma w tym nic nieprawdopodobnego — rzekł Bob — chociaż, mówiąc prawdę, masz jeszcze dosyć na to czasu, mój drogi. Lecz jeżeli kiedykolwiek przyjdzie nam się rozstać z sobą, jestem przekonany, że żaden z nas nie zapomni Małego Tima. Prawda, że wszyscy będziemy zawsze pamiętali to pierwsze rozstanie?

— Zawsze, ojcze! — odpowiedzieli wszyscy.

— Wiem o tym, moi drodzy — ciągnął Bob — jak również i o tym, że pamiętając, jak on był dobry, kochający, cierpliwy i łagodny, chociaż tak mały, tak maleńki, nigdy żadna waśń nie wyniknie wśród nas, gdyż inaczej nie moglibyśmy o nim pamiętać.

— Z pewnością, ojcze! — znów odpowiedzieli wszyscy.

— Dziękuję wam — rzekł Bob. — Jestem wśród was bardzo, bardzo szczęśliwy!

Pani Cratchit ucałowała go, potem ucałowały go starsze córki, z kolei dwoje najmłodszych dzieci uczyniło to samo, wreszcie Piotr uścisnął jego rękę.

Nad tą zacną rodziną unosił się jak błogosławieństwo Boże duch maleńkiego Tima.

— Duchu — odezwał się Scrooge — coś mi mówi, że się chwila naszego rozstania zbliża. Czuję ją, chociaż nie wiem, jak to nastąpi. Powiedzże mi teraz, co to był za człowiek, któregośmy widzieli na śmiertelnym łożu?

Duch Przyszłych Wigilii poprowadził go w taki sam sposób, jak go prowadził do dzielnicy giełdowej. Lecz teraz posuwał się bardzo szybko, nie zatrzymując się nigdzie, jak gdyby pragnął jak najprędzej stanąć u celu podróży. Ten pośpiech niepokoił Scrooge’a. Zaczął prosić Ducha, ażeby się chociaż na chwilę zatrzymał.

— Na tej ulicy — rzekł — przez którą tak błyskawicznie pędzimy, znajduje się mój kantor. W tej dzielnicy ogniskują się wszystkie moje interesy. Oto widzę już dom, w którym się mój kantor mieści. Pozwól mi zobaczyć, co się tam będzie działo w przyszłości.

Duch zatrzymał się, lecz wskazywał ręką w inną stronę.

— Przecież mój dom jest tutaj? — zauważył Scrooge. — Dlaczego wskazujesz inne miejsce i chcesz mnie tam prowadzić?

Nieubłagany Duch wciąż trzymał wyciągniętą wskazująco rękę w innym kierunku.

Scrooge pobiegł do okna swego kantoru i zaczął się chciwie rozpatrywać w jego wnętrzu. Lokal i teraz był zajęty przez kantor, ale już nie jego. Umeblowanie się zmieniło i ktoś nieznany siedział na miejscu szefa. A ręka Ducha nie zmieniała kierunku.

Scrooge wrócił do Ducha i udał się posłusznie za nim, starając się rozwiązać w myśli pytanie: dlaczego nie zobaczył siebie w kantorze i co się z nim stać mogło?

Nagle zatrzymali się przed żelaznymi sztachetami, wśród których znajdowała się wielka brama. Przed wejściem poza bramę Scrooge uważnie przyjrzał się miejscu.

Był to cmentarz.

Tu, pod ziemią, w głębokości kilku łokci leżał ten człowiek nieszczęsny, którego nazwisko miał niebawem poznać.

Cmentarz otaczało nieskończone mnóstwo ścian domów, a całą jego przestrzeń zarastały trawy i chwasty — rośliny śmierci, a nie życia — które gniły wskutek zbyt obfitego pokarmu.

Duch, stojąc wśród mogił, wskazywał na jedną z nich.

Scrooge, drżąc cały, zbliżył się do niej.

Duch pozornie wcale się nie zmienił, lecz Scrooge’owi zdawało się, iż w jego ponurej, majestatycznej postaci spostrzega coś nowego, co go do głębi poruszało...

— Zanim zbliżę się do grobowca, który mi wskazujesz — rzekł — odpowiedz mi na jedno, jedyne pytanie. Chcę mianowicie wiedzieć, czy to, co widzę, jest obrazem tego, co musi się spełnić, czy też tego, co może nastąpić?

Zamiast odpowiedzi, Duch dotknął ręką mogiły, przy której stali.

— Zapewne — mówił Scrooge dalej — człowiek w życiu musi dążyć tą drogą, jaką sam obrał i dojść do pewnych właściwych rezultatów. Ale jeżeli człowiek opuści dawną swoją drogę i zwróci się na inną, to przecież w końcu osiągnie inny rezultat? Powiedz, czy takie znaczenie mają obrazy, jakie mi ukazałeś?

Duch wciąż stał nieruchomy, wskazując grobowiec.

Scrooge, drżąc całym ciałem ze strachu, niemal pełznąc, przysunął się do grobowca i przeczytał na nim swoje własne nazwisko:

Ebenezer Scrooge

— Więc to samego siebie widziałem?! — zawołał, padając na kolana.

Teraz palec Ducha przesuwał się raz po raz od jego osoby do mogiły.

— Nie, Duchu! O, nie! — zawołał Scrooge.

Duch wciąż powtarzał ten sam ruch ręką.

— Duchu! — krzyknął Scrooge, chwytając płaszcz widma. — Wysłuchaj mnie... Ja już nie jestem tym człowiekiem, jakim byłem do chwili spotkania się z tobą... Nie jestem i nie będę przenigdy... Dlaczego ukazałeś mi tak straszne rzeczy? Czy dla mnie nie ma już ratunku?

Ręka Ducha po raz pierwszy zadrżała.

— O, dobry Duchu! — błagał Scrooge, leżąc u stóp widma, z twarzą zwróconą do ziemi. — Zmiłuj się nade mną, ratuj mnie! Powiedz, że zmieniając życie, mogę jeszcze zmienić obrazy, jakie mi ukazałeś...

Teraz ręka widma poruszyła się, jakby przytakująco.

— Odtąd z całej duszy będę czcił święta Bożego Narodzenia — przyrzekał ze skruchą Scrooge — i przez cały rok będę tych dni oczekiwał, przygotowując się do nich po chrześcijańsku. Będę zawsze pamiętał o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Wszystkie trzy Duchy, które mnie nawiedziły, żyć będą we mnie, gdyż nie zapomnę otrzymanych od nich nauk. O, Duchu, powiedz, że mogę zetrzeć napis z tego grobowca...

Z rozpaczą chwycił dłoń Ducha.

Duch usiłował ją wydrzeć, ale Scrooge trzymał ją z całej mocy. Duch jednak, będąc silniejszy od niego, wyrwał ją.

Scrooge wzniósł raz jeszcze dłonie, zamierzając znów błagać o zmianę swego losu, gdy nagle zauważył, że płaszcz i kaptur widma zaczęły się zmniejszać, kurczyć, aż wreszcie całe zjawisko zmieniło się w słupek jego własnego łóżka...