Rozpaczliwy opór naszego więźnia nie był bynajmniej objawem wrogiego usposobienia do nas, gdyż skoro został nareszcie obezwładniony, uśmiechnął się najuprzejmiej w świecie i wyraził nadzieję, że w walce, jaką z nim stoczyliśmy, nie zrobił żadnemu z nas krzywdy.
— Domyślam się, że zamierza pan zawieźć mnie na policję — zwrócił się do Sherlocka Holmesa. — Moja dorożka stoi przed bramą. Jeśli pan rozwiąże mi trochę nogi, zejdę sam; bo nieść mnie będzie trudno, nie jestem już taki lekki, jak za młodych lat.
Gregson i Lestrade zamienili spojrzenia, jak gdyby chcąc zaznaczyć swoje zdumienie taką zuchwałą propozycją. Holmes jednakże, biorąc naszego więźnia za słowo, rozwiązał ręcznik, którym związaliśmy mu stopy. Jefferson Hope wstał i rozprostował nogi, jak gdyby chciał się upewnić, że nie są spętane. Pamiętam, iż przyglądając mu się, pomyślałem sobie, że mało widziałem ludzi zbudowanych równie silnie jak on. Na jego ciemnej, ogorzałej twarzy malował się wyraz stanowczości i energii, która swoją potęgą imponowała nie mniej od jego siły osobistej.
— Jeśli stanowisko naczelnika policji jest wolne — rzekł, patrząc na Holmesa z nieukrytym podziwem — pan powinien je otrzymać bezwarunkowo. Sposób, w jaki pan mnie śledził, jest najlepszym świadectwem pańskich zdolności.
— Pójdziecie ze mną, sądzę — rzekł Holmes do obu policjantów.
— Mogę panów zawieźć — rzekł Lestrade.
— Dobrze! A Gregson wsiądzie razem ze mną. I pan, doktorze, także. Skoro brał pan tak żywy udział w tej sprawie, nie opuści nas pan teraz.
Przystałem na to chętnie i zeszliśmy wszyscy razem. Więzień ani nie myślał o ucieczce, wsiadł spokojnie do dorożki, a my za nim. Lestrade wsiadł na kozioł, zaciął konia i niebawem stanęliśmy u celu. Wprowadzono nas do małego pokoju, gdzie inspektor policji zanotował nazwisko naszego więźnia i nazwiska tych, o których zamordowanie był oskarżony. Urzędnik, człowiek o bladej, nieruchomej twarzy, obojętnie wypełniał swoje obowiązki.
— Aresztowany w ciągu tygodnia stanie przed sądem — rzekł. — A tymczasem, czy ma pan co do powiedzenia, panie Jefferson Hope? Muszę pana ostrzec, że pańskie słowa będą spisane i że mogą następnie zostać użyte przeciw panu.
— Mam bardzo dużo do powiedzenia — odparł Hope wolno. — Chciałbym panom opowiedzieć wszystko.
— Czy nie lepiej zachować to, jak pan stanie przed sądem? — spytał inspektor.
— Kto wie, czy ja tam kiedy stanę przed sądem — odparł Hope. — Niech się panowie nie niepokoją. Nie myślę bynajmniej o samobójstwie. Czy pan jest doktorem? — dodał, zwracając na mnie ciemne, przenikliwe oczy.
— Tak jest — odparłem.
— Proszę, niech pan przyłoży rękę tutaj — rzekł, uśmiechając się i podnosząc skutą dłoń do piersi.
Uczyniłem, jak chciał, i wnet odczułem gwałtowne bicie serca i zaburzenia wewnętrzne. Zdawało się, że cała klatka piersiowa drży i chwieje się, jak wątły budynek, w którego wnętrzu porusza się potężna machina. W ciszy panującej w pokoju mogłem dosłyszeć głuchy szmer i świst pochodzący z tego samego źródła.
— Ależ — zawołałem — pan ma rozszerzenie aorty!
— Tak mi to nazwali — odparł obojętnie. — Byłem u doktora w zeszłym tygodniu, żeby się poradzić, i powiedział mi, że aorta pęknie lada dzień. Przez tyle lat z każdym rokiem jest gorzej. To skutek nadmiernego zmęczenia i marnego odżywiania się w górach Salt Lake. Ale teraz, skoro spełniłem swoje zadanie, wszystko mi jedno, kiedy umrę. Chciałbym tylko opowiedzieć swoją historię, bo mi zależy na tym, żeby nie pozostawić wspomnienia pospolitego mordercy.
Inspektor i dwaj policjanci odbyli śpieszną naradę nad tym, czy należy zadośćuczynić żądaniu aresztanta.
— Panie doktorze, czy uważa pan, że temu człowiekowi grozi niebezpieczeństwo nagłej śmierci? — zapytał inspektor.
— Niewątpliwie! — odparłem.
— W takim razie naszym obowiązkiem jest w interesie sprawiedliwości wysłuchać zeznania — rzekł inspektor. — Proszę, niech pan mówi, ale ostrzegam pana ponownie, że każde słowo pańskie będzie zapisane.
— Usiądę, jeśli pan pozwoli — rzekł aresztant, zamieniając słowa w czyn. — Męczę się prędko skutkiem choroby, a walka, jaką z panami stoczyłem przed godziną, nie poprawiła bynajmniej mego stanu. Stoję nad grobem, więc możecie panowie być pewni, że nie będę kłamać. Każde słowo, które powiem, będzie szczerą prawdą, a jaki panowie zrobią z tego użytek, to mi już wszystko jedno.
To mówiąc, Jefferson Hope oparł się o poręcz krzesła i zaczął następujące opowiadanie. Mówił tonem spokojnym, obojętnym, jak gdyby niezwykłe przygody były najpospolitszymi w świecie. Mogę zaręczyć za dokładność poniższego sprawozdania, gdyż zaczerpnąłem szczegóły z notatnika Lestrade’a, który skrzętnie notował słowa aresztanta.
— Przyczyny mojej nienawiści do tych dwu ludzi mało panów obchodzą — zaczął. — Powiem tylko, że spowodowali zgon dwojga ludzi — ojca i córki — i że skutkiem tego sami zasłużyli na śmierć. Tyle czasu wszakże upłynęło od chwili ich zbrodni, że niepodobna mi było szukać na nich sprawiedliwości w jakimkolwiek sądzie. Ponieważ zaś dla mnie ich wina nie ulegała wątpliwości, przeto postanowiłem, że sam będę ich sędzią i katem. Panowie uczyniliby tak samo, gdybyście byli na moim miejscu.
Młoda dziewczyna, o której wspomniałem, przed dwudziestu laty miała być moją żoną. Zmuszona do zaślubienia tego właśnie Drebbera, umarła z żalu i rozpaczy. Z jej martwego palca zdjąłem ślubną obrączkę i poprzysiągłem sobie, że dogasające oczy Drebbera spoczną na niej, a ostatnią jego myślą będzie zbrodnia, za którą został ukarany. Nie rozstawałem się z obrączką i ścigałem go wraz z jego towarzyszem na obu półkulach, dopóki ich nie schwytałem. Myśleli, że mnie znużą i zniechęcą, ale omylili się. Jeśli umrę jutro, co jest bardzo możliwe, to przynajmniej zejdę z tego świata z przeświadczeniem, że spełniłem swoje zadanie i spełniłem dobrze. Zginęli obaj, i to z mojej ręki. Teraz już niczego nie pragnę, niczego się nie spodziewam.
Oni byli bogaci, a ja byłem ubogi, tak że ściganie ich nie przyszło mi łatwo. Gdy przyjechałem do Londynu, musiałem wyszukać sobie jakieś zajęcie, żeby mieć z czego żyć. Powozić, jeździć konno było dla mnie rzeczą naturalną, jak chodzić. Zgłosiłem się do biura pewnego właściciela dorożek i niebawem dostałem u niego miejsce. Miałem obowiązek przynosić co tydzień pryncypałowi pewną sumę, a to, co zarobiłem więcej, mogłem zachować dla siebie. Rzadko kiedy wprawdzie zdarzało się, żebym miał przewyżkę, ale jakoś sobie radziłem. Najtrudniejszym zadaniem dla mnie było orientowanie się w mieście, bo ze wszystkich labiryntów na świecie Londyn jest chyba najzawilszy. Miałem wszakże zawsze przy sobie plan ulic, a skoro tylko zapamiętałem położenie głównych hoteli i dworców, już sobie jakoś dawałem radę.
Upłynął czas jakiś, zanim odszukałem mieszkanie moich dwóch wrogów, ale pytałem się i dowiadywałem, dopóki w końcu ich nie odnalazłem. Mieszkali w pensjonacie w Camberwell, z tamtej strony rzeki. Z chwilą gdy wiedziałem, gdzie ich mogę schwytać, byli na mojej łasce. Zapuściłem brodę, tak że nie mogliby mnie poznać. Postanowiłem ich śledzić, szpiegować i czekać na odpowiednią sposobność. Poprzysiągłem sobie, że tym razem już mi nie ujdą.
A jednak pomimo tego wszystkiego o mało co mi się nie wymknęli. Gdziekolwiek się ruszyli, dążyłem za nimi. Niekiedy ścigałem ich dorożką, niekiedy pieszo, ale pierwszy sposób był lepszy, bo wówczas miałem pewność, że nie stracę ich z oczu. Tylko wczesnym rankiem lub późnym wieczorem mogłem cokolwiek zarobić, tak że stopniowo zadłużyłem się u swego pryncypała. Nie troszczyłem się wszakże o to, skoro tym kosztem mogłem być ciągle na tropie swoich wrogów.
Byli jednak przebiegli. Musieli widocznie podejrzewać, że mogą być ścigani, gdyż wychodzili tylko we dnie i nigdy jeden bez drugiego. Przez dwa tygodnie jeździłem za nimi codziennie i nigdy nie widziałem ich osobno. Drebber przeważnie był pijany, ale Stangersona nie widziałem nietrzeźwego. Śledziłem ich rano i pod wieczór — daremnie, ani cienia jakiej pomyślnej sposobności. Obawiałem się jedynie, żeby mi to wewnątrz nie pękło za wcześnie, zanim zdążę spełnić, co zamierzałem.
Nareszcie pewnego wieczora, jeżdżąc tam i z powrotem po ulicy Torquay Terrace, na której mieszkali, spostrzegłem, że przed ich dom zajeżdża dorożka. Po chwili wyniesiono pakunki, po czym wyszedł Drebber, za nim Stangerson. Wsiedli do dorożki i odjechali. Zaciąłem konia i pojechałem również, nie tracąc ich ani chwili z oczu, wielce zaniepokojony, obawiałem się bowiem, że zamierzają opuścić Londyn. Przed stacją Euston wysiedli, a ja, poleciwszy jakiemuś chłopcu pilnować mojego konia, udałem się za nimi na peron. Słyszałem, jak dopytywali o pociąg do Liverpoolu, i odpowiedziano im, że jeden właśnie odszedł, a następny nadejdzie dopiero za kilka godzin. Stangerson był tym widocznie zirytowany, lecz Drebberowi ta zwłoka była jakoś na rękę. Podszedłem do nich tak blisko w tłumie, jaki się przewijał na peronie, że słyszałem każde słowo ich rozmowy.
Drebber powiedział jeszcze, że ma jakąś sprawę osobistą do załatwienia, że niedługo powróci, i chciał, żeby Stangerson na niego zaczekał. Ten nie chciał się na to zgodzić i przypomniał mu, że postanowili nigdy się nie rozstawać. Na to znów Drebber odparł, że sprawa jest natury bardzo delikatnej i że musi iść sam. Nie mogłem tym razem dosłyszeć odpowiedzi Stangersona, ale tamten wybuchnął, zaczął mu wymyślać i kląć i powiedział mu, że jest tylko jego płatnym sługą i nie ma najmniejszego prawa mu rozkazywać. Wobec tego sekretarz zaprzestał dalszych perswazji i zażądał tylko, aby jeśli Drebber nie zdąży na pociąg, spotkali się w hotelu Halliday, na co znów Drebber odparł, że powróci na peron przed jedenastą, po czym oddalił się.
Chwila, na którą czekałem tak długo, nadeszła nareszcie. Miałem znienawidzonych wrogów w swej mocy. Gdy byli razem, mogli się bronić wzajemnie, ale rozłączeni byli na mojej łasce. Nie działałem wszakże z nierozważnym pośpiechem. Plan miałem od dawna ułożony. Zemsta przynosi zadowolenie zupełne tylko wtedy, gdy krzywdziciel ma czas uprzytomnić sobie, czyja ręka zadaje mu cios i z jakiego powodu spotyka go kara. Mój plan obmyślony był właśnie w ten sposób, żeby sprawca moich katuszy widział jasno, iż jego dawna zbrodnia zostaje ukarana.
Zdarzyło się, że kilka dni przedtem jakiś człowiek, który miał nadzór nad kilkoma domami na Brixton Road, zostawił klucz od jednego z nich w mojej dorożce. Tego samego wieczora zgłoszono się po ten klucz i został oddany. Ja jednak miałem czas zrobić z niego odcisk i następnie sfabrykowałem taki sam. Tym sposobem zyskałem możność wejścia do jednego przynajmniej schronienia w tej olbrzymiej stolicy, gdzie mogłem być pewien, że mi nikt nie przeszkodzi. Teraz pozostało mi jednak zadanie najtrudniejsze: wciągnąć Drebbera do tego pustego domu.
Drebber szedł pieszo i po drodze wstępował do kilku szynków. W ostatnim pozostał przez prawie pół godziny, a gdy wyszedł, chwiał się na nogach i był widocznie dobrze podchmielony. Tuż przede mną stała dorożka, do której wsiadł. Jechałem za nią tak blisko, że pysk mego konia był od niej oddalony zaledwie o łokieć. Minęliśmy most Waterloo i mnóstwo ulic, aż wreszcie, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znaleźliśmy się znów przed domem, w którym Drebber dotąd mieszkał. Nie mogłem pojąć, co miał znaczyć ten powrót, co Drebber zamierzał. Ujechałem jeszcze kawałek drogi i zatrzymałem się nieopodal domu. Gdy Drebber wysiadł, dorożka odjechała... Proszę, niech mi pan da szklankę wody. Zasycha mi w gardle, gdy długo mówię.
Podałem mu szklankę wody, którą wypił duszkiem.
— A... teraz mi lepiej — rzekł. — Otóż czekałem z jakiś kwadrans, gdy nagle rozległ się w domu hałas, jak gdyby rozpoczęła się bijatyka. W następnej chwili drzwi otwarły się z trzaskiem i ukazali się dwaj mężczyźni. Jednym z nich był Drebber, a drugim młody chłopak, którego jeszcze nigdy nie widziałem. Chłopak trzymał Drebbera za kołnierz, a gdy stanęli na schodkach przed domem, pchnął go i kopnął nogą tak silnie, że tamten potoczył się na środek ulicy. „Ty psie jakiś! — krzyczał, grożąc mu kijem — Ja cię nauczę lżyć uczciwą dziewczynę!”. Był tak wzburzony, że myślałem, iż zacznie okładać kijem Drebbera, ale on, zataczając się, uciekał, co mu sił starczyło, i ujrzawszy na rogu moją dorożkę, wskoczył do niej i krzyknął: „Do hotelu Halliday”.
Świadomość, że mam go nareszcie w swojej mocy, przejęła mnie taką radością, serce zakołatało mi tak silnie, że obawiałem się, że moje cierpienie spłata mi figla w ostatniej chwili. Jechałem wolno, rozważając, jak najlepiej postąpić. Byłem już prawie zdecydowany wywieźć go za miasto i tam, w jakimś samotnym ustroniu, gdziekolwiek w polu, rozmówić się z nim po raz ostatni, gdy on sam nastręczył mi sposób rozstrzygnięcia sprawy. Ogarnęła go ponowna żądza wódki i kazał stanąć przed szynkiem. Wysiadł, polecił mi czekać i wszedł do środka, gdzie pozostał aż do zamknięcia, a gdy się znów zjawił, był w takim stanie, że miałem go całkowicie w swoich rękach.
Niech sobie panowie nie wyobrażają, że zamierzałem go zabić z zimną krwią. Jakkolwiek byłoby to tylko wymierzeniem sprawiedliwości, nie mogłem jednak się przezwyciężyć. Od dawna postanowiłem, że dam mu sposobność ocalenia życia, jeśli zechce z niej skorzystać.
Pośród licznych zajęć, jakie wykonywałem w ciągu tułaczego życia w Ameryce, byłem też przez czas jakiś posługaczem i preparatorem w York College. Pewnego dnia profesor miał wykład o truciznach i pokazywał studentom jakiś alkaloid, jak go nazywał, który otrzymał z jadu używanego przez mieszkańców Ameryki Południowej do zatruwania strzał. Profesor zapewniał, iż najmniejsze ziarnko tej trucizny powoduje natychmiastową śmierć. Zapamiętałem flaszeczkę zawierającą tę substancję, a gdy wszyscy wyszli, wziąłem niewielką ilość.
Stałem się skutkiem wprawy niezłym preparatorem, z łatwością zatem zrobiłem z owego alkaloidu małe, rozpuszczalne w płynie pigułki, po czym wziąłem pudełeczka i do każdego z nich włożyłem po dwie jednakowe pigułki, jedną zabójczą, a drugą nieszkodliwą. Wówczas to postanowiłem, że gdy nareszcie nadejdzie odpowiednia sposobność, zaproponuję każdemu z moich wrogów, aby wybrali po jednej pigułce, gdy ja połknę tę, która pozostanie. Było to równie śmiertelne, a o wiele mniej hałaśliwe niż strzelanie z rewolweru przez chustkę do nosa. Od owego dnia nie rozstawałem się z pigułkami i oto właśnie nadszedł czas skorzystania z nich.
Dochodziła już pierwsza po północy, noc była ciemna, wicher dął przeraźliwie, deszcz lał jak z cebra. Pomimo, że świat był ponury, w moim sercu panowała radość tak wielka, że mógłbym krzyczeć głośno z uciechy. Jeśli któryś z panów pragnął kiedyś czegoś ze wszystkich sił duszy, jeśli łaknął tego przez lat dwadzieścia i naraz wszystkie jego nadzieje się spełniły, ten mnie zrozumie.
Zapaliłem cygaro dla uspokojenia nerwów, ale ręce mi drżały i czułem przyśpieszone bicie tętna w skroniach. Jadąc, widziałem przed sobą twarz starego Johna Ferriera i słodkie oblicze Lucy, którzy wśród ciemności patrzyli na mnie z uśmiechem; a widziałem wyraźnie, jak widzę tu panów wszystkich w pokoju. Przez cały czas towarzyszyli mi z obu stron konia, dopóki nie stanąłem przed domem na Brixton Road.
Dokoła nie było widać żywej duszy, nie odzywał się najlżejszy dźwięk oprócz plusku deszczu. Gdy zajrzałem przez szybę do dorożki, spostrzegłem Drebbera na wpół leżącego, pogrążonego w głębokim śnie pijaka. Potrząsnąłem nim mocno, mówiąc:
— Czas wysiąść!
— Bardzo dobrze, mój przyjacielu — odparł.
Przypuszczał widocznie, że zajechaliśmy przed hotel, o którym mówił, bo wyszedł, nie mówiąc już słowa, i poszedł ze mną przez ogród. Musiałem iść tuż obok niego, aby go podtrzymać, bo z trudnością trzymał się na nogach. Gdyśmy doszli do drzwi, otworzyłem je i wprowadziłem go do frontowego pokoju. Daję panom słowo, że przez całą drogę ojciec i córka szli przed nami.
— Piekielnie tu ciemno — odezwał się Drebber, tupiąc nogą.
— Zaraz będziemy mieli światło — rzekłem, pocierając zapałkę i przytykając ją do woskowej świecy, którą przyniosłem ze sobą. — A teraz, Enochu Drebber — ciągnąłem dalej, zwracając się do niego i oświetlając własną twarz — przyjrzyj mi się, poznajesz mnie?
Patrzył na mnie chwilę mętnymi oczyma pijaka, po czym ujrzałem w nich nagle grozę, która wykrzywiła strasznym skurczem jego twarz i wskazała mi, że mnie poznał. Pobladł śmiertelnie, zachwiał się, zatoczył w tył, widziałem, jak kroplisty pot wystąpił mu na czoło, słyszałem, jak szczękały mu zęby. Na ten widok oparłem się plecami o drzwi i roześmiałem się na całe gardło. Myślałem zawsze, że zemsta musi być słodka, ale nigdy, w najśmielszych warunkach, nie spodziewałem się doznać takiego uczucia rozkoszy, jakie teraz przepełniało moją duszę.
— Ty psie! — rzekłem w końcu. — Ścigałem cię od Salt Lake City do Petersburga, a zawsze mi się wymykałeś. Teraz nareszcie skończyły się twoje wędrówki, bo albo ty, albo ja nie ujrzymy jutrzejszego słońca.
W miarę jak mówiłem, Drebber cofał się coraz dalej i wyczytałem z wyrazu jego twarzy, że przypuszczał, iż oszalałem. Na razie istotnie byłem w szale. Tętna biły mi w skroniach coraz silniej i zdaje mi się, że byłbym dostał ataku, gdyby krew nie puściła mi się nosem, co mi przyniosło ulgę.
— Przypominasz sobie teraz Lucy Ferrier? — zawołałem, zamknąwszy drzwi na klucz, którym wymachiwałem mu przed nosem. — Kara kazała czekać na siebie długo, prawda, ale dzień zemsty nadszedł nareszcie.
Nędznik drżał na całym ciele, słuchając tych słów. Byłby mnie niewątpliwie błagał, żebym mu darował życie, lecz widział dobrze, iż mu się to na nic nie zda.
— Chcesz mnie zamordować? — wyjąkał.
— To nie będzie morderstwo — odparłem. — Czy zabicie wściekłego psa można nazwać morderstwem? A ty miałeś litość nad moją ukochaną dziewczyną, gdyś ją oderwał od zwłok ojca i zabrał do swego przeklętego, hańbiącego haremu?
— To nie ja zabiłem jej ojca! — zawołał.
— Ale ty złamałeś jej młode życie! Niech Bóg Najwyższy będzie naszym sędzią. Wybierz jedną z tych dwóch pigułek i połknij. Ja wezmę tę, którą ty pozostawisz. Zobaczymy, czy jest sprawiedliwość na ziemi, czy też rządzi nami tylko przypadek.
Padł na kolana, krzycząc i błagając litości, ale wydobyłem nóż i trzymałem mu go na gardle, dopóki mnie nie usłuchał. Potem połknąłem drugą pigułkę i staliśmy naprzeciw siebie w milczeniu przez jakąś minutę mniej więcej. Który z nas umrze, a który żyć będzie?
Chyba nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, gdy pierwsze bóle ostrzegły go, że to on połknął truciznę. Roześmiałem się na ten widok i podsunąłem mu pod oczy obrączkę ślubną Lucy. Trwało to jednak krótką chwilę, bo trucizna działała piorunująco. Skurcz strasznego bólu wykrzywił mu całą twarz, wyciągnął ręce przed siebie, zatoczył się i wydając ochrypły krzyk, runął na ziemię. Odwróciłem go wówczas nogą i przyłożyłem mu dłoń do serca. Nie wyczułem najlżejszego ruchu. Nie żył.
Krew ciekła mi ciągle z nosa, ale nie zwracałem na to uwagi. Nie wiem, co mi wpadło do głowy, żeby napisać coś krwią na ścianie. Może kierowała mną złośliwa chęć wprowadzenia policji na fałszywy trop — tak mi było błogo i wesoło w owej chwili!
Przypomniałem sobie, że w Nowym Jorku znaleziono zamordowanego Niemca, nad którym wypisany był wyraz „RACHE”. Dzienniki dowodziły wówczas, że zbrodnia musiała być popełniona przez jedno z tajnych stowarzyszeń. Pomyślałem sobie, że to, co zdziwiło i zaintrygowało nowojorczyków, wprawi w nie mniejsze zdumienie i londyńczyków. Umoczyłem tedy palec we własnej krwi i wypisałem ten sam wyraz drukowanymi literami w odpowiednim miejscu. Następnie wyszedłem i powróciłem do dorożki. Pogoda była w dalszym ciągu okropna, a dokoła zupełna pustka.
Gdy ujechałem kawałek drogi, wsunąłem rękę do kieszeni, gdzie chowałem zawsze obrączkę Lucy, i przekonałem się, że jej nie ma. Odkrycie to przeraziło mnie niesłychanie, była to bowiem jedyna pamiątka, jaką po niej miałem. Przypuszczając, że upuściłem obrączkę, gdy schylałem się nad zwłokami Drebbera, zawróciłem i zostawiwszy dorożkę na bocznej ulicy, poszedłem śmiało do domu. Byłem bowiem zdecydowany raczej odważyć się na wszystko niż stracić obrączkę. Ale gdym wchodził, wpadłem na policjanta, który wychodził, i tylko udając pijanego, zdołałem rozproszyć jego podejrzenia.
Tak tedy umarł Enoch Drebber. Pozostało mi jeszcze załatwić to samo z Stangersonem i spłacić w ten sposób dług Johna Ferriera. Wiedziałem, że mieszka w hotelu Halliday, i czatowałem tam przez cały dzień, ale się nie pokazał. Zdaje mi się, że coś podejrzewał, gdy Drebber nie powrócił. Stangerson był bardzo przebiegły i miał się zawsze na baczności. Jeśli wszakże myślał, że ujdzie mojej zemście, siedząc w domu, mylił się bardzo.
Z łatwością odnalazłem okno jego sypialni, nazajutrz wczesnym rankiem skorzystałem z drabiny, która leżała na uliczce za hotelem i o szarym świecie dostałem się do pokoju Stangersona. Zbudziłem go i powiedziałem mu, że nadeszła godzina zemsty za jego dawne zbrodnie. Opisałem mu śmierć Drebbera i dałem mu tak samo do wyboru pigułki. Zamiast skorzystać z tej szansy ratunku, jaką mu ofiarowałem, wyskoczył z łóżka, rzucił się na mnie i chwycił mnie za gardło. Broniąc się, wbiłem mu nóż w serce. Zresztą tak czy owak byłby umarł, gdyż Opatrzność nie dopuściłaby nigdy, aby jego zbrodnicza ręka wybrała pigułkę bez trucizny.
Niewiele mam już do powiedzenia. I dobrze, bo jestem zupełnie wyczerpany. Przez kilka dni jeździłem dorożką, zamierzając zebrać tyle, aby mi starczyło na powrót do Ameryki. Dzisiaj stałem na podwórku, gdy jakiś oberwany chłopak podszedł ku mnie i powiedział, że właśnie przysłał go po dorożkę jakiś pan z Baker Street 221 b.
Pojechałem pod wskazany adres, nie podejrzewając nic złego, a w następnej chwili ten oto młodzieniec ubrał mnie w niesłychanie zręczny i elegancki sposób w bransoletki. Taka jest moja historia, panowie. Możecie mnie uważać za mordercę, lecz moim zdaniem jestem takim samym narzędziem sprawiedliwości jak i wy, panowie.
Opowieść Jeffersona Hope’a tak pochłonęła naszą uwagę, a jego sposób mówienia oddziałał na nas tak głęboko, że zrazu siedzieliśmy milczący i pogrążeni w zadumie. Nawet zawodowi detektywi, chociaż otrzaskani z najrozmaitszymi zbrodniami, byli widocznie bardzo wzruszeni tą historią. Gdy skończył, siedzieliśmy przez kilka chwil w milczeniu, które przerywał tylko zgrzyt ołówka Lestrade’a, kończącego swe notatki.
— Chciałbym jeszcze tylko wyświetlić jeden szczegół — rzekł w końcu Sherlock Holmes. — Kim był pański wspólnik, który przyszedł po obrączkę?
Aresztant mrugnął żartobliwie na mego przyjaciela.
— Mogę zwierzyć się panu z moich własnych tajemnic — rzekł — ale nie chcę zdradzać cudzych i przyczyniać ludziom kłopotu. Przeczytałem pańskie ogłoszenie i pomyślałem sobie, że to może być albo podstęp, albo też ta obrączka, której szukałem. Mój przyjaciel ofiarował mi swoje usługi, powiedział, że pójdzie i zobaczy. Przyzna pan chyba, że wywiązał się z zadania sprytnie.
— Tak, bardzo.
— A teraz, panowie — odezwał się inspektor poważnie — formalności prawne muszą być dopełnione. W czwartek aresztant stanie przed sądem, a wówczas obecność panów będzie potrzebna. Do tego czasu ja za niego odpowiadam.
Mówiąc to, zadzwonił i ukazali się dwaj strażnicy, którzy wyprowadzili Jeffersona Hope’a, po czym wyszliśmy z Holmesem, wsiedliśmy do dorożki i pojechaliśmy na Baker Street.