tłum. Wacław Widigier

XII. Osobliwe dzieje Jonathana

Cierpliwość inspektora siedzącego w dorożce wystawiona została na próbę. Niemało upłynęło wody, zanim wróciłem. Na widok pustej szkatułki twarz jego zasępiła się.

— Diabli wzięli nagrodę! — rzekł ponuro. — Gdzie nie ma pieniędzy, nie ma i zapłaty. Spory grosz przyniosłaby dzisiejsza noc i Brownowi, i mnie, gdyby skarb się znalazł.

— Pan Sholto jest człowiekiem bogatym — rzekłem — wynagrodzi was z pewnością pomimo zniknięcia skarbu.

Inspektor potrząsnął głową z powątpiewaniem.

— Kiepska sprawa — rzekł — pan Jones będzie zły.

Jego przepowiednia się sprawdziła. Na widok pustej szkatułki Jones aż pobladł z gniewu. Przyjechali na chwilę przed nami: Holmes, więzień i on, bo po drodze namyślili się i zameldowali o wypadkach na jednym z pobliskich komisariatów. Mój współlokator ze zwykłą obojętnością rozparł się wygodnie w fotelu. Small siedział chmurny, milczący. Na widok pustej szkatułki przechylił się w tył i parsknął głośnym śmiechem.

— To twoja sprawka! — rzekł Jones ze złością.

— Tak, schowałem skarb w ten sposób, że nigdy go nie znajdziecie — rzekł. — Skarb należy do mnie, a skoro ja go nie mogę mieć, nikt go nie dostanie: postarałem się o to. Mówię, że nikt na świecie nie ma prawa do skarbu prócz trzech ludzi, siedzących w barakach dla skazańców na Andamanach, no... i mnie! Wiem, że ani ja, ani oni nie będziemy mogli z niego korzystać. Pracowałem zarówno dla nich, jak i dla siebie, zawsze w imieniu czterech. Jestem pewien, że oni uczyniliby to samo co ja i raczej wrzuciliby skarb do Tamizy, niż mieliby go oddać krewnym Sholta lub Morstana. Nie po to sprzątnęliśmy Achmeta, żeby ich wzbogacać. Znajdziecie, panowie, skarb tam, gdzie leży klucz i gdzie spoczywa mały Tonga. Gdy widziałem, że wasza łódź z pewnością nas doścignie, ukryłem zdobycz w bezpiecznym miejscu. Ta wycieczka nie przyniesie wam ani grosza.

— Kłamiesz — rzekł Jones surowo. — Gdybyś chciał wrzucić skarb do rzeki, łatwiej byłoby ci wrzucić go ze szkatułką.

— Tak, mnie byłoby łatwiej wrzucić, a wam znaleźć — odparł, zerkając na nas przebiegle z ukosa. — Kto był dość mądry, by mnie wytropić, miałby też dość sprytu, by wydobyć szkatułkę z dna rzeki. Teraz, kiedy klejnoty i pieniądze porozsiewałem na przestrzeni jakichś pięciu mil, sprawa będzie trudniejsza. A jednak serce mi się krajało, gdym to robił. Byłem na pół przytomny, widząc, że nie ma ratunku. No, ale co tu się martwić! Bywałem w życiu na wozie i pod wozem i nauczyłem się nie ronić łez nad stratą.

— Sprawa jest poważna — rzekł detektyw. — Gdybyś był pomógł sprawiedliwości, zamiast czynić jej na przekór, miałbyś lepsze widoki na uniewinnienie.

— Sprawiedliwość! — ryknął drwiąco więzień. — Ładna mi sprawiedliwość! Czyj to skarb, jeśli nie nasz? Gdzież jest sprawiedliwość, aby mój skarb oddać ludziom, którzy na niego nie zapracowali? Ja zapracowałem ciężko! Spędziłem dwadzieścia długich lat wśród bagnisk, źródła febry i gorączki, cały dzień przy robocie, noc całą skuty kajdanami w brudnym baraku skazańców, kąsany przez moskity, trzęsiony febrą, szturchany i okładany kułakami przeklętych czarnoskórych dozorców, pastwiących się z upodobaniem nad białymi... Tak to zdobywałem skarb Agry, a wy mi mówicie o sprawiedliwości! Nie mogę znieść myśli, że tak drogo go okupiłem, a ktoś inny miałby z niego korzystać! Wolałbym wisieć na szubienicy lub zginąć pod strzałami Tongi niż gnić w celi więziennej i dręczyć się myślą, że ktoś inny za moje pieniądze żyje wygodnie w pałacu.

Small zrzucił maskę stoicyzmu i mówił bezładnie, z roziskrzonymi oczyma, wymachując rękoma, szczękając kajdanami. Obserwując wściekłość tego człowieka, zrozumiałem, że trwoga, jaka ogarnęła majora Sholto na wieść, iż pokrzywdzony więzień go ściga, nie była bezpodstawna ani urojona.

— Zapominacie, że my o tym nic nie wiemy — rzekł Holmes. — Nie znamy tej całej historii, nie możemy więc osądzić, w jakiej mierze sprawiedliwość była początkowo po waszej stronie.

— Prawda, proszę pana. Pan mówi ze mną przyzwoicie, choć panu wyłącznie zawdzięczam te kajdanki. Nie żywię jednak do pana żalu, ze swego punktu widzenia postąpił pan słusznie. Jeśli pan chce poznać moje dzieje, nie będę ich przed panem ukrywał. To, co powiem, jest świętą prawdą. Nie ma w tym ani jednego słowa kłamstwa. Dziękuję panu, niech pan każe podać mi wody, zwilżę usta.

Pochodzę z Worcestershire. Gdyby pan tam zajrzał, znalazłby pan mnóstwo Smallów. Często brała mnie chęć tam pojechać, ale nigdy nie cieszyłem się uznaniem rodziny i wątpię, czy krewni ucieszyliby się na mój widok. Wszyscy krewni to ludzie stateczni, bogobojni, drobni farmerzy, znani i szanowani w okolicy, ze mnie zaś był zawsze kawał włóczęgi. Mając lat osiemnaście, przestałem im robić zmartwienia: wpakowałem się w awanturę o dziewczynę i nie miałem innego wyjścia prócz wojska. Wstąpiłem tedy do pułku, który właśnie wyruszał do Indii.

Nie była mi jednak przeznaczona długa żołnierka. Nauczyłem się zaledwie maszerować i trzymać karabin, gdy zachciało mi się pewnego dnia popływać w Gangesie. Na szczęście wybrał się ze mną sierżant z mojej kompanii, John Holder, a pływał znakomicie. Zaledwie oddaliłem się od brzegu, krokodyl schwycił mnie za prawą nogę i odgryzł mi ją tuż nad kolanem, tak czysto i z taką dokładnością, że mógłby mu pozazdrościć chirurg. Z bólu i utraty krwi zemdlałem i utonąłbym niechybnie, gdyby Holder nie był w porę pochwycił mnie i zaniósł na brzeg. Pięć miesięcy leżałem w szpitalu, a gdy nareszcie wyszedłem z tą oto pałką, przymocowaną do mego kikuta, dowiedziałem się, że wypisano mnie z armii jako inwalidę.

Łatwo sobie wyobrazić, jaka czekała mnie przyszłość. Zostać bezużytecznym kaleką, nie mając lat dwudziestu! Niebawem jednak okazało się, że moje kalectwo było błogosławieństwem. Niejaki Abel White, właściciel plantacji indygo, potrzebował właśnie dozorcy nad kulisami przy robocie. Był dobrym znajomym naszego pułkownika, który interesował się mną od czasu wypadku z krokodylem. Krótko mówiąc, pułkownik polecił mnie na tę posadę. Związane z nią obowiązki wymagały całodziennego niemal przebywania na koniu, w czym kalectwo moje nie było przeszkodą. Kawałek nogi, jaki mi pozostał, wystarczał, aby utrzymać się na siodle. Moja praca polegała na objeżdżaniu plantacji, pilnowaniu robotników i strofowaniu próżniaków. Wynagrodzenie miałem dobre, mieszkanie wygodne. Jedynym moim życzeniem było spędzić resztę życia na plantacjach indygo. Pan Abel White był dla mnie bardzo dobry. Często zaglądał do mojej skromnej siedziby i wypalał ze mną fajkę, bo ludzie biali na obczyźnie lgną do siebie tak, jak nigdy w kraju.

Szczęście jednak nie sprzyjało mi długo. Nagle, bez żadnego uprzedzenia, wybuchło powstanie. Jednego miesiąca w Indiach panował pozornie taki spokój jak w Surrey lub Kent, naraz zbuntowało się dwieście tysięcy czarnych diabłów i cały kraj zmienił się w istne piekło. Panowie wiedzą prawdopodobnie lepiej ode mnie, co się tam wtedy działo. Ja gazet nie czytuję i wiem to tylko, co widziałem na własne oczy. Nasza plantacja położona była w miejscowości zwanej Muttra, na kresach prowincji północno-zachodnich. Noc w noc cały widnokrąg oświetlała łuna pożaru płonących osad i wiosek, a dzień w dzień przez naszą posiadłość ciągnęli Europejczycy z żonami i dziećmi, dążąc do Agry, miejsca pobytu najbliższej załogi wojskowej.

Abel White był człowiekiem upartym. Wbił sobie do głowy, że całe powstanie zgaśnie równie nagle, jak powstało. Siedział więc spokojnie na werandzie, popijając whisky i paląc fajkę, gdy kraj cały był w ogniu. Oczywiście nie opuściliśmy go, ani ja, ani Dawson, który wraz z żoną zajmował się buchalterią i gospodarstwem. Ale wreszcie przyszła katastrofa. Tego dnia byłem na odległej plantacji. Wieczorem wracałem do domu. Nagle wzrok mój padł na jakiś ciemny kłęb leżący na dnie urwiska przy drodze. Podjechałem bliżej, żeby zobaczyć, co to takiego, i omal nie spadłem z konia... Była to żona Dawsona, poćwiartowana na kawałki, na pół pożarta przez szakale i psy. Nieco dalej leżał twarzą do ziemi trup Dawsona z rewolwerem w ręku, a przed nim cztery trupy sipajów, jeden na drugim.

Zatrzymałem konia, chcąc zebrać myśli i zastanowić się, co począć, lecz w tejże chwili spostrzegłem słup dymu unoszący się nad domem White’a i płomienie dobywające się przez dach. Pojąłem, że wobec tego nie mogę nic pomóc i że postradałbym życie, gdybym się w to wmieszał. Z miejsca tragicznego postoju mogłem obserwować tłum czarnych diabłów jeszcze w czerwonych kurtkach. Tańczyli, wyjąc, dokoła płonącego domu. Niektórzy zaczęli wskazywać na mnie i niebawem kilka kul świsnęło mi koło uszu. Ruszyłem więc z kopyta i późną nocą stanąłem szczęśliwie w murach Agry.

Okazało się jednak, że i tu pobyt nie był zupełnie bezpieczny. W całej okolicy wrzało jak w ulu. Gdzie tylko Anglicy zdołali zebrać się w gromadkę, bronili się zaciekle. Gdzie indziej padali bezbronni ofiarą zemsty dzikich. Była to nierówna walka z tymi, którzy stanowili dotąd część naszego własnego wojska, których uczyliśmy musztry, a którzy zabijali nas teraz naszą własną bronią, strzelali naszymi własnymi nabojami. W Agrze stała trzecia kompania fizylierów bengalskich, mały oddział Sikhów, dwa oddziały konnicy i bateria artylerii. Sformowano też oddział ochotniczy z pracowników handlowych i kupców. Przyłączyłem się do tego oddziału, mimo drewnianej nogi. W pierwszych dniach lipca wyruszyliśmy pod Shahgunge i tu zwyciężyliśmy powstańców, ale wkrótce zabrakło nam prochu i musieliśmy wrócić do miasta.

Ze wszystkich stron dochodziły nas najgorsze wieści. Trudno się temu dziwić: byliśmy w samym ognisku buntu. Dokoła szerzyła się pożoga i okrucieństwo.

Agra jest dużym miastem, pełnym fanatyków i wszelkiego rodzaju zaciekłych czcicieli diabła. Nasza garstka zginęłaby wśród wąskich, krętych uliczek. Nasz przywódca przeprowadził nas tedy przez rzekę i zajął stanowisko w starym forcie Agry. Nie wiem, czy panowie słyszeli albo czytali o tym starym forcie. To ponure, dziwaczne miejsce, osobliwszego nie widziałem, choć byłem w niejednym zapadłym kącie. Fort jest olbrzymich rozmiarów. Wały zajmują dziesiątki akrów. Są tam nowe zabudowania, gdzie mieściła się nasza załoga, kobiety, dzieci, zapasy, słowem wszystko, poza tym pozostało jeszcze mnóstwo wolnego miejsca. Ta zamieszkana część fortu nie może pod względem rozmiarów równać się ze starą częścią, stojącą pustką, nawiedzaną tylko przez skorpiony i stonogi. Pełno tam wielkich, opuszczonych izb, krętych przejść, długich korytarzy wijących się tak, że łatwo człowiekowi zabłądzić. Z tego powodu rzadko kiedy tam ktoś chodził, tylko od czasu do czasu zbierała się grupka ciekawskich z pochodniami i szła zwiedzić zakamarki.

Wzdłuż frontowej ściany starego fortu płynie rzeka, stanowi więc jego naturalną obronę, ale z boków i od tyłu są liczne wejścia, których trzeba było strzec. Ludzi mieliśmy niewielu. Wystarczało zaledwie na wystawienie straży na rogach budynku i na obsługę armat. O silnych posterunkach przy każdym z niezliczonych wejść mowy być nie mogło. Zorganizowaliśmy zatem w środku fortu wartownię, a każde wejście powierzyliśmy pieczy jednego białego i dwóch albo trzech krajowców. Mnie powierzono straż nocną przy małych odosobnionych wrotach w południowo-zachodniej stronie fortu. Dodano mi dwóch żołnierzy Sikhów i zalecono, abym w razie niebezpieczeństwa wystrzelił na alarm, gdyż mogę być pewny, że z wartowni niezwłocznie nadejdzie pomoc. Ponieważ jednak wartownia była o dobre dwieście kroków, a przestrzeń, dzieląca mnie od niej, przecięta labiryntem przejść i korytarzy, miałem więc obawy, czy zdążyliby przyjść na czas w razie faktycznej napaści.

Dowództwo nad dwoma żołnierzami przejmowało mnie niemałą dumą. Byłem przecież zwykłym rekrutem, i to o jednej nodze. W ciągu dwu nocy sprawowałem wartę z Sikhami. Były to silne, wysokie chłopy o ponurych twarzach. Nazywali się Mahomet Singh i Abdullah Khan, obaj starzy wojownicy, którzy niegdyś walczyli przeciw nam pod Chilianwallą. Dość dobrze mówili po angielsku, ale trudno mi było wciągnąć ich do rozmowy. Woleli trzymać się razem i bełkotać całą noc w swym niezrozumiałym języku. Ja zaś stałem zazwyczaj za bramą i patrzyłem na szeroką, wijącą się rzekę i na migocące światła wielkiego miasta. Bicie w bębny, szczęki broni, wycie i wrzaski powstańców, upojonych opium, nie pozwalały mi przez całą noc zapomnieć o niebezpiecznych sąsiadach zza rzeki. Co dwie godziny oficer z patrolem obchodził wszystkie straże, aby sprawdzić, czy są na swych miejscach.

Trzecia z rzędu noc mojej służby była pochmurna. Drobny deszcz mżył nieustannie. Niewesoło jest stać na straży w taką pogodę. Próbowałem kilkakrotnie wciągnąć moich Sikhów do rozmowy, ale bez powodzenia. O drugiej nad ranem przybył oficer na przegląd i zakłócił na chwilę monotonię nocy. Widząc, że z towarzyszy nie wydobędę ani słowa, wyjąłem fajkę i oparłem karabin o mur. W jednej chwili obaj Sikhowie rzucili się na mnie. Jeden chwycił mój karabin i wymierzył mi prosto w głowę, drugi dobył nóż, przyłożył mi go do gardła i przysięgał przez zaciśnięte zęby, że mnie zarżnie, jeżeli spróbuję ruszyć się z miejsca.

Pojąłem, że łotry są w zmowie z powstańcami i że ich napaść jest początkiem ogólnego ataku. Jeśli nasza brama przejdzie w ręce powstańców, fort się nie utrzyma, a kobiety i dzieci spotka los, jaki spotkał ludność w Cawnpore. Może panowie pomyślą, że to czcze przechwałki, ale daję słowo, iż na myśl o tym, mając ostrze noża na gardle, już otwierałem usta, żeby krzyknąć na alarm, choćby to miał być mój ostatni krzyk. Trzymający mnie odgadł widać moje myśli, bo szepnął: „Nie rób hałasu, sahibie. Fort jest bezpieczny. Z tej strony rzeki nie ma zbuntowanych psów”. W tonie jego głosu było coś z prawdy. Nie wątpiłem, że jeśli podniosę głos, padnę trupem. Wyczytałem to w oczach mówiącego. Czekałem więc w milczeniu na wyjaśnienie, czego ode mnie chcą.

„Posłuchaj mnie, sahibie — rzekł wyższy z nich i bardziej ponury, zwany Abdullahem Khanem. — Albo przyłączysz się do nas, albo zaniemówisz na zawsze. To dla nas zbyt ważna sprawa, żebyśmy mogli się wahać. Zaprzedasz się nam ciałem i duszą i przysięgniesz na krzyż chrześcijan, albo twoje ciało legnie w rowie, my zaś przejdziemy na stronę powstańców. Nie ma drogi pośredniej! Wybieraj: śmierć czy życie? Masz trzy minuty do namysłu, a wszystko musi być załatwione, zanim patrol powróci”.

„Jakże mogę się zdecydować — rzekłem — skoro nie powiedzieliście mi, o co wam chodzi? Ale zapowiadam, że jeśli to zamach na bezpieczeństwo fortu, nie wejdę w żadne konszachty, możecie lepiej od razu pchnąć mnie po prostu nożem w gardło”.

„Nie, to nie żaden zamach na fort — odrzekł. — Żądamy od ciebie tylko tego, po co przybywają tu twoi rodacy. Chcemy, żebyś się wzbogacił. Jeśli pomożesz nam dzisiaj, przysięgamy na ten nóż potrójną przysięgą, której żaden Sikh jeszcze nie złamał, że otrzymasz należną część łupu. Czwarta część skarbu będzie twoja”.

„Gdzież ten skarb? — spytałem. — Nie mam nic przeciwko szybkiemu zdobyciu bogactwa, wskażcie mi po prostu drogę”.

„Przysięgnij zatem — rzekł — na prochy ojca, honor matki, na krzyż swojej wiary, że nie podniesiesz ręki przeciw nam ani teraz, ani nigdy!”

„Przysięgam — rzekłem — byle tylko fort nie był zagrożony”.

„W takim razie towarzysz mój i ja przysięgamy, że otrzymasz czwartą część skarbu”.

„Ależ nas jest tylko trzech” — zauważyłem.

„Nie. Czwartym jest Dost Akbar. Musi także dostać swoją część. Opowiem pokrótce, o co chodzi. Ty, Mahomecie, pilnuj drogi i daj znak, gdy będą nadchodzili. Powiem ci wszystko, sahibie, bo wiem, że biały przysięgi nie łamie i że można ci ufać. Gdybyś był Hindusem, to choćbyś przysięgał na wszystkie świętości, krew twoja polałaby się, a ciało twoje poszłoby do wody. Ale Sikh zna Anglika, a Anglik zna Sikha. Słuchaj zatem, co powiem:

Jest w prowincjach północnych pewien radża, który ma wielkie bogactwa, chociaż ziemi niewiele. Dostało mu się sporo po ojcu, więcej jeszcze uzbierał sam, bo ma chciwą naturę i woli złoto gromadzić niż rozdawać. Gdy wybuchły rozruchy, chciał żyć w przyjaźni z lwem i z tygrysem, z Sikhami i z wojskiem królowej. Ale wkrótce wydało mu się, że panowanie białych bliskie jest końca, bo w całym kraju słychać było o ich porażkach. Ponieważ zaś radża jest człowiekiem ostrożnym, postanowił urządzić się tak, żeby mu pozostała chociaż połowa skarbu. Złoto i srebro schował w podziemiach swego pałacu, a najcenniejsze kamienie i najdroższe perły włożył do żelaznej skrzynki i powierzył ją zaufanemu słudze z poleceniem, aby zaniósł ją do fortu Agry, gdzie ma pozostać, póki w kraju nie zapanuje spokój. W ten sposób, jeśli zwyciężą powstańcy, radża będzie miał pieniądze, a jeśli zwycięzcami okażą się wojska angielskie, ocali klejnoty. Podzieliwszy w ten sposób swoje skarby, radża przyłączył się do sipajów, ponieważ zwyciężali na pograniczu jego państwa. Tym sposobem, zauważ, sahibie, jego własność stała się należna tym, którzy pozostali wierni władzy.

Sługa radży, podróżujący w przebraniu kupca jako Achmet, jest już w Agrze i pragnie dostać się do fortu. Ma za towarzysza podróży mego mlecznego brata, Dosta Akbara, który zna tajemnicę żelaznej szkatułki. Dost Akbar przyrzekł mu, że dziś w nocy zaprowadzi go do bocznego wejścia fortu — i wybrał wejście, które jest właśnie pod twoją strażą. Nadejdą niebawem. Pusto tu wszędzie i nikt nie będzie o niczym wiedział. Świat nie usłyszy już o Achmecie, a wielki skarb radży podzielimy między siebie. Co ty na to, sahibie?”

W Worcestershire życie człowieka wydaje się rzeczą wielką i świętą, ale tam, gdzie naokół krew i pożoga, na każdym kroku przyzwyczajamy się do widoku śmierci. Tam to co innego. Czy Achmet będzie żył czy umrze — było mi najzupełniej obojętne, ale na wieść o skarbie serce zabiło mi gwałtownie. Wyobraziłem sobie, co zrobiłbym z nim w kraju i jak wszyscy osłupieliby, widząc, że ja, taki nicpoń, wracam z kieszeniami pełnymi złota. Zdecydowałem się od razu. Ale Abdullah Khan, sądząc, że się waham, nalegał coraz bardziej.

„Pomyśl, sahibie — mówił. — Jeśli komendant schwyci tego człowieka, każe go powiesić albo rozstrzelać, a klejnoty zabierze rząd i nikt nie skorzysta na tym ani jednej rupii. Dlaczego więc nie mielibyśmy postąpić tak samo? Klejnoty będą czuły się równie dobrze u ciebie, jak w szkatule rządowej, a jest ich tyle, że z każdego z nas uczynią bogacza i wielkiego wodza. Nikt nie będzie o niczym wiedział, bo jesteśmy odcięci od wszystkich. Czy może się nadarzyć lepsza sposobność? Powiedz więc, czy trzymasz z nami, czy mamy cię uważać za wroga?”

„Trzymam z wami” — rzekłem po krótkiej chwili.

„Dobrze — powiedział Abdullah, zwracając mi karabin. — Ufamy ci, gdyż twoje słowo, jak nasze, nie może być złamane. Teraz będziemy czekali na brata i owego kupca”.

„Czy twój brat jest wtajemniczony w twoje plany?” — spytałem.

„Tak. On wszystko obmyślił. Ja i Singh staniemy u wejścia i będziemy czujnie pilnować drogi”.

Nadal padało, ponieważ pora deszczowa już się zaczęła. Brunatne, ciemne chmury ciągnęły ociężale po niebie i trudno było rozróżnić kształty przedmiotów z odległości kilkunastu kroków. Przed wejściem ciągnęła się głęboka fosa, woda jednak w niektórych miejscach prawie wyschła, tak że można było ją z łatwością przekroczyć. Dziwnie było mi stać w ten sposób z dzikimi Sikhami i czekać na człowieka, który miał przyjść na śmierć.

Nagle dostrzegłem blask przyćmionej latarni po drugiej stronie fosy. Znikła między szańcami, następnie ukazała się znów, zbliżając się powoli w naszym kierunku.

„Idą!” — szepnąłem.

„Zapytaj go o hasło, jak zwykle — szepnął do mnie Abdullah. — Nie dawaj mu powodu do obaw i podejrzeń. Poślij nas z nim do środka, zrobimy tam, co do nas należy, a ty zostań na straży. Przygotuj latarnię, żeby ją można od razu odsłonić, bo musimy się upewnić, że to rzeczywiście on”.

Migocące światło wciąż się zbliżało, wreszcie zdołałem rozpoznać dwie ciemne sylwetki. Pozwoliłem im ześliznąć się po stoku do fosy i i wspiąć się do połowy drogi pod górę.

„Kto idzie?...” — spytałem wówczas stłumionym głosem.

„Przyjaciele” — brzmiała odpowiedź.

Odsłoniłem latarnię, rzucając na nich snop światła. Pierwszy był to olbrzymi Sikh z czarną brodą, sięgającą poniżej pasa. Nie widziałem jeszcze takiego olbrzyma, chyba w jakiejś budzie cyrkowej. Drugi, mały, otyły, okrągły człowieczek, miał na głowie wielki żółty turban i niósł tłumok owinięty w szal. Drżał ze strachu, ręce dygotały mu jak w febrze, głowę obracał nieustannie w prawo i w lewo, strzelając niespokojnie małymi, błyszczącymi oczyma, jak mysz szykująca się do wyjścia z nory. Dreszcz wstrząsnął mną na myśl, że trzeba go zabić, przypomniałem sobie jednak skarb i serce zastygło we mnie i skamieniało. Nieborak tymczasem, ujrzawszy moją twarz Europejczyka, wydał stłumiony okrzyk radości i podbiegł skwapliwie.

„Opieki — wyjąkał zdyszany — opieki dla biednego kupca Achmeta. Przejechałem przez całą Radżputanę, żeby się schronić w forcie Agry. Zostałem okradziony, obity, sponiewierany dlatego tylko, że jestem wiernym sprzymierzeńcem Anglików. Błogosławiona niech będzie ta noc, kiedy wreszcie zdobywam bezpieczne schronienie... wraz ze swym skromnym mieniem”.

„Co to za pakunek?” — zapytałem.

„Żelazne pudełko z dokumentami i pamiątkami rodzinnymi. Nie mają właściwie żadnej wartości, ale dla mnie są ważne. Nie jestem żebrakiem, wynagrodzę was i waszego dowódcę, jeśli mi dacie schronienie, o które proszę”.

Nie mogłem mówić z nim dłużej. Im bardziej wpatrywałem się w jego tłustą, wylękłą twarz, tym trudniej było mi pogodzić się z myślą o morderstwie. Trzeba było jednak szybko kończyć.

„Zaprowadźcie go do dowódcy” — rzuciłem rozkaz.

Dwaj Sikhowie wzięli go między siebie, olbrzym szedł z tyłu, i tak weszli w ciemną czeluść bramy, ja zaś zostałem z latarnią na swoim miejscu.

Słyszałem wyraźnie odgłos ich miarowych kroków. Nagle wszystko ucichło. Usłyszałem głosy, potem dźwięki tarmoszenia i uderzeń. W chwilę później, ku mojemu przerażeniu, rozległ się tupot zmierzających w moją stronę kroków i głośny oddech biegnącego człowieka. Skierowałem na niego światło i ujrzałem małego, otyłego kupca z pokrwawioną twarzą, a tuż za nim olbrzymiego czarnobrodego Sikha. W dłoni Sikha złowrogo połyskiwał nóż.

Nie widziałem nigdy człowieka biegnącego takim tempem jak ten kupiec. Wyprzedził Sikha i było jasne, że minąwszy mnie, wydostanie się za bramę i ujdzie pościgu. Na jego widok w moim sercu obudziła się litość, ale na myśl o skarbie skamieniało ponownie. Rzuciłem uciekającemu karabin pod nogi, nieborak upadł, potoczył się jak postrzelony królik, a zanim zdołał się podźwignąć, Sikh dopadł go i dwukrotnie zatopił mu nóż w piersiach. Kupiec nawet nie zipnął, nie drgnął, leżał, gdzie upadł. Przypuszczam wprost, że padając, skręcił kark. Jak panowie widzicie, dotrzymuję słowa. Opowiadam wszystko, aż do najdrobniejszych szczegółów, bez względu na to, jakie skutki dla mnie stąd wynikną.

Umilkł i wyciągnął dłoń po wodę z whisky, którą mu Holmes przygotował. Wyznaję, że człowiek ten przejmował mnie teraz najwyższą odrazą. Brr... ta zimna krew, z jaką brał udział w zabójstwie, i obojętny, lekceważący sposób, w jaki opowiadał o samym mordzie! Bez względu na karę, jaka go czekała, nie mógł spodziewać się ode mnie litości.

Holmes i Jones, oparłszy łokcie na kolanach, słuchali z zaciekawieniem, ale na ich twarzach malowało się również uczucie wstrętu. Small zauważył to, gdyż w głosie jego zadźwięczał po chwili zuchwały ton.

— Wszystko to jest karygodne, to prawda. Jednak ciekaw jestem, ilu ludzi odmówiłoby na moim miejscu przyjęcia udziału w takiej zdobyczy, wiedząc, że w razie oporu Sikhowie poderżną im gardło. Zresztą, gdyby kupiec wydostał się z fortu, cała sprawa wyszłaby na jaw, poszedłbym pod sąd polowy i zostałbym rozstrzelany, ludzie bowiem nie są zbyt łagodni w podobnych czasach.

— Opowiadacie dalej — przerwał Holmes oschle.

— Dobrze. Abdullah, Akbar i ja wnieśliśmy zabitego do fortu. Ciężki był strasznie, choć taki niski. Mahomet Singh został na straży przy bramie. Zanieśliśmy zwłoki na miejsce przygotowane przez Sikhów w wielkiej, pustej hali, gdzie ściany kruszyły się i rysowały. Podłoga zapadła się tam w jednym kącie, tworząc naturalny grób. Złożyliśmy w nim ciało Achmeta, zasypaliśmy cegłami i zajęliśmy się skarbem.

Leżał tam, gdzie go Achmet porzucił w chwili napaści. W tej oto szkatułce, która stoi na stole. Klucz na jedwabnym sznurku wisiał u tej rzeźbionej rączki na wieku. Otworzyliśmy szkatułkę i w świetle latarni ukazała się nam kolekcja klejnotów, o jakich czytałem w bajkach i marzyłem jako mały chłopiec. Ich blask oślepiał. Gdy nasyciliśmy nimi oczy, wydobyliśmy i spisaliśmy wszystko. Były tam czterdzieści trzy brylanty pierwszej wody, wśród nich, zdaje mi się, słynny Wielki Mogoł, uważany za drugi na świecie pod względem wielkości. Dalej dziewięćdziesiąt siedem pięknych szmaragdów, sto siedemdziesiąt rubinów, niektóre bardzo małe; ponadto czterdzieści karbunkułów, dwieście dziesięć szafirów, sześćdziesiąt jeden agatów oraz beryle, onyksy, kocie oczka, turkusy i inne, których nazw wówczas nawet nie znałem. Prócz tego było trzysta pięknych pereł, z nich dwanaście oprawnych. Te ostatnie zostały później wyjęte ze szkatułki, nie znalazłem ich już bowiem, gdy odzyskałem skarb.

Obliczywszy to wszystko, włożyliśmy zawartość na powrót do szkatułki i zanieśliśmy pokazać Singhowi. Po czym ponowiliśmy uroczystą przysięgę, że zostaniemy sobie wzajemnie wierni i dochowamy tajemnicy. Zdobycz postanowiliśmy ukryć w bezpiecznym miejscu do czasu ogólnego uspokojenia kraju, a następnie podzielić ją na równe części. Na razie nie mogło być o tym mowy, bo w wypadku znalezienia u nas klejnotów takiej wartości powstałyby podejrzenia, wewnątrz zaś fortu nie było skrytki, gdzieby można było skarb przechować.

Zanieśliśmy więc szkatułkę do grobu Achmeta. Z najlepiej zachowanego muru dobyliśmy kilka cegieł i złożywszy skarb w tym otworze, wsadziliśmy cegły na nowo. Zapamiętaliśmy dobrze to miejsce, a nazajutrz narysowałem cztery plany, po jednym dla każdego z nas, i na dole postawiłem „Znak Czterech”, przysięgliśmy bowiem, że jeden będzie zawsze działał w imieniu wszystkich, tak żeby nikt nie był pokrzywdzony. Z ręką na sercu mogę zapewnić, że przysięgi tej nie złamałem.

Nie ma co opowiadać o przebiegu powstania indyjskiego. Gdy Wilson wziął Delhi, a sir Colin odbił Lucknow, bunt był prawie złamany. Nadciągnęły posiłki i Nana Sahib zabrał się do odwrotu. Lotna kolumna pod dowództwem pułkownika Greatheda przybyła do Agry i uwolniła miasto od powstańców. Zdawało się, że w kraju zapanował spokój, a my czterej mniemaliśmy, że nadszedł czas, kiedy będziemy mogli wreszcie przystąpić do podziału skarbu. Nagle jednak rozwiały się nadzieje: zostaliśmy aresztowani jako mordercy Achmeta.

A doszło do tego w następujący sposób. Radża złożył klejnoty w ręce Achmeta, gdyż wiedział, że Achmet jest człowiekiem godnym zaufania. Ludzie Wschodu są jednak podejrzliwi. Radża posyła tedy za Achmetem drugiego, jeszcze bardziej zaufanego sługę, i daje mu polecenie, aby nie spuszczał z oka Achmeta. Drugi sługa szedł więc za pierwszym i widział, jak ten wchodził do fortu. Oczywiście myślał, że Achmet schronił się tam, i nazajutrz przyszedł, ale Achmeta nie znalazł.

Wydało mu się to tak dziwne, że powiedział o tym sierżantowi straży, który złożył raport komendantowi. Niezwłocznie zarządzono śledztwo i wykryto zwłoki. Tak więc w chwili, kiedy myśleliśmy właśnie, że jesteśmy bezpieczni, zostaliśmy wszyscy czterej uwięzieni i postawieni pod sąd pod zarzutem morderstwa; my trzej dlatego, że sprawowaliśmy owej nocy wartę, a czwarty, ponieważ dowiedziano się, że towarzyszył zamordowanemu. Podczas procesu o klejnotach nie wspomniano ani słowa, gdyż radża został pozbawiony władzy i wypędzony z Indii, nikt zatem nie interesował się jego majątkiem. Udowodniono nam jednak współudział w dokonanym morderstwie. Sikhów skazano na dożywotnie ciężkie roboty, a mnie na śmierć, lecz potem zamieniono mi karę także na dożywocie.

Znaleźliśmy się tedy w położeniu nie do pozazdroszczenia, wszyscy czterej w kajdanach, z małą nadzieją na odzyskanie wolności, podczas gdy każdy z nas był w posiadaniu tajemnicy skarbu, który mógł zapewnić życie w przepychu. Można się było wściec, znosząc szturchańce pierwszego lepszego dozorcy, jedząc ryż i popijając wodę, z myślą o majątku, który czekał w ukryciu. Zdawało mi się chwilami, że oszaleję. Ale nie poddawałem się zmartwieniu, nie wątpiąc, że przyjdzie jeszcze czas wzięcia skarbu w posiadanie.

W samej rzeczy nareszcie marzenia moje zaczęły się urzeczywistniać. Przeniesiono mnie z Agry do Madrasu, a stamtąd na Andamany, na wyspę Blair. Ponieważ w tej osadzie bywa mało białych więźniów, więc sprawując się dobrze, stałem się wkrótce istotą uprzywilejowaną. Dano mi chatę w Hope Town, małej miejscowości na stokach Mount Harriet i nie pilnowano mnie prawie wcale. Miejscowość była posępna, panowała tam ustawicznie febra i gorączka, a dokoła roiło się od ludożerców, gotowych przy pierwszej lepszej sposobności do poczęstowania człowieka zatrutą strzałą. Musieliśmy kopać rowy, osuszać bagna, sadzić drzewa i wykonywać wiele innych czynności. Pracowaliśmy dzień cały. Wieczorami mieliśmy nieco wolnego czasu. Dzięki temu nauczyłem się przyrządzać lekarstwa dla naszego doktora i zdobyłem trochę ogólnych wiadomości z medycyny. Ciągle jednak czyhałem na okazję do ucieczki, ale wysepka Blair położona jest o setki mil od lądu, a wiatrów morskich nie ma tam prawie wcale, więc wydostać się niepostrzeżenie jest rzeczą niesłychanie trudną.

Lekarz, doktor Somerton, młody, silny, uprawiał z zapałem sporty, a wieczorami oficerowie schodzili się u niego na karty. Pokój, gdzie przyrządzałem lekarstwa, przylegał do jego bawialni. Często, czując się osamotniony, gasiłem lampę i stojąc w ciemnościach, słuchałem ich rozmów, obserwując grę przez szparę w ścianie. Sam lubię bardzo karty, a przyglądać się grze innych to jakby grać samemu. Byli tam prócz chirurga: major Sholto, kapitan Morstan i porucznik Bromley Brown, dowódcy miejscowego garnizonu oraz dwaj czy trzej urzędnicy więzienni, wytrawni starzy gracze. Dobrane towarzystwo.

Uderzyło mnie z czasem jedno: wojskowi stale przegrywali, wygrywali zaś cywile. Nie mówię, że było w tym coś podejrzanego, stwierdzam tylko fakt. Urzędnicy więzienni od czasu przybycia na Andamany nie robili prawie nic, tylko grali w karty, znali je więc wyśmienicie, podczas gdy wojskowi grywali jedynie dla zabicia czasu i kart nie studiowali. Po każdym wieczorze wojskowi ubożeli, a im więcej tracili, tym bardziej palili się do gry. Najmniej szczęścia miał major Sholto. Z początku płacił banknotami i złotem, ale wkrótce doszło do weksli, i to na znaczne sumy. Niekiedy, jakby dla zachęty, wygrywał, potem znów szczęście się od niego odwracało. Cały dzień chodził wówczas jak struty i coraz częściej zaglądał do butelki.

Pewnego wieczora przegrał więcej niż zwykle. Siedziałem właśnie w swej chacie, gdy nadszedł z kapitanem Morstanem, powracając do domu. Żyli ze sobą w wielkiej przyjaźni i nie rozstawali się prawie. Major rozpaczał z powodu przegranej.

„Skończyło się — mówił, gdy mijali moją chatę. — Muszę podać się do dymisji, jestem zrujnowany”.

„Głupstwo — odparł kapitan, klepiąc go po ramieniu. — I ja nie miałem dziś szczęścia, ale...”

Oto wszystko, co dosłyszałem, lecz wystarczyło to do powzięcia pewnej decyzji.

W kilka dni później, gdy major Sholto spacerował nad brzegiem, skorzystałem ze sposobności, by z nim pomówić.

„Chciałbym pana poprosić o radę, panie majorze” — rzekłem.

„Tak, Small, o co chodzi?” — zagadnął, wyjmując z ust fajkę.

„Chciałem pana majora zapytać, komu właściwie należałoby powierzyć ukryty skarb. Znam miejsce, gdzie leży z pół miliona, a ponieważ sam posiąść tego nie mogę, myślę więc, że najlepiej będzie, gdy skarb oddam odpowiednim władzom. Może mi wówczas zredukują karę”.

„Pół miliona, Small?” — zapytał major stłumionym głosem, patrząc mi bystro w oczy, jakby chcąc się przekonać, czy mówię serio.

„Tak jest... Klejnoty i perły. Czekają tylko na kogoś, kto je zabierze. Ponieważ zaś właściciel pozbawiony jest właśnie wszelkich praw i nie może mieć żadnej własności, więc skarb będzie należał do pierwszego, kto po niego sięgnie”.

„Do rządu — wyjąkał major — do rządu...”

Powiedział to z takim wahaniem, że poczułem, iż połknął przynętę.

„A zatem pan major sądzi, że powinienem zawiadomić gubernatora?” — zapytałem spokojnie.

„Wolnego, wolnego!... Trzeba pomyśleć. Inaczej możesz później żałować. Opowiedz mi coś o pochodzeniu tego skarbu”.

Opowiedziałem całą historię, z pewnymi tylko zmianami, żeby nie mógł rozpoznać miejsca. Major stał milczący i zamyślony. Po drżeniu jego ust poznałem, jaka w jego duszy toczy się walka.

„To bardzo ważna sprawa — rzekł w końcu. — Nie mów nikomu ani słowa, zobaczę się z tobą wkrótce”.

W dwa dni później major z kapitanem Morstanem, zaopatrzeni w latarnię, przyszli nocą do mojej chaty.

„Powtórz kapitanowi Morstanowi to, coś mnie opowiadał” — zwrócił się do mnie major. Powtórzyłem wszystko jota w jotę.

„Czy to możliwe? — spytał major. — Można w to wierzyć?”

Kapitan Morstan skinął głową.

„Słuchaj, Small — odezwał się do mnie major. — Rozmawiałem w tej sprawie z kapitanem i doszliśmy do wniosku, że rząd właściwie nie ma nic do twojej tajemnicy, że to twoja sprawa osobista. A teraz powiedz nam, ile żądasz za tę tajemnicę? Gotowi jesteśmy kupić ją od ciebie, chodzi tylko o porozumienie się co do warunków”.

Usiłował mówić tonem obojętnym, ale w oczach jego iskrzyło się podniecenie i chciwość.

„Proszę panów — odparłem, starając się również zachować obojętność, lecz czując podobne podniecenie — człowiek w moim położeniu może postawić tylko jeden warunek. Panowie ułatwią mi i moim trzem towarzyszom odzyskanie wolności, a my w zamian damy piątą część skarbu”.

„Piątą część? — rzekł. — To niezbyt pociągające”.

„Wypadnie po pięćdziesiąt tysięcy na każdego” — wyjaśniłem.

„Ale w jaki sposób możemy wam przywrócić wolność? Żądasz niemożliwości”.

„Bynajmniej — rzekłem. — Obmyśliłem to już do najdrobniejszych szczegółów. Jedyną przeszkodą jest brak łodzi odpowiedniej do dalekiej podróży i zaopatrzenia w wystarczający zapas żywności. W Kalkucie i Madrasie jest jednak mnóstwo małych żaglówek. Niech panowie sprowadzą tu coś takiego, wsiądziemy na pokład nocą, wysadzicie nas gdziekolwiek na wybrzeżu Indii i w ten sposób spełnicie warunki umowy”.

„Gdybyś był sam...” — zauważył major.

„Żaden albo wszyscy — rzekłem. — Robimy wszystko we czterech”.

„Widzisz — zwrócił się major do kapitana. — Small jest człowiekiem honoru. Nie opuszcza przyjaciół. Możemy mu ufać”.

„Paskudna sprawa — rzekł kapitan. — Ale jeśli to prawda, pieniądze nagrodzą nam kłopoty”.

„Słuchaj, Small — odezwał się major. — Spróbujemy ci pomóc. Przede wszystkim jednak musimy stwierdzić, czy mówisz prawdę. Powiedz, gdzie jest ukryta szkatułka, wezmę urlop i pojadę do Indii zbadać rzecz na miejscu”.

„Zaraz, nie tak prędko — rzekłem, odzyskując zimną krew, w miarę jak major zapalał się coraz bardziej. — Muszę mieć zgodę towarzyszy. Powiedziałem, że wszyscy albo żaden”.

„Głupstwo! Co takich trzech czarnych może mieć wspólnego z naszą umową?”

„Czarni czy nie, ale to moi wspólnicy”.

W powtórnym zebraniu uczestniczyli już Mahomet Singh, Abdullah Khan i Dost Akbar. Omówiliśmy raz jeszcze całą sprawę i zawarliśmy umowę. Mieliśmy dostarczyć oficerom plany starego fortu Agry i oznaczyć miejsce, gdzie ukryty był skarb. Major Sholto miał pojechać do Indii, by sprawdzić, czy nasza opowieść jest prawdziwa... Po znalezieniu szkatułki miał ją zostawić na miejscu i wysłać po nas małą żaglówkę zaopatrzoną w prowiant na dłuższą podróż, która to żaglówka miała zacumować przy wyspie Rutland, dokąd mieliśmy się udać. Po czym major miał wrócić do swych obowiązków.

Następnie kapitan Morstan miał spotkać się z nami w Agrze, gdzie dokonalibyśmy podziału skarbu. Morstan miał zabrać dwie części: swoją i majora. Przypieczętowaliśmy ten układ najuroczystszymi przysięgami, jakie wyobraźnia ludzka mogła podyktować. Ślęczałem całą noc z piórem w dłoni. Nad ranem miałem gotowe dwa plany podpisane „Znakiem Czterech”, to jest Abdullaha, Akbara, Mahometa i moim.

Nudzę panów nieco tą długą opowieścią. Pan Jones niecierpliwi się, chciałby mieć mnie już pod kluczem. Będę się zatem streszczał. A więc Sholto pojechał do Indii i... nie wrócił. Kapitan Morstan pokazał mi wkrótce potem jego nazwisko na liście pasażerów statku pocztowego. Umarł mu stryj, po którym odziedziczył majątek, więc wystąpił z wojska. Ale mając już własne pieniądze, zniżył się do nieuczciwego potraktowania pięciu ludzi. Morstan pojechał do Agry i przekonał się, że skarb został wykradziony.

Ten łotr zabrał wszystko, nie wypełniwszy ani jednego z przyjętych warunków. Odtąd żyłem jedynie pragnieniem zemsty. Myślałem o niej we dnie, śniłem po nocach. Ta żądza żarła mnie z niepokonaną siłą. Nie dbałem o prawo ani o szubienicę. Uciec, wyśledzić Sholta, zdusić go za gardło — było jedynym pragnieniem mego życia. Nawet skarb stracił dla mnie swój urok wobec idei zamordowania Sholta.

Nie brałem się nigdy w życiu za coś, co by mi się nie powiodło. Mówiłem panom już, że zdobyłem trochę wiadomości medycznych. Pewnego dnia, gdy doktor Somerton leżał w febrze, więźniowie znaleźli w lesie Andamańczyka. Wyspiarz był ciężko chory i szukał odludnego miejsca, gdzie mógłby umrzeć. Zająłem się nim, leczyłem go i po dwóch miesiącach wyzdrowiał. Przywiązał się przy tym do mnie i nie chciał wracać do lasu. Nauczyłem się jego języka, co wzmogło jeszcze jego przywiązanie do mnie.

Tonga — tak mu było na imię — był doskonałym wioślarzem i posiadał własne duże czółno. Przekonawszy się, że był mi oddany i gotów jest na wszystko, byle mi się przysłużyć, postanowiłem wykonać wreszcie zamiar ucieczki. Porozumiałem się z nim i stanęło, że Tonga popłynie na swym czółnie do starej, niestrzeżonej przystani, gdzie spotka się ze mną. Poleciłem mu zabrać kilka naczyń z wodą do picia, dużo orzechów kokosowych i batatów.

Tonga był bardzo uczciwy i wierny. W oznaczoną noc jego czółno było na przystani. W pobliżu jednak spotkałem jednego z dozorców więziennych, który nigdy nie omijał sposobności, żeby mnie znieważyć i skrzywdzić. Poprzysiągłem mu zemstę i właśnie nadawała się okazja. Po prostu los postawił mi go na drodze, bym spłacił dług, zanim opuszczę wyspę. Stał na grobli, z karabinem na ramieniu, zwrócony do mnie tyłem. Obejrzałem się dokoła, szukając kamienia, żeby mu łeb roztrzaskać, lecz nie dostrzegłem nic odpowiedniego.

Wówczas przyszło mi nagle coś do głowy. Odczepiłem drewnianą nogę. Trzy długie skoki — i rzuciłem się na dozorcę. Chwycił karabin, ale tymczasem palnąłem go pałką w głowę z taką siłą, że roztrzaskałem mu czaszkę. Upadliśmy obaj, bo straciłem równowagę. Przywiązałem nogę, pośpieszyłem do czółna, a w godzinę później byliśmy już na pełnym morzu.

Tonga zabrał całe swoje mienie, broń i swoich bogów. Między innymi miał długą, bambusową włócznię i kilka andamańskich mat kokosowych, z których zrobiłem żagiel. Dziesięć dni błądziliśmy po morzu, zdani na los, aż wreszcie jedenastego dnia zabrał nas na pokład parowiec, wiozący pielgrzymów malajskich z Singapore do Jiddah. Tonga i ja poznaliśmy się z nimi szybko. Mieli wielką zaletę: nie narzucali się i o nic nie pytali.

Gdybym chciał opowiedzieć wszystkie przygody, jakie mnie i mojego towarzysza spotkały, zatrzymałbym was do świtu. Włóczyliśmy się po świecie, a zawsze coś odgradzało nas od Londynu. Myśl o celu wędrówki nie opuszczała mnie ani na chwilę. Śniłem o majorze Sholto noc w noc. Stukrotnie zabijałem go we śnie. Nareszcie trzy czy cztery lata temu znaleźliśmy się w Anglii. Odnalazłem szybko mieszkanie Sholta, chodziło więc już tylko o to, żeby się przekonać, czy skarb spieniężył, czy posiada go jeszcze. Zaprzyjaźniłem się w tym celu z kimś, kto mógł mi być pomocny. Niebawem dowiedziałem się, że major był w posiadaniu skarbu. Usiłowałem tedy różnymi sposobami dostać się do niego. Przebiegły był jednak, bestia, miał zawsze przy sobie dwóch bokserów, oprócz synów i khitmutgara.

Pewnego dnia powiedziano mi, że major kona. Wściekły, iż może mi się w ten sposób wymknąć, podążyłem do ogrodu i ujrzałem go przez okno leżącego w łóżku w otoczeniu synów. Byłbym sobie poradził ze wszystkimi, gdy nagle ujrzałem, że opadła mu szczęka. Wyzionął ducha.

Tej samej nocy dostałem się do jego pokoju i przerzuciłem papiery, szukając wskazówki, gdzie są ukryte klejnoty. Nie znalazłem nic, co doprowadziło mnie do ostatniej pasji. Wychodząc, pomyślałem sobie, że jeśli spotkam kiedykolwiek przyjaciół Sikhów, będą się cieszyć, słysząc, że zostawiłem przy nieboszczyku znak zemsty. Zawróciłem więc i nabazgrałem nasz „Znak Czterech”, taki jak był na planie, i przypiąłem kartkę na piersi trupa. Byłoby już zanadto, gdyby tak zeszedł do grobu bez żadnej pamiątki od nas, okradzionych i oszukanych.

Zarabiałem wówczas na życie, pokazując biednego Tonga na jarmarkach i tym podobnych zabawach jako ludożercę. Tonga jadał surowe mięso, wykonywał taniec wojenny i... zbieraliśmy dosyć grosza. Z Pondicherry Lodge miałem stale wiadomości, przez kilka lat nie było jednak nic nowego. Ciągle szukano skarbu. Wreszcie zaszło to, na co czekaliśmy tak długo. Skarb znaleziono! Był ukryty na strychu, nad laboratorium Bartholomeusa Sholto. Przybyłem niezwłocznie zbadać teren, ale nie mogłem dostać się na górę z moją drewnianą nogą. Dowiedziałem się, że w dachu jest klapa, jak również o jakiej godzinie Sholto jada kolację. Zdawało mi się, że przy pomocy Tonga załatwię się ze wszystkim bez trudu.

Przyprowadziłem go na miejsce i opasałem długą linką. Zwinny jak kot, szybko dostał się na dach, nieszczęście chciało jednak, iż Bartholomeus był jeszcze w pracowni. Tongo sądził, że zabijając go, uczyni coś bardzo mądrego, bo gdy wszedłem po linie, był napuszony jak indyk. Przeraził się moich klątw i czmychnął. Zabrałem szkatułkę, spuściłem ją na dół, zsunąłem się po linie, zostawiając na stole „Znak Czterech” na dowód, że klejnoty powróciły do ludzi, którzy mieli do nich prawo. Tonga wciągnął linę, zwinął ją i wrócił drogą, którą przyszedł.

Zdaje się, że niewiele mam już do powiedzenia. Słyszałem, jak jakiś przewoźnik wychwalał szybkość „Aurory”, wpadłem więc na myśl, żeby użyć jej do ucieczki. Umówiłem się ze starym Smithem i przyrzekłem mu znaczną sumę, jeśli nas dowiezie do okrętu. Smith wiedział, że sprawa była nieczysta, ale nie zwierzyłem mu się ze swej tajemnicy.

Wszystko to jest szczerą prawdą. Mówię nie po to, żeby panów zabawić, bo nie wyświadczyliście mi żadnej grzeczności, tylko z przekonania, że najlepszą moją obroną będzie zupełna szczerość. Chcę, abyście wiedzieli, jak niegodziwie obszedł się ze mną major Sholto i że nie byłem powodem śmierci jego syna.

— Ciekawa opowieść — odezwał się Sherlock. — Odpowiednie zakończenie nader interesującej sprawy. W ostatniej części opowiadania nie było dla mnie nic nowego prócz faktu, że przynieśliście swoją linę. Tego nie wiedziałem. Nawiasem mówiąc, myślałem, że Tonga pogubił wszystkie strzały, tymczasem wystrzelił w nas jeszcze jedną z łodzi.

— Zgubił wszystkie prócz ostatniej, którą miał w rurce.

— Aha... prawda — rzekł Holmes. — Nie pomyślałem o tym.

— Czy chce pan ode mnie jeszcze jakichś wyjaśnień? — spytał aresztant uprzejmie.

— Nie, dziękuję.

— Panie Holmes — odezwał się Jones — wiemy, że zajmuje się pan badaniem wszelkich zbrodni i że jest znawcą nie lada, ale obowiązek obowiązkiem. Ja już i tak przekroczyłem rygor, przystając na pańskie żądanie. Będę spokojniejszy, gdy ten nasz gaduła znajdzie się pod kluczem. Dorożka czeka, inspektorzy stoją na dole. Dziękuję panom za pomoc. Będą panowie wezwani na świadków podczas procesu. Dobranoc.

— Dobranoc — rzekł Small.

— Naprzód! — zakomenderował przezorny Jones. — Muszę się pilnować, żebyś mnie przypadkiem nie zdzielił swoją pałką, jak tego dżentelmena na Andamanach.

— A więc finita la commedia — rzekłem po chwili milczenia. — Obawiam się, że to ostatnia sprawa, którą prowadziliśmy wspólnie. Oświadczyłem się dziś miss Morstan i zostałem przyjęty.

Holmes skrzywił się i westchnął głęboko.

— Obawiałem się tego — rzekł. — Doprawdy, nie ma ci czego winszować.

Poczułem się dotknięty.

— Masz jakiś powód do niezadowolenia z mego wyboru?

— Bynajmniej. Jest to jedna z najbardziej czarujących młodych dam, jakie spotkałem w życiu. Mogłaby być bardzo użyteczna w naszej pracy. Stanowczo posiada zdolności w tym kierunku. Zauważ, jak starannie spośród wszystkich innych papierów ojca zachowała właśnie plan Agry. Ale miłość wywołuje wzruszenia, a wszelkie wzruszenie jest wrogiem chłodnego rozsądku, który cenię nade wszystko. Sam nie ożenię się nigdy, bo źle by to wpłynęło na mój rozsądek.

— Myślę, że mój rozsądek wytrzyma tę próbę — rzekłem z uśmiechem. — Ale widzę, że jesteś zmęczony.

— Tak, zaczyna się już reakcja. Znów będę do niczego przez cały tydzień.

— Szczególna rzecz — zauważyłem — jak stan, który normalnie nazwałbym lenistwem, nawiedza cię zawsze po wybuchach energii.

— Tak, jestem materiałem na klasycznego próżniaka. Często przychodzą mi na myśl te wersy Goethego:

Schade dass die Natur nur einen Mensch aus Dir schuf,
Denn zum würdigen Mann war und zum Schelmen der Stoff.

Ale wracając do naszej sprawy, przekonałeś się, że tak jak przypuszczałem, mieli w domu wspólnika, a mógł nim być tylko Lal Rao. Jones ma więc tę jedną niepodzielną zasługę, że złapał choć jedną rybę do sieci.

— Podział jest tym razem niesprawiedliwy. Tyś wykrył, wyśledził wszystko. Ja zdobyłem żonę, Jones rozgłos, a cóż zostaje dla ciebie?

— Dla mnie — rzekł Sherlock Holmes — pozostaje zawsze ta oto flaszeczka...

I wyciągnął szczupłą, białą dłoń po kokainę.