„Błyskawica” wolno płynęła ku północy; zmierzała w kierunku San Domingo i wybrzeży Kuby, by przepłynąć przesmyk, który te dwie wyspy tworzą między sobą.
Nie rozwijała znacznych prędkości, a to z tego względu, że stale była spychana przez prąd morski zwany Golfsztromem, który transportuje przez Atlantyk ogromne masy wody, by potem z wielką siłą wepchnąć je do Morza Karaibskiego. Prąd ten płynie następnie aż do wybrzeży Ameryki Środkowej i zatacza olbrzymie koło, omywając brzegi Zatoki Meksykańskiej, Bahamów i wreszcie południowego wybrzeża Florydy. Oprócz tych przeszkód, które marynarzom zgotowała natura, żeglugę statku opóźniała też wzięta na hol fregata, a wiatry nie były pomyślne.
Na szczęście niebo było pogodne, co stanowiło okoliczność wielce sprzyjającą: szalejące sztormy mogłyby znacznie utrudnić holowanie z takim trudem zdobytego łupu i zmusić piratów do jego porzucenia. Nawałnice nawiedzające antylskie wyspy są do tego stopnia przerażające, że trudno sobie wyobrazić podobny żywioł.
Karaibskie wysepki, które sama natura pobłogosławiła wszelkim urodzajem, żyzną glebą, nieporównywalnym do żadnego innego na świecie klimatem, a także niespotykanym nigdzie indziej najczystszym błękitem nieba, na którym nie ma ani jednej chmurki, głównie za sprawą wschodniego wiatru i Prądu Zatokowego, zbyt często nawiedzają przerażające kataklizmy, których gniew rozpętuje się w jednej chwili.
Ze wszystkich stron atakują je wtedy gwałtowne nawałnice, które niszczą bujne, dorodne sady, wyrywają z korzeniami całe połaci lasów, burzą miasta i osady; tragiczne w skutkach podwodne wstrząsy burzą się w głębinach i wywołują wielkie fale, które rozbijają się o wybrzeża, zmiatając wszystko, co napotkają na swej drodze, urywając statki z kotwic i rzucając wraki na zniszczone wsie. Potworne trzęsienia ziemi, które nawiedzają świat, grzebią pod gruzami tysiące istnień.
Piratom jednakże przyświecała pomyślna gwiazda i sprzyjające żegludze warunki utrzymywały się, co pozwalało im spokojnie płynąć w stronę Tortugi.
„Błyskawica” łagodnie sunęła po przejrzystym niczym kryształ szmaragdowym morzu, a na głębokości stu ramion przebłyskiwało bielusieńkie dno Zatoki, całe wyściełane koralowymi rafami.
Światło, które załamywało się na piaszczystych łachach, czyniło wodę jeszcze jaśniejszą i bardziej przejrzystą. Temu, kto po raz pierwszy spogląda w tę toń, może od tego widoku zakręcić się w głowie.
W morskich głębinach ryby różnych gatunków pływały we wszystkich kierunkach, baraszkowały ze sobą, ścigały się i pożerały nawzajem. Od czasu do czasu pojawiały się długie na dwadzieścia stóp przerażające rekiny, które mocnymi uderzeniami ogona wybijały się z morskiej toni. Te drapieżniki, zwane rybami młotami, mają charakterystyczny pysk w kształcie młota, z którego sterczą długie, trójkątne zęby, oraz duże, pozbawione wyrazu oczy osadzone na zewnętrznych krawędziach głowy; należą one do rodziny rekinów i są bardzo podobne do swych krwiożerczych pobratymców.
Dwa dni po bitwie powiał silniejszy wiatr i „Błyskawica” szybciej pomknęła w kierunku południowych wybrzeży Kuby, pokonując bez najmniejszego trudu przesmyk oddzielający Jamajkę od zachodniego wybrzeża Haiti.
Czarny Korsarz nie opuszczał kajuty. Dopiero gdy obserwator zgłosił, że na horyzoncie majaczą łańcuchy górskie Jamajki, wyszedł na mostek.
W jego duszy zrodził się niewytłumaczalny niepokój, który dręczył go od chwili, gdy gościł na statku flamandzką księżniczkę.
Nie odzywał się do nikogo, nawet do Morgana. Nerwowym krokiem chodził tam i z powrotem, ani na chwilę nie przystając.
Posiedział pół godziny na mostku, spoglądając roztargnionym wzrokiem w kierunku rysującego się wyraźnie na tle jasnego horyzontu pasma górskiego, które niemalże pionowo wyrastało z wody. Po chwili jednak zszedł na pokład i zasłaniając twarz szerokim rondem kapelusza, krążył nerwowo między masztami. Naraz jakby uderzyła go jakaś myśl, której rozkazu musiał usłuchać: wrócił na mostek, wszedł na rufę i stanął przy burcie.
Jego wzrok powędrował w stronę fregaty płynącej w odległości około sześćdziesięciu kroków.
Nagle coś przykuło jego uwagę. Drgnął i cofnął się; jego ponura, blada twarz rozjaśniła się na ułamek sekundy, a nawet lekko zarumieniła.
Na dziobie dojrzał białą postać opartą o kołowrót. Była to młoda Flamandka, owinięta w długi płaszcz. Jasne, rozpuszczone włosy w malowniczym nieładzie opadały jej na ramiona, a bryza morska igrała z nimi, splątując je ze sobą.
Postać spoglądała w stronę „Błyskawicy”, prosto w miejsce, gdzie znajdował się Czarny Korsarz. Podbródek wsparła na dłoniach i zastygła nieruchomo w zamyślonej pozie.
Czarny Korsarz nie uczynił żadnego gestu, nawet jej nie pozdrowił. Złapał się obiema rękami burty, jakby bał się, że coś może go od niej oderwać, i wpatrywał się w oczy dziewczyny. Fascynowało go to stalowoszare spojrzenie, zapierało mu dech w piersiach.
Czar, który go ogarnął, obcy człowiekowi o takim harcie ducha, ulotnił się po kilku chwilach.
Czarny Korsarz niemal natychmiast pożałował, że dał się zahipnotyzować spojrzeniu dziewczyny. Zdecydowanym ruchem oderwał ręce od burty i cofnął się.
Spojrzał na sternika, który stał dwa kroki od niego, potem przeniósł wzrok na morze, rzucił okiem na żagle. Przez cały czas się cofał, nie mogąc się zdecydować, czy zerwać to wzrokowe połączenie. Ponownie spojrzał w jej kierunku.
Dziewczyna nie poruszyła się. Oparta o kołowrót, podpierając podbródek dłońmi, pochyliła do przodu jasnowłosą główkę i wpatrywała się swoimi wielkimi oczami w pirata. Z jej nieruchomych źrenic bił intensywny, niepowstrzymany blask.
Kapitan „Błyskawicy” cofał się powoli, nie mogąc odwrócić wzroku od tego stworzenia o zjawiskowej urodzie. Był blady jak nigdy i drżał na ciele.
Aż w końcu wszedł na mostek, przystanął na chwilę, po czym zrobił kolejny krok w tył i wpadł na Morgana, który właśnie w tej chwili schodził z wachty.
— Ach! Wybacz — usprawiedliwił się zawstydzony, a jego twarz spąsowiała.
— Przyglądałeś się barwie słońca, kapitanie? — zapytał zastępca.
— Dlaczego słońca?
— Spójrz sam.
Czarny Korsarz spojrzał na dotychczas jasno świecące słońce i zauważył, że jego tarcza przybrała czerwony kolor i jarzyła się teraz niczym rozżarzone żelazo.
Spojrzał na łańcuch górski na wyspie i zobaczył, że szczyty, rozświetlone żywym płomieniem, jeszcze wyraźniej odcinają się od szafirowego nieboskłonu.
Na jego twarzy pojawił się niepokój, a wzrok znów powędrował w stronę fregaty i stojącej na dziobie dziewczyny.
— Nadciąga huragan — powiedział głucho.
— Wszystko na to wskazuje, kapitanie — zgodził się Morgan. — Nie czujesz tego mdłego zapachu, który unosi się nad wodą?
— Czuję, Morgan. Widzę też, że powietrze zaczyna się kotłować. Chyba szykuje się nam jedna z tych okropnych nawałnic, które bezlitośnie atakują antylskie wysepki.
— Racja, kapitanie.
— Będziemy zmuszeni porzucić łup?
— Chcesz rady, kapitanie?
— Tak, Morgan.
— Przenieś połowę załogi na hiszpański statek.
— Słusznie mówisz. Zwłaszcza ze względu na załogę byłoby mi przykro, gdyby taka zdobycz skończyła na dnie morza.
— Księżniczka pozostanie u siebie?
— Księżniczka… — zamyślił się Czarny Korsarz, marszcząc czoło.
— Lepiej jej będzie u nas.
— Byłoby ci przykro, gdyby poszła na dno razem ze statkiem? — rzucił Czarny Korsarz i uważnie spojrzał na Morgana.
— Myślę, że może być warta tysiące piastrów.
— No tak, zgadza się. Musi zapłacić okup.
— Chcesz kapitanie, bym ją przewiózł, zanim fale będą zbyt wysokie?
Pirat nie odpowiedział. Uporczywe myśli nie dawały mu spokoju.
Trwało to kilka chwil. W końcu zatrzymał się przed Morganem i zapytał nagle:
— Myślisz, że kobiety przynoszą pecha?
— Co masz na myśli, kapitanie? — zapytał zdziwiony zastępca.
— Potrafiłbyś bez obaw pokochać kobietę?
— Dlaczego nie?
— Nie uważasz, że stanowią one większe niebezpieczeństwo niż krwawa walka?
— Czasami tak. Czy wiesz, kapitanie, co zwykli mówić piraci i bukanierzy z Tortugi, zanim znajdą towarzyszkę życia wśród kobiet, które królestwa Francji i Anglii wysyłają tu, by znaleźć im męża?
— Nigdy nie zawracałem sobie głowy swataniem moich marynarzy.
— Mówią tak: „Niewiasto, nie pytam cię o to, co do tej pory robiłaś w miejscach, które odwiedziłaś, i rozgrzeszam cię ze wszystkiego, ale od dziś będziesz mi zdawać sprawozdanie z tego, co zrobisz”, po czym uderzają w kolbę muszkietu i ślubują: „Mój muszkiet nie zawiedzie i pomści mnie, jeśli mnie oszukasz”.
Czarny Korsarz wzruszył ramionami i powiedział:
— Miałem na myśli inne kobiety niż te, które przysyłają nam tu zamorskie królestwa.
Zatrzymał się na chwilę, spostrzegł, że dziewczyna się nie poruszyła, po czym kontynuował:
— Co powiesz o tej młodej damie, Morgan?
— Że to jedna z najpiękniejszych istot, jakie widziano na tych wodach.
— Nie obawiałbyś się jej?
— Jej? Z pewnością nie.
— A ja się jej boję, Morgan.
— Ty się jej boisz? Czarny Korsarz? Chyba żartujesz?!
— Nie — zaprzeczył pirat. — Czasem czytam w księdze mego przeznaczenia. Pewna Cyganka z mojej ojczyzny przepowiedziała mi, że pierwsza kobieta, którą pokocham, sprowadzi na mnie zgubę i nieszczęście.
— Gusła i zabobony, kapitanie.
— A co powiesz na to, że ta sama Cyganka przewidziała, że jeden z moich braci zginie zabity przez zdradę, a dwóch pozostałych powieszą? To wszystko się spełniło.
— I co dalej?
— Wróżyła mi też śmierć na morzu, daleko od ojczyzny. Wedle tej przepowiedni przyczyni się do niej kobieta, którą pokocham.
— Niech mnie piorun trzaśnie! — wzdrygnął się Morgan. — Cyganka mogła się pomylić co do czwartego brata.
— Nie sądzę — odparł Czarny Korsarz z grobową miną.
Potrząsnął głową, chwilę pomyślał i powiedział:
— Los rozstrzygnie!
Zszedł z mostku i udał się na dziób, gdzie pogrążeni w rozmowie stali Moko, Carmaux i Van Stiller. Krzyknął do nich:
— Spuście szalupę na wodę! Przywieźcie na „Błyskawicę” księżniczkę Weltendrem i jej służbę.
Piraci pośpieszyli spełnić rozkaz. Morgan tymczasem wybrał trzydziestu marynarzy, który mieli wzmocnić nieliczną załogę holowanej fregaty. Słusznie przewidywał bowiem, że wkrótce trzeba będzie odciąć cumę.
Kwadrans później wrócił Carmaux i pozostali piraci. Flamandka i jej służący wspięli się na pokład „Błyskawicy”, gdzie oczekiwał ich Czarny Korsarz.
— Masz mi coś pilnego do powiedzenia, panie? — zapytała patrząc mu prosto w oczy.
— Tak, pani — odparł pirat, składając ukłon.
— Co takiego?
— Musimy pozostawić okręt na łaskę losu.
— Z jakiego powodu? Ktoś nas śledzi?
— Nie, ale zagraża nam huragan. Dlatego trzeba odciąć holujące go cumy. Nie miałaś jeszcze okazji poznać siły żywiołu.
— I nie chcesz, aby twojemu więźniowi coś się stało, czy tak, panie? — zapytała ze śmiechem.
— „Błyskawica” jest pewniejsza.
— Dziękuję za twą troskę.
— Nie dziękuj, pani — odpowiedział Czarny Korsarz zamyślony. — Może się okazać, że huragan komuś z nas przyniesie zgubę.
— Zgubę! — wykrzyknęła. — Komu?
— Czas pokaże.
— Ale dlaczego?
— Wszystko w rękach losu.
— Boisz się o swój statek?
Uśmiech rozjaśnił oblicze Czarnego Korsarza.
— „Błyskawica” śmiało rzuca wyzwanie nawałnicom i szkwałom, a ja jestem kapitanem, który prowadzi ją poprzez fale i wiatry.
— Wiem, ale…
— Niepotrzebnie nalegasz, pani, nic więcej nie powiem. Reszty dopełni przeznaczenie.
Wskazał jej nadbudówkę i chyląc kapelusza, rzekł:
— Przyjmij gościnę, pani, ja zaś idę rzucić wyzwanie śmierci i własnemu losowi.
Włożył kapelusz i wbiegł na mostek. Tymczasem od strony Małych Antyli zwały wiatru pędziły burzę, przerywając królującą do tej pory na morzu ciszę.
Trzydziestu marynarzy przeprawiło się na hiszpański okręt. Szalupy wróciły już i załoga przy pomocy wind wciągała je właśnie na pokład.
Czarny Korsarz z mostku obserwował horyzont na zachodzie.
Ogromna, czarna chmura, o brzegach obwiedzionych ognistą czerwienią, pędziła po niebie, gnana huraganowym wiatrem. Mgła przesłoniła ostatnie promienie słońca.
— Huragan szaleje na Haiti — powiedział Czarny Korsarz do Morgana.
— Pewnie spustoszył już Małe Antyle — dodał Morgan. — Za godzinę i tu rozpęta się piekło!
— Co byś zrobił na moim miejscu?
— Szukałbym schronienia na Jamajce.
— „Błyskawica” uciekająca przed huraganem? — dumnie powiedział Czarny Korsarz. — Nigdy!
— Sam dobrze wiesz, kapitanie, jak przerażające są orkany na tych szerokościach.
— Zgadza się, i rzucam im wyzwanie. Fregata schroni się na wybrzeżu, ale nie „Błyskawica”. Kto dowodzi marynarzami na tamtym statku?
— Bosman Van Horn.
— Dzielny z niego marynarz. Pewnego dnia stanie się sławnym piratem. Nie wypuści łupu z ręki i będzie stronił od problemów.
Z tubą w ręku wspiął się na burtę na rufie i krzyknął dźwięcznym głosem:
— Tnijcie cumę! Bosmanie Van Horn, kieruj się na Jamajkę. Poczekamy na was na Tortudze.
— Tak jest, kapitanie! — bosman, który czekał tylko na rozkaz kapitana, odpowiedział bez wahania. Teraz wziął do ręki siekierę i jednym ruchem przeciął linę. Odwrócił się do swojej załogi i krzyknął:
— Na chwałę Boga!
Okręt rozwinął żagle na fokmaszcie i bezanmaszcie. Główny żagiel był już całkowicie bezużyteczny. Statek wykonał zwrot i oddalił się ku widocznym na horyzoncie wybrzeżom, tymczasem „Błyskawica” zbliżyła się do zachodnich granic Haiti i południowych brzegów Kuby, po czym wpłynęła do tak zwanej Cieśniny Wiatrów.
Sztorm zbliżał się szybko. Gniewne podmuchy wiatru gnane od strony Małych Antyli przerwały panującą dotychczas ciszę. Fale piętrzyły się coraz wyżej.
Woda w morzu wzburzyła się. Na jej powierzchni tworzyły się spienione wiry, a masy wodne formowały się w wielkie, spiętrzone góry, które z głośnym łoskotem waliły się w otchłań.
Czarne, skłębione chmury tłoczyły się po niebie, zaciemniając nieboskłon i zachodzące słońce. Nad wzburzonym morzem zapadła ciemność, a woda wydawała się tak czarna, jakby dolano do niej smoły.
Czarny Korsarz nie przejmował się żywiołem. Wzrokiem wciąż odprowadzał hiszpański okręt, który halsując pośród fal, znikał już za mglistym horyzontem, nieopodal brzegów wyspy.
Trochę niepokoił się o fregatę, zdawał sobie bowiem sprawę, że ich łup był przecież w złym stanie i że nie może stawić czoła wściekłym uderzeniom huraganowego wiatru. Lecz o „Błyskawicę” był całkowicie spokojny.
Kiedy w końcu stracił z oczu hiszpański okręt, wszedł na kasztel i kazał odejść sternikowi.
— Ster do mnie! „Błyskawica” jest moja!