Franciszek l'Olonnais na główną kwaterę obrał sobie skromny, drewniany dom, o mocnej konstrukcji, którego dach, na modłę karaibskich Indian, pokryto zeschłymi liśćmi. Była to kryjówka wystarczająco wygodna dla pirata, a nawet nie można jej było odmówić pewnego luksusu, którego przecież pożądały dumne i szorstkie zarazem pirackie serca.
Położony na skraju dżungli, ledwie pół mili od cytadeli, został wybudowany w urokliwym i spokojnym zakątku wyspy, wśród szpaleru palm, których cień przyjemnie chłodził w skwarze dnia.
Pirat wprowadził Czarnego Korsarza do pomieszczenia na parterze, którego okna osłonięte były matami wyplecionymi z nipy i wskazał mu bambusowy fotel. Jednemu ze swych sług kazał przynieść kilka butelek hiszpańskiego wina, pochodzących z pewnością z któregoś ze zrabowanych statków, po czym odkorkował jedną z nich i napełnił dwa kielichy.
— Kapitanie, zdrowie twoje i twej damy — wzniósł toast.
— Lepiej wypijmy za powodzenie naszej wyprawy, przyjacielu — odparł na to Czarny Korsarz.
— Na pewno się powiedzie. Zobaczysz, przyprowadzę do ciebie zabójcę obu twoich braci.
— Trzech, Piotrze.
— Jak to? — zdumiał się pirat. — Wiem tyle, co i inni, czyli tyle, że Van Gould zabił Czerwonego i Zielonego Korsarza. Nic mi nie wiadomo o trzecim.
— Zgadza się, trzech — powiedział martwym głosem.
— Niech mnie piorun trzaśnie! I ta gadzina wciąż żyje?
— Już niedługo.
— Mam nadzieję, masz moje wsparcie, przyjacielu. Wpierw wolałbym się jednak dowiedzieć, jak dobrze znasz tego Van Goulda?
— Znam go lepiej niż Hiszpanie, którym teraz służy.
— Co to za człowiek?
— To stary żołnierz, który walczył we Flandrii i brał udział w wielu bitwach. Nosi jedno z najbardziej znanych nazwisk wśród flamandzkiej szlachty. Niegdyś był odważnym kondotierem, dowódcą licznych oddziałów i nie jest wykluczone, że wciąż mnożyłby zaszczytne tytuły, gdyby hiszpańskie złoto nie uczyniło zeń zdrajcy.
— Jest stary?
— Ma około pięćdziesięciu lat.
— Mówi się, że krzepy mu nie brak i że jest jednym z najzuchwalszych gubernatorów, jakich mają Hiszpanie w tych koloniach.
— Zgadza się, jest przebiegły niczym lis, energiczny jak Montbars i niezwykle odważny.
— Maracaibo stawi nam zaciekły opór.
— Zgadzam się, Piotrze, ale kto może się oprzeć atakowi sześciuset piratów? Wiesz, ile warci są nasi ludzie.
— Na mą brodę! — powiedział pirat. — Sam się o tym przekonałem, gdy ujrzałem jak moja nieliczna załoga podczas walki z hiszpańską flotą pod Los Cayos jak lwy rzuca się do walki. Dzięki tobie znamy już słabe strony Maracaibo.
— Poprowadzę cię.
— Coś cię tu zatrzymuje?
— Nic.
— Nawet Flamandka?
— Poczeka na mnie, jestem pewien — uśmiechnął się Czarny Korsarz.
— Gdzie ją umieściłeś?
— W mojej willi.
— A ty gdzie się podziejesz, skoro twój dom jest zajęty?
— Zostanę u ciebie.
— No, no, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Wspaniale! W ten sposób razem ułożymy plan, później dołączy do nas Bask, którego zaprosiłem na obiad.
— Dziękuję, przyjacielu. Kiedy wyruszamy?
— Jutro o świcie. Twoja załoga jest w komplecie?
— Brakuje mi sześćdziesięciu ludzi. Trzydziestu straciłem w walce, a trzydziestu posłałem na statek zdobyty w Maracaibo.
— Świetnie! Nie będzie problemu ze znalezieniem chętnych. Każdy pirat dałby się pokroić, byle tylko pływać pod twoją banderą.
— Tak, tylko że z jednej strony się do mnie garną, a z drugiej widzą we mnie groźnego upiora.
— Do stu piorunów! Rzeczywiście pogodny jesteś jak słoneczko na niebie. Na pewno twoja księżniczka cię trochę rozrusza.
— Kto wie — odparł Czarny Korsarz.
Wstał i skierował się do drzwi.
— Już wychodzisz? — zapytał Francuz.
— Tak, mam pewną sprawę do załatwienia, ale późnym wieczorem wrócę. Do zobaczenia, Piotrze.
— Do zobaczenia i uważaj, by nie zaczarowały cię czyjeś niewieście oczy.
Czarny Korsarz nie słyszał już tych słów. Wyszedł z domu i ruszył drogą przez dżunglę, która prowadziła w przeciwnym kierunku niż ten, z którego przyszedł. Las rozciągający się za cytadelą porastał znaczną powierzchnię wyspy; pyszne palmy z gatunku massimiliane i okazałe prześcigle o wachlarzowatych, postrzępionych na końcach liściach splatały swe gałęzie z palmami jupati i bossù, o twardych niczym metal liściach, a pod palmowym baldachimem rosły dziko wielkimi kępami cenne agawy, z których pozyskuje się słodki i zarazem pikantny sok, znany na wybrzeżach Zatoki pod nazwą aguamiele, w swojej sfermentowanej wersji zwany mezcalem. Nie brakowało tam też krzaków dzikiej wanilii, długiego pieprzu i papryczki pimiento.
Pogrążony we własnych myślach Czarny Korsarz nie podziwiał otaczającej go przyrody. Ciągle przyśpieszał kroku, jak człowiek, który niecierpliwie pragnie znaleźć się już u celu.
Pół godziny później pirat stanął na skraju plantacji trzciny cukrowej, która rosła tu wyjątkowo bujnie. W promieniach zachodzącego słońca jej źdźbła mieniły się purpurowymi refleksami. Rośliny były już dojrzałe, gotowe do zbiorów; ich czerwono-żółte łodygi, delikatne i wysmukłe, okalały rzędy długich liści, które koniuszkami dotykały ziemi, u góry wieńczyły je białe wiechy kwiatów, w których odbijała się cała gama kolorów, od złocistego po niebieskawy.
Czarny Korsarz przez chwilę napawał się tym widokiem, po czym zanurzył się w morze trzciny i wyłonił po drugiej jego stronie, naprzeciw pięknego domu, ocienionego otaczającym go palmowym gajem.
Był to dwupiętrowy budynek, podobny do tych, które budują zwykle Meksykanie; jego ściany pomalowano na czerwono i ozdobiono ceramicznymi płytkami, układającymi się w wielobarwne mozaiki, a na dachu urządzono taras pełen kwiatów zasadzonych w wielkich donicach.
Olbrzymich rozmiarów tykwa, tropikalna krewniaczka dyni, o okrągłych, bladozielonych owocach przypominających melony, z których Indianie wyrabiają naczynia, szerokimi liśćmi szczelnie oplatała budynek, przysłaniając okna i taras.
Przed drzwiami siedział niezwykłych rozmiarów Afrykańczyk, kurzący starą fajkę, którą, jak domyślał się Czarny Korsarz, dostał w prezencie od swych dwóch przyjaciół.
Pirat w ciszy przyglądał się przez chwilę domostwu, po czym potrząsnął ze zniecierpliwieniem głową i podszedł do Moko, który zerwał się na nogi.
— Gdzie Carmaux i Van Stiller? — zapytał.
— Poszli do portu, żeby dowiedzieć się, czy są jakieś rozkazy od ciebie, panie — odparł Moko.
— Co robi księżniczka?
— Jest w ogrodzie.
— Sama?
— Ze swoją służbą.
— Co robi?
— Przygotowuje stół dla ciebie.
— Dla mnie? — nachmurzone oblicze pirata rozjaśniło się jak niebo po burzy.
— Była przekonana, że zjecie razem kolację.
— Wprawdzie oczekują mnie w domu Franciszka, ale towarzystwo tego dziewczęcia jest mi milsze od pirackiej biesiady — wyszeptał.
Wszedł do domu i skręcił w korytarzyk, wzdłuż którego ustawiono wazony pełne kwiatów wydzielających odurzające wonie, przeszedł przez pomieszczenia i znalazł się w przestronnym ogrodzie, okolonym murem tak wysokim i solidnym, że nikt niepowołany nie zdołałby się na niego wspiąć.
Dom był piękny, ale ogród urodą przerastał wszelkie wyobrażenia. Rosnące w rzędach szerokolistne, ciemnozielone bananowce wyznaczały urocze, parkowe alejki, rzucając na nie cień, który zapewniał ożywczy chłód. W ich koronach w wielkich kiściach pyszniły się dorodne banany. Pomiędzy alejkami kusiły zielenią trawniki porośnięte najpiękniejszymi tropikalnymi kwiatami.
W narożnikach ogrodu rosły wiecznie zielone drzewa rodzące awokado, które zmieszane z odrobiną sherry jest wybornym smakołykiem; tu i ówdzie kwitły męczennice, których nie większe od gęsich jaj owoce zawierały delikatny miąższ o przyjemnym zapachu; w niezliczonych zakątkach ogrodu różowe kwiaty tonkowców odurzały wonną słodyczą, a wszędzie wkoło krzewiła się bujnie kapusta palmowa, której liście wystrzelały w górę na ponad dwadzieścia, a czasem nawet trzydzieści cali.
Czarny Korsarz skręcił w jedną z alejek i bezgłośnie zbliżył się do altanki uplecionej z liści tykwy, podobnej do tej, która otulała dom. Miejsce to ocieniała palma jupati, której liście osiągają długość nawet pięćdziesięciu stóp. Promienie słońca migotały w zielonych koronach, a po ogrodzie rozbrzmiewał perlisty śmiech.
Czarny Korsarz podszedł bliżej i spojrzał poprzez gęstą roślinność.
Na środku baśniowego ogrodu stał przygotowany do posiłku stół, przykryty śnieżnobiałą, flandryjską serwetą. Dwa piękne świeczniki ginęły w bukietach kwiatów o słodkich zapachach, a na stole pomiędzy nimi piętrzyły się piramidy tropikalnych owoców, ananasów, bananów, zielonych orzechów kokosowych oraz półmiski pełne pupuhna, dużych brzoskwiń gotowanych w osłodzonej wodzie.
Księżniczka z pomocą dwóch Metysek nakrywała do stołu. Ubrana była w suknię w kolorze morskiego błękitu, o brzegach wyszywanych brukselską koronką. Barwa ta jeszcze bardziej podkreślała bladość jej skóry i złote refleksy we włosach, które długim warkoczem opadały jej na plecy.
Nie założyła tego wieczoru klejnotów, choć żyjąc już tak długi czas wśród hiszpańskich i amerykańskich kobiet, mogła przyzwyczaić się do noszenia licznych błyskotek; jedyną jej ozdobą był podwójny sznur dużych, spiętych pięknym szmaragdem pereł, które zawiesiła sobie na śnieżnobiałej szyi.
Czarny Korsarz chciwie chłonął to zjawiskowe stworzenie; płonącym wzrokiem wpatrywał się w nie, śledząc najdrobniejszy ruch. Wydawał się być oślepiony tym surowym, północnym pięknem. Prawie nie oddychał — tak bardzo obawiał się je spłoszyć. W pewnej chwili nieświadomie ręką poruszył liście rosnącej nieopodal niewielkiej palmy.
Dziewczyna, słysząc szelest liści, obejrzała się. Na jego widok lekki rumieniec okrasił jej policzki, a usta rozchyliły się w uśmiechu, ukazując małe zęby, błyszczące jak perły, które nosiła na szyi.
— To ty, panie! — powitała go z radością.
Czarny Korsarz zdjął kapelusz i ukłonił się. Dziewczyna powiedziała do niego:
— Oczekiwałam cię, zobacz, stół już prawie gotowy do kolacji.
— Czekałaś na mnie, Honorato? — zapytał, całując dłoń, którą mu podała.
— Zobacz sam. Na kolację przygotowano kotlety z manata, szaszłyki z mięsa dzikich ptaków, morskie ryby, które tylko czekają, by je zjeść. Osobiście dopilnowałam przygotowania potraw, wiesz?
— Ty, pani?
— Dziwi cię to? Flamandzkie kobiety zazwyczaj same przygotowują potrawy dla swych mężów i gości.
— I naprawdę na mnie czekałaś?
— Tak, panie.
— Przecież nie obiecywałem, że zjawię się na kolację.
— To prawda, ale serce kobiety czasami odgaduje intencje mężczyzny, a moje mówiło mi, że wrócisz tu dziś wieczorem — odparła, rumieniąc się.
— Pani — odezwał się Czarny Korsarz — zostałem zaproszony na kolację przez jednego z moich przyjaciół, ale — do czorta! — niech czeka na mnie, ile zechce. Nie mógłbym zrezygnować z przyjemności spędzenia tego wieczoru z tobą. Być może to nasze ostatnie wspólne spotkanie i już się więcej nie zobaczmy.
— Dlaczego? — drgnęła niemile zaskoczona. — Czyżby Czarnemu Korsarzowi śpieszyło się z powrotem na morze? Dopiero co wrócił z jednej wyprawy i już pragnie kolejnej? Nie wiesz, że na morzu może cię spotkać śmierć?
— Wiem, pani, ale los pcha mnie znów daleko, a ja zamierzam usłuchać jego głosu.
— I nic cię nie powstrzyma? — zapytała łamiącym się głosem.
— Nic — ciężko westchnął Czarny Korsarz.
— Żadne uczucie?
— Żadne.
— Nawet przyjaźń? — zapytała z rosnącym niepokojem.
Czarny Korsarz nachmurzył się; chciał jeszcze raz zaprzeczyć, ale zamilkł i wskazał dziewczynie krzesło:
— Usiądź, pani, kolacja stygnie. Szkoda by było nie zjeść tak wspaniale przygotowanych potraw.
Usiedli naprzeciw siebie. Do posiłku usługiwały im Metyski. Czarny Korsarz stał się nagle wylewny i czuły i mimo jedzenia chętnie rozmawiał, przejawiając poczucie humoru i okazując dużo grzeczności, jak przystało na szlachcica. Opowiadał jej o zwyczajach piratów i bukanierów, o ich wspaniałych czynach, niezwykłych przygodach, relacjonował przebieg najstraszliwszych bitew i najkrwawszych abordaży, opisywał tonące statki i zwyczaje kanibali. Nie wspomniał jednak ani słowem o wyprawie, na którą o świcie wyruszał z Franciszkiem l'Olonnais i Michałem Baskiem.
Flamandka słuchała go z uśmiechem, podziwiając w milczeniu jego poczucie humoru, wdzięk i niecodzienną gadatliwość; ani na chwilę nie odrywała od niego wzroku, raz po raz wracała też do tematu planowanej wyprawy, ciekawa i zmartwiona zarazem.
Słońce zaszło dwie godziny temu. Dopiero gdy księżyc wystawił swe oblicze znad krawędzi lasu, Czarny Korsarz wstał. Przypomniał sobie raptownie, że Francuz czeka na niego wraz z Baskiem i że do świtu powinien skompletować załogę „Błyskawicy”.
— Przy tobie czas upływa zbyt szybko! — powiedział. — Nie wiem, jaki tajemniczy wdzięk posiadasz, że zapomniałem o obowiązkach! Myślałem, że to ósma, a minęła już dziesiąta.
— Myślę, że po wielu morskich wyprawach najprzyjemniejszym odpoczynkiem jest posiłek we własnym domu — odparła.
— A ja myślę, że to jednak towarzystwo twoich pięknych oczu.
— Tym razem, panie, to ty uprzyjemniłeś mi dzisiejszy wieczór, nie wiadomo, czy znów będziemy mieli ku temu okazję, by spędzić wspólnie czas w tym baśniowym ogrodzie, z dala od morza i ludzi — dodała z nutą goryczy.
— Na wojnie można zginąć, ale czasem los jest łaskawy.
— Wojna! A nie bierzesz pod uwagę morskiego żywiołu? Zdarzy się, że i „Błyskawica” ulegnie wielkim falom kotłującym się na wodach Zatoki.
— Gdy ja jestem u steru, mojemu statkowi nic nie zagraża.
— Kiedy wracasz na morze?
— Jutro o świcie, pani.
— Dopiero co przybiłeś do brzegu, a już myślisz uciekać. Gotowam pomyśleć, że ląd napawa cię zabobonnym strachem.
— Kocham morze, poza tym, siedząc tu bezczynnie, nie dorwę nigdy mojego śmiertelnego wroga.
— Myślisz tylko o nim!
— Zawsze i wszędzie, i nie przestanę, póki żyję.
— Wyruszasz, by z nim walczyć?
— Być może.
— Gdzie się udasz? — głos dziewczyny zdradzał niepokój, który nie uszedł uwagi Czarnego Korsarza.
— Nie mogę ci tego powiedzieć. Sekrety piratów to rzecz święta. Jeszcze kilka dni temu byłaś gościem na hiszpańskim statku płynącym z Vera Cruz i być może masz powiązania z Maracaibo.
Młoda dama zmarszczyła czoło i spojrzała na pirata czarnymi oczami.
— Nie ufasz mi? — zapytała z lekką naganą w głosie.
— Nie, pani. Niech mnie Bóg ma w swej opiece, jeśli w ciebie zwątpię, ale muszę przestrzegać korsarskich zasad.
— Byłoby mi przykro, gdyby Czarny Korsarz we mnie wątpił. Zwłaszcza że wiem, jak bardzo jest lojalny i jakie wyznaje zasady.
— Dziękuję za dobre słowo, pani.
Włożył kapelusz na głowę, na ramię zarzucił pelerynę, ale wciąż coś trzymało go w miejscu. Stał przed księżniczką i wpatrywał się w jej zamyśloną twarzyczkę.
— Chcesz mi coś powiedzieć, prawda? — rzekła.
— Tak.
— To aż tak ważne, że cię zawstydza?
— Być może.
— Powiedz.
— Chciałbym się ciebie zapytać, pani, czy podczas mojej nieobecności opuścisz wyspę.
— A gdybym stąd odpłynęła? — zapytała.
— Byłoby mi przykro, gdybym cię nie zastał po moim powrocie.
— Dlaczego, panie? — zapytała, śmiejąc się i rumieniąc jednocześnie.
— Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję, że gdybym mógł spędzić jeszcze jeden wieczór z tobą, byłbym o wiele szczęśliwszy. Przebywanie w twoim towarzystwie łagodzi moje cierpienia, które ciągną się za mną aż z zamorskiej ojczyzny.
— Dobrze więc, powiem ci, że także i mnie byłoby przykro, gdybym miała już nie ujrzeć Czarnego Korsarza — wyznała i opuściła głowę na piersi.
— Więc poczekasz na mnie? — gwałtownie powiedział Czarny Korsarz.
— Zrobiłabym nawet więcej, gdybyś mi pozwolił.
— Mów.
— Poprosiłabym cię o udzielenie mi gościny na „Błyskawicy” na czas wyprawy. — Czarny Korsarz ucieszył się, lecz uśmiech szybko zgasł na jego ustach.
— To… niemożliwe.
— Byłabym dla ciebie przeszkodą?
— Nie, ale piratom nie wolno zabierać kobiety na pokład, zwłaszcza podczas wyprawy wojennej. To prawda, że „Błyskawica” należy do mnie, że jestem jej niekwestionowanym dowódcą i nie podlegam nikomu…
— Ale? — smutno zapytała.
— Nie potrafię tego wytłumaczyć, pani, ale bałbym się, widząc cię na pokładzie „Błyskawicy”. To przeczucie wiszącego nade mną nieszczęścia, którego nie potrafię nazwać, bez końca mnie dręczy. Zadałaś mi pytanie, a ja zamiast się ucieszyć, poczułem ukłucie w sercu. Spójrz na mnie! Czy nie zbladłem bardziej niż zazwyczaj?
— To prawda! — potwierdziła. — Mój Boże! Czy ta wyprawa może okazać się dla ciebie zgubna?
— Tego nie wie nikt. Pani, pozwól mi płynąć. Cierpię teraz, choć nie znam przyczyny. Do widzenia. Jeśli zatonę wraz z moim statkiem w głębinach Zatoki lub zginę zastrzelony w walce, nie zapomnij o Czarnym Korsarzu!
Po tych słowach odszedł szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie, jakby bał się, że coś go od tego powstrzyma. Przeszedł przez ogród i na powrót zanurzył się w dżunglę, kierując się w stronę domu Franciszka l'Olonnais.