Noc upłynęła spokojnie. Właściwie nic nie zakłóciło smacznego snu piratów odpoczywających w rozgałęzionych konarach olbrzymiej summameiry. Może tylko raz zrobiło się groźnie, gdy niewielki oddział Arawaków, stanowiący być może straż tylną całego plemienia, przeszedł tuż pod drzewem. Tubylcy nie zauważyli jednak piratów i pomaszerowali dalej na północ.
Czarny Korsarz długo wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z lasu. Kiedy w końcu zaległa cisza, która upewniła go, że nie grozi im już żadne niebezpieczeństwo, zarządził więc, by zejść z drzewa i udać się w dalszą drogę.
Carmaux z kolei ani przez chwilę nie zapomniał o margaju, przez którego najadł się tyle strachu. Znalazł go leżącego pod krzakiem. Upadek z dużej wysokości pogruchotał zwierzęciu wszystkie kości, a roztrzaskaną czaszkę zawdzięczał uderzeniu kolbą muszkietu przez Moko.
Pod względem umaszczenia zwierzę przypominało jaguara. Przypominało go także kształtem, tyle że miało mniejszą głowę, krótką, szczeciniastą sierść i długi na ponad trzydzieści cali tułów.
— Ty kanalio! — wycedził przez zęby krzyknął Carmaux, chwytając drapieżnika za ogon i zarzucając go sobie na plecy. — Gdybym wiedział wcześniej, że to taki brzdąc, to dostałby kopniaka i poleciał hen, wysoko. Ale nic to. Zemszczę się inaczej — upiekę go na rożnie i zjem.
— Pośpieszcie się! — powiedział Czarny Korsarz. — Za dużo czasu straciliśmy na tych dzikusów.
Katalończyk rzucił okiem na busolę otrzymaną w prezencie od Van Stillera, po czym ruszył przed siebie, torując sobie drogę pośród lian, korzeni i krzaków.
Dżungla była wszędzie tak samo gęsta, rosły w niej palmy miriti o masywnych pniach, z których wyrastały ostre kolce rozdzierające pirackie ubrania, a także cekropki, których układ gałęzi przypominał kształtem kandelabr.
Od czasu do czasu można było zobaczyć wspaniałe jupati, inny rodzaj palmy o pierzastych liściach, które osiągają długość pięćdziesięciu stóp, a których pień ledwo co liczy kilkanaście stóp wysokości. Niekiedy mijali też rosnące w grupie bussu, zwane także manicariami, których liście o postrzępionych obrzeżach upodabniających je do karbowanej piły były twarde jak ze stali. Ich długość dochodziła do trzydziestu sześciu metrów. Można było tam spotkać pupunha, gatunek palm, które wydają bardzo smaczne, rosnące w kiściach owoce.
W tej części dżungli prawie nie było zwierząt, małpy omijały te okolice szerokim łukiem, a ptaki były rzadkością, zwłaszcza kolorowo upierzone papugi, podobną rzadkością były też tukany o czerwono-żółtych dziobach i ognistoczerwonych tułowiach. Czasem można było usłyszeć wysoki i piskliwy odgłos tangary, ptaszka o niebieskich piórach i pomarańczowo-czerwonym podbrzuszu.
Minęły trzy godziny marszu, a po tubylcach ani śladu. W końcu piraci zauważyli, że dżungla zaczyna się zmieniać; palmy rosły coraz rzadziej, ustępując miejsca pękatym iriartree, roślinom wodolubnym; tatarakom, bombaxom, drzewom o porowatym, miękkim i białym drewnie, z wyglądu przypominającym ser, stąd nazywanych także serownikami; skupiskom mangli, które wydają słodkie soczyste owoce o smaku pistacji terpentynowej; całym skupiskom orchidei, paprociom, których korzenie korzenie wiszą w powietrzu prostopadle do ziemi oraz całym połaciom przepięknych bromelii obficie obsypanych szkarłatnym kwieciem.
Spękane i twarde podłoże ustępowało miejsca terenom podmokłym, powietrze zaś przesiąknięte było wilgocią. Suchy las przeobrażał się w las wilgotny, o wiele bardziej niebezpieczny, w nim bowiem czaiła się gorączka, której skutki mogą się okazać fatalne i zgubne nawet dla zaaklimatyzowanych tubylców. Głęboka cisza panowała w tym zakątku tropikalnej puszczy, zupełnie jakby wszechobecna wilgoć wypędziła raz na dobre wszystkie ptaki i dzikie zwierzęta. Żadnych odgłosów małp, żadnego śpiewu ptaków, żadnego najmniejszego ryknięcia pumy czy miauknięcia jaguara.
Wyczuwało się w tej ciszy jednak pewien smutek, miała w sobie coś złowróżbnego, coś, co przepełniało niepokojem nawet nieustraszonych piratów z Tortugi.
— Do stu rekinów! — wykrzyknął Carmaux. — Zupełnie jakbyśmy szli przez ogromny cmentarz.
— Z tą różnicą, że jest to cmentarz zalany wodą — dodał Van Stiller. — Czuję, że ta wilgoć przenika mi kości.
— Może to już początek gorączki bagiennej?
— Jeszcze tylko tego by nam brakowało — powiedział Katalończyk. — Jeśli kogoś z nas dosięgnie, to żywy stąd nie wyjdzie.
— Mnie żadne licho nie bierze! — odpowiedział hamburczyk. — Bagna na Jukatanie mnie zahartowały, a dobrze wiesz, że one powodują vomito prieto. Nie straszna mi gorączka. Jeśli się czegoś boję, to braku dziczyzny.
— Zwłaszcza teraz, kiedy powoli zaczyna nam brakować prowiantu — dodał Afrykańczyk.
— Drogi kamracie — krzyknął Carmaux — czyżbyś zapomniał, że mamy kocura?! Przecież to pokaźna sztuka mięsa.
— Długo nie wytrzyma — odpowiedział Murzyn. — Jeśli nie zjemy go dzisiaj, to zgnije na skutek tej wilgoci i będziemy musieli go wyrzucić.
— Znajdziemy na pewno coś innego na ząb.
— Ty nie znasz tych wilgotnych lasów.
— Upolujemy ptaki.
— Nie ma tu ptaków.
— No to na pewno są jakieś czworonogi.
— Czworonogów też tu nie ma.
— To poszukamy owoców.
— Tu nie ma roślin, które owocują.
— Na pewno znajdziemy jakiegoś kajmana.
— Nie ma tu sawanny. Są tylko węże.
— No to będziemy jeść węże.
— Ach, kamracie. Co za głupstwa pleciesz!
— Do stu rekinów! Z braku innego pożywienia usmażymy je i zjemy, udając, że to węgorze.
— Fu!
— No proszę, co za kapryśny Murzyn! — zirytował się Carmaux. — Zobaczymy, co powiesz, gdy zgłodniejesz.
Tak się przekomarzając, szli dalej szybkim krokiem poprzez wilgotne tereny, ponad którymi unosiła się falująca mgła pełna niebezpiecznych wyziewów.
Intensywną duchotę wyczuwało się także pod kopułą roślinności. Wyciskał on z piratów siódme poty. Wylewał się z nich wszystkimi porami, wsiąkając w ich ubrania i niszcząc w dodatku ich broń, Carmaux nawet zwątpił, czy na wypadek zagrożenia lub ataku wroga jego broń będzie jeszcze w ogóle zdolna do użytku i czy wypali.
Od czasu do czasu zagradzały im drogę niezliczone rozlewiska, w których zalegała brudna i śmierdząca ciecz, gęsto porośnięte wodną roślinnością — niejakimi agoa redonda, jak nazywali je hiszpańscy kolonizatorzy. Czasami natomiast musieli zwolnić kroku i zatrzymać się przed tak zwanym igarapé, czyli kanałami rzecznymi połączonymi z potokiem lub rzeczką. Tracili przy tym dużo czasu na przeprawę, szukali utwardzonej ścieżki i obawiali się, że zdradzieckie bagna mogłyby ich pochłonąć.
Wzdłuż brzegów nie było żadnego ptactwa, nie brakowało natomiast wszelkiej maści gadów, które czekały, aż zapadnie zmrok, żeby móc zapolować na ropuchy lub żaby. Jadowite żararaki o małej spłaszczonej głowie leżały skulone pod krzakami lub wylegiwały się na słońcu; małe kobry cipo, a także węże kaniana, które wpełzają do szałasów indiańskich i zachłannie wysysają z piersi karmiących Indianek mleko. Nie brakowało też węży coralli, od których ukąszenia następuje błyskawiczna śmierć i na których jad jak dotąd nie wynaleziono antidotum. Z tą trucizną nie wygra nawet wywar z calupo diavolo, który zwykle wystarcza, żeby pokonać jad innych gadów.
Te paskudne gady napełniały piratów odrazą, ostrożnie więc stąpali, aby uniknąć śmiertelnego ukąszenia.
W samo południe, zmorzeni długim marszem, postanowili zrobić postój, choć nie udało im się odnaleźć śladu Van Goulda i jego oddziału.
Jako że zapasy prawie się skończyły, postanowili upiec margaja. I choć już powoli zaczynał gnić i śmierdział, uznali jednak, że jest jeszcze jadalny. Carmaux stwierdził, że przysmak był wyborny i najadł się do syta, czego z kolei nie można powiedzieć o pozostałych kamratach.
Gdy minęła pora największego skwaru, piraci podjęli wędrówkę przez bagniska i mokradła, gdzie roiło się od zaciekle atakujących komarów, które do żywego rozwścieczyły Carmaux i Van Stillera.
Pośród tych stojących wód, pełnych zbutwiałych roślin o żółtych liściach, które gniły, wydzielając mdlące zapachy na skutek niemiłosiernej spiekoty, od czasu do czasu wynurzała się głowa węża, innym zaś razem na chwilę pokazywał się żółw o grubej brunatnej skorupie pokrytej plamkami o nieregularnych kształtach.
Brakowało jednak wciąż ptaków wodnych, zupełnie jakby nie mogły znieść tych niebezpiecznych wyziewów.
Prowadzeni przez niestrudzonego Katalończyka piraci szli przed siebie gnani pragnieniem, by jak najszybciej opuścić tę ponurą puszczę: grzęźli w błocie, przechodzili przez powalone drzewa, twardą trzciną odsuwali gałęzie i torowali sobie drogę przez gęste skupiska drzew, pośród których unosiły się chmary komarów.
Często przystawali i nasłuchiwali, mając nadzieję, że uda im się wychwycić odgłosy, które zdradziłyby obecność Van Goulda i jego oddziału, lecz nic z tego — po gubernatorze nie było ani śladu. Pośród leśnej głuszy zalegała głęboka cisza.
Pod wieczór dokonali odkrycia, które z jednej strony ich zasmuciło, a z drugiej strony ucieszyło, był to bowiem dowód, że nie zgubili tropu i wciąż szli po śladach uciekinierów.
Szukali właśnie odpowiedniego miejsca na postój, kiedy zobaczyli Afrykańczyka, który wcześniej oddalił się nieco w poszukiwaniu owoców. Wrócił cały zdyszany i przerażony, a jego wzrok zdradzał szczery niepokój.
— Co się stało, Moko? — zapytał Carmaux, nabijając w pośpiechu broń. — Czyżby cię gonił jaguar?
— Nie, tam jest trup, biały człowiek nie żyje — odparł Murzyn.
— Biały człowiek! — wykrzyknął Carmaux.
— Czyli Hiszpan, tak? — zapytał Czarny Korsarz.
— Tak, mój panie. Potknąłem się i upadłem na niego, był zimny jak głaz.
— Czyżby to ta kanalia Van Gould? — zapytał Carmaux.
— Chodźmy zobaczyć — powiedział Czarny Korsarz. — Moko, prowadź!
Afrykańczyk wskoczył w gęstwinę krzaków calalupo, wydających owoce, z których po posiekaniu przyrządza się orzeźwiający napój. Po przebyciu około trzydziestu jardów zatrzymał się przed pniem samotnej simaruby obsypanej kwieciem.
Ich oczom ukazał się widok, który zdjął ich grozą: w zaroślach leżał nagi mężczyzna, ręce miał skrzyżowane na piersi, a jego nogi i stopy były ogryzione z mięsa przez jakiegoś węża lub przez termity.
Jego twarz była woskowa, żółta, cała umazana krwią, która wypływała z niewielkiej rany na wysokości prawej skroni. Miał długą, zmierzwioną brodę i otwarte szeroko wargi, które odsłaniały uzębienie. Puste oczodoły broczyły krwią.
Zbroja z kordobańskiej skóry ozdobiona arabeskami nie pozostawiała złudzeń co do jego pochodzenia. Zdradzały je także krótkie spodnie w żółto-czarne paski, jakie mieli w zwyczaju nosić Hiszpanie oraz leżące nieopodal długa szpada i niewielki hełm z wystającym białym piórkiem.
Katalończyk, który zdawał się być bardzo przejęty, pochylił się nad nieszczęśnikiem, a następnie wstał i krzyknął.
— Pedro Herrera! Biedny człowiek, kto cię teraz zastąpi…
— Znasz go? Czy to jeden z tych, którzy towarzyszyli Van Gouldowi?
— Tak, mój panie, dzielny to był żołnierz i lojalny kompan.
— Czyżby zabili go Indianie?
— Na pewno go ranili, bo widzę broczącą krwią ranę w prawej skroni, ale zabił go nietoperz.
— Co masz na myśli?
— Że ten żołnierz wykrwawił się, bo wyssał z niego krew dziki wampir krwiopijca. Widzisz ten niewielki otwór na skroni, przez który wypływa krew?
— Owszem, widzę.
— Być może oddział zostawił rannego Herrerę, bo rana uniemożliwiała mu dalszą wędrówkę i nie był w stanie dotrzymać im kroku. Osłabiony, zemdlał i wtedy przyssał się do niego latający wampir.
— A zatem Van Gould tędy przechodził?
— Na to wygląda.
— Jak myślisz, od kiedy nie żyje?
— Być może od rana. Gdyby umarł wczoraj wieczorem, to trupożerne robaki ogryzłyby go dawno do kości.
— Ach! A więc ten łotr jest nieopodal! — wykrzyknął ponurym głosem Czarny Korsarz. — O północy wyruszymy, a już jutro będziesz miał okazję się odwdzięczyć Van Gouldowi i wymierzysz mu dwadzieścia pięć razów. A ja oczyszczę ziemię, pozbywając się tego niegodziwego zdrajcy, i pomszczę swoich braci.
— Mam nadzieję, panie.
— Odpocznijcie trochę, bo potem nie zatrzymamy się, dopóki nie złapiemy Van Goulda.
— A niech to! — mruknął pod nosem Carmaux. — Ani chwili wytchnienia.
— Chce jak najszybciej wymierzyć mu karę i się zemścić — odparł Van Stiller.
— No i chciałby pewnie jak najszybciej zobaczyć swoją „Błyskawicę”.
— I zapewne też młodą księżniczkę.
— To bardzo prawdopodobne, Van Stillerze.
— Śpijmy, Carmaux.
— Śpijmy? Nie słyszałeś, co mówił Katalończyk o latających wampirach, które wysysają krew? Do stu piorunów! A co, jeśli o północy będziemy tu leżeć martwi. Przy tak realnej groźbie trudno mi będzie spać.
— Przecież Katalończyk chciał sobie z nas zażartować!
— Nie, Van Stillerze, sam słyszałem, że mówił o wampirach.
— Jakich wampirach? A co mówił?
— Że to takie brudne ptaszyska. Że latają… Hej, Katalończyku, czy przypadkiem niczego nie widzisz w powietrzu?
— Widzę. Gwiazdy — odparł na to zapytany wojak.
— Ale ja cię pytam, czy wampirów nie widzisz?
— Jeszcze za wcześnie. Opuszczają swoje schronienia dopiero, kiedy ludzie i zwierzyna smacznie śpią i głośno chrapią.
— Jak one wyglądają? — zapytał Van Stiller.
— To wielkie nietoperze o podłużnych i smukłych pyskach, mają wielkie uszy, miękką sierść, czerwono-czarną na grzbiecie i żółto-czarną na brzuchu, a ich skrzydła mają rozpiętość piętnastu cali.
— I mówisz, że wysysają krew?
— Nawet nie poczujesz, jak cię ukłują.
— A co, jeśli taki nietoperz się na nas rzuci?
— Ja się nie boję, całej nocy by było trzeba, żeby wyssać ze mnie krew, i skończyłoby się na jednym niewielkim ukłuciu, w dodatku pożytecznym, zważywszy na klimat. Ale prawdą jest, że zadawane przez nich rany goją się bardzo długo.
— Ale ten twój kamrat przez takie ukłucie poszedł do Abrahama na piwo — skonstatował Carmaux.
— Prawdopodobnie się wykrwawił. Dobranoc, caballeros, o północy wymarsz.
Carmaux położył się na trawie, ale zanim zasnął, przez dłuższą chwilę spoglądał na gałęzie simaruby, chcąc się upewnić, że nie ukrywa się pośród nich jakiś łakomy krwiopijca.