Rozdział XXX. Hiszpańska karawela

Łódź, którą płynął Van Gould, znajdowała się już w odległości przynajmniej tysiąca stóp od brzegu. Tym niemniej piraci, jak na zahartowane wilki morskie przystało, nie tracili animuszu. Zdawali sobie sprawę, że godnego wioślarskiej siły rywala mieli wyłącznie w osobie Indianina, dwaj pozostali członkowie załogi — Van Gould i towarzyszący mu oficer — przyzwyczajeni byli raczej do władania bronią, a nie wiosłem.

Nie zważając na potworne zmęczenie ani dręczący ich głód, Van Stiller i Carmaux włożyli w pościg całą siłę swoich mięśni, dzięki czemu łódź zaczęła nabierać znacznej prędkości. Czarny Korsarz natomiast siedział na dziobie z muszkietami w ręku i zagrzewał ich okrzykami:

— Wiosłujcie, moje dzielne wilki morskie! Van Gould nam nie ucieknie, a ja w końcu pomszczę swoich braci. Pamiętajcie o Czerwonym i Zielonym Korsarzu!

Sunąca coraz szybciej łódka pruła swym spiczastym dziobem spienione grzebienie fal.

Carmaux i Van Stiller wiosłowali co sił, zmuszając mięśnie do większego wysiłku i zapierając się nogami. W obawie, że jakiś niespodziewany łut szczęścia pozwoli Van Gouldowi ponownie wymknąć się z rąk Czarnego Korsarza, nie zwalniali tempa ani na chwilę. Za wszelką cenę starali się dopaść jego łódź.

Wiosłowali już pięć minut, gdy nagle w coś uderzyli.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Jakaś płycizna czy co?

Czarny Korsarz wychylił się przez burtę i zobaczył czarny, obły kształt. Wyciągnął rękę, żeby sprawdzić co to takiego, zanim zniknie pod stępką.

— To trup! — wykrzyknął.

Podciągnął go trochę, żeby mu się przyjrzeć. Były to zwłoki hiszpańskiego kapitana, który dostał w głowę kulą z muszkietu.

— To jeden z towarzyszy broni Van Goulda — powiedział, po czym wrzucił go z powrotem do wody.

— Pozbyli się zbędnego balastu z pokładu. — odparł Carmaux, nie przestając wiosłować. — Raz, dwa, raz, dwa, Van Stiller! Ci szubrawcy są już niedaleko — dodał.

— Tam są! — krzyknął Czarny Korsarz.

Jakieś siedemset pięćdziesiąt jardów przed sobą dostrzegli świetlną smugę, która w miarę jak płynęli, stawała się coraz jaśniejsza.

Łódź wpłynęła akurat na miejsce, w którym znajdowała się cała kolonia nocoświetlików.

— Widać ich, kapitanie? — zapytali Carmaux i Van Stiller jednogłośnie.

— Tak, widzę szalupę na świetlnej połaci — odparł Czarny Korsarz.

— Damy radę ich dogonić?

— A jakże!

— Cała naprzód, Van Stillerze!

— Wiosłuj, co sił, Carmaux!

— Przytrzymaj dłużej wiosła w wodzie, Van Stillerze. Mniej się zmęczymy, a szybciej popłyniemy.

— Cisza. Nie trwońcie energii na gadulstwo! — przywołał ich do porządku Czarny Korsarz. — Naprzód, moje dzielne wilki morskie! Prawie już go mamy.

Czarny Korsarz chwycił za muszkiet i wstał, starając się wypatrzyć pośród cieni na pokładzie łodzi znienawidzonego księcia.

W pewnym momencie położył się na dziobie, opierając broń o burtę, po czym wycelował i wystrzelił. Huk poniósł się echem hen, daleko. Odpowiedziała mu cisza. To mogło oznaczać tylko jedno — chybił celu.

— Pudło, kapitanie?

— Tak sądzę — odpowiedział Czarny Korsarz, zaciskając ze złości zęby.

— Wiosłuj szybciej, Van Stillerze!

— Zaraz mi mięśnie popękają, Carmaux — odpowiedział zasapany hamburczyk.

Łódź Van Goulda, pomimo nadludzkiego wysiłku Indianina, traciła na prędkości. Gdyby wioślarz miał obok siebie towarzysza ze swojego plemienia, to z pewnością udałoby mu się utrzymać stałą prędkość aż do świtu, powszechnie bowiem było wiadomo, że czerwonoskórzy zamieszkujący tereny Ameryki Południowej słyną z umiejętności wioślarskich. Tymczasem tracił prowadzenie, głównie z winy hiszpańskiego oficera i Van Goulda, którzy bardzo nieumiejętnie zagrzewali go do wysiłku.

Łódź była już bardzo widoczna, zwłaszcza że wciąż płynęła po rozświetlonym przez nocoświetliki morzu. Indianin wiosłował co sił.

Gdy piratów dzieliła od Van Goulda odległość dwóch kabli, Czarny Korsarz wstał, wycelował w przeciwnika po raz kolejny i zawołał tubalnym głosem:

— Poddajcie się, bo będę strzelał!

Nikt jednak nie odpowiedział. Łódź zrobiła nagły zwrot, kierując się już nie na otwarte morze, ale w stronę przybrzeżnych mokradeł, co wskazywałoby, że Van Gould postanowił szukać schronienia na nieodległej rzece Catatumbo.

— Radzę ci się poddać, morderco moich braci! — wykrzyknął po raz kolejny Czarny Korsarz.

Jednak także tym razem nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

— A więc umrzesz, nikczemniku! — zagrzmiał Czarny Korsarz.

Wziął na cel Van Goulda, który teraz znajdował się zaledwie czterysta jardów od niego. Wzburzone energicznymi uderzeniami wioseł fale chwiały łódką, co z kolei uniemożliwiało precyzyjne oddanie strzału.

Trzy razy opuszczał muszkiet i trzy razy go podnosił, celując w uciekinierów. Za czwartym razem padł strzał.

Rozległ się krzyk i ktoś wpadł do wody.

— Dostał? — krzyknęli jednogłośnie Carmaux i Van Stiller.

Czarny Korsarz zaklął. Trafił Indianina, nie Van Goulda.

— Samo piekło mu sprzyja, czy co?! — wykrzyknął z wściekłością Czarny Korsarz. — Cała naprzód, moje wilki morskie! Weźmiemy go żywcem.

Łódź przeciwnika płynęła dalej, choć bez Indianina straciła znacznie na prędkości.

Dogonienie jej było już kwestią minut, musiałoby upłynąć jeszcze wiele czasu, zanim Carmaux i Van Stiller by się naprawdę zmęczyli.

Gubernator Van Gould i towarzyszący mu oficer, kiedy zdali sobie sprawę, że nie są w stanie stawić czoła piratom, skierowali się ku niewielkiej wysepce, od której dzieliło ich około trzech kabli, z nadzieją, że tam nie dosięgną ich kule groźnego przeciwnika.

— Carmaux — zauważył Czarny Korsarz — skręcili w stronę wysepki.

— Chcą zejść na ląd?

— Tak mi się zdaje.

— A zatem już się nam nie wymkną. Do stu piorunów!

— Do kroćset! — krzyknął Van Stiller.

W tym momencie ktoś krzyknął:

— Kto płynie?

— Hiszpanie! — odpowiedzieli gubernator i towarzyszący mu oficer.

Czarny Korsarz odwrócił się. Zza znajdującego się na wysepce wzniesienia wyłonił się nagle wielki cień przesuwający się w kierunku jeziora. Był to ogromny statek, który na pełnych żaglach płynął w kierunku dwóch łodzi.

— A niech to! — krzyknął Czarny Korsarz.

— To jeden z naszych statków? — zapytał Carmaux.

Czarny Korsarz nie odpowiedział. Siedział pochylony na dziobie, z dłońmi zaciśniętymi na lufie muszkietu.

— To hiszpańska karawela! — wykrzyknął. — Niech będzie przeklęty ten nikczemnik! Po raz kolejny wymyka mi się z rąk!

— Jak nas złapie, każe nas wszystkich powiesić — dodał Carmaux.

— Tak łatwo nas nie dostanie — odparł Czarny Korsarz. — Szybko, płyńcie do brzegu, zanim kule armatnie poślą nas na dno.

— Do pioruna!

— Do stu piorunów! — dodał hamburczyk, pochylając się nad wiosłami.

Ich łódka zrobiła nagły zwrot i skierowała się ku brzegowi wysepki, odległej o niecałe dwa kable. W obawie przed ostrzałem przeciwnika piraci postanowili schować się za przybrzeżnymi skałami.

Tymczasem Van Gould i towarzyszący mu oficer weszli na pokład karaweli i powiadomili jej kapitana o zagrażającym im niebezpieczeństwie. Marynarze natychmiast zaczęli się uwijać, brasując żagle.

— Szybciej! — krzyknął Czarny Korsarz.

— Hiszpanie zaraz rozpoczną pościg.

— Jeszcze jakieś sto jardów do brzegu — odpowiedział Carmaux.

W tej właśnie chwili coś błysnęło, kłąb dymu zasnuł dziób statku, po czym grad pocisków spadł na przybrzeżne skały.

— Szybciej, szybciej — poganiał piratów Czarny Korsarz.

Karawela przepłynęła obok cypla i przygotowywała się do zmiany kursu. Spuszczono na wodę trzy szalupy, które miały rozpocząć pościg za piratami. Carmaux i Van Stiller zamierzali pod osłoną przybrzeżnych skał jak najszybciej oddalić się z plaży.

Dobili do brzegu. Czarny Korsarz zabrał z łodzi muszkiety i skierował się w stronę najbliższych drzew, szukając za nimi schronienia.

Carmaux i Van Stiller, widząc w oddali błysk płonącego lontu na dziobie karaweli, padli na wznak za szalupą i skulili się w piasku. Ten manewr ocalił im życie, albowiem kilka sekund później kolejna armatnia salwa obróciła w perzynę krzaki i rosnące na plaży palmy, a ważąca trzy funty kula wystrzelona z działa mniejszego kalibru, które znajdowało się na rufie, roztrzaskała w drzazgi łódź piratów.

— Teraz! — krzyknął Czarny Korsarz.

Dwaj piraci, którzy cudem uszli z życiem spod ostrzału, pobiegli plażą w głąb lądu i zaszyli się między drzewami, zanim przeciwnik zdążył posłać za nimi kolejną serię kul.

— Jesteście ranni? — zapytał Czarny Korsarz.

— Piratów kule się nie imają — powiedział Carmaux.

— Za mną, nie traćmy czasu — rozkazał Czarny Korsarz.

Trzej piraci, nie bacząc na ostrzał prowadzony z karaweli, uciekli w głąb puszczy i zaszyli się w gęstwinie.

Wysepka znajdowała się naprzeciwko ujścia rzeki Catatumbo, niewielkiego cieku wodnego, który przecina rozpięte na mniej więcej pół mili tereny podmokłe i wpływa do jeziora Maracaibo. Miała kształt stożka, którego wierzchołek sięgał około czterystu metrów wysokości ponad poziom wody. Zbocza pokryte były gęstą roślinnością, na którą składały się zasadniczo przepiękne cedry, drzewa bawełniane, kolczaste rośliny z rodziny wilczomleczowatych i różne gatunki palm.

Na swej drodze piraci nie napotkali żadnego żywego stworzenia. Gdy w końcu dotarli do podnóża wierzchołka, postanowili zrobić postój, by zregenerować siły, byli bowiem wycieńczeni wędrówką. Po krótkim odpoczynku zaczęli przedzierać się przez cierniste krzewy i gęsto porastającą zbocza różnorodną roślinność. Zależało im, by jak najszybciej wspiąć się na szczyt, skąd mogli lepiej obserwować poczynania wroga i przewidzieć jego ruchy.

Wspinaczka na górę zajęła im dwie godziny, gdyż kordelasami musieli utorować sobie drogę poprzez gęste zarośla. W końcu jednak znaleźli się na wierzchołku z rzadka porośniętym roślinnością. Księżyc w pełni oświetlił morską toń, mogli więc bardzo dokładnie przyjrzeć się karaweli.

Statek zakotwiczył półtora kabla od brzegu, natomiast trzy szalupy, które rozpoczęły pościg, zatrzymały się przy roztrzaskanej wybuchem indiańskiej pirodze.

Marynarze już zeszli na ląd. W obawie przed zasadzką nie mieli jednak odwagi zapuścić się w głąb dżungli. Rozłożyli się obozem na plaży i rozpalili kilka ognisk, które miały uchronić ich przez bezlitosnymi atakami komarów, latających w wielkich chmarach wzdłuż brzegu jeziora Maracaibo.

— Zaczekają z pościgiem do świtu — skonstatował Carmaux.

— Masz rację — odpowiedział Czarny Korsarz przytłumionym głosem.

— Do pioruna! Szczęście za bardzo sprzyja temu łotrzykowi!

— A może nawet sam diabeł we własnej osobie!

— Albo i jedno, i drugie. Bo to już drugi raz wymknął nam się z rąk.

— I co więcej, role się odwróciły — myśliwy stał się zwierzyną — dodał hamburczyk.

— To się jeszcze okaże — powiedział Carmaux. — Jesteśmy wciąż wolni, a poza tym mamy czym się bronić — dodał.

— Jak się niby chcesz bronić, kiedy cała załoga tej karaweli przypuści szturm? — zapytał Van Stiller.

— W Maracaibo byliśmy okrążeni w domu notariusza, a mimo to udało nam się wyjść z tego bez szwanku.

— Zgadza się — odparł Czarny Korsarz. — Tyle tylko, że to nie jest dom notariusza i nie ma tutaj żadnego hrabiego Lermy, który mógłby nam pomóc.

— A więc zadyndamy? Gdyby tak Franciszek l'Olonnais pośpieszył nam na ratunek!

— Pewnie jest jeszcze zajęty łupieniem Maracaibo — odpowiedział Czarny Korsarz. — Póki co nie możemy na niego liczyć.

— Myślicie, że jest stąd jakaś droga ucieczki?

— Nie mam pojęcia — odparł Carmaux.

— Kapitanie, czy Franciszek l'Olonnais jeszcze długo zabawi w Maracaibo?

— Właściwie to powinien już tu być. Ale dobrze znasz jego chciwość, pewnie podążył za Hiszpanami, którzy uciekli z miasta i pochowali się w lasach.

— Kapitanie, ale umówiłeś się z nim przecież.

— Tak, jesteśmy umówieni przy ujściu rzeki Catatumbo albo Suany — odpowiedział Czarny Korsarz. — Miejmy nadzieję, że wkrótce się tam zjawi.

— Ale ile mamy czekać?

— Do stu piorunów! Nie zasiedzi się chyba w Maracaibo całymi miesiącami! Przecież w jego interesie jest jak najszybciej zaatakować Gibraltar!

— Tak, wiem.

— Nie trać wiary, zobaczysz, że się zjawi, i to całkiem szybko.

— Tylko żeby zdążył przed naszą śmiercią… Myślisz, że Van Gould odpuści i zostawi nas żywych na tym wierzchołku? Nie, mój drogi, urządzi obławę i zrobi wszystko, żeby nas schwytać, zanim nasi kamraci przyjdą nam z pomocą. Za bardzo mnie nienawidzi, żeby dać sobie spokój i pozwolić mi żyć. Być może nawet już teraz zarzucił na jakieś drzewo sznur, który będzie chciał zacisnąć na mojej szyi.

— Nie wystarczyła mu śmierć Czerwonego i Zielonego Korsarza? Ten nikczemnik jest jak wściekły pies.

— Nie, najwyraźniej nie wystarczyła — odpowiedział ponurym głosem Czarny Korsarz. — On chce zetrzeć z powierzchni ziemi wszystko, co się wiąże z moją rodziną. Ale dopóki żyję, nie tracę nadziei, że uda mi się pomścić moich braci. Być może Franciszek l'Olonnais jest już niedaleko, i jeśli wytrzymamy kilka dni, zdąży nam przyjść na ratunek. A Van Gould zapłaci w końcu za swoje zdrady i zbrodnie.

— Co zamierzasz zrobić, kapitanie? — zapytali dwaj piraci.

— Trzeba będzie jak najdłużej stawiać opór.

— Tutaj? — zapytał Carmaux.

— Tak, na szczycie tego wzgórza.

— Trzeba będzie się okopać.

— Bierzmy się do roboty. Do świtu zostały jakieś cztery godziny.

— Do stu piorunów! Van Stillerze, przyjacielu, nie ma czasu do stracenia. Gdy tylko nadejdzie świt i wzejdzie słońce, Hiszpanie z miejsca zaczną nas szukać.

— Jestem gotów! — odparł hamburczyk.

— Do roboty, mój drogi — odparł Carmaux. — Kapitanie, podczas gdy ty będziesz stał na straży i wypatrywał wroga, my się okopiemy i wybudujemy barykady, które wystawią na ciężką próbę siłę i cierpliwość naszych przeciwników. Chodź za mną, hamburczyku!

Szczyt wzniesienia zasłany był olbrzymimi głazami, z których piraci mieli doskonały punkt obserwacyjny. Tocząc je razem z mozołem, utworzyli okrągłą barykadę, zza której mogli skutecznie razić wroga z pozycji leżącej lub klęczącej, nie wystawiając się tym samym na jego ostrzał. Całość zajęła im dwie godziny. Piraci byli zadowoleni z efektu. Za tak zbudowaną osłoną byli w stanie przetrzymać długie oblężenie.

Jednak mur miał pewne wady. O ile sprawdziłby się jako stanowisko obronne w przypadku ostrzału, o tyle nie powstrzymałby jednak błyskawicznego szturmu wroga. Piraci postanowili temu zaradzić i udali się na poszukiwanie ciernistych krzewów. Zapuścili się w tym celu do lasu i na naprędce splecionych z gałęzi noszach wnieśli na szczyt kłujące chaszcze, z których utworzyli kolczaste zasieki. Jego pokonanie z pewnością poraniłoby ręce i nogi nacierających żołnierzy.

— I oto mamy naszą małą twierdzę. Tak łatwo tej przeszkody nie pokonają, jeśli postanowią tu po nas przyjść — powiedział z przekonaniem Carmaux, zacierając ręce z satysfakcją.

— Ale jednej rzeczy brakuje. Mam na myśli coś takiego, czego w żadnym oddziale, nawet najmniejszym, nie może zabraknąć — zauważył hamburczyk.

— Mianowicie? — zapytał Carmaux.

— Spiżarni notariusza z Maracaibo, mój przyjacielu.

— Do stu piorunów! Zupełnie zapomnieliśmy, że nie mamy żadnej, choćby najmniejszej przekąski.

— Na pewno się ze mną zgodzisz, że trudno nam będzie przemienić te kamienie w chleb.

— Ruszajmy do lasu na polowanie. Jeśli tylko Hiszpanie na nas nie ruszą, z pewnością coś upolujemy — rzekł, po czym spojrzał w kierunku skały, na której Czarny Korsarz przyglądał się działaniom wroga i zapytał:

— Coś się dzieje?

— Na razie nic.

— A zatem wykorzystajmy to i chodźmy zapolować.

— Idźcie, ja będę stał na straży i pilnował.

— W razie zagrożenia daj nam, kapitanie, sygnał wystrzałem z muszkietu.

— Tak zrobię.

— Chodź, Van Stillerze — powiedział Carmaux. — Idziemy ogołocić drzewa, a przy okazji złapiemy jakieś dzikie zwierzę.

Dwaj piraci chwycili za splecione nosze, na których wnieśli na szczyt cierniste krzewy, po czym skierowali się w dół i po chwili zniknęli w leśnych ostępach.

Wrócili dopiero o świcie, obładowani jak zwierzęta juczne.

Okazało się, że trafili na ziemię, którą ktoś uprawiał, być może jacyś tubylcy z okolicznych wysp. Zaopatrzyli się w rosnące tam owoce. Przynieśli kokosy, pomarańcze, dwie główki kapusty i ogromnego żółwia błotnistego, którego znaleźli w pobliżu niewielkiego jeziora.

W sumie — jeśli oszczędnie gospodarować zapasami — wystarczyłoby wszystkiego przynajmniej na cztery dni.

Poza tym, że przynieśli owoce, warzywa i żółwia dokonali też zbawiennego odkrycia, które pomogłoby im unieszkodliwić na jakiś czas przeciwników.

— Ha! Ha! — krzyczał rozbawiony Carmaux, który nie posiadał się z radości. — Mój drogi hamburczyku, nieźle się zdziwi Van Gould i jego oddziały, jeśli najdzie go ochota, żeby tu po nas przyjść. W tym ukropie cały czas chce się pić, a przecież ani nie będą wracać się napić na swoją karawelę, ani też nie będą taszczyć ze sobą beczek z wodą. Ha! Ha! Spryciarze z tych Indian, nie ma co! Niku zdziała cuda!

— Jesteś pewien tego, co mówisz? — zapytał Van Stiller, który nie wyglądał na przekonanego. — Ja w to za bardzo nie wierzę.

— Do stu piorunów! Przecież na własnej skórze, a raczej brzuchu, tego doświadczyłem. To istny cud, że nie przekręciłem się z bólu.

— Jesteś pewien, że się na to nabiorą i skorzystają z tego wodopoju?

— A widziałeś jakieś inne w okolicy?

— Poza tym jeziorkiem żadnego.

— A więc nie ma innego miejsca, w którym mogliby zaopatrzyć się w wodę.

— Chciałbym zobaczyć, jak działa to twoje niku.

— Sam się przekonasz, będą się zwijać z bólu brzucha.

— A kiedy zatrujemy wodę?

— Kiedy tylko będziemy mieć pewność, że przypuszczą atak na wzgórze.

W tym momencie Czarny Korsarz, który przez cały czas stał na krawędzi skały i bacznie obserwował, co dzieje się w dole, zszedł z punktu obserwacyjnego i rzekł:

— Dookoła wyspy pływają szalupy.

— Myślą, że będziemy uciekać? — zapytał Carmaux.

— Nie inaczej.

— Kapitanie, my jesteśmy gotowi stawić im czoło w walce. Przez tę kamienno-kolczastą barykadę niełatwo im się będzie przebić, być może wytrzymamy do przybycia Franciszka l'Olonnais i naszej pirackiej braci.

— Jeśli tylko Hiszpanie nam na to pozwolą. Widziałem, że na ląd zszedł czterdziestoosobowy oddział.

— Aj! — odparł na to Carmaux z niepocieszoną miną. — Sporo ich, cała nadzieja w niku.

— Co to takiego to niku? — zapytał Czarny Korsarz.

— Pozwól za mną, kapitanie. A Van Stiller tymczasem zostanie na straży.

Uzbroili się w muszkiety i zeszli w dół, znikając w lesie, w którym rosły cedry, palmy, simaruby i drzewa bawełniane, torując sobie drogę pośród gęsto zwisających lian.

Ich obecność wypłoszyła z leśnej gęstwiny kilka skrzekliwych papug i wyjców rudych. Zeszli około pięciuset stóp, aż w końcu dotarli do jeziorka, które Carmaux przesadnie określił mianem jeziora; w rzeczywistości miało ono zaledwie około tysiąca stóp obwodu. Był to naturalny zbiornik wodny, raczej płytki, w którym rosło wiele gatunków roślin wodnych, zwłaszcza mucumucú, tworzących na jego powierzchni gęste skupiska.

Carmaux pokazał Czarnemu Korsarzowi obrośnięte pędami łodygi, przypominające wyglądem liany. Rosły splecione ze sobą niczym węże czy krzaki pieprzu.

— To za sprawą tych właśnie roślin Hiszpanie dostaną bolesnych kolek — powiedział pirat.

— W jaki sposób? — zapytał ciekawy Czarny Korsarz.

— Wkrótce sam zobaczysz, kapitanie.

Pirat dobył kordelasa i naciął całe naręcze łodyg, przez wenezuelskich i gujańskich Indian zwanych niku, a przez naukowców określanych mianem robinii. Następnie utworzył z nich wiązki, które położył na pochyłej, wpadającej do stawu skale.

Kiedy zebrał już prawie czterdzieści wiązek, ściął dwie długie i masywne gałęzie, jedną z nich podając Czarnemu Korsarzowi.

— Kapitanie, posiekaj teraz te rośliny — rzekł pirat do Czarnego Korsarza.

— Co chcesz zrobić?

— Zatruć wody tego stawu, kapitanie.

— Tymi niby łodyżkami?

— Tak właśnie.

— Co to za bzdury?!

— Żadne bzdury, kapitanie. Niku upija ryby, u ludzi zaś wywołuje straszne bóle brzucha.

— Odurza ryby? Co ty pleciesz za androny?

— Nie słyszałeś nigdy, jak Karaibowie łowią ryby?

— Z pewnością, jak wszyscy, używają sieci.

— Otóż nie, kapitanie. Wyciskają wprost do jeziora sok z tych roślin, a oszołomione trucizną ryby po chwili wypływają na powierzchnię, kotłując się niezdarnie, a Indianie z łatwością łapią je gołymi rękoma.

— I mówisz, że u ludzi powoduje bóle brzucha?

— Tak, kapitanie, a w związku z tym, że na tym wzgórzu ani w okolicach nie ma żadnych innych jezior ani źródeł, właśnie tutaj hiszpańscy żołnierze będę musieli zaczerpnąć wody.

— Spryciarz z ciebie, Carmaux. A zatem zatrujmy to jeziorko.

Chwycili za gałęzie i zaczęli mocno uderzać nimi w rośliny, rozbijając na miazgę pędy, z których w dużych ilościach wypływał trujący sok i spływał do stawu.

Woda najpierw zabarwiła się na biało, zupełnie, jakby ktoś wymieszał ją z mlekiem, a następnie przyjęła kolor macicy perłowej. Roślinny sok jednak szybko się rozrzedził i woda na powrót zyskała swoją naturalną barwę. Nikt by się nie zorientował, że wodę zatruto tą substancją, która sama w sobie nie stanowiła śmiertelnego zagrożenia, wywoływała za to bardzo nieprzyjemne dolegliwości.

Dwaj piraci wrzucili jeszcze do jeziorka resztki łodyg z pędami, po czym zauważyli, że na powierzchni zaczęły się kotłować liczne ryby. Chciały się z niej jak najszybciej wyskoczyć, najwyraźniej nie czuły się już… jak ryby w wodzie. Wolały paść na piaszczystym brzegu niż wdychać truciznę, wpadając w oszałamiający trans.

Carmaux pomyślał, że warto skorzystać z okazji i zdobyć dodatkowe zapasy. Obawiał się, że na wypadek oblężenia wroga przyjdzie im później głodować. Zbiegł więc do brzegu i kilkoma uderzeniami gałęzi ogłuszył płaszczkę, piranię i jednego pemercu.

— Tego nam było trzeba! — krzyknął zadowolony ze zdobyczy Carmaux, po czym rzucił się biegiem przed siebie w kierunku kapitana.

— I tego też! — zdążył jeszcze dodać.

Nagle rozległ się ogłuszający huk. Kapitan dał nura w krzaki. Carmaux padł jak długi i znieruchomiał.