Słowa te padły z ust mężczyzny, który zszedł z rufówki i zatrzymał się przed Czarnym Korsarzem. Na jego rozkaz piratowi przecięto krępujący dłonie sznurek.
Był to mężczyzna w dojrzałym wieku, z długą, siwą brodą, o masywnej klatce piersiowej i szeroki w barach, krótko mówiąc — silny i postawny, pomimo swoich prawie sześćdziesięciu lat.
Z wyglądu przypominał dożów republiki weneckiej, którzy prowadzili ku zwycięstwu galery królowej mórz przeciwko nieustraszonym korsarzom tureckiego półksiężyca. Miał na sobie stalową, starannie wycyzelowana zbroję, z przypiętą u boku długą szpadą, którą szlachcic posługiwał się wciąż z niezmienną wprawą, natomiast do pasa przyczepiony miał sztylet ze złotym uchwytem.
Pozostała część stroju była w iście hiszpańskim stylu: obszerne, bufiaste rękawy z czarnego jedwabiu, jedwabna koszula tego samego koloru i wysokie buty z rozszerzającymi się ku górze cholewami z żółtej skóry i ze srebrnymi ostrogami.
Przez kilka chwil wpatrywał się w niego płomiennym spojrzeniem, a następnie spokojnym tonem rzekł:
— Widzisz, panie, los się do mnie uśmiechnął. Poprzysiągłem sobie, że wszystkich was powieszę i obietnicy dotrzymam.
Na te słowa Czarny Korsarz gwałtownym ruchem uniósł głowę, spojrzał na niego pogardliwie i rzekł:
— Szczęście na tym padole zawsze sprzyja zdrajcom, ale przekonamy się, po czyjej będzie stronie w życiu po śmierci. Śmiało, morderco moich braci, dokończ dzieła. Panom z Ventimiglii śmierć nie jest wcale straszna.
— Chciałeś się ze mną zmierzyć — kontynuował zimnym tonem leciwy szlachcic. — Jednak przegrałeś i przyjdzie ci za to zapłacić.
— Na co czekasz, zdrajco, każ mnie powiesić!
— Po co ten pośpiech?!
— No już! Co cię powstrzymuje?!
— Przyjdzie na to czas. Wolałbym cię powiesić w Maracaibo, ale skoro w mieście panoszy się ta piracka banda, postanowiłem przygotować przedstawienie dla mieszkańców Gibraltaru.
— Łajdaku! Jeszcze ci mało?! Nie wystarczyła ci śmierć moich braci?
Księciu oczy rozgorzały wściekłością.
— Tak, jeszcze mi mało — odpowiedział po cichu. — Jesteś zbyt niewygodnym świadkiem moich poczynań we Flandrii, żeby darować ci życie. A poza tym, jeśli cię nie zabiję, to któregoś dnia, prędzej czy później, ty zabijesz mnie. Być może nie nienawidzę cię wcale tak bardzo, jak ty nienawidzisz mnie, po prostu się bronię, to wszystko. A może zwyczajnie pozbywam się przeciwnika, który nie pozwoliłby mi w spokoju cieszyć się życiem.
— Nie zwlekaj zatem, tylko mnie zabij, bo jeśli bym ci przypadkiem uciekł, to już od jutra zacznę cię znowu ścigać.
— Zdaję sobie z tego sprawę — powiedział książę po kilku chwilach głębszego namysłu. — Jeszcze jakimś cudem mógłbyś się wywinąć od stryczka, na który w pełni sobie zasłużyłeś.
— Już ci powiedziałem, że nie boję się śmierci — odparł Czarny Korsarz z wyniosłą dumą.
— Znana jest mi odwaga ludzi z Ventimiglii — odpowiedział książę.
Jego twarz zniknęła pod oparami mgły, która snuła się po pokładzie.
— Miałem się okazję przekonać, tu na tych morzach, ale i gdzie indziej, co znaczą piracki duch walki, ich odwaga i pogarda wobec śmierci — kontynuował Van Gould, po czym ze spuszczoną głową zaczął się przechadzać w zamyśleniu po mostku karaweli. Następnie podszedł znów do Czarnego Korsarza i rzekł:
— Pewnie nie wierzysz, ale czuję się już zmęczony tą nienawiścią. Chciałbym to raz na zawsze zakończyć.
— Nie wątpię — odparł Czarny Korsarz z nutą ironii w głosie. — I powiesisz mnie, żeby ją zakończyć!
Książę podniósł gwałtownie głowę, spojrzał Czarnemu Korsarzowi prosto w oczy, po czym rzekł:
— A gdybym puścił cię wolno, co byś wtedy zrobił?
— Nie odpuściłbym ani o krok — odpowiedział szlachcic z Ventimiglii.
— A zatem nie mam wyboru i muszę cię zabić. Mógłbym nawet darować ci życie, głównie ze względu na wyrzuty sumienia, które od czasu do czasu chwytają moje serce, lecz w zamian oczekiwałbym jednak, że wówczas zaprzestaniesz mnie ścigać, zaniechasz zemsty i powrócisz do Europy. Z tego jednak, co słyszę, chcesz mnie zamordować za wszelką cenę, w związku z czym nie pozostaje mi nic innego, jak cię zabić, tak jak zabiłem Czerwonego i Zielonego Korsarza.
— Czyżbyś zapomniał, że jeszcze w Europie zabiłeś najstarszego z moich braci?
— Zamilcz! — wykrzyknął książę głosem zdradzającym głęboki niepokój. — Dlaczego rozdrapywać rany przeszłości? Pozwól mu odpoczywać spokojem wiecznym.
— Zatem przejdź do czynów i dopełnij swojego dzieła, jak na zdrajcę i mordercę przystało — odparł Czarny Korsarz. — Zabij ostatniego z korsarzy, wiedz jednak, że walka się na tym nie zakończy, albowiem znajdzie się inny, równie nieustraszony, waleczny i odważny pirat, który weźmie sprawy w swoje ręce i będzie cię tropił jak pies gończy swą ofiarę, aż w końcu cię dopadnie.
— Niby kto by to miał być, co? — zapytał książę z nutą obawy w głosie.
— Franciszek l'Olonnais.
— Trudno, będę więc musiał powiesić też jego.
— Chyba że on cię w tym zamiarze uprzedzi. Jest właśnie w drodze do Gibraltaru i za kilka dni cię dopadnie.
— Tak sądzisz? — zapytał z ironią książę. — Gibraltar to nie to samo, co Maracaibo, i natarcie piratów zostanie odparte przez potężne hiszpańskie siły. Niech Franciszek l'Olonnais przybędzie, czekamy niecierpliwie, dostanie za swoje.
A następnie, zwracając się do marynarzy, rzekł:
— Zaprowadźcie więźniów do ładowni i nie spuszczajcie ich z oczu. Zasłużyliście na nagrodę: zgodnie z obietnicą otrzymacie ją, gdy tylko dopłyniemy do Gibraltaru.
Po tych słowach odwrócił się plecami do Czarnego Korsarza i poszedł w kierunku rufy, by stamtąd zejść pod pokład. Był już prawie przy schodach, kiedy książę Lermy zatrzymał go i zapytał:
— Książę, jesteś pewien, że chcesz powiesić Czarnego Korsarza?
— A jakże — odparł książę pewny powziętej decyzji. — Przecież to jest pirat, jest wrogiem Królestwa Hiszpanii. Razem z Franciszkiem l'Olonnais napadł na Maracaibo i choćby za to powinien zawisnąć.
— To bardzo odważny szlachcic. Nie szkoda ci go?
— A jakie to ma znaczenie?
— Przykro patrzeć, gdy tacy ludzie odchodzą z tego świata.
— To nasz nieprzyjaciel, hrabio.
— A ja bym go jednak nie zabijał.
— Niby dlaczego?
— Wiesz przecież, książę, że krążą słuchy, jakoby twoja córka została uprowadzona przez piratów z Tortugi.
— Słyszałem o tym — westchnął książę. — Jednak nie mamy żadnej pewności, że statek, którym płynęła, padł łupem piratów.
— A co, jeśli te pogłoski się sprawdzą?
Starzec wbił w hrabiego przerażone spojrzenie.
— Czyżbyś wiedział coś więcej niż ja? — zapytał zdjęty grozą.
— Nie, mój panie. Uważam jednak, że gdyby, odpukać, okazało się to prawdą, wówczas można by dokonać wymiany zakładników, oddając piratom ich dowódcę.
— To nie wchodzi w grę, panie — odparł książę pewnym tonem. — Wystarczy duża suma pieniędzy, żebym odzyskał córkę, gdyby rzeczywiście miało się okazać, że została uprowadzona, w co osobiście szczerze wątpię, albowiem podróżowała incognito. Gdybym puścił wolno Czarnego Korsarza, musiałbym nadal obawiać się o własne życie. Jestem wycieńczony długą walką, którą musiałem toczyć z nim i z jego ludźmi, czas zakończyć to szaleństwo. Panie hrabio, każ swoim ludziom rozwinąć żagle i obrać kurs na Gibraltar.
Hrabia Lermy ukłonił się bez słowa, po czym skierował się w stronę rufy, mówiąc sobie po cichu:
— Jestem szlachcicem, więc dotrzymam słowa.
Właśnie dopłynęły do karaweli szalupy z marynarzami, którzy wzięli udział w szturmie na wzgórze.
Kiedy ostatni z nich był już na pokładzie, hrabia polecił rozwinąć żagle. Zanim jednak kazał wciągnąć kotwicę, postanowił zagrać na zwłokę — zwlekał z podjęciem rejsu przez kilka godzin, oszukując zniecierpliwionego księcia Van Goulda, że karawela utkwiła na mieliźnie i że trzeba zaczekać na przypływ.
Dopiero około czwartej po południu podniesiono kotwicę i karawela odpłynęła.
Żeglowała wzdłuż brzegu wysepki, następnie odbiła ku ujściu rzeki Catatumbo, lecz jakieś trzy mile od brzegu niespodziewanie utknęła na płyciźnie.
W tej części rozległego jeziora panowała prawie zupełna cisza.
Van Gould, któremu bardzo było śpieszno do Gibraltaru, kilkukrotnie wychodził na pokład. W końcu kazał hrabiemu, by szalupy wzięły statek na hol. Nic jednak nie wskórał, usłyszał w odpowiedzi, że załoga jest zmęczona, a dno jeziora nie pozwala na swobodny manewr.
Mniej więcej około siódmej wieczorem zaczęła wiać lekka bryza i żaglowiec mógł znów popłynąć, choć nie oddalił się za bardzo od brzegu.
Hrabia Lermy, po kolacji, którą zjadł w towarzystwie księcia Van Goulda, stanął obok marynarza przy sterze i wdał się z nim w pogawędkę. Najwyraźniej dawał mu wskazówki dotyczące manewru, który miał wykonać, by ominąć zdradzieckie mielizny, które są rozsiane od ujścia rzeki Catatumbo aż po Santa Rosa, niewielką miejscowość znajdującą się o kilka godzin drogi od Gibraltaru.
Ta dość tajemnicza rozmowa trwała do dziesiątej wieczorem, kiedy to Van Gould udał się na spoczynek do swojej kajuty. Wówczas hrabia puścił ster i pod osłoną nocy — tak, żeby nie zobaczył go żaden z marynarzy — zszedł pod pokład, a stamtąd do ładowni.
„Teraz moja kolei, więc do dzieła! Hrabia Lermy spłaci swój dług, a potem niech się dzieje, co chce” — dodawał sobie kurażu w myślach.
Zapalił ślepą latarnię, którą ukrył w cholewie jednego ze swoich wysokich butów, a następnie skierował jej światło na smacznie śpiących w ładowni więźniów.
— Panie — powiedział po cichu.
Jeden z leżących mężczyzn podniósł się do pozycji siedzącej, choć miał mocno związane dłonie.
— Kto mnie niepokoi? — zapytał zniecierpliwiony.
— To ja, panie.
— A to ty, hrabio! — odrzekł Czarny Korsarz. — Chcesz mi dotrzymać towarzystwa? Co cię tu sprowadza?
— Coś znacznie ważniejszego… — odpowiedział Kastylijczyk.
— Co takiego?
— Przyszedłem spłacić swój dług.
— Nie rozumiem…
— Carrai! — odpowiedział hrabia z uśmiechem. — Chyba nie zapomniałeś o naszym spotkaniu w domu notariusza?!
— Zaiste.
— A więc przychodzę, bo chciałbym dotrzymać złożonej obietnicy. Dzisiaj to twoje życie jest w niebezpieczeństwie, więc pozwól, że ci się odwdzięczę czymś, co z pewnością docenisz.
— Mów jaśniej!
— Przyszedłem cię ocalić z rąk Van Goulda.
— Co takiego?! — wykrzyknął Czarny Korsarz zdumiony. — Nie obawiasz się go?
— Śpi teraz.
— Ale jutro się obudzi.
— I co z tego? — odparł tamten spokojnym tonem.
— Wścieknie się na ciebie, uwięzi cię i powiesi zamiast mnie. Czy wziąłeś to pod uwagę, hrabio? Dobrze wiesz, że z Van Gouldem nie ma żartów.
— A ty sądzisz, że będzie mnie podejrzewał? Flamandczyk to szczwany lis, wiem, ale nie sądzę, że przyjdzie mu do głowy, żeby mnie obarczyć za to winą. Karawela jest moja, załoga jest pod moimi rozkazami, nie opłaca mu się przeciwstawiać, to strata czasu i energii. Uwierz mi, sława wyniosłego okrutnika, która doń przylgnęła, nie przysparza mu zwolenników wśród członków załogi, moi rodacy odnoszą się do niego z dużą niechęcią. Być może źle robię, że cię uwalniam, zwłaszcza w tej chwili, kiedy Franciszek l'Olonnais lada chwila przypuści szturm na Gibraltar, ale jestem szlachcicem, a szlachectwo zobowiązuje — muszę przede wszystkim wywiązać się z danej obietnicy. Uratowałeś mi życie, a teraz ja uratuję twoje i wyrównamy w ten sposób rachunki. Jeśli zrządzeniem losu przyjdzie nam znaleźć się w tym samym czasie w Gibraltarze, każdy z nas będzie robił swoje — ty będziesz czynił swoją piracką powinność, ja zaś stanę po stronie Hiszpanów. Będziemy walczyć jak zawzięci wrogowie.
— Nie, hrabio, nie jak śmiertelni wrogowie.
— A zatem jak szlachcice, którzy walczą każdy pod inną chorągwią — odparł ze szlachecką dumą Kastylijczyk.
— Niech tak się stanie, hrabio.
— Uciekaj stąd, panie. Trzymaj, weź tę siekierę, pomoże ci roztrzaskać drewniane belki bakburty, a tu masz kilka sztyletów, żebyście mieli się czym bronić przed dzikimi zwierzętami, kiedy już zejdziecie na ląd. Jedna z szalup jest holowana przez karawelę. Musicie do niej dopłynąć, potem odetnijcie linę i czym prędzej płyńcie do brzegu. Możecie być spokojni — ani ja, ani sternik niczego nie widzieliśmy. Żegnaj, panie. Mam nadzieję, że spotkamy się w murach Gibraltaru i że będę miał okazję zmierzyć się z tobą w pojedynku na szpady.
To powiedziawszy, hrabia rozciął sznurek pętający jego dłonie, dał mu sztylety, uścisnął mu dłoń i oddalił się szybkim krokiem, znikając na schodach prowadzących pod pokład.
Czarny Korsarz przez chwilę siedział nieruchomo głęboko zamyślony, jakby szlachetny gest Kastylijczyka wprawił go w zdumienie. Ocknął się w końcu, po czym szturchnął Van Stillera i Carmaux, mówiąc:
— W drogę, przyjaciele!
— W drogę! — wykrzyknął Carmaux, wytrzeszczając oczy. — Ale zaraz, zaraz, jakie w drogę? Niby jak mamy uciekać, skoro jesteśmy obwiązani jak salami.
Czarny Korsarz kilkoma szybkimi ruchami przeciął sznur pętający dłonie dwóch kamratów.
— Do kroćset fur beczek! — wykrzyknął Carmaux.
— Kartaczy i batalionów! — dopowiedział hamburczyk.
— Jesteśmy wolni? Jak to się stało, panie? Czyżby ten nikczemny gubernator nagle odnalazł w sobie jakieś nieznane sobie wcześniej pokłady dobroci i postanowił zwrócić nam wolność?
— Cisza, idźcie za mną!
Czarny Korsarz, trzymając siekierę w dłoni, podszedł do bakburty. Wykorzystując moment, w którym marynarze okropnie hałasowali przy wykonywaniu manewru, czterema silnymi ciosami roztrzaskał dwie belki, robiąc wystarczający wyłom, żeby można się przez niego przecisnąć.
— Tylko bądźcie ostrożni i uważajcie, żeby nikt was nie zauważył — poruczył piratom.
Przeszedł przez wyłom w burcie i zawisł na najniższej belce, tak nisko, że do pasa był już w wodzie. Zaczekał chwilę, aż fala uderzy w burtę, wtedy odbił się i zaczął energicznie płynąć w kierunku szalupy. W ślad za nim poszli Carmaux i Van Stiller, którzy opuścili się do wody, trzymając w zębach podarowane przez Kastylijczyka sztylety. Odczekali, aż karawela ich minie i nadpłynie przywiązana do niej na długiej linie szalupa. Chwycili ją we trzech, wdrapali się na łódź jednocześnie z obu stron, tak żeby nie straciła równowagi.
Już mieli chwycić za wiosła, gdy lina, do której przyczepiona była płynąca za karawelą szalupa, spadła do morza przecięta przez przyjacielską rękę.
Czarny Korsarz spojrzał do góry i pośród spowijających noc ciemności dostrzegł sylwetkę człowieka, który w geście pożegnania podniósł do góry dłoń.
— Prawdziwie szlachetna dusza — powiedział po cichu Czarny Korsarz, doceniając gest Kastylijczyka. — Niech Bóg ma go w swojej opiece i uchroni przed złością Van Goulda.
Karawela płynęła na pełnych żaglach w kierunku Gibraltaru. Na statku nie podniósł się żaden alarm, nikt niczego nie zauważył. Widać było, jak halsuje, by po jakimś czasie zniknąć w końcu za zalesionymi wysepkami.
— Do stu piorunów! — krzyknął Carmaux, przerywając ciszę panującą na pokładzie. — Nie mogę się połapać: czy to się dzieje naprawdę, czy może wciąż śnię. Przed chwilą byliśmy uwięzieni w ładowni statku i o świcie słońca mieliśmy już wisieć, a tymczasem jesteśmy wolni. Kto by pomyślał! Doprawdy trudno w to uwierzyć. Co zatem się takiego stało, kapitanie? Kto pomógł uciec temu staremu ludożercy?
— Hrabia Lermy — odpowiedział Czarny Korsarz.
— Co za dobry człowiek! Jeśli na niego trafimy w Gibraltarze, to go oszczędzimy, prawda, Van Stillerze?
— Potraktujemy go jak jednego z nas, jak kogoś z Bractwa Wybrzeża — odpowiedział hamburczyk.
— Płyniemy do brzegu, kapitanie?
Czarny Korsarz nie odpowiedział. Nagle wstał i spojrzał w kierunku południa, uważnie lustrując wzrokiem linię horyzontu.
— Przyjaciele — zwrócił się do dwóch piratów tonem zdradzającym pewien niepokój — czy niczego nie widzicie w oddali?
Dwaj piraci powstali, spoglądając we wskazanym kierunku. Tam, gdzie linia horyzontu zlewała się z wodami rozległego jeziora, widać było pojedyncze błyski, podobne do małych gwiazd. Człowiek, który nie spędził połowy życia na morzu, pewnie pomyliłby je z gasnącymi o świcie gwiazdami, lecz doświadczony wilk morski nie mógł mieć wątpliwości.
— To salwy ognia armatniego — powiedział Carmaux.
— To działa na statku — dodał hamburczyk.
— Czyżby więc Franciszek l'Olonnais przypuszczał atak na Gibraltar? — zastanawiał się na głos Czarny Korsarz, a jego oczy rozgorzały żywym ogniem. — Jeśli to prawda, to zdążę się jeszcze zemścić za śmierć moich braci.
— Tak, kapitanie — powiedział Carmaux. — Te błyski pochodzą ze statków i łodzi. Franciszek l'Olonnais rozpoczął natarcie.
— Szybko, za mną, dobijmy do brzegu i rozpalmy na plaży ognisko, żeby po nas przypłynęli.
Carmaux i Van Stiller chwycili za wiosła i zaczęli energicznie wiosłować w kierunku brzegu, który był oddalony o około cztery mile.
Pół godziny później trzej piraci schodzili na ląd w oddalonej o około trzydzieści mil od Gibraltaru małej zatoce, jednak wystarczająco rozległej, żeby mógł do niej wpłynąć tuzin małych żaglowców.
Wyciągnęli szalupę na brzeg, zebrali chrust i liście, po czym rozpalili ogromne ognisko, które widać było na przynajmniej dziesięć mil.
Świetlne punkty robiły się coraz większe, coraz szybciej płynęły w ich kierunku.
— Przyjaciele — wykrzyknął Czarny Korsarz, który wszedł na przybrzeżną skałę. — To flotylla Franciszka l'Olonnais.