Rozdział XXXIV. Franciszek l'Olonnais

Około drugiej w nocy cztery żaglowce zwabione słupem ognia wpłynęły do niewielkiej zatoki i zarzuciły kotwicę.

Znajdowało się w nich stu dwudziestu piratów, którym przewodził Franciszek l'Olonnais. Stanowiły one awangardę flotylli, a jej zadaniem było odbić Gibraltar z rąk Hiszpanów.

Czarny Korsarz był chyba ostatnią osobą, którą Franciszek l'Olonnais spodziewał się zobaczyć na tej bezludnej plaży. Był przekonany, że ten przemierza jeszcze niedostępną puszczę i mokradła w pogoni za gubernatorem. Co więcej — stracił już nadzieję, że będzie walczył z nim ramię w ramię o Gibraltar.

Kiedy kamraci opowiedzieli mu o swoich przygodach, rzekł:

— A niech mnie kule biją! Drogi przyjacielu, masz prawdziwe utrapienie z tym Van Gouldem. Mam nadzieję, że tym razem to mnie się poszczęści i że to ja dostanę go w swoje ręce. Otoczymy Gibraltar i odetniemy mu drogę ucieczki, na wypadek gdyby chciał umknąć morzem. Powiesimy go na maszcie twojej „Błyskawicy”, obiecuję ci to.

— Mam wątpliwości, czy znajdziemy go w Gibraltarze — odparł na to Czarny Korsarz. — On wie, że zamierzamy szturmować miasto, ma świadomość, że przeszukam każdy dom, byleby tylko go znaleźć i pomścić braci, dlatego właśnie wydaje mi się, że jego noga tam nie postanie.

— A nie mówiłeś, że popłynął karawelą hrabiego do Gibraltaru?

— Tak, ale sam wiesz, jaki z niego szczwany lis, bardzo możliwe, że później zmienił kurs, żeby nie dać się złapać w mieście.

— To prawda — powiedział Franciszek l'Olonnais, po czym zasępił się. — Ten przeklęty książę jest sprytniejszy od nas i być może rzeczywiście nie chciał się narażać i zamiast do Gibraltaru popłynął na wschodnie brzegi jeziora. Słyszałem, że ma krewnych i duże posiadłości ziemskie w Hondurasie, w Porto Cavallo, i być może będzie chciał szukać schronienia właśnie tam.

— Sam widzisz, mój drogi, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.

— Ale prędzej czy później odpuści. Ach, gdybym tylko miał pewność, że schronił się w Porto Cavallo, ani chwili bym się nie wahał i z miejsca ruszyłbym w ślad za nim. To miasto zasługuje na odwiedziny i jestem przekonany, że wszyscy piraci z Tortugi popłynęliby ze mną, wiedząc, ile jest tam bogactw, które mogłyby wypełnić ich sakiewki. Jeśli nie znajdziemy go w Gibraltarze, wówczas zastanowimy się, co robić dalej. Obiecałem, że ci pomogę. Nie zdarzyło się, od kiedy się znamy, żeby Franciszek l'Olonnais nie dotrzymał słowa.

— Dziękuję, bardzo na to liczę. A gdzie jest moja „Błyskawica”?

— Stanęła u ujścia zatoki i wraz z dwoma statkami Harrisa broni do niej dostępu.

— Ilu ludzi ze sobą zabrałeś?

— Stu dwudziestu, ale jeszcze dzisiejszego wieczoru powinien dołączyć do nas Bask, a wraz z nim czterystu korsarzy. Jutro rano rozpoczniemy szturm na Gibraltar.

— Myślisz, że wszystko pójdzie zgodnie z planem?

— Jestem o tym przekonany, choć dowiedziałem się, że Hiszpanie zebrali ośmiuset najodważniejszych żołnierzy i patrolują ulice prowadzące przez góry do samego miasta. Wzdłuż tych traktów ustawili liczne działa. Twardy orzech do zgryzienia, obawiam się, że możemy ponieść znaczne straty, ale jestem dobrej myśli, że nam się uda, przyjacielu.

— A ja cię wesprę, mój drogi.

— Przyznam, że bardzo liczę na twoje sprawne ramię i waleczną naturę. Zapraszam cię na pokład mojej łajby, zjemy razem kolację, a potem odpoczniesz. Coś mi się zdaje, że to ci dobrze zrobi.

Czarnego Korsarza na nogach utrzymywała tylko jakaś nadzwyczajna, wewnętrzna siła. Udał się wraz z Franciszkiem l'Olonnais na statek, podczas gdy piraci schodzili na plażę i rozbijali obozowisko tuż pod lasem, by tam oczekiwać na przybycie Baska i jego ludzi.

Ten dzień wcale jednak nie należał do straconych, albowiem piraci byli ludźmi o niespożytej wręcz energii i od razu wysłali zwiadowców na obchód okolicy, z nadzieją, że uda im się znienacka zaatakować jakiś hiszpański oddział stacjonujący w głębi lądu. Zapuścili się daleko, aż pod broniące dostępu do miasta forty Gibraltaru. Chcieli się przekonać, jakimi siłami dysponuje wróg i w jaki sposób zamierza się bronić. Niektórzy nawet, udając rybaków, których łodzie poszły na dno, a którzy sami cudem dopłynęli do brzegu, wypytywali żołnierzy o szczegóły planowanej walki.

To, czego się dowiedzieli, wcale ich jednak nie podniosło na duchu, lecz przeciwnie — zgasiło wolę walki, choć byli przecież przyzwyczajeni stawiać czoła sytuacjom naprawdę bez wyjścia i niejednokrotnie dawali dowód swojej odwagi.

Na wszystkich drogach prowadzących do miasta ustawiono zasieki i działa, wykopano rowy, które zalano wodą, wzniesiono barykady i palisady, które sterczały nachylone i wymierzone ostrzem w przeciwnika. W dodatku okazało się też, że dowódca fortu — jeden z odważniejszych ludzi, jakich Hiszpania wówczas miała w Ameryce — kazał przysiąc swoim żołnierzom, że będą bronić dostępu do miasta do ostatniego człowieka, byleby tylko nie dopuścić do utraty sztandaru powiewającego dumnie nad miastem.

W obliczu tak niewesołych wieści niepokój zagościł w sercach nawet najbardziej walecznych piratów, pomyśleli, że wyprawa zakończy się fiaskiem.

Franciszek l'Olonnais, gdy zwiadowcy podzielili się z nim zdobytymi informacjami, nie stracił ducha i zapału. Jeszcze tego samego wieczora zwołał naradę wszystkich dowódców i wypowiedział słowa, które przeszły do historii. Z jego mowy jasno wynikało, ile wiary pokładał w sobie i w piratach walczących pod jego komendą:

— Jest dziejową koniecznością, moje wilki morskie, żebyśmy jutro wykazali się odwagą i walecznością — powiedział. — Pamiętajcie, że ryzykujecie nie tylko życie, ale i wszystkie kosztowności, które wywalczyliście sobie w znoju, przelewając krew. Ale przecież pokonywaliśmy nieprzyjaciół o wiele liczniejszych niż ci, którzy teraz znajdują się w Gibraltarze, ale i większe będą skarby, które być może zdobędziemy. Niech wasz dowódca będzie dla was przykładem, jak należy walczyć.

O północy statki pod dowództwem Michała Baska, z około czterystoma ludźmi na pokładzie, zacumowały w zatoczce.

Piraci z oddziału Franciszka l'Olonnais już zwinęli obozowisko i gotowali się do marszu w stronę Gibraltaru, do którego mieli nadzieję dotrzeć skoro świt, nie chcieli bowiem podejmować szturmu w nocy.

Czterystu ludzi Baska zeszło na ląd, uformowało kolumny i żwawo pomaszerowało przez dżunglę, zostawiając na plaży dwudziestu ludzi do pilnowania szalup.

Carmaux i Van Stiller, pożywieni i wypoczęci, ustawili się za Czarnym Korsarzem, z niecierpliwością wyczekując szturmu, a jeszcze bardziej spotkania z Van Gouldem.

— Przyjacielu Van Stillerze — zagaił wesoły Carmaux — miejmy nadzieję, że tym razem dopadniemy tego łotra i przekażemy go w ręce kapitana.

— Kiedy tylko zdobędziemy twierdzę, pobiegniemy do miasta i nie pozwolimy mu uciec. Słyszałem, że kapitan już wydał rozkaz pięćdziesięciu ludziom, którzy w razie ucieczki Hiszpanów mają za zadanie odciąć im drogę w dżungli.

— Poza tym jest tam Katalończyk, który będzie go mieć na oku.

— Myślisz, że już jest w Gibraltarze?

— Jestem tego pewien. Jeśli nie damy rady zabić Van Goulda od razu, to ruszymy za nim w pogoń.

I właśnie w tej chwili poczuł, jak ktoś kładzie mu na ramieniu rękę, po czym usłyszał za plecami znajomo brzmiący głos:

— Nie inaczej, kamracie.

Carmaux i Van Stiller odwrócili się i zobaczyli Moka.

— Ty tutaj?! — wykrzyknął Carmaux. — Spod ziemi wyrosłeś czy co?

— Już dziesięć godzin was szukam, biegając wzdłuż plaży jak dziki koń. To prawda, że gubernator was schwytał?

— Skąd wiesz?

— Słyszałem od kilku piratów.

— To prawda, ale jak widzisz, jesteśmy cali i zdrowi. Wymknęliśmy mu się dzięki pomocy hrabiego Lermy.

— Tego hiszpańskiego szlachcica, któregośmy schwytali w domu notariusza z Maracaibo?

— Właśnie tego, kamracie. A co z dwoma rannymi, których z tobą zostawiliśmy?

— Zmarli wczoraj rano — odpowiedział Moko.

— Biedne diabły! Jakże mi ich żal! A Katalończyk?

— O tej porze zapewne jest już w Gibraltarze.

— Miasto będzie stawiać zawzięty opór, kamracie.

— Obawiam się, że wielu z nas nie zasiądzie już razem do wieczerzy. Dowódca fortu to człowiek, który będzie się bronił rękami i nogami. Wszędzie rozstawił wojsko, działa i zasieki, blokując dojazd do miasta.

— Miejmy nadzieję, że nas śmierć nie dosięgnie i że osobiście powiesimy Van Goulda.

Tymczasem cztery długie kolumny przedzierały się po cichu przez leśną gęstwinę, która otaczała Gibraltar, a przed nimi szły niewielkie, złożone z kilku ludzi oddziały zwiadowcze, składające się głównie z bukanierów.

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Hiszpanie są przygotowani na atak swoich odwiecznych wrogów, gdyż zostali odpowiednio wcześnie o nim uprzedzeni. Zachodziła więc obawa, że głównodowodzący obroną fortów przygotuje zasadzki mające na celu zdziesiątkowanie przeciwnika jeszcze zanim ten dotrze do broniącej dostępu do miasta twierdzy. Nagle w głębi lasu rozległy się strzały, które zaalarmowały Franciszka l'Olonnais, Czarnego Korsarz i Baska. Przekonani, że to zasadzka, pośpieszyli ku zwiadowcom wraz ze stuosobowym oddziałem. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie doszło do ataku Hiszpanów, tylko do niegroźnej wymiany ognia ze strażą przednią.

Franciszek l'Olonnais, wiedząc, że przeciwnik ma ich na widelcu, zarządził postój w oczekiwaniu na nadejście świtu. Chciał się najpierw rozeznać, jakimi siłami obronnymi dysponowali przeciwnicy, a także na jakim terenie przyjdzie im stoczyć walkę, zauważył bowiem, że ten, po którym się poruszali, stawał się coraz bardziej grząski.

Po prawej stronie widniało pokryte lasem wzgórze. Pirat wspiął się na nie razem z Czarnym Korsarzem, by z góry przyjrzeć się położonemu w pobliżu miasteczku.

Kiedy dotarli na szczyt, zaczęło świtać. Poranne światło zabarwiło czerwienią całe niebo i wschodni brzeg jeziora, odbijając się w jego tafli różowymi odblaskami. Zapowiadał się wspaniały dzień.

Franciszek l'Olonnais i Czarny Korsarz przyglądali się wznoszącemu się na wprost nich szczytowi i dwóm górującym na nim fortach. Na ich basztach łopotały hiszpańskie flagi, za murami natomiast widać było białe ściany domostw oraz szeregi pokrytych słomą dachów i szałasów.

Franciszek l'Olonnais zmarszczył brwi.

— Do kata! — wykrzyknął. — Czeka nas ciężka walka, trudno będzie zdobyć ten fort bez dział i drabin oblężniczych. Cała nadzieja w męstwie naszych ludzi, w przeciwnym razie Hiszpanie dadzą nam takiego łupnia, że raz na zawsze odechce nam się ich atakować.

— Tym bardziej, że droga wiodąca przez góry jest zablokowana — odparł Czarny Korsarz. — Została zamknięta, usiana jest palisadami i działami, będziemy musieli ją pokonać, a oni będą z góry ziać w nas ogniem swoich dział.

— I jakoś będzie trzeba się przedostać przez te grzęzawiska, które się przed nami rozciągają. Coś mi się zdaje, że jedynym wyjściem będzie wybudować kładkę i po niej przejść.

— Innego wyjścia nie ma.

— Gdyby można było je jakoś obejść… pójść równiną… a tu nic, jak na złość! Równina została podtopiona. Zobacz, jak się podnosi poziom wody.

— Mamy do czynienia z dowódcą zaprawionym w boju. Jak mało kto zna on wojenne rzemiosło.

— Trudno temu zaprzeczyć.

— Co zatem zamierzasz zrobić?

— Rzucić wyzwanie losowi, kamracie. W Gibraltarze są ukryte znacznie większe skarby niż w Maracaibo. Nieźle się obłowimy. Wyobraź sobie, co by o nas mówiono, gdybyśmy teraz odpuścili? Wszyscy byśmy stracili w oczach naszych kamratów, rezygnacja dozgonnie zniszczyłaby nam reputację, a tego byśmy przecież nie chcieli.

— Masz rację, legenda o śmiałych i niepokonanych piratach rozwiałaby się. A poza tym weź pod uwagę, że w tej twierdzy ukrywa się mój śmiertelny wróg.

— Wiem, a ja chcę go wziąć jako swojego osobistego jeńca. Tobie i Baskowi chciałbym powierzyć najtrudniejsze zadanie — przeprawę przez grzęzawiska i przez góry. Ja z kolei przejdę drugą stroną, przedzierając się przez dżunglę, i spróbuję dotrzeć niezauważony pod mury pierwszego fortu.

— A co z drabinami?

— Już o to się nie martw, wiem, co robić. Ty zajmij się Hiszpanami, a resztę zostaw mnie. Jeśli w ciągu trzech godzin Gibraltar nie będzie nasz, to nie zasługuję już więcej na miano Franciszka l'Olonnais. Pożegnajmy się, kamracie, bo nie wiem, czy jeszcze zobaczymy się żywi.

Dwaj piraci uścisnęli się po przyjacielsku, a następnie zeszli w dół wzgórza.

Piraci tymczasem rozłożyli się obozem na skraju lasu, tuż przed mokradłami, które zatrzymały ich marsz. Po drugiej stronie, na niewielkim wzniesieniu, zauważyli małe stanowisko obronne składające się z dwóch dział.

Carmaux i Van Stiller, razem z kilkoma innymi piratami, sprawdzili, czy warto kontynuować wędrówkę przez mokradła, jednak dość szybko zrozumieli, że lepiej nie ryzykować — nogi grzęzły w bagnie na dobre, ktokolwiek postawiłby tam stopę, stałby się natychmiast ich ofiarą.

Ta trudna do pokonania przeszkoda okazała się dla nich prawdziwą niespodzianką, ostudziła entuzjazm wielu z nich, choć nikt nie brał w ogóle pod uwagę możliwości odwrotu.

Gdy jednak piraci zobaczyli Franciszka l'Olonnais i Czarnego Korsarza schodzących ze wzgórza, na powrót poczuli w sercu ducha walki, pokładali bowiem w swoich dowódcach bezbrzeżną wiarę i zaufanie.

— Odwagi, moje wilki morskie! — wykrzyknął Franciszek l'Olonnais. — Za tymi fortami znajdziecie o wiele większe skarby niż w Maracaibo. Pokażmy naszym nieprzyjaciołom, że nadal jesteśmy niepokonani.

Na jego rozkaz utworzono dwie kolumny. Następnie dowódca nakazał piratom nie cofać się w obliczu przeszkód, które po drodze napotkają, po czym zarządził wymarsz.

Czarny Korsarz i Bask stanęli na czele najliczniejszego oddziału, podczas gdy Franciszek l'Olonnais wraz ze swoimi ludźmi pomaszerował skrajem dżungli, chcąc ominąć zalaną równinę i podkraść się niezauważenie do najbardziej wysuniętych fortów.