Rozdział XXXV. Zdobycie Gibraltaru

Oddział żołnierzy, który Czarny Korsarz i Michał Bask mieli poprowadzić przez mokradła, składał się z trzystu osiemdziesięciu żołnierzy uzbrojonych w krótkie szable i pistolety, z zapasem zaledwie trzydziestu kul każdy; piraci uznali, że nie ma sensu zabierać ze sobą muszkietów, albowiem w ich mniemaniu jest to broń mało skuteczna podczas forsowania twierdz i fortów, a w przypadku walki wręcz dość uciążliwa.

A było to trzystu osiemdziesięciu diabłów wcielonych gotowych na wszystko, skłonnych bić się z każdym, kto tylko stanie im na drodze. Co więcej — poza tym, że zawsze byli gotowi do walki, nigdy nie tracili nadziei, że z każdej z nich wyjdą obronną ręką.

Na rozkaz swoich dowódców od razu ruszyli przed siebie, zbierając po drodze drewniane belki i wielkie gałęzie, niezbędne do skonstruowania naprędce kładki, która umożliwiłaby im przedostanie się na drugą stronę rozległych grzęzawisk.

Gdy tylko dotarli na brzeg bagniska, ich oczom ukazały się wymierzone w nich hiszpańskie działa, które znajdowały się na drugim jego końcu. Na sam początek — dla odstraszenia przeciwnika — Hiszpanie oddali kilka ostrzegawczych salw. Nie na tyle silnych jednak, żeby przestraszyli się ich zahartowani w niejednym boju piraci.

Nagle dały się słyszeć wojenne okrzyki Czarnego Korsarza i Michała Baska:

— Naprzód, wilki morskie!

Piraci, słysząc zagrzewające do boju zawołanie swoich dowódców, zaczęli budować z przytaszczonych ze sobą belek i gałęzi pomost, po którym mogliby przedostać się na drugą stronę grzęzawiska. Jednocześnie w ogóle nie zważali na nieprzyjacielskie działa, które z minuty na minuty intensyfikowały ostrzał, w wyniku którego co chwila dookoła wzbijały się w powietrze fontanny wody zmieszanej z błotem.

Przeprawa przez bagna stawała się z każdym krokiem coraz bardziej niebezpieczna. Kładka, którą na bieżąco budowali, była zbyt mała, żeby mogli się po niej przedostać wszyscy. Piraci spadali z belek, zapadając się w bagno po sam pas. I gdyby nie ich towarzysze broni, trudno by im się było z niego wydostać. W dodatku, jakby tego było mało, zabrali ze sobą niewystarczające zapasy drewna do wybudowania mostu niezbędnego do przeprawy na drugą stronę mokradeł.

Musieli więc raz po raz zanurzać się w bagnie i układać kładkę na bieżąco, wykorzystując te belki, po których już przeszli. Przy silnym, nieprzerwanym ostrzale nieprzyjacielskim było to nie tylko trudne, ale i niebezpieczne ze względu na muliste dno, w którym coraz bardziej się zapadali.

Tymczasem Hiszpanie wzmogli ostrzał. Kule świstały między trzcinami, cięły je i siekały, wzbijając do góry fontanny błotnistej lawy i kładąc trupem żołnierzy znajdujących się na pierwszej linii natarcia, pozbawionych jakiejkolwiek skutecznej możliwości obrony, wszak mieli oni przy sobie zaledwie pistolety, których zasięg był niewystarczający.

Czarny Korsarz i Michał Bask zachowali jednak pośród tego bitewnego zgiełku zimną krew. Nie tylko zagrzewali okrzykami swoich ludzi do walki, ale wspomagali ich także własnym przykładem, dodawali otuchy rannym, ustawicznie się przemieszczali — raz dopingowali tych, którzy byli na samym przedzie, po czym cofali się i wspierali tych, którzy nieśli drzewne pnie i grube gałęzie, wskazując im osłonięte roślinnością miejsca, w których mogliby się schronić przed ostrzałem, nie narażając się na pewną śmierć.

Mimo że piraci zaczęli już powoli powątpiewać w powodzenie tej wyprawy, uważając ją za prawdziwe szaleństwo, nie tracili ducha walki i uparcie nacierali, przekonani, że aby przełamać opór Hiszpanów, wystarczy przedostać się na drugi koniec grzęzawiska.

Nieprzerwany ostrzał dziesiątkował pierwsze szeregi. Ponad tuzin piratów dokonało żywota trafionych armatnią kulą i wchłoniętych przez bagniska, ponad dwudziestu natomiast odniosło rany i szukało schronienia za trzcinami i naniesionymi belkami drewna. Mimo tego nie słychać było narzekań, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, żeby się poddać. Zagrzewali do boju kolejnych nadchodzących kamratów.

— Naprzód! Pomścijcie nas!

Zuchwałość, godny podziwu upór, odwaga i wspaniała postawa dowódców musiały wziąć górę nad przeszkodami i przełamać w końcu opór Hiszpanów. Stanęli w końcu na twardym gruncie, choć nie obyło się bez kolejnych ofiar.

Przygotowywali się właśnie do natarcia na stanowiska strzelnicze Hiszpanów. Nic i nikt nie było już w stanie powstrzymać furii spragnionych zemsty korsarzy. Żadne działa, nawet największe i najcięższe, nie były już w stanie ich odeprzeć.

Trzymając w jednej ręce szable, a w drugiej pistolety, piraci z impetem zaczęli natarcie na fortyfikacje. W jednej chwili rozpętało się piekło.

Pierwsze szeregi nacierających padły trafione serią z muszkietów, lecz następne rzuciły się do walki, położyły trupem kanonierów, stratowały żołnierzy broniących dostępu do fortu, choć jego załoga próbowała jeszcze stawiać zacięty opór.

Gromkie „hurra!” było sygnałem dla Franciszka l'Olonnais, że pierwsza, być może najważniejsza przeszkoda, została właśnie pokonana.

Ich radość jednak nie trwała długo. Czarny Korsarz i Michał Bask, którzy czym prędzej zwołali naradę, żeby zastanowić się nad dalszym planem ataku, uświadomili sobie, że mieli przed sobą kolejną przeszkodę.

Za niewielkim lasem zauważyli łopoczącą na wietrze flagę Hiszpanów, zwiastującą obecność kolejnego fortu lub stanowiska obronnego.

— Na śmierć wszystkich Basków! — krzyknął wściekły Michał Bask. — Kolejny twardy orzech do zgryzienia! Ten przeklęty dowódca Gibraltaru naprawdę chce nas zetrzeć na miazgę! Co ty na to, przyjacielu?

— Wydaje mi się, że nie warto się wycofywać.

— Ponieśliśmy już za dużo szkód.

— Wiem.

— A nasi ludzie są wykończeni.

— Dajmy im chwilę wytchnienia, a potem przypuścimy natarcie na kolejne stanowisko.

— Myślisz, że mają działa?

— Tak sądzę.

— A co z Franciszkiem l'Olonnais, który dotarł już do głównej twierdzy?

— Nie słyszałem żadnych wystrzałów od strony gór, więc pewnie dotarł na miejsce, nie napotkawszy żadnego oporu.

— Szczęściarz z niego, jak zwykle.

— Miejmy nadzieję, Michale, że nam też szczęście będzie sprzyjać.

— Co teraz robimy?

— Wyślemy mały oddział zwiadowczy.

— Chodźmy, przyjacielu. Nasi ludzie nie powinni za bardzo ostygnąć.

Weszli na sąsiadujące z lasem wzniesienie i zebrali oddział gotowy pójść na zwiady w pobliże stanowiska nieprzyjaciela.

Zwiadowcom towarzyszył oddział bukanierów, który miał ich ochraniać na wypadek zasadzki.

Piraci właśnie kończyli budowę kolejnej kładki, gdy zwiadowcy i bukanierzy wrócili. Przynieśli raczej złe wieści: Hiszpanie wycofali się wprawdzie z lasu, ale utrzymali stanowisko na równinie, a broniły go liczne działa i dobrze uzbrojony regiment. I żeby przedostać się dalej, trzeba było najpierw stawić im czoło i ich pokonać. Nie było natomiast wiadomo, co się dzieje z Franciszkiem l'Olonnais i jego oddziałami, zwiadowcy nie słyszeli żadnych strzałów.

— Naprzód, moje dzielne wilki morskie! — wykrzyknął Czarny Korsarz, wyjmując z pochwy szpadę. — Jeśli pokonaliśmy pierwsze stanowisko, na pewno nie cofniemy się przed kolejnym.

Piratom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Prowadziła ich jedna, uporczywa myśl — zdobyć Gibraltar. Niewielki oddział został na tyłach, by opatrzyć rannych, pozostali zapuścili się w leśny gąszcz i dziarskim krokiem maszerowali naprzód, niecierpliwie wyglądając wroga.

Na swej drodze nie napotkali żadnych niespodzianek, nikogo, kto stawiłby im opór. Jednak widok tego, co ujrzeli po wyjściu z lasu wprost na równinę sprawił, że oniemieli ze zdumienia: stanowisko nieprzyjaciela wyglądało doprawdy imponująco.

Nie było to zwyczajne umocnienie, ale prawdziwy fort, otoczony fosami, palisadą i kamiennym murem, z którego wystawało osiem dział.

Także Czarny Korsarz i Michał Bask wyglądali na mocno zaskoczonych.

— A to jeszcze twardszy orzech do zgryzienia od poprzedniego — powiedział Michał Bask do Czarnego Korsarza. — Nie będzie łatwo przedostać się przez równinę.

— Ale odwrót też przecież nie wchodzi w rachubę, biorąc pod uwagę, że Franciszek l'Olonnais zaczyna już oblegać główną twierdzę. Poza tym poczytano by nam to za tchórzostwo.

— Gdybyśmy chociaż mieli jakieś działo…

— Wykorzystamy to, które znajduje się na zdobytym przez nas stanowisku. Do ataku!

Czarny Korsarz, nie patrząc wcale, czy ktoś za nim biegnie, rzucił się z impetem przed siebie.

W pierwszej chwili piraci się zawahali. Widząc jednak, że zaraz za Czarnym Korsarzem pobiegli do ataku także Michał Bask, Van Stiller, Carmaux i Moko, otrząsnęli się z wątpliwości i ruszyli przed siebie, wnosząc na całe gardło bojowe okrzyki.

Hiszpanie broniący fortu odczekali, aż piraci podejdą na odległość mniej więcej tysiąca kroków, po czym rozpoczęli ostrzał.

Jego efekt okazał się tragiczny w skutkach. Zaczęła się prawdziwa rzeź. Wszyscy ci, którzy biegli w pierwszym szeregu, padli od razu trupem. Pozostali z kolei przestraszyli się i zaczęli się wycofywać, pomimo zagrzewających do walki okrzyków dowódców.

Kilka oddziałów próbowało się jeszcze przegrupować, ale i one musiały ustąpić pod naporem nieprzyjacielskiego ostrzału i rozpocząć odwrót w kierunku mokradeł.

Czarny Korsarz jednak się nie wycofał. Uformował niewielki, składający się z tuzina ludzi oddział, który zasilili między innymi Carmaux, Van Stiller i Moko. Postępowali naprzód truchtem, chowając się w porastających boki równiny krzewach, aż przedostali się do samego podnóża wzniesienia.

Wtedy też dobiegły ich odgłosy kanonady z dwóch twierdz broniących dostępu do Gibraltaru. Było już pewne: piraci pod wodzą Franciszka l'Olonnais przystąpili do oblężenia.

— Przyjaciele! — wykrzyknął. — Franciszek l'Olonnais szturmuje miasto. Naprzód, moje dzielne wilki morskie!

— Idziemy wziąć udział w kolejnym przyjęciu — powiedział Carmaux.

— Miejmy nadzieję, że na tamtym zatańczą tak, jak my im zagramy.

Choć wszyscy byli śmiertelnie zmęczeni, zaczęli wspinać się po zboczu, karczując tarasujące im drogę krzaki i osty.

Dwie potężne twierdze broniące dostępu do Gibraltaru rozpoczęły kanonadę: Hiszpanie zauważyli natarcie Franciszka l'Olonnais i przystąpili do desperackiej obrony. Na ostrzał z dział piraci pod wodzą tegoż odpowiadali okrzykiem bojowym, być może chcieli dać do zrozumienia nieprzyjacielowi, że było ich więcej niż w rzeczywistości. Nie mając muszkietów do obrony, chcieli przestraszyć obrońców twierdzy swoimi okrzykami.

Kule armatnie spadały gdzie bądź, docierały nawet do samego podnóża wzniesienia. Potwornie świszczały, przelatując nad głowami, a poza tym ścinały roślinność i stuletnie drzewa, które waliły się z łoskotem na ziemię.

Czarnemu Korsarzowi bardzo zależało, żeby jak najszybciej dołączyć do szturmu i wesprzeć w walce Franciszka l'Olonnais. Szczęśliwie udało mu się znaleźć przetarty szlak, dzięki czemu w ciągu niespełna pół godziny znalazł się na tyłach jego oddziałów.

— Gdzie jest wasz dowódca? — zapytał Czarny Korsarz.

— Na skraju lasu — usłyszał w odpowiedzi.

— Atak już się zaczął?

— Czekamy na odpowiedni moment, na razie nie chcemy się za bardzo narażać, bo nas wybiją jak kaczki.

— Prowadźcie mnie do niego!

Dwaj piraci odłączyli się od pozostałych i zaprowadzili Czarnego Korsarza do miejsca, w którym zatrzymał się wraz z innymi dowódcami Franciszek l'Olonnais.

— Do stu piorunów! — nie krył radości pirat. — Oto posiłki, które przychodzą w porę.

— Niestety bardzo wątłe posiłki — odpowiedział na to Czarny Korsarz. — Przyprowadziłem ci zaledwie dwunastu ludzi.

— Dwunastu? — zdumiał się pirat i zbladł. — A gdzie pozostali?

— Wróg zepchnął ich na mokradła, ponieśliśmy bardzo duże straty.

— Do stu piorunów! A ja właśnie na nich liczyłem.

— Być może ponownie zaatakowali stanowisko Hiszpanów, aby otworzyć sobie drogę pod mury miasta, a być może udało im się je obejść. Przed chwilą słyszałem ostrzał z dział na równinie.

— Nieważne. Tymczasem przypuścimy atak na większą twierdzę.

— A jak się dostaniemy do środka? Przecież nie posiadamy drabin.

— To prawda, ale mam nadzieję skłonić Hiszpanów do opuszczenia twierdzy.

— Niby jak?

— Symulując atak i nagły zwrot. Uprzedziłem już ludzi o swoim zamiarze.

— A zatem na co jeszcze czekamy? Do ataku!

— Piraci z Tortugi! — krzyknął Franciszek l'Olonnais. — Za mną!

Oddziały piratów, które do tej pory siedziały w ukryciu pod drzewami lub między krzakami, gdzie schroniły się przed bezlitosnym, nieprzerwanym ostrzałem dział z dwóch twierdz, na rozkaz swojego dowódcy rzuciły się w stronę równiny.

Franciszek l'Olonnais i Czarny Korsarz przejęli dowództwo nad bitwą, wysunęli się na czoło szturmujących oddziałów i biegli co sił, chcąc oszczędzić swoim żołnierzom największych strat.

Hiszpanie stojący na straży tej twierdzy, która pełniła ważniejszą pod względem militarnym rolę i była lepiej uzbrojona, na widok rozpędzonych oddziałów otworzyli ogień i bronili się, jak tylko mogli. Jednak chyba już na próżno. Piraci wspinali się po pochyłej skarpie, rażąc ogniem pistoletów Hiszpanów. Niektórym — choć wielu z nich poległo — udało się dobiec do murów.

Nagle zabrzmiał donośny głos Czarnego Korsarza:

— Wilki morskie! Wycofujemy się!

Piraci, których położenie było skazane na porażkę — nie dysponowali ani drabinami, ani działami, Hiszpanie zaś stawiali zaciekły opór — porzucili swoje zamiary, po czym, nie wypuszczając broni z rąk, uciekli w stronę nieodległego lasu.

Obrońcy fortu, przekonani, że teraz z łatwością zdepczą wroga, zaniechali dalszego ostrzału z dział i szybko opuścili mosty zwodzone, otwierając drogę gotowej do natarcia piechocie. Na to tylko czekał Franciszek l'Olonnais.

Uciekający w udawanym popłochu piraci nagle wykonali w tył zwrot i rzucili się na przeciwnika.

Wzięci z zaskoczenia Hiszpanie, nie spodziewając się takiego zwrotu akcji, zaczęli się wycofywać. Po chwili jednak się zatrzymali i odwrócili w stronę przeciwnika, obawiali się bowiem, że jeśli nie spróbują zatamować wezbranej fali szturmu jeszcze przed murami, ta wleje się do środka twierdzy wraz z nimi.

Roztaczająca się przed Gibraltarem równina stała się teatrem krwawego starcia. Zarówno piraci, jak i Hiszpanie walczyli zajadle, wyżynając się nawzajem szablami i strzelając z pistoletów, podczas gdy obrońcy stojący na blankach fortu siekli żelastwem na chybił trafił, kosząc zarówno swoich ludzi, jak i przeciwnika. Hiszpanie, którzy pod względem liczebnym dwukrotnie przewyższali siły piratów, byli już bliscy odparcia przeciwnika i uratowania miasta, kiedy na pole walki wkroczył Michał Bask, któremu udało się przedostać przez puszczę porastającą góry.

To właśnie tych trzystu ludzi zdecydowało o losach bitwy.

Pod naporem przeciwnika Hiszpanie uciekali z pola bitwy i szukali schronienia w twierdzy, ale wraz z nimi wbiegli do środka także piraci, na czele z Franciszkiem l'Olonnais, Czarnym Korsarzem i Michałem Baskiem, którzy cudem wyszli z tego starcia bez szwanku czy choćby najmniejszego draśnięcia.

Hiszpanie nie dawali za wygraną i nadal zajadle się bronili w murach twierdzy. Woleli chwalebnie polec w walce niż patrzeć, jak wrogowie ściągają z masztu flagę Hiszpanii.

Czarny Korsarz wbiegł na dziedziniec i próbował przedostać się przez szeregi zażarcie walczących w obronie Gibraltaru żołnierzy.

Ostrzem szpady przeszył kilku arkebuzerów, którzy stanęli mu na drodze, po czym ujrzał biegnącego ku niemu mężczyznę, ubranego w eleganckie szaty, w szarym kapeluszu z długim strusim piórem.

— Broń się, panie! — krzyknął ów jegomość, dobywając swej lśniącej szpady. — Już po tobie!

Czarny Korsarz skończył właśnie pojedynek z dowódcą arkebuzerów, który właśnie konał u jego stóp. Na widok nadbiegającego mężczyzny wykrzyknął zdumiony:

— To ty, hrabio?

— We własnej osobie — odpowiedział Kastylijczyk, wymachując swą długą szpadą. — Broń się, bo czasy przyjaźni już się skończyły. Ty walczysz po stronie piratów, ja bronię flagi Kastylii.

— Pozwól mi przejść, hrabio — odpowiedział Czarny Korsarz, próbując się przedostać przez tłum walczących ze sobą Hiszpanów i piratów.

— Nie, panie, jeśli chcesz, będziesz musiał mnie zabić — odpowiedział zdecydowanym tonem Kastylijczyk.

— Hrabio, nie stawiaj oporu, pozwól mi przejść, nie zmuszaj mnie do pojedynku. Jeśli chcesz się bić, za moimi plecami masz setki piratów. Ja winny ci jestem wyrazy uznania, a nie śmiercionośną szpadę.

— Nie, panie wyrównaliśmy już rachunki. Nie opuścicie tej flagi, zanim ostatni z nas — ja, dowódca twierdzy i jego ludzie — nie polegniemy w jej obronie.

Po tych słowach porwał się na Czarnego Korsarza i zaczął go atakować.

Czarny Korsarz zdawał sobie sprawę, że hrabia Lermy nie dorównuje mu w fechtunku i wcale nie zamierzał pozbawiać życia tego zacnego i wielkodusznego szlachcica. Zrobił więc dwa kroki do tyłu i raz jeszcze krzyknął dla ostrzeżenia:

— Proszę cię, nie zmuszaj mnie, panie, żebym cię zabił!

— Walcz! — krzyknął z uśmiechem hrabia. — Walcz, panie Ventimiglii!

Dookoła nich toczyła się krwawa walka, żołnierze krzyczeli i przeklinali, słychać było jęki rannych i wystrzały z muszkietów i pistoletów. W tym bitewnym ferworze stanęli do walki także oni dwaj gotowi zabić i dać się zabić.

Hrabia atakował z dużą determinacją, wyprowadzając cios za ciosem, jednak Czarny Korsarz z wprawą parował wszystkie. Obaj wyciągnęli też sztylety, żeby skuteczniej odpierać ciosy szpadą. Raz nacierał jeden, raz drugi, raz jeden robił kilka kroków do przodu, a drugi się cofał, by po chwili przejść do ofensywy. Trudno im się walczyło, brodzili we krwi, która spływała już po całym dziedzińcu, musieli więc bardzo ostrożnie stawiać stopy, żeby się nie poślizgnąć.

W pewnym momencie Czarny Korsarz, który nie miał zamiaru zabijać kastylijskiego szlachcica, jednym ciosem wytrącił z jego rąk szpadę, w podobny sposób, w jaki uczynił to w domu notariusza.

Tuż obok hrabiego — jak się miało okazać na całe jego nieszczęście — dogorywał pokonany wcześniej przez Czarnego Korsarza dowódca arkebuzerów. Hrabia doskoczył do niego w mgnieniu oka, wyrwał z jego zaciśniętych dłoni szpadę i znów rzucił się na Czarnego Korsarza. Dokładnie w tej samej chwili napatoczył się jeden hiszpański żołnierz. Czarny Korsarz, zmuszony teraz stawić czoła dwóm przeciwnikom jednocześnie, nie miał już więcej skrupułów i nie zamierzał już nikogo oszczędzać.

Jednym silnym ciosem powalił na ziemię żołnierza, a następnie odwrócił się do atakującego go z boku hrabiego, po czym doskoczył do niego i wbił ostrze szpady w sam środek piersi tak, że wyszło plecami.

— Hrabio! — krzyknął Czarny Korsarz, chwytając przeciwnika w ramiona, zanim ten osunął się na ziemię. — Wcale nie cieszy mnie ta wygrana, ale sam się o to prosiłeś!

Kastylijczyk, który przeszyty szpadą zbladł jak ściana i zamknął oczy, nagle je otworzył i spojrzał na Czarnego Korsarza, po czym ze smutnym uśmiechem rzekł:

— Los tego chciał, panie. Przynajmniej… nie będę musiał patrzyć… jak flaga Hiszpanii… spada na ziemię…

— Carmaux, Van Stiller! Pomocy! — krzyknął Czarny Korsarz.

— To na nic, panie — odparł hrabia półprzytomnie, gasnącym już głosem. — Ja umieram, żegnaj, mój panie… i…

Lecz urwał w pół zdania, a struga krwi wypłynęła mu z ust. Zamknął oczy, uśmiechnął się po raz ostatni, po czym wyzionął ducha.

Czarny Korsarz, wzruszony bardziej, niż mógł przypuszczać, położył ciało hrabiego na ziemi, złożył pocałunek na jego jeszcze letnim czole, z westchnieniem pochwycił jego ociekającą krwią szpadę, po czym rzucił się w sam środek toczącej się wokoło bitwy i głosem, który łamał mu się ze wzruszenia, krzyknął:

— Do mnie, wilki morskie!

Wewnątrz twierdzy trwała jeszcze zajadła walka.

Na blankach, na wieżach, na korytarzach, w salach i w kazamatach, wszędzie Hiszpanie walczyli jeszcze ze wściekłością, która mieszała się z rozpaczą. Stary, waleczny dowódca Gibraltaru i wszyscy jego oficerowie polegli, ale szeregowi żołnierze nie składali broni.

Rzeź trwała jeszcze około godziny, garstka obrońców otoczyła kręgiem flagę swojej dalekiej ojczyzny. Nie chcieli się poddać, przyszło im więc wszystkim polec.

Podczas gdy piraci pod wodzą Franciszka l'Olonnais zajmowali pierwszą twierdzę, Michał Bask szturmował drugą, zmuszając obrońców do kapitulacji, ale w zamian darując im życie.

Trwająca od samego rana walka zakończyła się o godzinie drugiej porażką Hiszpanów. Pochłonęła życie czterystu Hiszpanów i stu dwudziestu piratów, z których wielu poległo jeszcze w lesie, pozostali podczas oblężenia twierdzy, której tak walecznie bronił gubernator Gibraltaru.