Rozdział V. Ciało na szubienicy

Zanim Czarny Korsarz z dwoma towarzyszami powrócił na Plaza de Granada, zapadły już takie ciemności, że nie można było dostrzec człowieka z odległości dwudziestu kroków.

Spowijającą plac głęboką ciszę przerywało tylko od czasu do czasu złowieszcze krakanie urubu pilnujących piętnastu wiszących ciał. Nie było słychać nawet kroków strażnika pełniącego wartę przed gubernatorskim pałacem, wzdłuż którego fasady stały szubienice.

Czarny Korsarz, Carmaux i Moko szli ostrożnie i powoli, trzymając się blisko murów i kryjąc się za pniami palm. Mając oczy i uszy szeroko otwarte, niespokojnie ściskając w rękach — kapitan szpadę, a pozostali dwaj szable, usiłowali niepostrzeżenie przedostać się do powieszonych kamratów.

Gdy zalegającą w mieście ciszę raz na jakiś czas przerywał złowrogi podejrzany hałas, wówczas przystawali na chwilę w cieniu drzew lub pod ciemnymi sklepieniami wieńczącymi bramy budynków i czekali niespokojnie, aż zagrożenie minie.

Zaledwie kilka kroków dzieliło ich od szubienicy, na której wisiał owiewany nocną bryzą, prawie nagi Czerwony Korsarz, gdy wtem kapitan wskazał kompanom postać poruszającą się w pobliżu pałacu gubernatora.

— Niech mnie niech mnie żarłacz ludojad połknie! — wymamrotał Carmaux. — Przeklęty strażnik! Ten człowiek gotów zepsuć nam cały plan.

— Moko jest silny — odparł Murzyn. — Moko pójdzie i porwie strażnika.

— Który podziurawi cię szpadą…

Murzyn uśmiechnął się, ukazując dwa rzędy białych niczym kość słoniowa zębów, a ostrych tak, że niejeden rekin mógłby mu ich pozazdrościć, po czym rzekł:

— Moko jest przebiegły i umie się poruszać bezszelestnie jak węże, które zaklina.

— Idź! — powiedział Czarny Korsarz. — Zanim zdecyduję, czy cię zabrać ze sobą, chcę się przekonać, ile jesteś wart.

— Zaraz się przekonasz, mój panie. Schwytam tego człowieka tak, jak swego czasu chwytałem żararaki.

Odwiązał sobie od pasa wypleciony ze skóry lekki, zakończony pętlą sznur, którym posługiwali się meksykańscy vaqueros przy łapaniu byków, po czym oddalił się bezszelestnie.

Ukryty za pniem palmy Czarny Korsarz przyglądał mu się uważnie, być może podziwiał odwagę tego człowieka, który prawie zupełnie bezbronny miał stawić czoło dobrze uzbrojonemu i gotowemu na wszystko żołnierzowi.

— Nie wie, co to strach — odezwał się Carmaux.

Czarny Korsarz skinął tylko głową na potwierdzenie, ale nic nie powiedział. Nie spuszczał wzroku z tubylca, który czołgał się po ziemi niczym wąż, z każdą chwilą coraz bardziej przybliżając się do pałacu gubernatora.

Uzbrojony w halabardę i przypasaną do boku szablę wartownik maszerował teraz w kierunku pałacowych drzwi.

Moko, gdy tylko zauważył, że strażnik odwrócił się do niego plecami, zaczął czołgać się jeszcze szybciej, trzymając lasso w zaciśniętej dłoni. Gdy odległość między nimi zmalała do dwunastu kroków, porwał się z ziemi, zakręcił kilkukrotnie liną w powietrzu i pewnym ruchem zarzucił pętlę. Rozległ się cichy świst, a chwilę później stłumiony okrzyk. Wartownik upuścił halabardę i wywijając rękami i nogami na wszystkie strony, runął na ziemię.

Moko dopadł do niego jednym tygrysim skokiem, błyskawicznie zakneblował mu usta, po czym związał go czerwonym sznurem, który nosił przy boku. A na koniec podniósł go z taką łatwością, jakby to był chłopiec, a nie dorosły mężczyzna.

— Jest twój — rzekł Moko, rzucając jeńca do stóp kapitana.

— Zuchwały jesteś — odparł Czarny Korsarz. — Przywiąż go do drzewa i chodź za mną.

Moko usłuchał. Z pomocą Carmaux wykonał polecenie, po czym obaj dołączyli do kapitana, który przyglądał się dyndającym na sznurach ciałom.

Czarny Korsarz stał naprzeciw pirata ubranego w czerwień. Okrutnie z niego zadrwiono, wtykając mu w usta niedopalone cygaro.

Na ten widok Czarnemu Korsarzowi wyrwał się z piersi przerażający okrzyk.

— Przeklęci! — wycedził. — I jeszcze musieli go na koniec upokorzyć!

Podobny do wycia dzikiego zwierza krzyk Czarnego Korsarza przeszedł w rozdzierający szloch.

— Nie załamuj się, kapitanie! — wzruszony Carmaux próbował podnieść na duchu swojego dowódcę.

Czarny Korsarz ruchem ręki wskazał na powieszone ciało.

— Robi się, kapitanie — rzekł Carmaux.

Moko, z pirackim nożem w zębach, wspiął się na rusztowanie. Jednym ruchem przeciął sznur i zaczął wolno opuszczać ciało w dół. Carmaux stanął pod nim. Choć ciało Czerwonego Korsarza zaczęło się już rozkładać, pirat delikatnie chwycił je w ramiona, a następnie owinął w rozłożoną na ziemi czarną pelerynę swojego kapitana.

— Chodźmy — rzekł Czarny Korsarz, wzdychając. — Zrobiliśmy, co do nas należało. Ocean czeka na ciało jednego ze swych nieustraszonych synów.

Murzyn podniósł owiniętego w pelerynę nieboszczyka, po czym wszyscy trzej, pogrążeni w smutku i ciszy, opuścili plac. Na jego skraju Czarny Korsarz odwrócił się i spojrzał po raz ostatni na czternastu piratów, których ciała posępnie majaczyły w ciemnościach, i rzekł smutnym głosem:

— Żegnajcie, odważni nieszczęśnicy, żegnajcie, kamraci Czerwonego Korsarza! Piracka brać wkrótce pomści waszą śmierć.

Skierował ogniste spojrzenie na górujący nad placem pałac gubernatora i dodał smutno:

— Van Gould, pomiędzy tobą a mną jest tylko śmierć!

Ruszyli w drogę. Chcieli jak najszybciej wydostać się z Maracaibo i dotrzeć do brzegu morza, by wrócić na korsarski statek. Nie powinni byli dłużej tam przebywać, po nieprzyjemnej przygodzie w karczmie stracili pewność siebie.

Minęli trzy lub cztery całkowicie opustoszałe ulice, gdy Carmaux, który szedł na przedzie, dostrzegł nagle wpółukryte pod ciemnymi arkadami ludzkie cienie.

— Wolniej! — powiedział po cichu, odwracając się w stronę kompanów. — Jeśli mnie wzrok nie myli, to chyba ktoś się na nas zaczaił.

— Gdzie? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tam, pod arkadami.

— Czyżby ludzie z karczmy?

— Do stu zdechłych wielorybów! A jeśli to Baskowie ze swoimi navajami?

— Damy im radę, słono nam zapłacą za tę zasadzkę — powiedział Czarny Korsarz, dobywając szpady.

— Mój kordelas pokaże im, kto tu rządzi! — odparł Carmaux.

Trzej mężczyźni, owinięci w obszerne peleryny, najpewniej serape, stanęli na czatach po prawej stronie ulicy, a dwaj pozostali, do tej pory ukryci za porzuconym wozem, zamykali przejście z lewej strony.

— To Baskowie — potwierdził Carmaux. — Widzę, jak błyszczą im navajas u pasa.

— Ty zajmij się tymi dwoma po lewej, ja biorę na siebie tych z drugiej strony — rozkazał Czarny Korsarz. — A ty, Moko, zajmij się moim bratem, weź ciało i wynieś je stąd. I zaczekaj na nas na skraju dżungli.

Baskowie ściągnęli serape i owinęli nimi lewe ramiona, po czym wyciągnęli długie noże o ostrzu tak ostrym, jak klinga szpady.

— Czyli jednak! — powiedział Bask, którego Carmaux poturbował w karczmie. — Nie pomyliliśmy się.

— Z drogi! — krzyknął Czarny Korsarz i wysunął się przed swoich kamratów.

— Wolnego, caballero — odparł Bask i postąpił krok naprzód.

— Czego chcesz?

— Zaspokoić naszą ciekawość.

— To znaczy?

— Dowiedzieć się kim jesteś, caballero.

— Człowiekiem, który zabija tych, co mu wchodzą w drogę — dumnie odparł Czarny Korsarz, postępując naprzód ze szpadą zaciśniętą w dłoni.

— Zatem powiem ci, caballero, że my się wcale nie boimy i nie damy się zaszlachtować jak ten biedak, którego przygwoździłeś do muru. Podaj swoje imię i tytuły albo inaczej nie opuścicie Maracaibo żywi. Jesteśmy w służbie jego mości gubernatora i odpowiadamy za osoby, które przechadzają się po ulicy o tak później porze.

— Jeśli chcecie je poznać, podejdźcie i zapytajcie — odparł Czarny Korsarz, błyskawicznie przybierając postawę en garde, po czym dodał: — Carmaux, bierz tych dwóch po prawej.

Pirat dobył kordelasa i zaczął nim wymachiwać, podchodząc jednocześnie w stronę dwóch przeciwników, którzy zagradzali przejście po drugiej stronie chodnika.

Baskowie ani drgnęli. Stali w bezruchu na lekko rozstawionych nogach, w pozycji, która pozwoliłaby im sparować każdy cios. Lewe dłonie zaciskali na pasie, w prawicach trzymali navajas, opierając kciuk na szerszej stronie ostrza. Oczekiwali w gotowości na dogodny moment do odparcia przeciwnika.

Najprawdopodobniej byli to tak zwani diestros, czyli najemnicy obyci w pojedynkach, za pan brat z najkrwawszymi walkami; nieobce im były najstraszliwsze ciosy, jak javeque, czyli nikczemne cięcie, które oszpecało twarz, czy straszne desjarretazo, pchnięcie zadane w plecy przeciwnika na wysokości ostatniego żebra i rozcinające kręgosłup.

Czarny Korsarz, widząc, że przeciwnicy nie zamierzają atakować, zniecierpliwiony, że nie może utorować sobie przejścia, z prędkością błyskawicy runął na trzech wrogów stojących przed nim, rozdając ciosy na prawo i na lewo, podczas gdy Carmaux rzucił się na dwóch pozostałych, tnąc szablą jak szalony.

Zuchwali napastnicy wcale się nie przestraszyli. Z niezwykłą zręcznością odskakiwali do tyłu, parując ciosy raz długimi ostrzami swoich noży, raz za pomocą owiniętych wokół lewego ramienia serape.

Obaj piraci zorientowali się prędko, że mają przed sobą niebezpiecznego przeciwnika i stali się ostrożniejsi.

Gdy jednak ujrzeli, że Moko bezpiecznie oddalił się z ciałem nieboszczka Czerwonego Korsarza i zniknął w spowitej mrokiem ulicy, z całą zajadłością rzucili się na nieprzyjaciół, chcieli bowiem jak najszybciej rozstrzygnąć sprawę, zanim zwabione odgłosami walki straże przybędą Baskom na pomoc.

Czarny Korsarz, którego szpada przewyższała długością navajas i który we władaniu nią mógł poszczycić się wyjątkowymi umiejętnościami, narzucał wrogom warunki toczonego pojedynku. Kordelas Carmaux z kolei był wyraźnie krótszy i pirat musiał więc mieć się na baczności i co rusz powracać do pozycji wyjściowej.

Siedmiu mężczyzn było pochłoniętych zawziętą walką. Rozdawali i parowali ciosy, wysuwali się naprzód, cofali, uskakiwali na prawo i na lewo, a ostrza ich oręża krzyżowały się ze szczękiem.

W pewnym momencie jeden z Basków stracił na chwilę równowagę, potknął się, nieopatrznie odsłaniając pierś. Wówczas Czarny Korsarz błyskawicznie doskoczył do przeciwnika, zadając mu decydujący cios.

Ugodzony szpadą Bask padł bez życia na ziemię.

— Pierwszy! — krzyknął Czarny Korsarz do pozostałych. — Następny proszę!

Pozostali dwaj Baskowie wcale się nie ulękli. Nie cofając się ani o krok, stali przez chwilę niewzruszeni naprzeciw pirata. Raptem zwinniejszy z nich pochylił głowę ku ziemi, wysunął do przodu owinięte serape ramię i ruszył do ataku, zupełnie jakby chciał zadać groźny cios w parte baja, czyli w podbrzusze. Odpowiednio wymierzony rozpruwa wnętrzności. To była jednak tylko zmyłka, bowiem Bask niespodziewanie się wyprostował, uskoczył w bok, zamierzając zajść przeciwnika od tyłu, by wyprowadzić desjaretazzo, wspomniane już śmiertelne pchnięcie w plecy.

Czarny Korsarz jednak uchylił się z kocią zwinnością, po czym rzucił się do przodu z wyciągniętą szpadą, lecz jej ostrze utknęło w owijającym ramię przeciwnika serape. Próbował na powrót ustawić się w pozycji do ataku, dogodnej do parowania ciosów, które teraz zadawał mu drugi z Basków, gdy nagle z jego piersi wyrwał się krzyk wściekłości.

Ostrze szpady złamało się w połowie pod naporem ramienia wroga, który szykował się do zadania mu desjaretazzo.

Odskoczył w tył, wymachując resztką szpady i krzyknął:

— Carmaux! Do mnie!

Mimo że wiernemu kamratowi nie udało się jeszcze pokonać przeciwników, którzy pod naporem jego ataku cofnęli się do skrzyżowania ulic, przywołany rozkazem Czarnego Korsarza przybiegł w okamgnieniu.

— Do stu zdechłych wielorybów! — zagrzmiał. — Wpadliśmy w tarapaty. Jeśli zdołamy przepędzić tę sforę wściekłych psów, będzie to nie lada wyczyn.

— Odstrzelimy przynajmniej dwóch z tych łajdaków — odparł Czarny Korsarz, ładując w pośpiechu wyciągnięty zza pasa pistolet.

Już zamierzał strzelić do tego, który stał najbliżej, gdy nagle ujrzał ogromny cień spadający na czterech przeciwników, którzy chwilę wcześniej — pewni swojego zwycięstwa — zdążyli zbić się w zwartą grupę. Uzbrojony w pokaźnych rozmiarów kij mężczyzna zjawił się w samą porę.

— Moko! — wykrzyknęli jednocześnie Czarny Korsarz i Carmaux.

Murzyn nie odezwał się ani słowem. Uniósł kij i zaczął grzmocić wrogów na oślep, w mgnieniu oka powalając wszystkich nieszczęśników na ziemię. Jednemu rozkwasił głowę, innemu pogruchotał żebra.

— Dzięki ci, przyjacielu! — krzyczał Carmaux. — Do stu piorunów! Co za jatka!

— Uciekajmy! — rzekł Czarny Korsarz. — Nic tu po nas.

Z okien okolicznych domów wyjrzało kilku ciekawskich mieszkańców, których wybudziły ze snu jęki i krzyki rannych.

Dwaj piraci i Moko wzięli nogi za pas i zniknęli za najbliższym zakrętem.

— Gdzie zostawiłeś ciało? — zapytał Czarny Korsarz.

— Jest za murami miasta.

— Dziękuję za pomoc.

— Pomyślałem, że mogę wam się przydać i wróciłem najszybciej, jak mogłem.

— Czy po drodze natrafiłeś na jakieś patrole?

— Nie widziałem nikogo.

— Musimy się zatem szybko wycofać, nim się ktoś zjawi — powiedział Czarny Korsarz.

Już mieli wyruszyć w dalszą drogę, gdy Carmaux, wysłany przodem na zwiady, zawrócił prędko i rzekł:

— Panie kapitanie, zbliża się patrol!

— Skąd?

— Z tamtej uliczki.

— Pójdziemy inną. Miejcie broń w pogotowiu, przyjaciele. Naprzód! Carmaux, wróć na plac po nóż zabitego przeze mnie Baska. Skoro nie ma nic innego pod ręką, nie pogardzę nawet navają.

— Jeśli pozwolisz, oddam ci swój kordelas, a sam zatrzymam navaję, umiem się nią posługiwać.

Dzielny pirat położył przed Czarnym Korsarzem własną broń, po czym pobiegł na plac po navaję, która w jego sprawnej dłoni mogła się okazać tak samo skuteczną bronią jak oddany kapitanowi kordelas.

Oddział był coraz bliżej, zbliżał się szybkim krokiem, zaalarmowany krzykami walczących i szczękiem krzyżujących się ostrzy.

Prowadzeni przez Moko piraci puścili się biegiem wzdłuż murów zabudowań. Przebiegli tak około stu pięćdziesięciu kroków, gdy nagle usłyszeli miarowy krok innego oddziału.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Wezmą nas w dwa ognie.

Czarny Korsarz zatrzymał się i dobył krótkiej pirackiej szabli.

— Zostaliśmy zdradzeni? — wyszeptał.

— Kapitanie — odezwał się Moko — widzę ośmiu ludzi uzbrojonych w halabardy i muszkiety.

— Przyjaciele — odparł Czarny Korsarz — trzeba będzie drogo sprzedać życie.

— Rozkazuj, kapitanie, jesteśmy gotowi — odparli zdecydowani na wszystko kamraci.

— Moko!

— Tak, kapitanie!

— Przenieś ciało mojego brata na pokład „Błyskawicy”. Dasz radę to zrobić? Odnajdziesz naszą szalupę na plaży i bezpiecznie odpłyniesz z Van Stillerem.

— Tak, panie.

— A my porachujemy się z naszym wrogiem. Gdybyśmy jednak polegli, Morgan będzie wiedział, co robić. Idź, zanieś ciało na statek, później tu wrócisz, by sprawdzić, czy jeszcze żyjemy.

— Trudno mi zostawić was samych, jestem silny, mogę się przydać.

— Moją wolą jest pochować mojego brata w morzu, tak jak Zielonego Korsarza. Bardziej się nam przydasz na pokładzie „Błyskawicy” niż tutaj.

— Wrócę z posiłkami.

— Morgan przybędzie z odsieczą, jestem tego pewien. Idź już, oddział jest tuż-tuż.

Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać. Jako że droga była odcięta przez dwa zbliżające się patrole, Moko pobiegł w boczną uliczkę i wdrapał się na mur okalający pobliski ogród.

Czarny Korsarz zaczekał, aż Moko przeskoczy na drugą stronę, po czym zwrócił się do Carmaux:

— Przygotujmy się do ataku na oddział, który nadchodzi od przodu. Jeśli damy radę przełamać ich opór, być może uda nam się wymknąć poza miasto i skryć się w dżungli.

Przyczaili się na rogu ulicy. Drugi oddział, dostrzeżony przez Moka, znajdował się teraz nie dalej niż trzydzieści kroków od nich, pierwszy z kolei pozostawał niewidoczny, najwyraźniej zatrzymał się.

— Bądź gotów — rzekł Czarny Korsarz.

— Jestem — odparł pirat, ukrywając się za węgłem domu.

Ośmiu halabardników nagle zwolniło kroku, jakby w obawie przed zasadzką. Jeden z nich, być może dowódca, ostrzegł pozostałych:

— Powoli, chłopcy! Ci zbóje z pewnością są niedaleko.

— Nas jest ośmiu, panie Elvaez — odpowiedział jeden z nich — a karczmarz mówił, że piratów było tylko trzech.

— A więc to tak! Co za szuja z tego karczmarza, zdradził nas! Niech no go tylko dostanę w swoje łapy, to mu wypruję flaki, a dziura, którą mu wytnę, będzie tak wielka, że wyleje się przez nią całe wyżłopane przez niego wino! — wymamrotał Carmaux.

Czarny Korsarz uniósł kordelas w górę, po czym dał znak do ataku. Gdy tylko oddział wychynął zza rogu, piraci z prędkością błyskawicy ruszyli przed siebie, tnąc szablami na lewo i prawo.

Wzięci z zaskoczenia żołnierze rozpierzchli się pod gradem ciosów. Zanim otrząsnęli się z zaskoczenia, Czarny Korsarz i Carmaux byli już daleko. Nie umknęło jednak ich uwadze, że śmiałków było zaledwie dwóch, rzucili się więc za nimi w pogoń, krzycząc wniebogłosy.

— Zatrzymać ich! To piraci! Piraci!

Czarny Korsarz i Carmaux pędzili jak szaleni, tyle że zupełnie na oślep. I tak jak wpadli w zawiły labirynt uliczek i zaułków, tak zupełnie nie mieli pojęcia, jak się z niego wydostać. Co rusz skręcali za róg kolejnego domu. Jak na złość, nie mogli jednak znaleźć żadnej drogi prowadzącej poza miasto.

Mieszkańcy — obudzeni krzykiem strażników i zaalarmowani obecnością morskich rozbójników, przed którymi drżano w całej Ameryce Południowej — zerwali się z posłań na równe nogi. Zewsząd dało się słyszeć trzaskanie drzwi i okien, tu i ówdzie ktoś strzelał z muszkietu.

Sytuacja uciekinierów pogarszała się z minuty na minutę. Krzyki i strzały mogły wszcząć alarm w całym mieście i ściągnąć im na kark garnizon wojska.

— Do stu piorunów! — krzyczał Carmaux, biegnąc co sił w nogach. — Wrzeszczą jak rozgęgane gęsi! Przyniosą nam zgubę! Jeśli nie znajdziemy sposobu, by się stąd wydostać, zadyndamy na szubienicy!

Po chwili okazało się, że droga, którą biegli, była zamknięta.

— Kapitanie! — wykrzyknął nagle Carmaux. — Wpadliśmy w pułapkę. To ślepa uliczka.

— A niech to diabli! Nie ma tu nawet żadnego muru, na który można by się wspiąć i przeskoczyć na drugą stronę — zauważył Czarny Korsarz.

— Same wysokie domy.

— Zawracamy, Carmaux. Żołnierze są jeszcze daleko, cofniemy się i znajdziemy inną drogę, która pozwoli nam wydostać się z miasta.

Już miał wprowadzić słowa w czyn, gdy nagle dodał:

— Albo nie, mam inny pomysł! Myślę, że przy odrobinie sprytu uda nam się zatrzeć za sobą ślady.

Odwrócił się w kierunku zabudowań zamykających ulicę. Stał tam skromny, dwupiętrowy dom z kamienia i z drewna. Na jego górnym piętrze znajdował się mały taras, który zdobiły wazony i kwiaty.

— Carmaux — rzekł Czarny Korsarz — otwórz mi te drzwi!

— Tutaj się schowamy?

— To chyba najlepszy sposób, by żołnierze zgubili nasz trop.

— Dobrze pomyślane, kapitanie. Jako właściciele nie będziemy musieli za nic płacić.

Wziął do ręki długą navaję, wsadził jej ostrze w szczelinę drzwi i podważył rygiel.

Obaj piraci weszli prędko do środka i zamknęli za sobą drzwi akurat w tej chwili, gdy żołnierze mijali uliczkę, krzycząc na cały głos:

— Zatrzymać ich! Zatrzymać!

Błądząc po omacku w ciemnościach, piraci natrafili na schody prowadzące na górę. Wspięli się po nich bez wahania i zatrzymali na półpiętrze.

— Musimy oświetlić sobie drogę i zobaczyć, gdzie dalej iść — powiedział Carmaux. — I trzeba by poznać lokatorów. Przykra niespodzianka czeka tych biedaków.

Wyciągnął krzesiwo i kawałek lontu, zapalił go, dmuchając lekko, by rozniecić płomień.

— Hej! Tu są otwarte drzwi! — rzucił.

— I ktoś tu chrapie — dodał Czarny Korsarz.

— To dobry znak! Ci, którzy smacznie śpią, są zwykle pokojowego usposobienia.

Czarny Korsarz otworzył drzwi bez najmniejszego szmeru i wszedł do skromnie umeblowanego pomieszczenia. Wydawało się, że ktoś leży na łóżku.

Czarny Korsarz przy pomocy lontu zapalił świecę, którą dostrzegł już wcześniej na starej skrzyni służącej za komodę. Zbliżył się do łóżka i zdecydowanym ruchem ściągnął nakrycie. Na łóżku leżał łysy jegomość w podeszłym wieku, cały pomarszczony, o żółtawoczerwonym kolorze skóry. Mężczyzna miał kozią bródkę i kędzierzawe wąsy. Spał tak głęboko, że nie zbudziło go nawet światło w pomieszczeniu.

— Jego z pewnością nie musimy się obawiać — stwierdził Czarny Korsarz.

Złapał go za ramię i mocno potrząsnął, lecz bez skutku.

— Wystrzał z muszkietu byłby tu potrzebny — odezwał się Carmaux.

Dopiero za trzecim szarpnięciem człowiek otworzył oczy. Na widok dwóch uzbrojonych ludzi gwałtownie się poderwał i krzyknął przerażony, wytrzeszczając oczy:

— Umieram!

— Wolnego, przyjacielu! Na umieranie jeszcze przyjdzie czas — powiedział Carmaux, po czym dodał: — Mnie to się raczej wydaje, że dopiero teraz wstąpiło w ciebie życie.

— Kim jesteś? — zapytał Czarny Korsarz.

— Poczciwym człowiekiem, który nikomu nie wyrządził krzywdy — odparł starzec, szczękając zębami.

— Nie zamierzamy zrobić ci nic złego, jeśli tylko powiesz nam to, czego chcemy się dowiedzieć.

— Wasza wielmożność nie jest złodziejem?

— Jestem piratem z Tortugi.

— Pi-ra-tem! Więc jednak umarłem!

— Już ci obiecałem, że nie zrobimy ci krzywdy.

— Czego zatem chcecie od kogoś takiego jak ja?

— Na początek chcielibyśmy wiedzieć, czy przebywasz sam w tym domu.

— Sam, panie.

— Kto mieszka w sąsiedztwie?

— Sami prawi mieszczanie.

— Czym się zajmujesz?

— Jestem biednym człowiekiem.

— Akurat! Biednym człowiekiem, który posiada dom, gdy ja nie mam nawet własnego łóżka — zaszydził Carmaux. — Szczwany lisie! Martwisz się o swoje pieniądze!

— Nie mam pieniędzy, wasza wielmożność.

Carmaux wybuchnął śmiechem.

— Pirat stał się wielmożą! Ależ ten człowiek to najweselszy kompan, jakiego dotychczas poznałem!

Starzec spojrzał na niego spode łba, ale starał się nie dać po sobie poznać, że poczuł się urażony.

— Do rzeczy! — powiedział groźnym tonem Czarny Korsarz. — Czym się zajmujesz w Maracaibo?

— Jestem skromnym notariuszem, panie.

— Doskonale. Zatrzymamy się w twoim domu, skromny notariuszu, i zostaniemy w nim tak długo, jak to będzie konieczne. Nie skrzywdzimy cię, lecz jeśli nas zdradzisz, skrócimy cię o głowę. Zrozumiałeś?

— Czego wy ode mnie chcecie… — załkał nieszczęśnik.

— W tej chwili niczego. Ubierz się w swoje szaty, ale siedź cicho, bo w przeciwnym razie spełnimy groźbę.

Notariusz usłuchał, lecz był tak wystraszony, że dygotał na całym ciele, i Carmaux zmuszony był mu pomóc.

— Zwiąż go teraz — rozkazał Czarny Korsarz — ale uważaj, by ci nie uciekł!

— Odpowiadam za niego, jak za siebie samego, kapitanie. Tak go zwiążę, że nawet palcem nie ruszy.

Pirat zabrał się do roboty. Czarny Korsarz tymczasem otworzył okno wychodzące na ulicę, by móc obserwować to, co się dzieje na zewnątrz.

Wszystko wskazywało na to, że żołnierze oddalili się, nie było bowiem już słychać ich pokrzykiwań, tu i ówdzie tylko można było dostrzec zaalarmowanych wrzawą mieszkańców, którzy wyglądali przez pobliskie okna i dyskutowali ze sobą podniesionymi głosami.

— Słyszeliście? — krzyczał tęgi jegomość z długim arkebuzem w ręku. — Mówią, że piraci odważyli się napaść na miasto.

— To niemożliwe — odpowiedziały mu liczne głosy.

— Słyszałem krzyczących żołnierzy.

— Przegonili ich?

— Tak myślę, bo nic już nie słychać.

— To dopiero zuchwałość! Zakraść się do miasta pełnego uzbrojonych po zęby żołnierzy!

— Bez wątpienia przybyli na ratunek Czerwonego Korsarza.

— Ale znaleźli tylko jego trupa.

— Niemiłe zaskoczenie dla tych łajdaków!

— Miejmy nadzieję, że żołnierze złapią jeszcze paru, by było kogo wieszać — powiedział człowiek z arkebuzem. — Drewna na szubienice jest pod dostatkiem. Dobranoc przyjaciele! Do zobaczenia jutro!

— Zgadza się — wyszeptał Czarny Korsarz — może i drewna na szubienice nie brakuje, lecz na naszych statkach jest wystarczająco dużo kul, by Maracaibo obrócić w gruzy. Pewnego dnia jeszcze o mnie usłyszycie!

Ostrożnie zamknął okno i wrócił do pomieszczenia, gdzie siedział notariusz.

Carmaux zdążył już przetrząsnąć cały dom i zaczął plądrować spiżarnię. Przypomniało mu się, że poprzedniego wieczoru nie jedli kolacji. Pośród różnych smakowitych zapasów znalazł dziką kaczkę i apetycznie zrumienioną rybę, którą poczciwy notariusz odłożył sobie na śniadanie, po czym bez zwłoki pośpieszył zaoferować zdobycze kapitanowi.

Oprócz jadła z głębi kredensu wygrzebał kilka dość zakurzonych butelek najświetniejszych hiszpańskich win: sherry, porto, alicante i madera.

— Panie — przymilnym głosem odezwał się Carmaux — teraz, gdy Hiszpanie ścigają nasze cienie, spróbuj tego pysznego lina z jeziora oraz tej dzikiej kaczki. Znalazłem też kilka butelek wybornego wina, które nasz notariusz pewnie trzymał na specjalne okazje. Niech nam przywrócą odrobinę dobrego humoru. Ach! Bez wątpienia nasz przyjaciel gustuje w zamorskich trunkach. Przekonajmy się, co z niego za smakosz.

— Dziękuję — odparł Czarny Korsarz, pochmurniejąc.

Usiadł, ale nie delektował się posiłkiem. Na jego twarzy znów zagościł smutek, popadł w zadumę, stał się znów taki, jakim zawsze widywali go piraci. Skosztował ryby, wypił kilka kieliszków wina, po czym wstał i zaczął niespokojnie krążyć po pokoju.

Carmaux tymczasem nie tylko spałaszował wszystko, co pozostało, ale opróżnił też na oczach zrozpaczonego notariusza kilka butelek wina dopiero co przezeń sprowadzonych wielkim kosztem z odległej ojczyzny. W przypływie dobrego humoru wywołanym opróżnieniem ich zawartości poczęstował kieliszkiem samego właściciela, licząc, że trunek złagodzi strach, którego biedaczyna się najadł, i ukoi wrzący w nim gniew.

— Do pioruna! — wykrzyknął. — Nie sądziłem, że to się tak wesoło skończy. Znaleźliśmy się w krzyżowym ogniu, ryzykowaliśmy stryczek. Przez myśl by mi nie przeszło, że spędzę noc w towarzystwie tych wybornych butelek.

— Zagrożenie wcale nie minęło, przyjacielu — odezwał się Czarny Korsarz. — Nie mamy żadnej pewności, że Hiszpanie jutro nas tu nie znajdą. Dobrze nam tu, ale wolałbym znaleźć się już na pokładzie „Błyskawicy”.

— Z tobą nie boję się niczego, kapitanie. Jesteś wart więcej niż stu ludzi.

— Chyba zapomniałeś, Carmaux, że gubernator Maracaibo to szczwany lis i że nie odpuści, byleby tylko dostać mnie w swoje ręce. Wiesz, że między nami toczy się wojna na śmierć i życie.

— Nikt nie wie, że tu jesteś.

— Mogą coś podejrzewać, a zresztą, zapomniałeś już o Baskach? Zapewne nie mają już wątpliwości, że zabójca tego pyszałkowatego hrabiego to brat nieszczęsnych piratów: Czerwonego i Zielonego Korsarza.

— Możliwe, że masz rację, kapitanie. Jak myślisz? Możemy liczyć, że Morgan przybędzie z odsieczą?

— Morgan nie opuści swojego dowódcy i nie zostawi go na pastwę Hiszpanów. To odważny marynarz, nie zdziwiłbym się, gdyby próbował sforsować przesmyk i zasypać miasto gradem kul.

— Tyle że takie szaleństwo mogłoby go drogo kosztować, panie.

— Ech! Ile to już wypraw nam się udało i ile udanych walk stoczyliśmy, zawsze lub prawie zawsze wychodząc z nich bez szwanku.

— To prawda.

Czarny Korsarz usiadł i upił wina z kielicha, po czym wstał, wyszedł na korytarz i podszedł do okna, z którego wszystko było widać jak na dłoni. Po pół godzinie wszedł z impetem do pomieszczenia i zapytał:

— A Murzyna możemy być pewni?

— To zaufany człowiek.

— Nie zdradzi nas?

— Dałbym sobie rękę uciąć.

— Zdaje mi się, że widziałem, jak krąży po uliczce.

— Trzeba go wpuścić, kapitanie.

— A co zrobił z ciałem mojego brata? — spytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

— Lepiej, żeby sam nam odpowiedział na to pytanie.

— Zawołaj go, ale bądź ostrożny. Jeśli cię zauważą, nasze życie nie będzie warte złamanego szeląga.

— Zostaw to mnie, kapitanie — odparł z uśmiechem Carmaux. — Daj mi dziesięć minut, a stanę się notariuszem z Maracaibo.