„Błyskawica” minęła gąszcz wysepek, a za nimi długi przylądek uformowany z łańcuchów górskich Sierra de Santa Marta, po czym wypłynęła na wody Morza Karaibskiego, obierając kurs na północ, w kierunku Wielkich Antyli.
Morze było spokojne, poranna bryza wiejąca z południowego wschodu ledwie marszczyła jego taflę; gdzieniegdzie tylko powstawały niewielkie fale, które z głuchym pomrukiem rozbijały się o burty szybkiego żaglowca.
Na pełne morze od strony lądu licznie zapuszczało się nadbrzeżne ptactwo. Chmary morskich kruków, drapieżnych ptaszysk wielkości koguta, kręciły się w pobliżu plaż, gotowe rzucić się na najmniejszy nawet łup i rozerwać go na strzępy. Po czubkach fal ganiały stada czarno upierzonych na grzbiecie i śnieżnobiałych na podbrzuszu brzytwodziobów o rozwidlonych ogonkach. Ptaki te zapewne umarłby z głodu, gdyby ryby same nie wskakiwały im do gardeł, a to za sprawą specyficznego kształtu dziobu, którego spodnia część jest znacznie dłuższa niż górna, co utrudniało biednym ptaszyskom samodzielne chwytanie zdobyczy. Na otwartym morzu nie brakowało także licznych w Zatoce Meksykańskiej faetonów; szybowały one w długich rzędach, z ogonem skierowanym w dół, i zabawnie potrząsały czarnymi skrzydłami, ledwo muskając morskie grzywacze.
Polowały na latające ryby, które raz za razem wzbijały się ponad fale, przecinając powietrze na pięćdziesiąt, a nawet sześćdziesiąt długości ramienia, po czym opadały do wody, by rozpocząć swoją grę od początku.
Piraci nie spotkali dotychczas żadnego okrętu. Marynarze pełniący wachtę w bocianim gnieździe mieli naprawdę wspaniały widok na wszystkie strony, ale morze dookoła było puste.
W obawie przed groźnymi piratami z Tortugi hiszpańskie statki stroniły od tych wód, trzymały się zwykle blisko portów w Carache, na Półwyspie Jukatan, Wenezueli i innych, założonych na większych Wyspach Antylskich; oczywiście rzecz inaczej się miała, gdy formowały zbrojną flotę.
Tylko dobrze uzbrojone żaglowce, z liczną załogą, ośmielały się wypływać na wody Maracaibo i Zatoki Meksykańskiej. Hiszpanie bowiem nie raz na własnej skórze przekonali się, do czego zdolni byli nieustraszeni korsarze, których siedzibą była osławiona Tortuga.
Pierwszego dnia po pogrzebie Czerwonego Korsarza na statku nie wydarzyło się nic godnego uwagi.
Kapitan nie pokazał się więcej ani na pokładzie, ani na mostku. Ster i nawigowanie pozostawił w rękach swojego zastępcy, a sam zamknął się w kajucie, i nawet Carmaux i Van Stiller nie mieli do niego dostępu.
Przypuszczano jednakże, że Moko był razem z nim, gdyż i on zniknął i nie pojawił się więcej ani na pokładzie, ani w żadnym innym zakamarku statku, nawet w ładowni.
Nikt jednak nie mógł odgadnąć, czym byli zajęci. Prawdopodobnie nie wiedział tego nawet zastępca kapitana. Carmaux próbował coś z niego wydobyć, lecz Morgan w odpowiedzi poczęstował go tylko kuksańcem i pogroził kułakiem, jakby chciał powiedzieć:
— Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy, jeśli ci życie miłe.
Zapadł wieczór. Marynarze zrefowali część żagli na wypadek, gdyby wiatr się wzmógł, co na tych szerokościach geograficznych prawie zawsze zwiastowało kłopoty. Carmaux i Van Stiller kręcili się w pobliżu nadbudówki, gdy nagle ujrzeli wełnistą głowę Moko wyglądającą przez otwór ładowni.
— A oto i on! — ucieszył się Carmaux. — Ciekaw jestem, czy kapitan dalej płynie z nami tym samym statkiem, czy może knuje coś ze swoimi braćmi w morskiej otchłani. Biorąc pod uwagę jego melancholijne usposobienie, byłby do tego zdolny!
— Nie wątpię — odparł Van Stiller, który znał przesądną naturę przyjaciela. — Więcej w nim z morskiej istoty niż z człowieka takiego jak my: z krwi i kości.
— Hej, przyjacielu! — krzyknął Carmaux do Moko. — Najwyższy czas, żebyś przyszedł się z nami przywitać.
— Kapitan mnie zatrzymał — wyjaśnił Moko.
— Jakieś nowiny? Co porabia?
— Zasępił się bardziej niż zwykle.
— Nigdy nie widziałem go wesołego, nawet na Tortudze. Ani cienia uśmiechu.
— Mówi wciąż o braciach i straszliwej zemście.
— Którą spełni, bracie. Czarny Korsarz to człowiek, który co do joty dotrzymuje złożonego słowa. Nie chciałbym znaleźć się w skórze gubernatora Maracaibo i jego krewnych.
— Van Gould żywi nieprzejednaną nienawiść do Czarnego Korsarza, ale to go wkrótce zgubi.
— A co jest przyczyną tej nienawiści, biały bracie?
— Słyszałem, że to zamierzchła przeszłość. Van Gould zaprzysiągł trzem korsarzom zemstę, zanim jeszcze przybył do Ameryki i zaoferował swe usługi Hiszpanom.
— Kiedy był w Europie?
— Zgadza się.
— Znali się wcześniej?
— Tak przynajmniej mówią. Kiedy Van Goulda obierano gubernatorem Maracaibo, do Tortugi przybijały właśnie trzy wspaniałe statki dowodzone przez Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza. Byli to piękni mężczyźni, odważni niczym lwy, zuchwali i nieustraszeni marynarze. Najmłodszym z nich był Zielony, a Czarny najstarszym, lecz żaden nie był gorszy od drugiego, a we władaniu bronią nie mieli równych wśród pirackiej braci. W krótkim czasie ci trzej piraci stali się postrachem Hiszpanów w całej Zatoce Meksykańskiej. Trudno zliczyć, ile statków złupili, ile miast zdobyli, nikt nie mógł zwyciężyć ich trzech wspaniałych żaglowców, najpiękniejszych, najzwrotniejszych i najlepiej uzbrojonych w całej pirackiej flocie.
— Wierzę — odparł Afrykańczyk. — Wystarczy spojrzeć na „Błyskawicę”.
— Ale i dla nich nastały ciężkie dni — kontynuował Carmaux. — Pewnego dnia Zielony Korsarz wraz ze swoją załogą wypłynął z Tortugi i pożeglował w nieznanym kierunku. Na nieszczęście natknął się na hiszpańską flotę. Po bohaterskiej walce został pojmany i przewieziony do Maracaibo, gdzie powiesił go właśnie Van Gould.
— Teraz sobie przypominam — potwierdził Moko. — Lecz jego ciało nie zostało rzucone na pożarcie dzikim bestiom.
— Nie, ponieważ Czarny Korsarz, w towarzystwie kilku zaufanych mu ludzi, podkradł się nocą do Maracaibo, porwał ciało i pochował je później w morzu.
— To prawda! Słyszałem, że Van Gould wściekł się, że nie udało mu się schwytać kolejnego brata, przez co kazał rozstrzelać czterech strażników pilnujących trupów na Plaza de Granada.
— Teraz wybiła godzina Czerwonego Korsarza. I jego zdążyliśmy już pochować w morskich głębinach, ale trzeci z braci jest najstraszniejszy i zetrze z powierzchni ziemi cały ród Van Gouldów.
— Ani się obejrzymy, jak wróci do Maracaibo, bracie. Szykuje atak na miasto. I dlatego wypytywał mnie szczegółowo o wyspę — potwierdził Moko.
— Piotr Nau, przerażający l'Olonnais, przebywa na Tortudze, a to wielki przyjaciel Czarnego Korsarza. Któż śmiałby się im obu przeciwstawić? A do tego…
Urwał i trącił łokciem stojących obok przyjaciół, którzy w milczeniu przysłuchiwali się jego wywodom.
— Patrzcie no! Prawdziwy postrach oceanów! Morskie bóstwo!
Piraci spojrzeli na mostek kapitański.
Czarny Korsarz, jak zwykle ubrany na czarno, z nieodłącznym kapeluszem na czole, na którym powiewało wspaniałe pióro, pojawił się właśnie na pokładzie. Z opuszczoną głową i skrzyżowanymi rękoma cicho niczym duch krążył po mostku.
Morgan czuwał u jego boku, ale nie odważył się odezwać do niego ani słowem.
— Wygląda jak zjawa — wyszeptał półgłosem Van Stiller.
— Morgan wiele się od niego nie różni — ocenił Carmaux. — Jeden ponury jak noc, a drugi wcale nie weselszy. Dobrali się jak w korcu maku.
Nagle z grotmasztu, gdzieś od strony bocianiego gniazda, w którym majaczyła ludzka postać, ktoś krzyknął dwukrotnie:
— Statek na pełnym morzu, płynie kursem na wiatr!
Czarny Korsarz zatrzymał się raptownie. Chwilę stał nieruchomo, spojrzał na kierunek wiatru, ale znajdował się zbyt nisko, by móc dostrzec okręt płynący sześć czy siedem mil od nich.
Odwrócił się do Morgana, który także wyjrzał za burtę, i rozkazał:
— Wygasić światła.
Na rozkaz kapitana marynarze znajdujący się na dziobie rzucili się do gaszenia dwóch dużych świateł pozycyjnych, umieszczonych z obu stron statku, na lewej i na prawej burcie.
— Hej tam w gnieździe! — krzyknął Czarny Korsarz, kiedy na pokładzie zapadły już egipskie ciemności. — Dokąd płynie ten statek?
— Na południe, kapitanie.
— W kierunku Wenezueli?
— Tak sądzę.
— Jak daleko jest?
— Pięć lub sześć mil.
— Nie mylisz się?
— Nie, wyraźnie widzę jego latarnie.
Korsarz wychylił się przez burtę i krzyknął:
— Załoga na pokład!
W mniej niż pół minuty cała załoga „Błyskawicy” — stu dwudziestu marynarzy — zajęła stanowiska.
Odpowiedzialni za manewry złapali za brasy, obserwatorzy wspięli się wysoko na maszty, najlepsi strzelcy ulokowali się w bocianim gnieździe i na pokładzie dziobowym, pozostali zaś ustawili się przy relingach, a w drugim rzędzie za nimi stanęli puszkarze z lontami gotowymi do zapalenia.
Na korsarskich statkach panował taki porządek i dyscyplina, że o każdej porze dnia i nocy marynarze błyskawicznie zajmowali wyznaczone im stanowiska. Tak sprawnie nie reagowały nawet załogi okrętów wojennych, które zazwyczaj pochodziły z krajów o długich tradycjach żeglarskich.
Marynarze, którzy przybyli na Karaiby ze wszystkich stron Europy, zaciągali się na statki w cieszących się jak najgorszą sławą portach Francji, Włoch, Holandii, Świętego Cesarstwa Rzymskiego i Anglii. Byli to ludzie, którzy na co dzień korzystali z wszelakich uciech życia, niedbający o śmierć, zdolni do największych czynów, odważni aż do przesady; wszyscy oni na korsarskim statku stawali się karni jak rekruci, w walce zaś przeradzali się w prawdziwe tygrysy. Dobrze wiedzieli, że ich przywódcy ukarzą ich za każde zaniedbanie. Niepisane prawo stanowiło bowiem, że za najmniejsze nawet nieposłuszeństwo karano kulą w łeb lub w najlepszym wypadku porzuceniem na bezludnej wyspie.
Gdy załoga stała na stanowiskach, Czarny Korsarz przyjrzał się każdemu z osobna, po czym zwrócił się do czekającego na dalsze rozkazy Morgana.
— Jak myślisz, co to za statek? — zapytał.
— Hiszpański, kapitanie — odparł zastępca.
— Hiszpanie! — wykrzyknął Czarny Korsarz ponurym głosem. — To będzie dla nich noc Sądu Ostatecznego. Wielu z nich nie ujrzy jutrzejszego poranka.
— Dziś w nocy napadniemy na statek, kapitanie?
— Tak, i poślemy go na dno. Tam śpią moi bracia, ale nie będą sami.
— Zgodnie z twoją wolą, kapitanie.
Morgan wskoczył na burtę i przytrzymując się baksztagu, spojrzał w kierunku, z którego wiał wiatr.
W ciemnościach okalających mruczące morze na powierzchni wody migotały dwa światełka, w niczym nie podobne do blasku gwiazd.
— Znajdują się cztery mile od nas — powiedział.
— Czy wciąż kierują się na południe? — upewnił się Czarny Korsarz.
— W kierunku Maracaibo.
— Los im nie sprzyja. Wykonać zwrot, musimy przeciąć im drogę. Każ przynieść na pokład sto ręcznych granatów i dopilnuj, by zabezpieczono wszystko, co znajduje się w przejściach i kajutach.
— Staranujemy ich?
— Tak, jeśli tylko się da.
— Nie weźmiemy jeńców, kapitanie.
— Co mi po nich?
— Ten statek może wieźć jakieś skarby.
— Tam, skąd pochodzę, wciąż mam zamki i liczne ziemie.
— Chodziło mi o naszych ludzi, kapitanie.
— Dla nich mam złoto. Wykonać zwrot.
Zastępca kapitana zagwizdał, aż echo poniosło się po pokładzie. Marynarze odpowiedzialni za manewry w mgnieniu oka zbrasowali żagle, a sternik ustawił statek do wiatru.
„Błyskawica” zawróciła w miejscu i pchnięta lekko południową bryzą, ruszyła śladem hiszpańskiego statku, pozostawiając za rufą długi, pieniący się ślad.
Zbliżała się pośród cieni, lekka jak ptak, bezszelestna niczym legendarny statek widmo.
Strzelcy stojący przy relingach, nieruchomi jak posągi, obserwowali nieprzyjacielski okręt, ściskając długie muszkiety o dużym kalibrze, które w ich rękach stawały się straszliwą bronią i prawie nigdy nie chybiały celu. Pochyleni nad działami artylerzyści dmuchali w lonty, w każdej chwili gotowi zasypać wroga gradem kartaczów.
Czarny Korsarz wraz z Morganem komenderowali z mostku. Oparci o reling, jeden obok drugiego, nie odrywali wzroku od dwóch jasnych latarni, które świeciły w ciemnościach nie dalej niż trzy mile od „Błyskawicy”.
Carmaux, Van Stiller i Moko zajęli pozycje na kasztelu dziobowym i rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, spoglądając to na ścigany statek, to na Czarnego Korsarza.
— To będzie pechowa noc dla tamtych — mówił Carmaux. — Obawiam się, że w sercu kapitana jest tyle złości, że nie oszczędzi żadnego Hiszpana.
— Wydaje mi się, że tamten statek ma wyższe burty — odparł Van Stiller, oceniając odległość dzielącą światła pozycyjne od powierzchni wody. — Mam nadzieję, że nie jest to okręt wojenny płynący do portu, by przyłączyć się do floty admirała Toledo.
— A co mu tam! Czarny Korsarz się go nie boi. Żaden statek nie może dorównać „Błyskawicy”, a poza tym słyszałem coś o taranowaniu.
— Do stu piorunów! Jeśli do tego dojdzie, to prędzej czy później połamią „Błyskawicy” dziób.
— Jest twarda jak skała, mój drogi.
— Skały czasem też się kruszą.
— Cicho!
Głos Czarnego Korsarza przerwał panującą na pokładzie ciszę:
— Żaglowi, w górę lizele, wciągnąć sztaksle!
Na grotmaszt i fokmaszt sprawnie wciągnięto dodatkowe żagle, które obok tych rejowych stanowiły dodatkową część ożaglowania statków.
— Pościg! — krzyknął Carmaux. — Jeśli wciągamy lizele, znaczy się, że Hiszpanie żwawo płyną.
— Mówię ci, to statek wojenny — upierał się Van Stiller. — Zobacz, jakie ma wysokie maszty.
— Tym lepiej! Walka będzie wyrównana!
W tej chwili na ściganym okręcie rozległ się krzyk, a wiatr porwał go i uniósł na pokład „Błyskawicy”:
— Ahoj! Podejrzany statek za lewą burtą!
Stojący na mostku Czarny Korsarz pochylił się do Morgana i wyszeptał mu kilka słów do ucha, po czym zszedł na pokład i zawołał:
— Do mnie sterownica! Piraci, do ataku!
Choć tylko mila dzieliła obu wrogów, dystans nie malał; najwyraźniej oba statki mogły osiągać znaczne prędkości.
Po upływie pół godziny na pokładzie hiszpańskiego statku — a przynajmniej za taki go uważano — błysnął ogień, który oświetlił mostek i część omasztowania. Zaraz po nim rozległa się głośna detonacja, której głuchy huk poniósł się po ciemnej wodzie i ucichł dopiero na dalekim horyzoncie.
Chwilę później piraci usłyszeli w powietrzu znajomy gwizd i za rufą zobaczyli fontannę wody strzelającą w górę na dwadzieścia stóp.
Nikt się nie odezwał. Tylko Czarny Korsarz pogardliwym uśmiechem skwitował to aroganckie powitanie pierwszego ze śmiertelnych posłańców.
Tym ostrzegawczym wystrzałem wróg miał zamiar skłonić piratów do zaprzestania pościgu. Ścigany statek zmienił teraz kurs i ustawił się dziobem na południe, co było wyraźnym sygnałem, że załoga zamierzała poszukać schronienia w zatoce Maracaibo.
Czarny Korsarz przejrzał ich manewr. Odwrócił się do opartego o burtę Morgana, który wcisnął się pomiędzy sztagi, i rozkazał:
— Na dziób, panie Morgan.
— Mam otworzyć ogień?
— Jeszcze nie, jest za ciemno. Przygotuj wszystko do abordażu.
— Dokonamy abordażu?
— Okaże się!
Morgan opuścił górny pokład, zawołał kwatermistrza i udał się na dziób, gdzie na deskach leżało czterdziestu marynarzy z arkebuzami w dłoniach i muszkietami gotowymi do strzału.
— Wstawać! — zarządził. — Przygotujcie haki!
Po czym zwrócił się do marynarzy, którzy przycupnęli za relingami:
— Przygotujcie żelazne pokrywy!
Marynarze, pod czujnym okiem Morgana, w milczeniu zabrali się do roboty.
Piraci bali się zastępcy kapitana nie mniej niż Czarnego Korsarza. Był nieugięty, odważny niczym lew i zawsze zdecydowany, a śmiałością dorównywał samemu dowódcy.
Pochodził z Anglii i od niedawna przebywał w Ameryce. Od samego początku było widać, że wyróżnia się duchem inicjatywy oraz rzadko spotykaną energią i odwagą. Jako marynarz sprawdził się pod dowództwem innego znanego pirata, Mansfielda, ale pod względem swoich późniejszych dokonań przerósł wszystkich piratów z Tortugi: wsławił się niebywałą odwagą podczas słynnej ekspedycji na Panamę, kiedy to podbito niemożliwe — jak sądzono — do zdobycia miasto, perłę wśród miast na Oceanie Spokojnym.
Był wyjątkowo wytrzymały i odznaczał się nieprzeciętną siłą. Miał szlachetne rysy twarzy i pokojowe usposobienie. Jego przenikliwe spojrzenie, w którym nie brak było zagadkowego wdzięku, upodabniało go do Czarnego Korsarza. Wiedział, jak dowodzić szorstkimi z natury piratami, a posłuch zdobywał najprostszym gestem.
Pod jego kierunkiem w mniej niż dwadzieścia minut marynarze przenieśli z lewej burty dwa duże pancerze; jeden umieszczono pod fokmasztem, a drugi przed grotmasztem. Zrobiono je z połączonych ze sobą belek i beczek napełnionych gwoździami i różnym żelastwem; miały one za zadanie ochronić pokład rufowy i dziobowy przed zniszczeniem, na wypadek silnego ostrzału ze strony nieprzyjaciela.
Pięćdziesiąt ręcznych granatów ułożono za belkami, a na burtach i zrolowanych hamakach, które służyły też za podporę strzelecką, zaczepiono haki abordażowe.
Kiedy wszystko było przygotowane, Morgan ukrył ludzi na pokładzie, po czym sam ulokował się w pobliżu bukszprytu, z jedną ręką opartą na szabli i drugą zaciśniętą na kolbie zatkniętego za pas pistoletu.
Nieprzyjacielski statek znajdował się nie dalej niż trzy i pół kabla od „Błyskawicy”, która — trzeba jej to przyznać — w pełni zasługiwała na swoje imię, gdyż zmniejszyła właśnie dystans dzielący oba statki i szykowała się do staranowania wroga miażdżącym, niepowstrzymanym uderzeniem.
Mimo ciemnej, bezgwiezdnej nocy w końcu można było odróżnić szczegóły ściganego żaglowca.
Sprawdziły się przypuszczenia Van Stillera: był to imponujących rozmiarów okręt wojenny, o wysokich burtach, uniesionym pokładzie i trzech masztach obwieszonych żaglami aż po bombramreję. Prezentował się jak prawdziwa machina wojenna, doskonale uzbrojona i obsadzona liczną, zaprawioną w bojach załogą, która z pewnością stawi zacięty opór.
Każdy inny korsarz z Tortugi zastanowiłby się dwa razy, zanim przypuściłby atak na tak imponujący statek. Okręty wojenne zwykle nie były dla piratów cennym łupem, między innymi dlatego, że w przypadku zwycięstwa niewiele zostałoby skarbów do podziału, gdyż statki te nie przewoziły kosztowności ani towarów. Morscy rozbójnicy chętniej napadali na statki kupieckie i galeony z ładowniami wypełnionymi szlachetnymi kruszcami, pochodzącymi z meksykańskich kopalń na Jukatanie i w Wenezueli.
Czarny Korsarz, który nie zabiegał o bogactwa, nie rozumował w ten sposób. Możliwe, że ten statek uosabiał dla niego jednego z największych sojuszników Van Goulda, był jego potencjalnym wrogiem, który w przyszłości mógłby zniweczyć jego plany. Dlatego też — w obawie, że wrogi statek wzmocni flotę admirała Toledo lub zasili hiszpańskie siły w Maracaibo — zdecydował się na atak.
Nieprzyjacielski okręt znajdował się teraz w odległości dwóch i pół kabla. Załoga, widząc, że piraci nie ustępują, nie miała już wątpliwości co do ich złych zamiarów. Hiszpanie ponownie załadowali największe działo na pokładzie i dali ognia.
Tym razem kula nie wpadła do morza. Przeleciała pomiędzy fokiem a marslem, ścinając wierzchołek bezanmasztu i zrzucając korsarską banderę. Puszkarze na stanowiskach rufowych zwrócili się do Czarnego Korsarza, który stał nieruchomo z tubą w ręku oparty o sterownicę:
— Mamy zaczynać, kapitanie?
— Jeszcze nie — odparł pirat.
Huknął trzeci strzał, silniejszy niż dwa poprzednie. Trzecia z kolei kula przeleciała nad pokładem, wpadając między maszty i uszkadzając burtę na rufie, ledwie trzy kroki od steru.
Nieustraszony pirat uśmiechnął się tylko pogardliwie, lecz nie wydał żadnego rozkazu.
„Błyskawica” przyśpieszyła jeszcze bardziej, prezentując nieprzyjaciołom — niczym straszliwe ptaszysko nacierające na swoją ofiarę — swój złowrogi dziób, nie mogąc się doczekać, aż będzie jej w końcu dane rozpruć wnętrzności hiszpańskiego okrętu.
Ten zbliżający się w absolutnej ciszy statek, który pojawił się znikąd, z załogą, która nie dawała oznak życia i nie odpowiadała na zaczepki, musiał zrobić okropne wrażenie na przesądnych z natury hiszpańskich marynarzach.
Nagle wśród ciemności podniósł się rejwach. Z hiszpańskiego okrętu dobiegły piratów przerażone okrzyki i wydawane w pośpiechu rozkazy.
Władczy głos, należący ze wszelkim prawdopodobieństwem do kapitana, stłumił na chwilę ten rozgardiasz:
— Zwrot na lewą burtę! Pchać ster z całej siły!
— Ognia ze wszystkich dział!
Rozległ się ogłuszający huk, a armatni ogień rozjaśnił ciemności nocy. W stronę piratów wypalono z siedmiu karonad rozmieszczonych wzdłuż burty i z dwóch na pokładzie rufowym. Kule ze świstem przelatywały pomiędzy nimi, dziurawiły żagle, przecinały cumy, kruszyły burty, ale nie wstrzymały szarży „Błyskawicy”, która dowodzona silną ręką Czarnego Korsarza z całym impetem natarła na nieprzyjaciela. Jakimś tylko cudem hiszpański sternik w ostatniej chwili pchnął ster, co uratowało okręt przed niechybną katastrofą. Brutalnie wytrącony z kursu statek pochylił się na lewą burtę, o włos unikając uderzenia bukszprytu, na który bez wątpienia by się nadział.
„Błyskawica” przepłynęła w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się rufa nieprzyjaciela. Otarła się o niego bokiem, z głuchym łoskotem szorując burtą o burtę, aż echo poniosło się po ładowni. Oprócz tego złamała mu bom bezanżagla i pogruchotała stewę, ale nic poza tym.
„Błyskawica” chybiła swego celu, lecz nie zwolniła rozpędu i zniknęła w mroku, nie ujawniwszy liczebności załogi ani uzbrojenia.
— Do stu piorunów! — krzyknął Van Stiller, który wstrzymał oddech w oczekiwaniu na straszne uderzenie. — To się nazywa mieć szczęście!
— Chwilę temu nie dałbym nawet złamanego grosza za marynarzy z tamtego statku — przytaknął Carmaux.
— Byłem gotów się założyć, że będą przysmakiem dla rekinów.
— Myślisz, że kapitan uderzy ponownie?
— Hiszpanie mają się teraz na baczności i z pewnością pokażą nam się od dziobu.
— I zasypią nas kulami. Gdyby to był dzień, to natarcie mogłoby wyjść nam na złe.
— Ale nie odnieśliśmy prawie żadnych strat.
— Milcz, Carmaux!
— Co się stało?
Czarny Korsarz przyłożył tubę do ust i krzyknął:
— Przygotować się do zwrotu!
— Wracamy? — zainteresował się Van Stiller.
— A niech to! Ani chybi nie odpuści Hiszpanom — zaklął Carmaux.
— Coś mi się widzi, że nasz wróg myśli podobnie.
Tak rzeczywiście było. Hiszpanie zeszli z obranego wcześniej kursu. Ich okręt dryfował, ustawiony skosem do wiatru, czekając, aż nieprzyjaciel podejmie rękawicę. Załoga co chwilę wykonywała zwrot, ustawiając statek dziobem do przeciwnika, by uniknąć staranowania.
Po przepłynięciu dwóch mil także i „Błyskawica” dokonała zwrotu, lecz zaniechała kolejnej próby szarżowania na nieprzyjaciela. Trzymając się poza zasięgiem kul armatnich, zataczała teraz wokół niego wielkie kręgi.
— Już rozumiem — odezwał się Carmaux. — Kapitan czeka świtu, by rozpocząć atak i rzucić wszystkie siły do abordażu.
— Dzięki temu Hiszpanie nie wymkną się w kierunku Maracaibo — dodał Van Stiller.
— Zgoda. Mój drogi, przygotujmy się na desperacką walkę. Zgodnie z pirackim obyczajem, jeśli przepołowi mnie kula armatnia lub przyjdzie mi wyzionąć ducha na wrogim statku, ustanawiam cię spadkobiercą mojej skromnej fortuny.
— Którą stanowią? — roześmiał się Van Stiller.
— Dwa szmaragdy, a każdy wart jest co najmniej pięćset piastrów. Znajdziesz je zaszyte w podszewce mojego kaftana.
— Za to można ucztować dwa tygodnie na Tortudze. Ja zaś mianuję ciebie, drogi Carmaux, moim spadkobiercą, ale uprzedzam cię jednak, że nie mam nic prócz trzech dublonów zaszytych w pasie.
— Wystarczająco, by kupić sześć butelek hiszpańskiego wina, którymi nie omieszkam wznieść toastu na twoją cześć, przyjacielu.
— Dziękuję, Carmaux. Od razu mi ulżyło i teraz mogę ze spokojem czekać na śmierć.
Tymczasem „Błyskawica” wciąż zataczała kręgi wokół nieprzyjacielskiego statku, który z kolei obracał się wokół swojej osi, ustawiając się dziobem w jej kierunku. Szykowała się do ataku, jak łowca czający się na swoją ofiarę, lecz nie otwierała ognia.
Czarny Korsarz nie wypuszczał steru z rąk. Oczy błyszczały mu jak nocnemu drapieżnikowi, ani na chwilę nie spuszczał z nich hiszpańskiego żaglowca. Wydawało się, że próbuje odgadnąć, co się dzieje na jego pokładzie i przewidzieć najdrobniejszy fałszywy ruch, który pozwoliłby na wyprowadzenie śmiertelnego ciosu.
Załoga patrzyła na niego z zabobonnym lękiem. Ten człowiek, który nawigował statkiem, jakby przelał weń własną duszę, okrążał swój łup, prawie nie manewrując żaglami. Jego ponury wygląd i niezłomna postawa wzbudzały przerażenie nawet wśród nieznających lęku pogromców mórz. Przez całą noc „Błyskawica” krążyła wokół nieprzyjaciela, nie odpowiadając na mało skuteczne strzały armatnie, które od czasu do czasu posyłano w jej kierunku. Gdy gwiazdy przybledły i pierwsze promienie świtu zabarwiły wody Zatoki, Czarny Korsarz poderwał się na nogi i krzyknął:
— Kamraci! Wszyscy na stanowiska! Bandera w górę!
„Błyskawica” zmieniła kurs i popłynęła prosto na wroga, gotując się do abordażu.
Na bezanmaszt wciągnięto potężną banderę Czarnego Korsarza, którą dodatkowo przybito do drzewca, by zbyt łatwo nie padła łupem wroga. Jej utrata była równoznaczna ze śmiercią, utrzymanie jej oznaczało zwycięstwo; dobrowolne poddanie się wrogom w ogóle nie wchodziło w rachubę. Artylerzyści na rufie przygotowali działa, a piraci ustawieni przy relingach wystawili muszkiety przez otwory strzelnicze, gotowi w każdej chwili zasypać wroga gradem kul.
Czarny Korsarz upewnił się, czy wszyscy znajdowali się stanowiskach bojowych, spojrzał, czy marynarze zajęli miejsce w bocianim gnieździe, na salingach i rejach, po czym krzyknął:
— Moi morscy bracia! Nie powstrzymuję was dłużej! Niech żyją piraci!
Na pokładzie trzykrotnie rozbrzmiało głośne „hurra!” i huknęło z armat.
Hiszpański okręt ustawił się pod wiatr i podpływał coraz bliżej. Zaiste jego załoga musiała być wyjątkowo bitna i odważna, gdyż zazwyczaj hiszpańskie okręty, znając z doświadczenia odwagę straszliwych przeciwników, unikały bezpośrednich starć z piratami z Tortugi. Gdy podpłynęli na tysiąc kroków, rozpoczęli wściekłą kanonadę. Halsujący wprost na „Błyskawicę” statek, spowity chmurami prochowego ognia, raził piratów ogniem z dział na sterburcie.
Był to ogromny, wysoki trzypokładowiec, który posiadał czternaście otworów artyleryjskich; bez dwóch zdań prawdziwa wojenna fregata, która z jakiegoś powodu odłączyła się od floty admirała Toledo.
Na mostku kapitańskim z szablą w ręku stał kapitan ubrany we wspaniały mundur oficerski. Dookoła niego zgromadzili się oficerowie, a na pokładzie uwijało się wielu marynarzy.
Przy akompaniamencie huków i wybuchów okręt odważnie sunął na spotkanie „Błyskawicy”, a na jego grotmaszcie dumnie powiewała wielka, hiszpańska flaga.
Korsarski żaglowiec, mimo skromnych rozmiarów, nie uląkł się gradu kul. Pruł coraz szybciej prosto na wroga, odpowiadając ogniem z dział rufowych. Czarny Korsarz wyczekiwał na dogodny moment, by móc ustawić statek bokiem i wypalić z dwunastu furt działowych.
Nieprzyjaciel zasypał piratów deszczem kartaczy. Pociski uszkadzały burty, łomotały w ładowni, niszczyły nadburcia, utrudniając przy tym sterowanie, i siały spustoszenie wśród marynarzy, którzy zajęli pozycje na dziobie. Mimo tego wściekłego ataku statek nie schodził z kursu i z wielką śmiałością parł do abordażu.
Gdy „Błyskawica” podpłynęła do wroga na dwa kable, wtedy dopiero strzelcy wypalili z muszkietów; zasypali żelastwem pokład nieprzyjacielskiego statku, czym znacznie wzmocnili siłę armatniego ognia.
Ta huraganowa salwa okazała się dla Hiszpanów tragiczna w skutkach. Piraci prowadzili ogień z niezwykłą celnością, rzadko chybiając celu. Zdobyta w dawnych czasach wprawa, kiedy to jeszcze jako myśliwi polowali na dziko żyjące bydło, była tu na wagę złota.
Rzeczywiście pokaźne arkebuzy siały większe spustoszenie niż ładowane w armaty kartacze. Hiszpanie rażeni kulami padali pokotem wzdłuż relingów. Pociski sięgały też puszkarzy na kasztelu i oficerów na mostku.
Po dziesięciu minutach nie ostał się już nikt. Trafiony kulą padł też dowódca wśród swoich oficerów, zanim jeszcze oba statki szczepiły się ze sobą.
Pozostała jeszcze obsługa dział w lukach, liczniejsza niż marynarze na pokładzie. Zwycięstwo wisiało więc na włosku.
Gdy statki zbliżyły się na odległość dwudziestu jardów, wykonały nagły zwrot. Wśród huku dział padały komendy Czarnego Korsarza:
— Zrefować grotżagiel i marsel, brasować reje na fokmaszcie, naciągnąć bezanmaszt, ile się da!
Gwałtowne pchnięcie steru skręciło nagle „Błyskawicę”, która siłą rozpędu wbiła się bukszprytem we wroga, dziurawiąc mu ożaglowanie bezanmasztu.
Czarny Korsarz, trzymając szablę w prawej dłoni i pistolet w lewej, zbiegł z górnego pokładu.
— Kamraci! — huknął. — Do abordażu!