Oczywiście, niewierni! W tej bezbrzeżnej dali
podwórze przy podwórzu i sala przy sali.
Raz szłam cichcem galerią pośród kolumn cieni,
aż tu pogłosy śmiechu zadzwonią w przestrzeni —
patrzę: — aż ci to chłopczyk miły, cale gładki
z ojcowych kolan skacze na kolana matki.
Uściski, przymilania przekornej miłości,
przeplatają się z śmiechem prawdziwej radości.
Nagus, geniusz bez skrzydeł, Faun bez zwierzęcości,
skacze po pawimencie w wiewiórczej zwinności,
podłoga go odrzuca, podbija — a mały
po drugim, trzecim skoku już sięga powały.
Matka zstrachana woła: „drogą dookolną
wkoło komnaty biegaj, lecz latać nie wolno!”
Ojciec roztropny mówi: „ziemia, jak odskocznia,
skok twój w loty zamienia i wraz podobłocznia;
dotknijże stopą ziemi jak Anteusz drugi,
poczujesz w krew płynące przemożne sił strugi”.
A nasz chłopaczek skacze, jak piłka pomyka
po skałach, turniach — ledwo stopą skał dotyka.
Aż w jakiejś rozpadlinie znika niezgłębionej,
my wszyscy w krzyk! A echo powtarza: zgubiony!
Matka płacze, a ojciec, choć zgnębiony srodze,
pociesza ją — ja stoję bezradna i w trwodze.
Aż tu nowe zjawisko! Przecudne! Świetliste!
Wraca odziany w szaty jak łąka kwieciste!
Ręce, piersi we wstęgach! Opleciony cały
szarfami! W rękach lutnia! Słowem — Febus mały.
Dziw wielki! Tak tam stoi na wyżnim kamieniu!
Rodzice się całują w szczęsnym uniesieniu,
a wkoło głowy chłopca promienie się złocą —
czy to diadem? czy światło ducha skwitłe mocą?
A już-ci w każdym ruchu wielki dźwięk się ziszcza,
gest każdy wieści piękno — piękna tego mistrza,
który nie stwarza pieśni, bo cały jest pieśnią!
Lecz wnet się cuda oczom waszym ucieleśnią.