Stary Grandet, nie mając już nic do zarządzenia, wydobył zegarek; widząc, że ma jeszcze pół godziny czasu przed śniadaniem, wziął kapelusz, zaszedł uściskać córkę i rzekł: — Czy chcesz się przejść nad Loarą po moich łąkach? Mam tam interes. Eugenia poszła włożyć słomkowy kapelusz, podszyty różową materią, po czym ojciec i córka zeszli krętą uliczką aż na rynek. — Gdzież pan tak wcześnie rano? — spytał rejent Cruchot, spotkawszy starego. — Zobaczyć coś — odparł Grandet, nie mając złudzeń co do rannej przechadzki swego przyjaciela. Kiedy stary Grandet szedł coś obejrzeć, rejent wiedział z doświadczenia, że zawsze można przy nim coś zarobić. Udał się z nim. — Idziesz, Cruchot? — rzekł Grandet. — Jesteśmy przyjaciółmi, pokażę ci, że to jest głupstwo sadzić topole w dobrej ziemi. — Więc pan liczysz za nic sześćdziesiąt tysięcy franków, które pan zgarnął za topole na swoich łąkach nad Loarą — rzekł rejent, otwierając zdumione oczy. — Czy to nie było szczęście? Wyciąć topole w chwili, gdy w Nantes brakowało białego drzewa i sprzedać je po trzydzieści franków! Eugenia słuchała, nie wiedząc, że zbliża się najuroczystsza chwila jej życia i że rejent ściągnie na nią ojcowski i bezapelacyjny wyrok. Grandet doszedł do wspaniałych łąk, jakie miał nad Loarą, gdzie trzydziestu robotników pracowało nad oczyszczeniem, zasypaniem i zrównaniem gruntu, w którym niegdyś rosły topole. — Patrz, Cruchot, ile topola zabiera gruntu — rzekł stary do rejenta. — Janie — krzyknął do robotnika — zmierz no sążniem we wszy-wszy-y-stkich kierunkach. — Cztery razy po osiem stóp — odparł robotnik, skończywszy. — Trzydzieści dwie stopy straty — rzekł Grandet do rejenta. — Miałem z tej strony trzysta topól, prawda? Otóż, trzy… sta trzy… sta razy trzy… trzy… dzieści dwie stopy zja… zjadały mi pięćset siana; dodaj pan dwa razy tyle po bo-okach, tysiąc pięćset; środkowe rzędy tyleż. Zatem, li… liczmy tysiąc wiązek sia-a-ana. — Ba — rzekł Cruchot, aby dopomóc przyjacielowi. — Tysiąc wiązek tego siana jest warte około sześciuset franków. — Powiedz pan ty… tysiąc dwie… dwieście, bo trzysta do czte-czterystu za potraw. Zatem, li… li… liczmy, że że ty… tysiąc dwieście franków ro-ro-rocznie przez czterdzieści lat da-da-daje razem z proce-centem składanym, który znasz… — Niech będzie sześćdziesiąt tysięcy — rzekł rejent. — Niech będzie, tylko sze-sze-sześćdziesiąt tysięcy. Zatem — rzekł winiarz, już się nie jąkając — dwa tysiące topól czterdziestoletnich nie dałyby mi ani pięćdziesięciu tysięcy. Jest strata. Doszedłem tego — rzekł Grandet, prostując się z dumą. — Janie — podjął — zasypiesz dziury, wyjąwszy od strony Loary, gdzie zasadzisz topole, które kupiłem. Kiedy je wpuszczę w rzekę, będą się żywiły na koszt rządu — dodał, zwracając się do Cruchota i poruszając naroślą na nosie, co zastępowało najironiczniejszy z uśmiechów. — To jasne, topole powinno się sadzić tylko w chudej ziemi — rzekł Cruchot zdumiony rachunkiem Grandeta. — Tak, panie — rzekł bednarz drwiąco. Eugenia, która patrzyła na cudny pejzaż Loary, nie słuchając obliczeń ojca, nadstawiła ucha na słowa Cruchota, słysząc, jak mówi do starego: — He, he, sprowadziłeś pan sobie zięcia z Paryża, całe Saumur mówi tylko o pańskim bratanku. Będę miał niedługo kontrakcik do sporządzenia, papo Grandet. — Wcze-e-eśnie pan wstał, aby mi to po-powiedzieć — odparł Grandet, podkreślając tę uwagę ruchem swej narośli. — Więc do-o-o-brze, stary kamracie, będę szczery i powiem ci to, co chciałeś wiedzieć. Wolałbym raczej, wi-wi-widzisz pan, wrzu-wrzu-wrzucić córkę do rzeki, niż ją dać temu ku-u-uzynkowi; mo-mo-możesz pan to opowiedzieć. Ale nie, pozwól ga-gadać ludziom. Odpowiedź ta wstrząsnęła Eugenią. Odległe nadzieje, które zaczynały lęgnąć się w jej sercu, zakwitły nagle, ziściły się i wydały pęk kwiatów, które ujrzała ścięte i leżące na ziemi. Od wczoraj przywiązała się do Karola wszystkimi więzami szczęścia łączącymi dusze; odtąd miało je wzmocnić cierpienie. Czyż nie jest szlachetną cechą kobiety, że bardziej ją wzrusza wymowa niedoli niż przepychy szczęścia? Jakim cudem uczucie ojcowskie mogło wygasnąć w sercu ojca? Jakiej zbrodni winien był Karol? — tajemnicze pytanie! Już jej rodząca się miłość, ta głęboka tajemnica, spowiła się w zagadki. Nogi jej drżały w powrotnej drodze; stara, ciemna ulica, dla niej tak wesoła, wydała jej się dziwnie smutna; owionęła ją melancholia, wyciśnięta tam przez czas i przez martwe przedmioty. Nie brakowało jej żadnego z doświadczeń miłości. O kilka kroków od domu wyprzedziła ojca i zapukawszy, czekała go u bramy. Ale Grandet, ujrzawszy w ręku rejenta gazetę jeszcze niewyjętą z opaski, spytał: — Po czemu renta? — Nie chcesz mnie słuchać, Grandet — odparł Cruchot. — Kupuj prędko; w dwa lata można jeszcze zarobić dwadzieścia od stu, poza bardzo przyzwoitym procentem, pięć tysięcy funtów od osiemdziesięciu tysięcy. Renta jest po osiemdziesiąt franków pięćdziesiąt centymów. — Zobaczę, zobaczę — odparł Grandet, pocierając sobie podbródek. — Och, Boże! — rzekł rejent. — Co się stało? — wykrzyknął Grandet w chwili, gdy Cruchot podsuwał mu dziennik, mówiąc: — Czytaj pan. Pan Grandet, jeden z najbardziej poważanych przemysłowców paryskich, zastrzelił się wczoraj, wróciwszy jak zwykle z giełdy. Przesłał prezydentowi Izby Poselskiej swoją dymisję; również złożył funkcje sędziego w trybunale handlowym. Zrujnowały go upadłości panów Roguin i Souchet, jego rejenta i agenta giełdowego. Mimo to poważanie, jakim cieszył się pan Grandet oraz jego kredyt były takie, że z pewnością znalazłby pomoc na rynku paryskim. Ubolewania godne jest, że ten człowiek tak godny szacunku uległ pierwszemu odruchowi rozpaczy etc. — Wiedziałem o tym — rzekł winiarz. Słowa te zmroziły pana Cruchot, który mimo swej notariuszowskiej obojętności uczuł chłód na plecach na myśl, że może Grandet paryski na próżno błagał o miliony Grandeta z Saumur. — A jego syn, taki wesoły wczoraj… — Nie wie jeszcze nic — odparł Grandet z tym samym spokojem. — Bywaj pan zdrów, Grandet — rzekł Cruchot, który zrozumiał wszystko i poszedł uspokoić prezydenta de Bonfons. Po powrocie Grandet zastał śniadanie gotowe. Pani Grandet, której Eugenia skoczyła na szyję z owym serdecznym wylaniem, jakie rodzi się z tajemnego zmartwienia, siedziała już na swoim krześle i robiła na drutach mitenki. — Możecie państwo jeść — rzekła Nanon, która zbiegła na dół po cztery schody. — Dziecko śpi jak aniołek. Jaki on ładniusi z zamkniętymi oczami! Weszłam, zawołałam go! Aha, nic a nic. — Daj mu spać — rzekł Grandet. — Obudzi się zawsze dość wcześnie, aby usłyszeć złe nowiny. — Co się takiego stało? — spytała Eugenia, kładąc do kawy dwa maleńkie kawałki cukru, jakie stary lubił sam rąbać w wolnych chwilach. Pani Grandet, która nie odważyła się zadać tego pytania, spojrzała na męża. — Ojciec jego strzelił sobie w łeb. — Stryj?… — spytała Eugenia. — Biedny chłopiec! — wykrzyknęła pani Grandet. — Tak, biedny — odparł Grandet. — Nie ma ani grosza. — Ba, śpi, jakby był królem całego świata — rzekła Nanon tkliwie. Eugenia przestała jeść. Serce się jej ścisnęło, tak jak się ściska serce, kiedy po raz pierwszy współczucie obudzone nieszczęściem kochanego człowieka rozleje się po całym ciele kobiety. Biedna dziewczyna zapłakała. — Nie znałaś stryja, po co płaczesz? — rzekł ojciec, rzucając jej spojrzenie zgłodniałego tygrysa, jakim patrzył z pewnością na swoje kupy złota. — Ależ proszę pana — rzekła służąca — któż by się nie litował nad biednym chłopczyną, który śpi jak zabity, nie znając swego losu? — Nie mówię do ciebie, Nanon, trzymaj język za zębami. Eugenia zrozumiała w tej chwili, że kochająca kobieta powinna zawsze skrywać swoje uczucia. Nie odpowiedziała. — Aż do mego powrotu, mam nadzieję, żono, że nie powiesz mu o niczym — dodał starzec. — Wrócę w południe na drugie śniadanie i pomówię z bratankiem o jego interesach. Co do ciebie, moja panno, jeżeli z powodu tego cacusia płaczesz, możesz sobie tego oszczędzić. Pojedzie w te pędy do Indii, nie zobaczysz go już… Ojciec wziął rękawiczki, włożył je ze zwykłym spokojem, obciągnął je na palcach i wyszedł. — Och, mamo, duszę się — wykrzyknęła Eugenia, znalazłszy się sama z matką. — Nigdy w życiu tak nie cierpiałam. Pani Grandet, widząc, że córka blednie, otworzyła okno i dała jej odetchnąć powietrzem. — Lepiej mi — rzekła Eugenia po chwili. To nerwowe wzruszenie w naturze dotąd na pozór chłodnej i spokojnej oddziałało na panią Grandet, która spojrzała na córkę z ową sympatyczną intuicją, jaką obdarzone są matki wobec przedmiotu swojej czułości. Zrozumiała wszystko. Bo też w istocie życie słynnych węgierskich sióstr, spojonych ze sobą przez omyłkę przyrody, nie było bliższe niż życie Eugenii i jej matki, wciąż razem przy tym oknie i razem w kościele, i oddychających we śnie tym samym powietrzem. — Moje biedne dziecko! — rzekła pani Grandet, biorąc głowę Eugenii i tuląc ją do piersi. Na te słowa córka podniosła głowę, zwróciła na matkę pytające spojrzenie, zbadała jej tajemne myśli i rzekła: — Po co go wysyłać do Indii? Jeżeli jest nieszczęśliwy, czyż nie powinien zostać tutaj, czyż nie jest naszym najbliższym krewnym? — Tak dziecko, to byłoby bardzo naturalne, ale ojciec ma swoje racje, musimy je uszanować. Matka i córka usiadły w milczeniu jedna na swoim wysokim fotelu, druga na krzesełku; obie podjęły swoje robótki. Zdjęta wdzięcznością dla tej cudownej inteligencji serca, jaką okazała matka, Eugenia ucałowała jej rękę, mówiąc: — Jaka ty jesteś dobra, droga mamo. Te słowa rozpromieniły starą twarz matczyną, zwiędłą od długiej boleści. — Podobał ci się? — spytała Eugenia. Pani Grandet odpowiedziała jedynie uśmiechem; po czym, po chwili milczenia, rzekła po cichu: — Czyżbyś go już kochała? To byłoby niedobrze. — Niedobrze? — odparła Eugenia. — Czemu? Podoba się tobie, podoba się Nanon, czemuż mnie nie miałby się podobać? Wiesz, mamo, nakryjmy mu do śniadania. Odłożyła robótkę, matka zrobiła to samo, mówiąc: — Oszalałaś! Ale zgodziła się usprawiedliwić szaleństwo córki, dzieląc je. Eugenia zawołała Nanon. — Co panienka jeszcze chce? — Nanon, będziesz miała śmietankę na południe? — A, na południe tak — odparła stara służąca. — Więc dobrze, daj mu kawy bardzo mocnej, słyszałam od pana des Grassins, że w Paryżu robią bardzo mocną kawę. Daj dużo kawy. — A skąd wezmę? — Kup. — A jeśli pan mnie spotka? — Jest na łąkach. — Biegnę. Ale pan Fessart już mnie pytał, czy u nas są trzej królowie, kiedy zażądałam świecy. Całe miasto będzie wiedziało o naszych zbytkach. — Jeśli ojciec spostrzeże coś — rzekła pani Grandet — zdolny by był nas wybić. — Więc dobrze, wybije nas, przyjmiemy jego ciosy na klęczkach. Za całą odpowiedź pani Grandet podniosła oczy do nieba. Nanon włożyła czepek i wyszła. Eugenia wydała bieliznę stołową, poszła przynieść trochę winogron, które dla zabawy wieszała na burkach na strychu. Szła lekko przez korytarz, aby nie obudzić kuzyna; pod drzwiami nie mogła się wstrzymać, aby nie posłuchać oddechu, który od czasu do czasu wymykał się równo z jego ust. „Nieszczęście czuwa, gdy on śpi” — powiadała sobie. Wzięła najzieleńsze liście wina, ułożyła grona tak smacznie, jak mógłby to uczynić stary kucharz i przyniosła je triumfalnie na stolik. Zgarnęła w kuchni gruszki policzone przez ojca i ułożyła je w kształt piramidy na liściach. Chodziła, wracała, biegała, skakała. Chciałaby złupić cały dom, ale ojciec miał klucze od wszystkiego. Nanon wróciła z dwoma świeżymi jajkami. Widząc jajka, Eugenia miała ochotę rzucić się jej na szyję. — Nasz dzierżawca z Lande miał je w koszyku, poprosiłam go i dał mi, żeby mi zrobić przyjemność: poczciwina! Po dwóch godzinach starań, podczas których Eugenia porzuciła dwadzieścia razy robótkę, aby iść popatrzeć na kipiącą kawę, aby słuchać hałasu, jaki robił jej kuzyn wstając, zdołała przyrządzić śniadanie bardzo skromne, niekosztowne, ale straszliwie odbijające od zadawnionych domowych obyczajów. Drugie śniadanie jadło się, stojąc: dla każdego kawałek chleba, trochę masła lub owoców i szklaneczka wina. Widząc stolik umieszczony koło ognia, fotel przed nakryciem kuzyna, widząc dwa talerze z owocami, kieliszek na jajka, butelkę białego wina, chleb, cukier na spodku, Eugenia zadrżała na całym ciele na samą myśl o spojrzeniu, jakim zmierzyłby ją ojciec, gdyby wszedł w tej chwili. Toteż często spoglądała na zegar, aby obliczyć, czy kuzyn zdoła skończyć śniadanie przed powrotem starego. — Bądź spokojna, Eugenio, jeżeli ojciec przyjdzie, wezmę wszystko na siebie — rzekła pani Grandet. Eugenia nie mogła wstrzymać łez. — Och, droga mamo — wykrzyknęła. — Nie dosyć cię kochałam! Karol, nakręciwszy się bez końca po pokoju, wszedł wreszcie, nucąc. Szczęściem była dopiero jedenasta. Paryżanin! Wystroił się z taką kokieterią, jak gdyby się znajdował w pałacu szlachetnej damy, która obecnie podróżowała po Szkocji. Wszedł z ową pogodną miną, z którą młodym tak jest do twarzy i która sprawiła Eugenii smutną radość. Przyjął z humorem rozsypanie się w gruzy swoich zamków na lodzie i powitał ciotkę wesoło. — Czy dobrze droga ciocia spała? A ty, kuzynko? — Doskonale; ale pan? — rzekła pani Grandet. — Ja, doskonale. — Musi kuzyn być głodny — rzekła Eugenia. — Proszę siadać do stołu. — Ależ ja nigdy nie śniadam przed południem, to znaczy zaraz po wstaniu. Jednakże tak licho karmiono mnie w drodze, że poddaję się chętnie. Zresztą… — Wydobył najpiękniejszy, płaski zegareczek, jaki wyszedł z pracowni Bregueta. — Oho! Ależ to dopiero jedenasta. Wstałem tak wcześnie… — Wcześnie!… — powtórzyła pani Grandet. — Tak, ale chciałem uporządkować swoje rzeczy. Więc dobrze, chętnie zjadłbym coś, jakiś kawałek drobiu, skrzydełko kuropatwy. — Matko najświętsza! — wykrzyknęła Nanon, słysząc te słowa. „Kuropatwę” — rzekła w duchu Eugenia, która byłaby chciała opłacić kuropatwę całym swoim skarbem. — Niech pan siada — rzekła ciotka. Dandys osunął się na fotel niby ładna kobieta, która się pozuje na kanapie. Eugenia i jej matka wzięły krzesła i siadły koło niego przy ogniu. — Panie zawsze mieszkają tutaj? — spytał Karol, któremu sala wydała się w dzień jeszcze brzydsza niż przy świecach. — Zawsze — odparła Eugenia, patrząc na niego. — Zawsze z wyjątkiem winobrania. Wtedy jedziemy pomagać Nanon i mieszkamy wszyscy w opactwie Noyers. — Nigdy nie wychodzą panie na przechadzkę? — Czasami w niedzielę po nieszporach, kiedy jest ładnie – odparła pani Grandet. — Idziemy na most albo przyjrzeć się koszeniu siana. — Czy mają tu panie teatr? — Teatr! — wykrzyknęła pani Grandet. — Oglądać aktorów, komediantów? Ależ proszę pana, czy pan nie wie, że to śmiertelny grzech! — Ma pan, drogi paniczu — rzekła Nanon, przynosząc jajka. — Dajemy panu kurczęta w skorupkach. — O, świeże jajka — rzekł Karol, który jak człowiek przyzwyczajony do zbytku, nie myślał już o kuropatwie. — Ale to rozkoszne! A gdybyś jeszcze miała tak kawałek masła, moje drogie dziecię. — Ba, masło! W takim razie nie będzie placka — rzekła służąca. — Ależ dajże masło, Nanon — wykrzyknęła Eugenia. Młoda dziewczyna przyglądała się kuzynowi łamiącemu chleb i znajdowała w tym tyle przyjemności, ile najczulsza gryzetka paryska znajduje jej w oglądaniu melodramatu z triumfującą niewinnością. Prawda, iż Karol, wychowany przez uroczą matkę, rozpieszczony przez modną kobietę, miał ruchy pełne wdzięku, wykwintne, miękkie jak ruchy młodej elegantki. Współczucie i tkliwość młodej dziewczyny mają działanie iście magnetyczne. Toteż Karol, widząc, że jest przedmiotem względów kuzynki i ciotki, nie mógł się obronić działaniu uczuć, które promieniowały ku niemu, opływając go jak fala. Rzucił na Eugenię spojrzenie pełne dobroci i pieszczoty, spojrzenie podobne do uśmiechu. Spostrzegł, patrząc na Eugenię, wyborną harmonię rysów tej czystej twarzy, jej niewinny wyraz, wspaniały blask oczu, w których iskrzyły się młode myśli miłosne i nieświadome pragnienie rozkoszy. — Na honor, droga kuzynko, gdybyś była w loży i w wieczorowej tualecie w operze, ręczę ci, że ciotka miałaby rację, bo przyprawiłabyś wielu mężczyzn o grzech pożądania, a wiele kobiet o grzech zazdrości. Komplement ten ścisnął serce Eugenii i przejął ją dreszczem radości, mimo że nic nie zrozumiała. — Och, kuzynie, ty sobie żartujesz z biednej parafianki. — Gdybyś mnie znała, kuzynko, wiedziałabyś, że ja nienawidzę ironii; ona kazi serce, warzy wszystkie uczucia… — Tu zakąsił bardzo smacznie tartynką z masłem. — Nie, nie mam prawdopodobnie dosyć dowcipu na to, aby sobie drwić z drugich i bardzo cierpię na tym braku. W Paryżu można zabić człowieka, mówiąc o nim: „ma dobre serce”. To znaczy tyle co: „biedaczysko, głupi jak but”. Ale ponieważ jestem bogaty i znany z tego, że strącam lalkę o trzydzieści kroków z każdego pistoletu i w szczerym polu, szyderstwo nie czepia się mnie. — To, co pan mówi, świadczy o dobrym sercu. — Ma kuzyn ładny pierścionek — rzekła Eugenia. — Czy wolno go obejrzeć? Karol wyciągnął rękę, zdejmując z niej pierścionek; Eugenia zarumieniła się, muskając końcem palców różowe paznokcie młodego człowieka. — Patrz, mamo, jaka piękna robota. — To grubo pozłacane — rzekła Nanon, przynosząc kawę. — Co to takiego? — spytał Karol, śmiejąc się. I pokazał podłużny garnek z ciemnej gliny, polewany wewnątrz, okolony smugą popiołu, w którego głąb sypała się kawa, wracając na powierzchnię wrzącego płynu. — To kawa gotowana — rzekła Nanon. — A, droga ciociu, zostawię przynajmniej dobroczynny ślad mego pobytu. Strasznie jesteście zacofani! Nauczę was robić kawę w maszynce Chaptal. I próbował wytłumaczyć system maszynki Chaptal. — Ba — rzekła Nanon. — Tyle subiekcji, trzeba by życie całe na tym strawić. Nigdy nie będę robiła kawy w ten sposób. Ładne rzeczy! A kto by nażął trawy dla krowy, gdy ja bym robiła kawę? — Ja będę robiła — rzekła Eugenia. — Dziecko — rzekła pani Grandet, patrząc na córkę. Na to słowo, przypominające cios wiszący już nad głową nieszczęśliwego młodego człowieka, trzy kobiety zamilkły i patrzały nań z wyrazem współczucia, który uderzył Karola. — Co tobie, kuzynko? — Cyt — rzekła pani Grandet do Eugenii, która już miała przemówić. — Wiesz, dziecko, że ojciec sam chce mówić z panem… — Niech pani pomówi z Karolem — rzekł młody Grandet. — A, kuzynowi jest Karol, to piękne imię — wykrzyknęła Eugenia. Nieszczęścia przeczuwane nadchodzą prawie zawsze. Nanon, pani Grandet i Eugenia, które nie bez drżenia myślały o powrocie starego bednarza, usłyszały dźwięk młotka, którego odgłos był im dobrze znany. — Ojciec — rzekła Eugenia. Sprzątnęła spodek z cukrem, zostawiając kilka kawałków na obrusie. Nanon zabrała talerzyk z jajkami. Pani Grandet zerwała się jak wystraszona łania. Była to chwila panicznego strachu, ku zdziwieniu młodego Grandet, który nie umiał sobie tego wytłumaczyć. — Co się dzieje? — spytał. — Ależ… ojciec idzie — rzekła Eugenia. — Więc co?… Pan Grandet wszedł, objął bystrym spojrzeniem stół, Karola, ujrzał wszystko. — Ha, ha, wyprawiłyście ucztę dla chłopczyka, dobrze, bardzo dobrze, doskonale — rzekł bez zająkiwania się. — Kiedy kota nie ma w domu, myszy tańcują. „Uczta?…” — pomyślał Karol, niezdolny wyobrazić sobie gospodarkę i obyczaje tego domu. — Podaj mi szklankę, Nanon — rzekł stary. Eugenia przyniosła szklankę. Grandet wydobył z kieszeni rogowy nóż z szerokim ostrzem, ukrajał kromkę chleba, wziął trochę masła, posmarował starannie i zaczął jeść, stojąc. W tej chwili Karol słodził kawę. Stary Grandet spostrzegł kawałki cukru, przyjrzał się żonie, która zbladła i cofnęła się o trzy kroki; nachylił się do ucha biednej starej i rzekł: — Skąd żeście wzięły cukier? — Nanon przyniosła ze sklepiku, bo nie było. Niepodobna odtworzyć sobie głębokiego wrażenia, jakie scena ta wywarła na trzech kobietach. Nanon opuściła kuchnię i patrzyła przez drzwi, aby zobaczyć, co się będzie działo. Karol, który pokosztował kawy i któremu wydała się gorzka, szukał cukru, który stary już schował. — Czego szukasz? — rzekł stary. — Cukru. — Dolej mleka — odpowiedział pan domu. — Będzie słodsza. Eugenia wzięła spodek z cukrem, który Grandet już schował i postawiła go na stole, patrząc spokojnie na ojca. Z pewnością paryżanka, która, aby ułatwić ucieczkę kochankowi, przytrzymuje słabymi rączkami sznurową jedwabną drabinkę, nie więcej rozwija męstwa, niż go okazała Eugenia, stawiając cukier na stole. Kochanek wynagrodzi paryżankę, która pokaże mu z dumą obolałe ramię; każda żyłka będzie skąpana we łzach, pocałunkach i wygojona rozkoszą, podczas gdy Karol nigdy nie miał przejrzeć głębokich wzruszeń, które łamały serce jego kuzynki spiorunowanej wzrokiem starego bednarza. — Co ty, żono, nie jesz? Biedna niewolnica podeszła, ukrajała miłosiernie kawałek chleba i wzięła gruszkę. Eugenia podała odważnie ojcu winogrono, powiadając: — Skosztuj mojej konserwy, papo. Kuzynek też pozwoli, prawda? Sama przyniosłam te piękne grona dla kuzyna. — Och, jeśli się ich nie wstrzyma, one spustoszą całe Saumur dla ciebie, mój chłopcze. Kiedy skończysz, pójdziemy razem do ogrodu; powiem ci rzeczy, które nie będą słodkie. Eugenia i jej matka rzuciły Karolowi spojrzenie, którego wyraz nie mógł go omylić. — Co znaczą te słowa, stryju? Od śmierci mojej biednej matki… — przy tych słowach, głos jego zmiękł— …nie ma już dla mnie możliwości nieszczęścia… — Moje dziecko, któż może przewidzieć nieszczęścia, jakimi Bóg chce nas doświadczyć — rzekła ciotka. — Ta ta ta ta! — rzekł Grandet. — Zaczynają się głupstwa. Z przykrością patrzę, mój chłopcze, na twoje ładne, białe rączki. Tu pokazał mu iście baranie łopatki, jakie natura umieściła na końcu jego ramion. — Oto ręce stworzone do zbierania talarów. Ciebie przyuczono oblekać nogi skórą, z jakiej my wyrabiamy portfele wekslowe. Niedobrze, niedobrze. — Co stryj ma na myśli? Niech mnie powieszą, jeśli rozumiem bodaj słowo. — Chodź — rzekł Grandet. Skąpiec zamknął nóż, wypił resztę wina i otworzył drzwi. — Odwagi, Karolu! Ton młodej dziewczyny zmroził Karola, który szedł za swoim straszliwym krewniakiem miotany śmiertelnym niepokojem. Eugenia, matka jej i Nanon przeszły do kuchni, parte niezwyciężoną ciekawością śledzenia aktorów sceny, która się miała rozegrać w wilgotnym ogródku, gdzie stryj przechadzał się w milczeniu z bratankiem. Grandet nie czuł się zakłopotany tym, że ma oznajmić Karolowi śmierć ojca, ale doznawał niejakiego współczucia, wiedząc, że chłopak zostanie bez grosza i szukał jakiegoś sposobu złagodzenia mu tej straszliwej prawdy. Powiedzieć: „Straciłeś ojca” to było nic — ojcowie umierają przed dziećmi. Ale powiedzieć: „Nie masz grosza!” — wszystkie nieszczęścia ziemi mieściły się w tych słowach. I stary obchodził już trzeci raz środkową aleję, w której piasek chrzęścił mu pod nogami. W wielkich okolicznościach życia dusza nasza przywiązuje się silnie do miejsc, w których spadają na nas radości lub zmartwienia. Toteż Karol przyglądał się ze szczególną uwagą szpalerom tego ogródka, bladym liściom, które leciały z drzew, kruszącym się murom, karłowatym drzewom owocowym, malowniczym szczegółom, które miały odcisnąć się w jego wspomnieniu, wiecznie skojarzone z tą doniosłą godziną, dzięki szczególnej mnemotechnice namiętności. — Ciepło jest, ładnie — rzekł Grandet, wciągając głęboko powietrze. — Tak, stryju, ale czemu… — Słuchaj, chłopcze — rzekł stryj. — Mam dla ciebie niedobre nowiny. Z ojcem twoim jest źle… — Czemuż więc jestem tutaj? — rzekł Karol. — Nanon! — krzyknął. — Konie pocztowe. Znajdę przecież jakiś powóz w tym mieście — dodał, zwracając się do stryja, który stał nieruchomo. — Nie trzeba koni ani powozu — odparł Grandet, patrząc na Karola, który zamilkł i patrzył szklanym wzrokiem. — Tak, mój biedny chłopcze, dobrze zgadujesz, nie żyje. Ale to nic jeszcze, rzecz cięższa. Zastrzelił się. — Mój ojciec? — Tak. Ale to nic jeszcze. Dzienniki paplą o tym, tak jakby miały jakie prawo. Masz, czytaj. Grandet, który pożyczył dziennik od rejenta, podsunął Karolowi złowrogi artykuł. W tej chwili biedny młodzieniec, jeszcze dziecko, w wieku, gdy uczucia wyrażają się z całą szczerością, zalał się łzami. — No dobrze — powiedział sobie Grandet. „Wzrok jego przerażał mnie. Płacze, jest ocalony.” — To jeszcze nic, mój chłopcze — podjął Grandet głośno, nie wiedząc, czy Karol go słucha. — To nic, pocieszysz się; ale… — Nigdy, nigdy! Ojcze! Ojcze! — Zrujnował cię, jesteś bez grosza. — Co mnie to obchodzi. Gdzie mój ojciec, mój ojciec! Płacz i szlochanie rozległy się w straszliwy sposób w tych murach i powtarzały się echowo. Trzy kobiety, zdjęte litością, płakały: łzy są równie zaraźliwe jak śmiech. Karol, nie słuchając stryja, pobiegł w dziedziniec, znalazł schody, wbiegł do swego pokoju i rzucił się na łóżko, kryjąc twarz w prześcieradła, aby móc płakać do woli, z dala od krewnych. — Niech przejdzie pierwsza ulewa — rzekł Grandet, wchodząc do sali, gdzie Eugenia i jej matka szybko zajęły swoje miejsca i pracowały drżącymi rękami, otarłszy sobie oczy. — Ale z tego chłopca nic nie będzie, więcej go obchodzą umarli niż pieniądze. Eugenia zadrżała, słysząc, w jaki sposób ojciec jej wyraża się o najświętszej boleści. Z tą chwilą zaczęła sądzić ojca. Mimo że stłumione, szlochania Karola rozlegały się w tym akustycznym domu; głęboka jego skarga, wychodząca jakby spod ziemi, ustała pod wieczór, słabnąc stopniowo. — Biedne dziecko — rzekła pani Grandet. Nieszczęsny wykrzyknik! Stary Grandet popatrzył na żonę, na Eugenię i na cukierniczkę, przypomniał sobie niezwykłe śniadanie przyrządzone dla nieszczęśliwego krewniaka i zatrzymał się na środku sali. — Ale, ale — rzekł ze zwykłym spokojem. — Mam nadzieję, że nie będziesz brnęła dalej w swojej rozrzutności, moja żono. Nie na to daję ci swoje pieniądze, abyś nadziewała cukrem tego młodego błazenka. — Matka nic temu niewinna — rzekła Eugenia. — To ja… — Czy dlatego, że jesteś pełnoletnia — przerwał Grandet — chciałabyś mi się sprzeciwiać? Pomyśl, Eugenio… — Ojcze, syn twego brata nie powinien w twoim domu czuć braku… — Ta ta ta ta — rzekł bednarz, przebiegając cztery chromatyczne tony — syn mego brata, bratanek, laryfary… Karol jest nam niczym, nie ma złamanego szeląga, ojciec jego umarł jako bankrut. Kiedy ten gagatek wypłacze się do syta, pójdzie stąd precz, nie chcę, aby mi buntował dom. — Co to znaczy: *bankrut*? — spytała Eugenia. — Zbankrutować — odparł stary — znaczy dopuścić się czynu najbardziej hańbiącego ze wszystkich, które mogą zhańbić człowieka. — To musi być wielki grzech — rzekła pani Grandet. — W takim razie nasz brat byłby potępiony. — Ta znów ze swymi litaniami! — rzekł stary, patrząc na żonę i wzruszając ramionami. — Bankructwo, Eugenio, to kradzież, którą prawo, niestety, otacza swoją protekcją. Ludzie oddają swoje zbiory Wilhelmowi Grandet na wiarę jego honoru i uczciwości, on bierze wszystko i zostawia im tylko oczy do płakania. Złodziej, rozbójnik, lepszy jest od bankruta; napada cię, możesz się bronić; ryzykuje swoją skórę; ale tamten… Słowem, Karol jest zhańbiony. Słowa te zabrzmiały w sercu biednej dziewczyny i zaważyły w nim całym swoim ciężarem. Uczciwa tak, jak delikatny jest kwiat rozkwitły w głębi lasu, nie znała ani prawideł świata, ani wykrętnych rozumowań, ani sofizmatów: przyjęła więc okrutne wyjaśnienie bankructwa, jakie jej dał ojciec, który rozmyślnie nie uczynił rozróżnienia między bankructwem mimowolnym a bankructwem złośliwym. — Jak to, ojcze, a ty nie mogłeś zapobiec temu nieszczęściu? — Brat się mnie nie radził. Zresztą, winien jest cztery miliony. — Co to jest milion, ojcze? — spytała Eugenia z naiwnością dziecka, które myśli, że łatwo znajdzie to, czego pragnie. — Dwa miliony? — rzekł Grandet. — No, to są dwa miliony pojedynczych sztuk po dwadzieścia su, a trzeba pięć takich sztuk, aby było pięć franków. — Mój Boże, mój Boże! — wykrzyknęła Eugenia. — Jakim cudem stryj mógł mieć cztery miliony? Czy jest ktoś we Francji, kto mógłby mieć tyle milionów? — Stary Grandet gładził sobie brodę, uśmiechał się, narośl na nosie zdawała się rozszerzać. — Ale co się stanie z kuzynem Karolem? — Pojedzie do Indii, gdzie, wedle życzenia swego ojca, postara się zrobić majątek. — Ale czy ma pieniądze na drogę? — Ja mu zapłacę podróż aż do… aż do Nantes. Eugenia rzuciła się ojcu na szyję. — Och, ojczulku, ty jesteś dobry. Ściskała go tak, że Grandet, którego sumienie dręczyło trochę, uczuł się niemal zawstydzony. — Czy dużo czasu trzeba, aby zebrać milion? — spytała. — Ba — rzekł bednarz. — Wiesz, co to złoty napoleon? No więc trzeba takich pięćdziesiąt tysięcy, żeby zrobić milion. — Mamo, odprawimy nowennę na jego intencję. — Myślałam o tym — rzekła matka. — Właśnie! Wciąż wyrzucać pieniądze! — wykrzyknął ojciec. — Czy wy myślicie, że tu w tym domu przelewają się tysiące? W tej chwili głucha skarga, posępniejsza od wszystkich innych, rozległa się na poddaszu i ścięła lękiem Eugenię i jej matkę. — Nanon, idź zobacz na górę, czy on się nie zabija — rzekł Grandet. — No, no — dodał, obracając się do żony i córki, które pobladły. — Żadnych głupstw, hę? Zostawiam was. Muszę przypilnować trochę naszych Holendrów, którzy dziś jadą. Potem pójdę do rejenta Cruchot pogadać z nim o tym wszystkim. Wyszedł. Gdy tylko Grandet zamknął drzwi, Eugenia i jej matka odetchnęły swobodniej.