Przed tym dniem nigdy Eugenia nie czuła przymusu w obecności ojca, ale od kilku godzin uczucia, myśli, wszystko się w niej przeobrażało. — Mamo, za ile ludwików sprzedaje się beczkę wina? — Ojciec sprzedaje je po sto i sto pięćdziesiąt franków, czasami dwieście wedle tego, co słyszałam. — Jeżeli zbiera tysiąc czterysta beczek wina… — Doprawdy, dziecko, nie wiem co to daje; ojciec nie mówi nigdy o swoich interesach. — Ale w takim razie tatuś musi być bogaty? — Może. Ale rejent Cruchot mówił mi, że kupił Froidfond przed dwoma laty. Ma z tym kłopoty. Eugenia, nie mogąc obliczyć majątku ojca, utkwiła w martwym punkcie w swoich rachunkach. — Nawet mnie nie widział, kochaneczek — rzekła Nanon, wracając. — Leży bez pamięci na łóżku i płacze jak ta Magdalena, tylko go uściskać! Cóż za zmartwienie ma ten śliczny chłopyś? — Chodźmy prędko, mamo, pocieszyć go. Skoro ktoś zapuka, zejdziemy na dół. Pani Grandet była bezbronna wobec przymilnego głosu córki. Eugenia była wspaniała, była kobietą. Obie z bijącym sercem weszły do pokoju Karola. Drzwi były otwarte. Młody człowiek nie widział ani nie słyszał nic. Tonąc we łzach, wydawał niezrozumiałe jęki. — Jak on kocha swego ojca — rzekła Eugenia cicho. Niepodobna było nie poznać w tonie tych słów nadziei serca bezwiednie rozpalonego namiętnością. Toteż pani Grandet rzuciła córce spojrzenie nabrzmiałe macierzyństwem, po czym rzekła jej do ucha: — Uważaj, dziecko, gotowa jesteś go pokochać. — Pokochać! — odparła Eugenia. — Och, gdybyś wiedziała, co ojciec powiedział! Karol obrócił się, ujrzał ciotkę i kuzynkę. — Straciłem ojca, mego biednego ojca. Gdyby mi powierzył sekret swego nieszczęścia, pracowalibyśmy razem, aby je naprawić. Och, mój dobry ojcze, tak byłem pewny, że cię ujrzę niebawem, iż zdaje mi się, że cię pożegnałem dość chłodno. Szloch przerwał mu słowa. — Będziemy się modliły za niego — rzekła pani Grandet. — Poddaj się woli bożej. — Kuzynie — rzekła Eugenia — odwagi. Strata twoja jest niepowetowana; myśl teraz o tym, aby ocalić swój honor. — Mój honor?… — wykrzyknął młody człowiek, odgarniając włosy nagłym ruchem i siadając na łóżku ze zwisłymi ramionami. — Ach, prawda. Ojciec, powiadał mi stryj, zbankrutował. Wydał rozdzierający krzyk i ukrył twarz w dłoniach. — Boże, Boże, przebacz memu ojcu, musiał bardzo cierpieć. Było coś straszliwie przejmującego w tej boleści, młodej, szczerej, bez wyrachowania, bez ubocznej myśli. Była to boleść wstydliwa, którą proste serca Eugenii i jej matki zrozumiały, gdy Karol uczynił gest, jakby prosząc je, aby go zostawiły samego. Zeszły, siadły w milczeniu przy oknie i pracowały blisko godzinę, nie zamieniając ani słowa. W ukradkowym spojrzeniu, jakim objęła pokój młodego człowieka — owo spojrzenie młodej dziewczyny, które widzi wszystko w jednym mgnieniu oka — Eugenia spostrzegła ładne bagatelki toaletowe, nożyczki, brzytwy wykładane złotem. Ten błysk zbytku, widziany poprzez ból, uczynił jej Karola jeszcze bardziej interesującym, może przez kontrast. Nigdy tak poważny fakt, nigdy tak dramatyczny widok nie uderzył wyobraźni dwóch istot bez ustanku pogrążonych w spokoju i samotności. — Mamo — rzekła Eugenia — będziemy nosiły żałobę po stryju. — Ojciec zdecyduje o tym — odparła pani Grandet. Znów zamilkły. Eugenia przewlekała igłę z regularnością, która zdradziłaby obserwatorowi napór jej myśli. Pierwszym pragnieniem tej wspaniałej dziewczyny było podzielić żałobę kuzyna. Około czwartej silne uderzenie młotka rozległo się w sercu pani Grandet. — Co się stało ojcu? — rzekła do córki. Winiarz wszedł rozradowany. Zdjąwszy rękawiczki, zatarł ręce tak, że zdawało się, że zedrze z nich skórę, gdyby naskórek nie był wygarbowany jak rosyjski jucht, z wyjątkiem zapachu modrzewiu i kadzidła. Przechadzał się, wyglądał oknem. Wreszcie zdradził swój sekret. — Żono — rzekł — wykiwałem ich wszystkich. Sprzedałem wino. Holendrzy i Belgowie odjeżdżali dziś, przechadzałem się po rynku pod ich gospodą z miną jakby nigdy nic. Ten tam, wiesz który, podszedł do mnie. Wszyscy więksi winiarze postanowili schować swój zbiór i czekać; nie przeszkadzałem im. Nasz Belg był zdesperowany. Widziałem to po nim. Dobiliśmy targu, bierze mój zbiór po dwieście franków beczka, połowa gotówką. Płaci w złocie. Weksle już wystawione, oto sześć ludwików dla ciebie. Za trzy miesiące wino spadnie. Te ostatnie słowa wypowiedziane były tonem spokojnym, ale tak głęboko ironicznym, że mieszkańcy Saumur zebrani w tej chwili na rynku i ogłuszeni wiadomością o targu, którego dobił Grandet, zadrżeliby, gdyby je usłyszeli. Panika przyprawiłaby wino o spadek do połowy ceny. — Miałeś tysiąc beczek w tym roku, ojcze? — spytała Eugenia. — Tak, *córuchno*. To zdrobnienie było wyrazem najwyższej radości u starego bednarza. — To czyni dwieście tysięcy sztuk po dwadzieścia su. — Tak, panno Grandet. — W takim razie, ojcze, możesz łatwo dopomóc Karolowi. Zdumienia, gniewu, osłupienia Baltazara, kiedy ujrzał *Mane-Tekel-Fares* nie dałoby się porównać z zimną wściekłością Grandeta, który, zapomniawszy już o bratanku, odnajdywał go w sercu i w rachubach córki. — Ej, do kata, odkąd ten cacuś przestąpił próg mego domu, wszystko tu idzie do diaska! Tylko wam w głowie cukierki, uczty i bale. Nie chcę tego wszystkiego. Dość jestem stary, abym sam wiedział,jak mam postępować. Nie potrzebuję lekcji od córki ani od nikogo. Zrobię dla mego bratanka to, co uznam za stosowne; wy nie potrzebujecie do tego wścibiać nosa. Co do ciebie, Eugenio — dodał, obracając się do niej. — Nie mów mi już o nim, inaczej wyprawę cię razem z Nanon do klasztoru w Noyers i to nie dalej niż jutro, jeżeli tylko piśniesz. Gdzie on jest, ten chłopak, czy już zszedł? — Nie, mężu — odparła pani Grandet. — No i co on robi? — Płacze po swoim ojcu — odparła Eugenia. Grandet spojrzał na córkę, nie znajdując odpowiedzi. Był przecież sam trochę ojcem. Obszedłszy raz czy dwa razy salę, udał się szybko do swego gabinetu, aby tam dumać o ulokowaniu kapitałów w rencie państwowej. Dwa tysiące morgów wyciętego lasu dało mu sześćset tysięcy franków; przydając do tej sumy kwotę uzyskaną za topole, dochody z roku zeszłego i obecnego, *plus* dwieście tysięcy, które świeżo utargował, razem czyniło to jakieś dziewięćset tysięcy franków. Dwadzieścia od sta, które można było w krótkim czasie zarobić na rencie stojącej po siedemdziesiąt, kusiły starego. Nakreślił rachunek na gazecie, w której była oznajmiona śmierć brata, słuchając, ale nie słysząc jęków bratanka. Nanon zapukała w ścianę, aby oznajmić panu, że obiad na stole. Idąc przez sień i przez schody, Grandet powiadał sobie: „Skoro to daje ósmy procent, puszczę się na ten interes. W dwa lata będę miał milion pięćkroć tysięcy franków, które odbiorę z Paryża w złocie”. — No i co, gdzie jest bratanek? — Nie chce jeść — rzekła Nanon. — To niezdrowo. — Czysta oszczędność — odparł jej pan. — Ano juści — rzekła. — Ba, nie będzie ciągle płakał.
Głód wypędza wilki z boru. Obiad był szczególnie milczący. — Mężu — rzekła pani Grandet, gdy zdjęto obrus. — Trzeba będzie wdziać żałobę. — Dalibóg, pani Grandet, ty już sama nie wiesz, co wymyślić, aby wyrzucać pieniądze. Żałoba jest w sercu, nie w ubraniu. — Ale żałoba po bracie jest nieodzowna, a Kościół nakazuje, aby… — Kup sobie żałobę ze swoich sześciu ludwików. Dla mnie kup krepę, to mi wystarczy. Eugenia podniosła oczy do nieba, nie mówiąc słowa. Pierwszy raz w życiu jej szlachetna natura, uśpiona, zdławiona, ale nagle rozbudzona, poczuła się raz po raz draśnięta. Wieczór ten był na pozór podobny do tysiąca wieczorów ich jednostajnej egzystencji, ale był z pewnością najokropniejszy. Eugenia pracowała, nie podnosząc głowy i nie używając neseseru, który Karol zlekceważył w wilię. Pani Grandet robiła na drutach rękawki. Grandet kręcił palce przez cztery godziny, pogrążony w rachunkach, których rezultaty miały nazajutrz zdumieć całe Saumur. Nikt nie odwiedził ich owego dnia. W tej chwili całe miasto trzęsło się od sztuczki Grandeta, od bankructwa jego brata i przybycia bratanka. Wiedzeni potrzebą gadania o wspólnych interesach, wszyscy właściciele winnic z wyższego i średniego towarzystwa Saumur zeszli się u pana des Grassins, gdzie pomstowali na byłego mera co wlezie. Nanon przędła, a turkot kołowrotka był jedynym odgłosem, jaki się rozlegał pod ciemnymi belkami sali. — Nie psujemy sobie języków — rzekła, ukazując wielkie białe zęby niby obrane migdały. — Niczego nie trzeba psuć — rzekł Grandet, budząc się ze swych dumań. Widział w perspektywie trzech lat osiem milionów; żeglował po tej wielkiej tafli złota. — Idźmy spać: powiem dobranoc bratankowi za nas wszystkich i popatrzę, czy nie chce czego. Pani Grandet zatrzymała się na schodach, aby słyszeć rozmowę między mężem a Karolem. Eugenia, śmielsza od matki, weszła parę schodów wyżej. — No i cóż, chłopcze, masz zmartwienie. Tak, płacz, to naturalne. Ojciec to ojciec. Ale trzeba znosić cierpienie z rezygnacją. Myślę o tobie, podczas gdy ty płaczesz. Ja jestem dobry krewny, widzisz, chłopcze. No, odwagi. Chcesz się napić szklaneczkę wina? (Wino nie kosztuje nic w Saumur, częstuje się nim jak w Indiach filiżanką herbaty). — Ale — ciągnął Grandet — ty nie masz świecy. Niedobrze, niedobrze, trzeba widzieć jasno, co się robi. Grandet podszedł do kominka. — Co! — krzyknął. — Woskowa świeca! Kiż diabeł tu wytrzasnął woskową świecę? Te hultajki wyrwałyby podłogę w moim domu, aby ugotować jajko dla tego chłopca. Słysząc to, matka i córka cofnęły się do swoich pokojów i ułożyły się do łóżek z szybkością wystraszonych myszy, które chronią się do jamy. — Słyszysz, pani Grandet, czy ty masz jaki skarb? — rzekł, wchodząc do pokoju żony. — Mężu, ja mówię pacierz, zaczekaj — odparła zmienionym głosem biedna matka. — Bierz licho twojego pana Boga — mruknął Grandet. Skąpcy nie wierzą w życie przyszłe; teraźniejszość jest dla nich wszystkim. Refleksja ta rzuca straszliwe światło na obecną epokę, w której bardziej niż kiedykolwiek pieniądz góruje nad prawami, nad polityką i nad obyczajami. Instytucje, książki, ludzie i teorie, wszystko podważa wiarę w życie przyszłe, na którym wspiera się budowla społeczna od tysiąca ośmiuset lat. Obecnie trumna jest przejściem, które nie budzi zbytniego lęku. Przyszłość, która nas czekała po requiem, przeniesiono w teraźniejszość. Dojść, prawem czy lewem, do ziemskiego raju zbytku i rozkoszy próżności, zamienić serce w kamień i udręczyć ciało w imię przemijającego doczesnego posiadania, jak niegdyś cierpiano męczeństwo w nadziei dóbr wiecznych, to jest powszechna myśl, myśl zresztą wypisana wszędzie, nawet w prawach, które pytają prawodawcy: „Ile płacisz?” zamiast go pytać: „Co myślisz?”. Gdy ta zasada przejdzie od mieszczaństwa do ludu, co się stanie z krajem? — Pani Grandet, skończyłaś? — rzekł stary bednarz. — Modlę się za ciebie, mężu. — Wybornie, dobranoc. Jutro rano pogadamy. Biedna kobieta usnęła niby uczeń, który, nie odrobiwszy lekcji, boi się ujrzeć po przebudzeniu gniewną twarz nauczyciela. W chwili gdy matka ze strachu zawinęła się w kołdrę, aby nic nie słyszeć, Eugenia wsunęła się do niej w koszuli, boso i ucałowała ją w czoło. — Och, mamo — rzekła. — Jutro powiem ojcu, że to ja. — Nie, posłałby cię do Noyers. Zostaw to mnie, nie zje mnie przecież. — Słyszysz, mamo? — Co takiego? — Słyszysz, *on* ciągle płacze. — Idź, połóż się, dziecko. Zaziębisz się, podłoga jest wilgotna. W ten sposób spłynął uroczysty dzień, mający zaciążyć na całym życiu bogatej i biednej spadkobierczyni, której sen nie miał być już ani tak pełny, ani tak czysty jak dotąd. Dość często niektóre czynności życia wydają się, mówiąc dosłownie, nieprawdopodobne, mimo że są prawdziwe. Ale czy to nie dlatego, że zaniedbuje się prawie zawsze oświetlenia naszych doraźnych postanowień owym światłem psychologicznym, że nie tłumaczy się ukrytych pobudek, które je spowodowały? Może powinno się głęboką namiętność Eugenii rozbierać w najdelikatniejszych włóknach, stała się ona bowiem — powiedziałby jaki szyderca — jej chorobą i oddziałała na całe jej życie. Wielu ludzi woli raczej przeczyć skutkom niż mierzyć siłę węzłów, związków, które w życiu duchowym łączą jeden fakt z drugim. Otóż tutaj przeszłość Eugenii posłuży badaczom natury ludzkiej za rękojmię szczerości jej odruchu i gwałtowności jej serca. Im życie jej było spokojniejsze, silniej kobiece współczucie, najprzemyślniejsze z uczuć, rozwinęło się w jej duszy. Toteż, wstrząśnięta wypadkami dnia, budziła się kilkakrotnie, nadsłuchując, co robi kuzyn: zdawało jej się, że słyszy westchnienia, które od wczoraj rozbrzmiewały jej w sercu; to miała przeczucie, że Karol umiera ze zmartwienia, to znów umiera z głodu. Nad ranem usłyszała wyraźnie straszliwy krzyk. Natychmiast odziała się i pobiegła leciutkim krokiem do kuzyna, który zostawił drzwi otwarte. Świeca dopalała się w lichtarzu. Karol, pokonany przez naturę, spał w ubraniu, siedząc w fotelu, z głową złożoną na łóżku; śnił tak, jak śnią ludzie mający pusty żołądek. Eugenia mogła płakać do syta; mogła podziwiać tę piękną i młodą twarz, pocętkowaną bólem, te oczy spuchnięte od płaczu i nawet we śnie zdające się sączyć łzy. Karol odczuł obecność Eugenii, otworzył oczy, ujrzał ją rozczuloną. — Wybacz, kuzynko — rzekł, nie wiedząc oczywiście ani która godzina, ani gdzie się znajduje. — Są tutaj serca, które cię rozumieją, kuzynie; myślałyśmy, że potrzebujesz czego. Powinieneś się położyć, zmęczysz się w ten sposób. — Prawda. — Więc dobranoc. Uciekła zawstydzona i szczęśliwa, że przyszła. Tylko niewinność waży się na takie zuchwalstwa. Uświadomiona cnota oblicza równie dobrze jak występek. Eugenia, która wobec kuzyna nie drżała, zaledwie mogła się utrzymać na nogach, kiedy się znalazła w swoim pokoju. Jej nieświadome życie skończyło się nagle; zaczęła rozumować, czyniła sobie tysiące wymówek. — Co on sobie o mnie pomyśli? Będzie przypuszczał, że ja go kocham. Właśnie najbardziej pragnęła, aby tak myślał. Szczera miłość ma swoją inteligencję i wie, że miłość rodzi miłość. Co za wydarzenie dla tej samotnie żyjącej młodej dziewczyny, znaleźć się tak ukradkiem u młodego człowieka! Czyż w miłości nie ma myśli, uczynków, które są dla pewnych dusz tym, co uroczyste zaręczyny? W godzinę później weszła do matki i pomogła się jej ubierać jak zwykle. Następnie usiadły na swoich miejscach koło okna i oczekiwały ojca z owym lękiem, który mrozi serce lub rozgrzewa je, ściska je lub rozszerza zależnie od danego charakteru, wówczas gdy się lękamy jakiejś sceny albo kary. Uczucie to jest tak naturalne, że zwierzęta domowe odczuwają je: krzyczą przy lekkiej karze, podczas gdy znoszą bez krzyku przypadkowe skaleczenie. Stary zszedł, odezwał się z roztargnieniem do żony, uściskał Eugenię i siadł do stołu, jakby nie myśląc o wczorajszych pogróżkach.— Co się dzieje z tym chłopcem? Nie narzuca się nam. — Śpi, proszę pana — rzekła Nanon. — Tym lepiej, nie potrzebuje świecy — rzekł Grandet jowialnie. Ta niezwyczajna łagodność, ta ironiczna wesołość uderzyły panią Grandet, która spojrzała bacznie na męża. Poczciwiec… Tutaj może należy zauważyć, że w Turenii, w Anjou, w Poitou, w Bretanii, słowo *poczciwiec*, którego często używaliśmy na określenie Grandeta, równie dobrze oznacza ludzi najtwardszych, jak i najdobrotliwszych, gdy dojdą do pewnego wieku. Tytuł ten nie przesądza w niczym o osobistej łagodności. Poczciwiec wziął więc kapelusz, rękawiczki i rzekł: — Muszę myszkować po rynku, aby spotkać Cruchotów. — Eugenio — rzekła pani Grandet. — Ojciec z pewnością coś ma. W istocie, sypiając mało, Grandet zużywał połowę nocy na owe głębokie rachuby, które dawały jego planom, spostrzeżeniom, zamiarom ich zdumiewającą trafność i zapewniały im stały sukces, który tak dziwił Saumurczyków. Wszelka siła ludzka składa się z cierpliwości i z czasu. Ludzie potężni pragną i czuwają. Życie skąpca jest nieustannym działaniem siły ludzkiej, wprzęgniętej w służbę egoizmu. Opiera się jedynie na dwóch uczuciach: miłości własnej i interesie; ale ponieważ interes jest poniekąd rodzajem trwałej i dobrze zrozumianej miłości własnej, nieustannym stwierdzeniem realnej przewagi, zatem miłość własna i interes są dwiema częściami jednej całości — egoizmu. Stąd może pochodzi zadziwiająca ciekawość, jaką budzą skąpcy, zręcznie wprowadzeni na scenę. Każdy łączy się bodaj jakąś nitką z tymi osobistościami, które trafiają we wszystkie interesy ludzkie, streszczając je. Gdzie jest człowiek bez pragnień i jakie pragnienie społeczne da się ziścić bez pieniędzy? Grandet miał w istocie *coś*, jak mówiła jego żona. Skupiała się w nim, jak u wszystkich skąpców, nieustanna potrzeba rozgrywania partii z innymi ludźmi, wygrywania od nich legalnie ich pieniędzy. Opodatkować drugich, czyż to nie znaczy spełniać aktu władzy, dawać sobie nieustanne prawo gardzenia tymi, którzy, będąc słabi, dają się pożerać? Och, kto dobrze zrozumiał jagniątko spokojnie leżące u stóp Boga — wzruszający symbol wszystkich ofiar ziemskich, obraz ich przyszłości, słowem — gloryfikację Cierpienia i Słabości? Temu jagnięciu skąpiec pozwala się utuczyć, chwyta je, zabija, gotuje, zjada i gardzi nim. Strawa skąpców składa się z pieniądza i wzgardy. Przez noc myśli starego wzięły inny obrót; stąd jego pobłażanie. Uknuł plan, aby sobie zadrwić z paryżan, aby ich omotać, ugotować, ugnieść w ręku, kazać im biegać, gonić, pocić się, spodziewać, blednąc; aby się zabawić nimi — tak myślał on, dawny bednarz, w swojej szarej sali, idąc po spróchniałych schodach swego domu w Saumur. Myślał o swoim bratanku. Chciał ocalić honor zmarłego brata tak, żeby to nie kosztowało ani szeląga jego bratanka, ani jego samego. Zamierzał ulokować kapitały na trzy lata; miał troszczyć się jedynie o swój majątek; trzeba więc było żeru jego piekielnej energii i znalazł go w bankructwie brata. Nie czując w łapach nic, co by mógł wyciskać, chciał pocisnąć paryżan na rzecz Karola i okazać się wybornym bratem tanim kosztem. Honor rodziny tak małą odgrywał rolę w tym planie, że dobrą jego wolę można porównać z nałogiem, który pozwala graczom przyglądać się dobrze rozegranej partii, chociaż nie są w niej zainteresowani. Potrzebował do tego celu Cruchotów, ale nie chciał iść do nich; chciał sprawić, aby oni przyszli do niego. Chciał tegoż wieczora jeszcze rozpocząć komedię, której plan właśnie powziął i stać się nazajutrz, nie wydając ani grosza, przedmiotem podziwu całego miasta. W nieobecności ojca Eugenia miała to szczęście, że mogła się zajmować otwarcie swym ukochanym kuzynem, wylewać na niego bez obawy skarby współczucia. To jedna z cudownych przewag kobiety, jedyna, którą pragnie dać uczuć, jedyna którą wybacza mężczyźnie, jeśli ją jej pozostawi. Kilka razy Eugenia zachodziła słuchać oddechu Karola, przekonać się, czy śpi, czy też się obudził; potem, kiedy wstał, śmietanka, kawa, jajka, owoce, talerzyki, szklanka — wszystko, co było częścią składową śniadania, stało się dla niej przedmiotem starań. Wbiegła lekko na stare schody, aby słuchać szmeru w pokoju kuzyna. Czy się ubiera, czy jeszcze płacze? Podeszła aż do drzwi. — Kuzynie? — Co, kuzynko. — Czy chcesz śniadać w jadalni, czy u siebie w pokoju? — Jak każesz, kuzynko. — Ale jak się kuzyn czuje? — Kuzynko, wstyd mi, że jestem głodny. Ta rozmowa przez drzwi była dla Eugenii istną przygodą z romansu. — Więc dobrze, przyniesiemy ci śniadanie do pokoju, żeby nie drażnić ojca. Zeszła do kuchni lekko jak ptak: — Nanon, idź do panicza sprzątnąć. Te schody, po których tak często wchodziła i schodziła, gdzie słychać było najlżejszy hałas, straciły w oczach Eugenii swój starczy charakter; wydawały się jej promienne, mówiły, były młode jak ona, młode jak jej miłość, której służyły za posła. Wreszcie matka, jej dobra i pobłażliwa matka, zgodziła się pomóc zachciankom jej miłości; kiedy pokój Karola sprzątnięto, udały się obie, aby dotrzymywać towarzystwa nieszczęśliwemu: czyż chrześcijańska miłość bliźniego nie nakazuje pocieszać cierpiących? Obie kobiety zaczerpnęły w religii sporo drobnych sofizmatów, aby usprawiedliwić przed sobą swoje wybryki. Karol Grandet był więc przedmiotem najserdeczniejszych i najtkliwszych starań. Jego zbolałe serce żywo odczuło słodycz owej aksamitnej przyjaźni, owej delikatnej sympatii, którą te dwie dusze, zawsze skrępowane, umiały rozwinąć, raz uczuwszy się wolne w dziedzinie cierpień, swojej przyrodzonej sferze. Eugenia, uprawniona pokrewieństwem, zabrała się do porządkowania bielizny, sprzętów toaletowych, które przywiózł jej kuzyn i mogła się zachwycać do woli każdym zbytkownym cackiem, srebrnymi i złotymi, artystycznie rzeźbionymi drobiazgami, które jej wpadły w ręce i które trzymała długo pod pozorem ich obejrzenia. Karol nie bez głębokiego wzruszenia patrzył na te objawy przyjaźni ze strony ciotki i kuzynki; znał na tyle towarzystwo paryskie, aby wiedzieć, że w położeniu swoim znalazłby tam jedynie serca obojętne lub zimne. Eugenia ukazała mu się w całym blasku swojej szczególnej piękności; podziwiał obecnie niewinność tych obyczajów, z których drwił sobie z początku. Toteż, kiedy Eugenia wzięła z rąk Nanon fajansowe naczynie pełne kawy z mlekiem, aby je podać kuzynowi z całą naiwnością uczucia, rzucając mu poczciwe spojrzenie, oczy paryżanina zwilżyły się łzami; ujął jej rękę i pocałował. — Co tobie, kuzynie? — spytała. — Och, to łzy wdzięczności — odpowiedział. Eugenia obróciła się szybko do kominka, aby wziąć lichtarz. — Nanon, weź to, odnieś. Kiedy spojrzała na kuzyna, była jeszcze bardzo czerwona, ale przynajmniej spojrzenia jej mogły kłamać i nie okazać bezmiernej radości, która zalewała jej serce; mimo to, oczy ich wyrażały jedno uczucie, jak dusze ich stopiły się w jednej myśli: przyszłość należała do nich. To słodkie wzruszenie było dla Karola w pełni jego straszliwego cierpienia tym rozkoszniejsze, im bardziej było niespodziewane. Uderzenie młotka przywołało obie kobiety na ich miejsce. Szczęściem mogły zbiec dość szybko, aby się znaleźć przy robocie, kiedy wszedł Grandet: gdyby je spotkał w sieni, wystarczyłoby to zupełnie, aby obudzić jego podejrzenia. Po śniadaniu, które stary spożył, stojąc, zjawił się gajowy. Gajowy ów, który nie dostał jeszcze przyrzeczonego wynagrodzenia, przybył z Froidfond, skąd przyniósł zająca, kuropatwy zabite w parku, węgorze i dwa szczupaki dostarczone przez młynarza. — He, he, poczciwy Cornoiller, zjawia się jak na obstalunek. Dobre to do jedzenia? — Tak, mój zacny panie, zabite przed dwoma dniami. — Dalej, Nanon, na ramię broń! — rzekł stary. —Weź to, będzie na obiad, zaprosiłem panów Cruchot. Nanon otworzyła głupawe oczy i patrzyła na wszystkich. — Jak to — rzekła — a skąd wezmę słoniny i korzeni? — Żono — rzekł Grandet — daj sześć franków Nanon i przypomnij mi, abym zszedł do piwnicy po parę flaszek dobrego wina. — No więc, panie Grandet… — rzekł gajowy, który przygotował mówkę, aby wyjaśnić kwestię swoich zasług — panie Grandet… — Ta ta ta ta — rzekł Grandet — wiem, o co ci chodzi, poczciwy z ciebie człowiek, pomówimy o tym jutro, dziś jestem zajęty. Żono, daj mu pięć franków — rzekł do pani Grandet. I wyszedł. Biedna kobieta była aż nadto szczęśliwa, kupując spokój za jedenaście franków. Wiedziała, że Grandet będzie milczał przez dwa tygodnie, wyciągnąwszy z niej sztuka po sztuce pieniądze, które jej dał. — Masz, Cornoiller — rzekła, wsuwając mu dziesięć franków w rękę — kiedyś odpłacimy ci twoje służby. Cornoiller nie wiedział, co powiedzieć. Poszedł. — Proszę pani — rzekła Nanon, która włożyła czarny czepek i wzięła koszyk. — Wystarczą mi trzy franki, niech pani zachowa resztę. Wystarczy, wystarczy. — Nanon, zrób dobry obiad, kuzyn też będzie — rzekła Eugenia. — Stanowczo, dzieje się coś niezwykłego — rzekła pani Grandet. — To trzeci raz od naszego ślubu, że ojciec prosi na obiad. Około czwartej, w chwili, gdy Eugenia i jej matka nakryły na sześć osób i kiedy pan domu przyniósł kilka butelek owego przepysznego wina, jakie mieszkańcy prowincji hodują miłośnie, Karol wszedł do pokoju. Młody człowiek był blady. Ruchy jego, zachowanie, spojrzenie, głos, nacechowane były pełnym wdzięku smutkiem. Nie udawał boleści, cierpiał naprawdę; a zasłona, jaką cierpienie skryło jego twarz, dawała mu ten interesujący wyraz, który tak się podoba kobietom. Eugenia pokochała go za to tym więcej. Może i nieszczęście zbliżyło go do niej. Karol nie był już owym bogatym i pięknym młodzieńcem, żyjącym w sferze dla niej niedostępnej, ale krewniakiem pogrążonym w nieopisanej nędzy. Nędza stwarza równość. Kobieta ma to wspólnego z aniołem, że istoty cierpiące należą do niej. Karol i Eugenia zrozumieli się i rozmawiali jedynie oczami; gdyż biedny zdetronizowany dandys sierota stanął w kącie i stał tam niemy, spokojny i dummy, ale od czasu do czasu łagodne, słodkie i pieszczotliwe spojrzenie kuzynki rzucało na niego swój blask, zniewalając go do porzucenia smutnych myśli i puszczenia się wraz z nią na pola nadziei i przyszłości, przez które rada była pomykać z nim razem.