Kiedy stary Grandet zamknął drzwi, zawołał Nanon. — Nie puszczaj psa i nie kładź się, mamy robotę. O jedenastej Cornoiller ma się znaleźć pod bramą z berlinką z Froidfond. Nadsłuchuj dobrze, tak, aby nie potrzebował pukać i powiedz mu, żeby wszedł po prostu. Ustawy policyjne zabraniają nocnych hałasów. Zresztą nie trzeba, aby w sąsiedztwie wiedziano, że ja wybieram się w drogę. To rzekłszy, Grandet udał się do swego laboratorium, gdzie Nanon słyszała go, jak się kręcił, szperał, chodził, krążył, ale ostrożnie. Nie chciał widocznie obudzić żony ani córki, a zwłaszcza nie chciał budzić ciekawości swego bratanka, którego przeklinał, widząc światło w jego pokoju. W nocy Eugenii, pochłoniętej kuzynem, zdawało się, że słyszy jęk umierającego, a dla niej ten umierający to był Karol: pożegnała go tak bladym, tak zrozpaczonym, że może się zabił. W jednej chwili narzuciła jakąś kapotkę z kapturkiem i chciała wyjść. Z początku żywe światło, które przechodziło przez szczeliny jego drzwi, obudziło w niej obawę ognia; niebawem uspokoiła się, słysząc ciężkie kroki Nanon i głos jej zmieszany z rżeniem kilku koni. — Czyżby ojciec wywoził Karola? — powiadała sobie, uchylając drzwi dość ostrożnie, aby nie skrzypiały, ale tak, aby mogła widzieć wszystko, co się dzieje w korytarzu. Naraz oko jej spotkało się z okiem ojca, którego spojrzenie, mimo że dalekie i obojętne, zmroziło ją lękiem. Stary lis i Nanon połączeni byli wielkim drągiem, którego każdy koniec spoczywał na ramieniu jednego z nich; u tego drąga wisiał sznur, do którego przywiązana była baryłka podobna do tych, jakie stary Grandet robił dla zabawy w swojej piekarni w chwilach bezczynności. — Panno Najświętsza, proszę pana, ależ ciężkie! — rzekła cicho Nanon. — Co za nieszczęście, że to tylko groszaki — odparł stary. — Uważaj, abyś nie zawadziła o świecznik. Scenę tę oświecała jedna łojówka, umieszczona między balaskami poręczy. — Cornoiller — rzekł Grandet do swego gajowego in partibus — czy wziąłeś pistolety? — Nie, proszę pana. Dalibóg, tak się pan boi o swoje groszaki? — Och, nie — rzekł Grandet. — Zresztą pojedziemy prędko — odparł gajowy. — Pańscy dzierżawcy dali dla pana najlepsze konie. — Dobrze, dobrze. Nie mówiłeś im, dokąd jedziemy? — Sam nie wiedziałem. — Dobrze. A powóz mocny? — Pyta się pan? Och, udźwignąłby trzy tysiące. Cóż to waży, te pańskie beczułki! — Et — rzekła Nanon. — Ja dobrze wiem. Jest tego blisko… — Będziesz ty cicho, Nanon. Żonie powiesz, że wyjechałem na wieś. Wrócę na obiad. Jedź dobrze, Cornoiller, trzeba być w Angers przed dziewiątą. Koczobryk ruszył. Nanon zaryglowała bramę, spuściła psa, położyła się z siniakiem na ramieniu i nikt w sąsiedztwie nie domyślał się ani wyjazdu Grandeta, ani celu jego podróży. Ostrożność starego była idealna. Nikt nigdy nie widział grosza w tym domu pełnym złota. Dowiedziawszy się tego rana z rozmów w porcie, że złoto podwoiło wartość wskutek zbrojeń podjętych w Nantes i że przybyli do Angers spekulanci, aby je skupować, stary winiarz przez proste pożyczenie koni u swoich dzierżawców mógł udać się do miasta, aby sprzedać swoje złoto i wrócić z obligami skarbowymi na sumę opiewającą na kupienie renty, zwiększywszy tę sumę przez agio. — Ojciec wyjeżdża! — powiedziała Eugenia, która słyszała wszystko z góry. Cisza zapanowała w domu, odległy turkot bryki, ginący stopniowo, nie dochodził już do uśpionego Saumur. W tej chwili Eugenia usłyszała w swoim sercu, zanim ją usłyszała uszami, skargę, która przebiła ściany i która wychodziła z pokoju kuzyna. Smuga światła, wąska jak ostrze noża, przechodziła przez szczelinę drzwi i przecinała poziomo poręcz starych schodów. — Cierpi — mówiła sobie, wstępując o dwa stopnie wyżej. Drugi jęk ściągnął ją pod drzwi. Drzwi były uchylone, pchnęła je. Karol spał z głową zwieszoną poza stary fotel; ręka, z której wypadło pióro, dotykała prawie ziemi. Przerywany oddech, spowodowany pozycją młodego człowieka, przeraził Eugenię, która weszła szybko. — Musi być zmęczony — rzekła sobie, widząc z dziesięć zapieczętowanych listów, na których przeczytała adresy: *Do panów Farry, Breilman i Sp., powoźników. — Do pana Buissons, krawca, *etc. „Uporządkował z pewnością wszystkie swoje sprawy, aby móc niebawem opuścić Francję” — pomyślała. Oczy jej padły na dwa otwarte listy. Słowa, od których zaczynał się jeden: „Droga Anetko…” przyprawiły ją o omdlenie. Serce jej zaczęło bić, nogi przyrosły do podłogi. „Jego droga Anetka! Kocha ją, jest kochany! Żadnej nadziei! Co on jej pisze?” Te myśli przeszyły jej głowę i serce. Czytała te słowa wszędzie, nawet na podłodze, głoskami z płomienia. „Już się go wyrzec! Nie, nie przeczytam tego listu. Trzeba odejść. A gdybym przeczytała?” Popatrzyła na Karola, ujęła lekko jego głowę, złożyła ją na grzbiecie fotela; on poddawał się jak dziecko, które nawet we śnie poznaje matkę i nie budząc się, przyjmuje jej opiekę i jej pocałunki. Jak matka Eugenia podniosła zwisającą rękę i jak matka pocałowała łagodnie włosy. „Droga Anetko!…” — Szatan krzyczał jej w ucho te słowa: — Wiem, że może robię źle, ale przeczytam ten list — rzekła. Eugenia odwróciła głowę, jej szlachetna uczciwość szemrała. Pierwszy raz w życiu dobro i zło starło się w jej sercu. Dotąd nie potrzebowała się rumienić za żaden uczynek. Namiętność i ciekawość porwały ją. Z każdym zdaniem serce jej wzbierało bardziej, a piekący żar, który ożywiał ją podczas tej lektury, uczynił jej tym bardziej łakomymi rozkosze pierwszej miłości. „Droga Anetko, nic nie mogłoby nas rozłączyć poza tym nieszczęściem, które zwaliło się na mnie i którego żaden rozum ludzki nie mógł przewidzieć. Ojciec mój zabił się; jego i mój majątek całkowicie przepadły. Jestem sierotą w wieku, w którym przy moim wychowaniu mogę uchodzić za dziecko; mimo to muszę się podnieść jak mężczyzna z przepaści, w którą runąłem. Obróciłem część tej nocy na zrobienie rachunków. Jeżeli chcę opuścić Francję jako uczciwy człowiek — a co do tego nie ma wątpliwości — nie mam dla siebie ani stu franków, aby z nimi próbować szczęścia w Indiach lub w Ameryce. Tak, droga Anetko, pojadę szukać szczęścia w klimatach najbardziej morderczych; pod takim niebem fortuna jest szybka i pewna, jak mnie zapewniają. Nie potrafiłbym zostać w Paryżu. Ani moja dusza, ani moja twarz nie nawykły do znoszenia afrontów, chłodu, wzgardy, jakie czekają człowieka zrujnowanego, syna bankruta. Dobry Boże! być dłużnym dwa miliony?… Zginąłbym w pojedynku w ciągu tygodnia. Toteż nie wrócę tam. Twoja miłość, najtkliwsza, najbardziej oddana, jaka kiedykolwiek uszlachetniła serce mężczyzny, nie zdołałaby mnie tam ściągnąć. Niestety, moja ukochana, nie mam dość pieniędzy na to, aby się udać tam gdzie ty jesteś, przyjąć twój ostatni pocałunek, z którego zaczerpnąłbym siły potrzebnej dla mego zamiaru…” — Biedny Karol, dobrze zrobiłam, że przeczytałam. Mam złoto, dam mu je — rzekła Eugenia. Otarłszy kilka łez, czytała dalej. „Nie pomyślałem jeszcze o nieszczęściach nędzy. O ile znajdę sto ludwików nieodzownych na podróż, nie będę miał ani grosza na ładunek towaru. Ale nie, nie będę miał ani stu ludwików, ani jednego ludwika; będę wiedział, ile mi zostało pieniędzy dopiero po uregulowaniu swoich długów w Paryżu. Jeśli nie będę miał nic, pojadę spokojnie do Nantes, zaciągnę się jako prosty majtek i zacznę tak, jak zaczynali ludzie z charakterem, którzy za młodu nie mieli ani grosza, a którzy wrócili z Indii bogaczami. Od dziś rana spokojnie przyglądam się swojej przyszłości. Jest ona okropniejsza dla mnie niż dla kogokolwiek innego; dla mnie, pieszczonego przez matkę, która mnie ubóstwiała; kochanego przez najlepszego ojca i obdarzonego na wstępie w świat miłością takiej Anny! Poznałem tylko kwiaty życia; to szczęście nie mogło trwać. Mam wszelako, droga Aneto, więcej odwagi, niż można się jej było spodziewać po lekkomyślnym chłopcu, nawykłym do pieszczot najrozkoszniejszej kobiety w Paryżu, kołysanym słodyczami życia rodzinnego, któremu wszystko uśmiechało się w domu i którego zachcenia były dla ojca prawem… Och, mój ojciec, Anetko, nie żyje… Więc tak, zastanowiłem się nad swoim położeniem, zastanowiłem się nad twoim także. Bardzo się postarzałem w ciągu tej doby. Droga Anno, gdybyś — chcąc mnie zatrzymać przy sobie w Paryżu — poświęciła wszystkie słodycze twego zbytku, twoją tualetę, twoją lożę w Operze, jeszcze nie doszlibyśmy do cyfry wydatków koniecznych dla mego lekkomyślnego życia; nie mógłbym zresztą przyjąć takiego poświęcenia. Rozstajemy się więc dziś na zawsze…” — Porzuca ją, Panno Najświętsza! Co za szczęście! Eugenia skoczyła z radości. Karol uczynił ruch, dreszcz ją przebiegł ze zgrozy; szczęśliwie dla niej, nie obudził się. Czytała dalej: „Kiedy wrócę? Nie wiem. W klimacie Indii Europejczyk szybko się starzeje, zwłaszcza Europejczyk, który pracuje. Powiedzmy, za dziesięć lat. Za dziesięć lat twoja córka będzie miała lat osiemnaście, będzie twoją towarzyszką, twoim szpiegiem. Świat będzie dla ciebie okrutny, córka może bardziej jeszcze. Widzieliśmy przykłady takich okrucieństw świata i niewdzięczności młodych dziewcząt; umiejmy z nich skorzystać. Zachowaj w głębi swej duszy — jak ja zachowam w mojej — wspomnienie tych czterech lat szczęścia i pozostań wierna, jeśli zdołasz, swemu biednemu kochankowi. Nie mogę wszelako tego wymagać, bo widzisz, droga Anetko, muszę się dostroić do swego położenia, patrzeć po mieszczańsku na życie, obliczać je najrealniej. Zatem muszę myśleć o małżeństwie, które staje się koniecznością mego nowego położenia; i wyznam ci, że znalazłem tutaj w Saumur u mego stryja kuzynkę, której wzięcie, fizjognomia, umysł i serce spodobałyby ci się, i która poza tym wydaje się…” — Musiał być bardzo zmęczony, skoro przestał do niej pisać — rzekła sobie Eugenia, widząc, że list urywa się w połowie zdania. Usprawiedliwiała go! Czyż było możliwe, aby niewinna dziewczyna spostrzegła chłód wiejący z tego listu? Dla młodych panien wychowanych religijnie, nieświadomych i czystych, wszystko jest miłością, gdy stąpią nogą w zaklętej strefie miłości. Kroczą tam otoczone niebiańskim światłem, które promieniuje ich dusza i które tryska na ukochanego: barwią go ogniami własnego uczucia i użyczają mu swoich pięknych myśli. Błędy kobiety płyną prawie zawsze z jej wiary w dobro lub z jej ufności w prawdę. Dla Eugenii te słowa: „Aneto moja ukochana” brzmiały w sercu jak najpiękniejszy język miłości i pieściły jej duszę tak jak w dzieciństwie boskie nuty Venite adoremus powtarzane przez organy pieściły jej ucho. Zresztą łzy wilżące jeszcze oczy Karola mówiły jej o wszystkich szlachetnościach serca, jakie muszą urzec młodą dziewczynę. Czy mogła wiedzieć, że, jeżeli Karol kochał ojca i płakał po nim tak szczerze, czułość ta płynęła nie tyle z dobroci jego serca, ile z dobroci ojcowskiej? Państwo Wilhelmowie Grandet, zaspakajając zawsze kaprysy swego syna, dając mu wszystkie rozkosze majątku, nie dali mu okazji do okropnych rachub, jakimi — mniej lub więcej — kala się w Paryżu większość dzieci, kiedy w obliczu paryskiego użycia żywią pragnienia i tworzą plany zawsze opóźnione przez fakt życia ich rodziców. Hojność ojca posiała więc w sercu syna miłość synowską, szczerą, bez ukrytej myśli. Mimo to Karol był dzieckiem Paryża; obyczaje paryskie, sama Anetka, przyzwyczaiły go obliczać wszystko; był już starcem przy młodej twarzy. Otrzymał owo przerażające wychowanie tego świata, gdzie w ciągu jednego wieczoru spełnia się w myśli i w słowach więcej zbrodni niż trybunały karzą ich swymi wyrokami; gdzie dowcipne słówka mordują największe idee, gdzie człowiek uchodzi za silnego jedynie o tyle, o ile *patrzy trzeźwo*, a patrzeć trzeźwo znaczy nie wierzyć w nic, ani w uczucia, ani w ludzi, ani nawet w wypadki, gdyż robi się tam fałszywe wypadki. Tam, aby widzieć trzeźwo, trzeba ważyć co rano sakiewkę przyjaciela; umieć się — biorąc politycznie — postawić ponad wszystko, co się dzieje; zasadniczo nic nie podziwiać, ani dzieł sztuki, ani szlachetnych postępków i czynić interes osobisty sprężyną wszelkiej rzeczy. Po tysiącu szaleństw wielka dama, piękna Aneta, zmusiła Karola, aby myślał poważnie; mówiła mu o jego przyszłej pozycji, zanurzając mu we włosy pachnącą dłoń; poprawiając mu pukiel włosów, robiła z nim rachunek życia, feminizowała go i materializowała. Podwójne zepsucie, ale zepsucie wytworne i subtelne, w dobrym smaku. — Głuptasek z ciebie, Karolu — mówiła. — Ciężko mi będzie nauczyć cię życia. Bardzo źle zachowałeś się wczoraj z panem des Lupeaux. Ja wiem, że to jest człowiek wątpliwej wartości, ale poczekaj, aż straci wpływ, wówczas będziesz mógł nim pogardzać do syta. Czy wiesz, co nam mówiła pani Campan? „Moje dzieci, dopóki człowiek jest ministrem, uwielbiajcie go; gdy upadnie, pomóżcie go wlec na śmietnik. Póki jest potężny, jest bogiem; gdy upadnie, jest poniżej Marata w rynsztoku, bo żyje, a Marat umarł. Życie jest szeregiem kombinacji; trzeba je badać, śledzić, aby zachować zawsze korzystną pozycję”. Karol był człowiekiem zanadto modnym, zanadto psutym przez rodziców, zbyt pieszczonym przez świat, aby mieć wzniosłe uczucia. Ziarno złota, jakie włożyła mu w serce matka, rozpłaszczyło się w fabryce paryskiej; używał go powierzchownie i musiał je zużyć przez tarcie. Ale Karol miał dopiero dwadzieścia jeden lat. W tym wieku świeżość wydaje się nieodłączna od czystości duszy. Głos, spojrzenie, lica zdają się w harmonii z uczuciami. Toteż najtwardszy sędzia, najsceptyczniejszy adwokat, najbardziej nieużyty lichwiarz wahają się uwierzyć starości serca, plugawym rachubom, kiedy oczy są jeszcze wilgotne i czyste, kiedy nie ma zmarszczek na czole. Karol nie miał nigdy okazji zastosowania etyki paryskiej i aż do tego dnia był uroczy swym niedoświadczeniem. Ale bez jego wiedzy, egoizm rozsiadł się w jego sercu. Ziarna ekonomii politycznej na użytek paryżan, utajone w jego sercu, niebawem miały w nim zakwitnąć, gdy tylko z bezczynnego widza miał się stać aktorem w dramacie rzeczywistego życia. Prawie wszystkie młode dziewczyny poddają się słodkim wróżbom tych objawów; ale gdyby nawet Eugenia była przezorna i bystra, tak jak bywają niektóre dziewczęta na prowincji, czy mogłaby się mieć na baczności przed swoim kuzynem, kiedy u niego zachowanie, słowa i czyny były jeszcze w zgodzie z natchnieniem serca?
Przypadek — nieszczęsny dla niej — pozwolił jej przejąć ostatnie wylewy szczerej tkliwości mieszkającej w tym młodym sercu i usłyszeć, aby tak rzec, ostatni jęk sumienia. Odłożyła tedy ten list, dla niej pełen miłości, i zaczęła się z lubością przyglądać śpiącemu. Świeże złudzenia życia igrały dla niej jeszcze na tej twarzy; przysięgła sobie, że go będzie kochać wiecznie. Następnie rzuciła oczami na inny list, nie przywiązując wielkiej wagi do tej niedyskrecji: jeśli zaczęła go czytać, to aby zyskać nowy dowód szlachetnych przymiotów, których — podobna do wszystkich kobiet — użyczała swemu wybrańcowi. „Mój drogi Alfonsie, w chwili, gdy będziesz czytał ten list, ja nie będę miał już przyjaciół; ale wyznaję ci, że wątpiąc o ludziach światowych, nawykłych szafować tym słowem, nie zwątpiłem o tobie. Proszę cię zatem o uporządkowanie moich interesów i liczę na ciebie, że mi pomożesz wycisnąć jak najwięcej grosza ze wszystkiego, co posiadam. Musisz już znać moje położenie. Nie mam już nic i chcę jechać do Indii. Napisałem do wszystkich osób, którym — o ile mi wiadomo — jestem coś winien: znajdziesz tu dołączoną listę tak dokładną, jak tylko mogłem ułożyć ją z pamięci. Moja biblioteka, moje meble, powozy, konie, etc. wystarczą, jak sądzę, na zapłacenie moich długów. Pragnę zachować dla siebie jedynie fatałaszki bez wartości, które może mi się przydadzą jako podkład mego ładunku. Mój drogi Alfonsie, poślę ci stąd — celem tej sprzedaży — legalne pełnomocnictwo na wypadek jakichś trudności. Prześlesz mi tutaj całą moją broń. Potem zachowasz dla siebie Britona. Nikt nie zapłaciłby wedle wartości tego cudownego zwierzęcia, wolę ci go ofiarować, niby ów tradycyjny pierścień, jaki umierający zapisuje wykonawcy swego testamentu. Zrobiono dla mnie bardzo wygodny koczyk podróżny u Farry-Breilman i S-ka; ale nie dostarczono mi go; uzyskaj u nich, aby go zatrzymali bez odszkodowania; a gdyby się nie chcieli zgodzić, unikaj wszystkiego, co mogłoby — w położeniu, w jakim się znajduję — narazić moją rzetelność. Winien jestem wyspiarzowi sześć ludwików, przegrałem je u niego, nie omieszkaj mu…” — Drogi Karol — rzekła Eugenia, odkładając list i pomykając drobnymi kroczkami do swego pokoju z zapaloną świecą. Nie bez uczucia żywej przyjemności otworzyła szufladę starej dębowej komody — jedno z najpiękniejszych dzieł epoki zwanej *Odrodzeniem* — na której widniała jeszcze na wpół zatarta słynna *salamandra królewska*. Wyjęła dużą sakiewkę z czerwonego aksamitu ze złotymi gałkami, dobrze zniszczoną, pochodzącą ze spadku po babce. Następnie zważyła z dumą na ręce tę sakiewkę i z lubością sprawdziła zapomnianą cyfrę skarbczyka. Oddzieliła najpierw dwadzieścia portugałów, jeszcze nowych, wybitych za panowania Jana V w r. 1725, wartych obecnie po kursie pięć lizboninów, czyli każdy sto sześćdziesiąt osiem franków osiemdziesiąt cztery centymy, jak jej powiedział ojciec, ale których wartość konwencjonalna wynosiła sto osiemdziesiąt cztery franki, zważywszy rzadkość i piękność tych sztuk, błyszczących jak słońce. *Item* pięć dukatów genueńskich, też rzadka moneta, warta osiemdziesiąt siedem franków po kursie, ale sto franków dla amatorów złota. Miała je od starego pana La Bertelliere. *Item* trzy złote kwadruple hiszpańskie Filipa V, bite w roku 1729, podarek pani Gentilet, która, ofiarowując je Eugenii, powtarzała zawsze to samo zdanie: „Ten drogi kanareczek, ten mały żółtodzióbek, wart jest dziewięćdziesiąt osiem franków. Chowaj go dobrze, moje kochanie, to będzie ozdoba twego skarbczyku”. *Item* — co ojciec jej cenił najwięcej — (złoto w tych sztukach było przeszło dwudziestotrzykaratowe) sto dukatów holenderskich z roku 1756, wartych prawie po trzynaście franków. *Item* — wielka osobliwość! — rodzaj medali, szacownych dla skąpców; trzy rupie ze znakiem Wagi i pięć rupii ze znakiem Najświętszej Panny, wszystkie z czystego dwudziestoczterokaratowego złota, wspaniała moneta wielkiego Mogoła, sztuka w sztukę wartości po trzydzieści siedem franków czterdzieści centymów na wagę, ale przynajmniej po pięćdziesiąt franków dla znawców, którzy lubią się pieścić złotem. *Item* napoleon czterdziestofrankowy, otrzymany przedwczoraj i włożony niedbale do czerwonej sakiewki. Skarb ten zawierał monety nowe, dziewicze, prawdziwe dzieła sztuki, o które stary Grandet pytał się czasem i które lubił oglądać, aby tłumaczyć córce ich swoiste zalety, jak np. piękność obrączki, czystość liter, których kanty jeszcze się nie starły. Ale ona nie myślała ani o tej rzadkości, ani o manii ojca, ani o niebezpieczeństwie, jakie groziło jej za pozbycie się skarbu tak drogiego jej ojcu; nie, myślała tylko o swoim kuzynie i zrozumiała w końcu, poza drobną omyłką rachunku, że ma około pięciu tysięcy ośmiuset franków w realnych walorach, które sprzedać można by blisko za sześć tysięcy. Na widok tych bogactw zaczęła klaskać w ręce jak dziecko, które musi wyładować nadmiar swej radości w naiwnych gestach. Tak więc ojciec i córka obliczyli oboje swoje skarby: on, aby sprzedać swoje złoto; Eugenia, aby rzucić swoje w ocean miłości. Włożyła szacowne sztuki w starą sakiewkę, wzięła ją i poszła bez wahania na górę. Tajemna niedola kuzyna kazała jej zapomnieć o nocy, o konwenansach; zresztą czuła się silna swoim sumieniem, swoim oddaniem, swoim szczęściem. W chwili, gdy się ukazała w progu, Karol obudził się; ujrzał kuzynkę i osłupiał: Eugenia podeszła doń, postawiła lichtarz na stole i rzekła wzruszonym głosem: — Kuzynie, proszę cię o przebaczenie wielkiego błędu, jakiego dopuściłam się wobec ciebie, ale Bóg mi przebaczy ten grzech, jeśli ty zechcesz go zapomnieć. — Co się stało? — rzekł Karol, przecierając sobie oczy. — Przeczytałam te dwa listy. Karol zaczerwienił się. — Jak się to stało? — podjęła. — Czemu tu weszłam? Doprawdy, teraz już sama nie wiem. Ale mam pokusę nie żałować zbytnio, że przeczytałam te dwa listy, skoro mi objawiły twoje serce, twoją duszę i… — I co? — spytał Karol. — I twoje zamiary, konieczność, w jakiej musisz starać się o sumę… — Droga kuzynko… — Cyt, cyt, kuzynie, nie tak głośno, nie budźmy nikogo. Oto — rzekła, otwierając sakiewkę — oszczędności biednej dziewczyny, której nie trzeba niczego. Karolu, przyjmij je. Dziś rano nie wiedziałam, co to są pieniądze; ty mnie tego nauczyłeś; to tylko środek, nic więcej. Kuzyn to prawie brat; możesz pożyczyć od swojej siostry. Eugenia, w równej mierze kobieta jak dziecko, nie przewidziała odmowy, a Karol milczał. — Jak to, więc odmawiasz? — spytała Eugenia. W głębokiej ciszy słychać niemal było bicie jej serca. Wahanie Karola upokorzyło ją; ale potrzeba, w jakiej się znajdował, uprzytomniła się jej tym żywiej; przyklękła. — Nie wstanę dopóki nie weźmiesz tego złota! — rzekła. — Kuzynie, błagam cię, odpowiedz… Niech wiem, czy mnie cenisz, czy jesteś wspaniałomyślny, czy… Słysząc krzyk tak szlachetnej rozpaczy, Karol uronił łzę na rękę kuzynki, którą przytrzymał, aby jej nie dać uklęknąć. Czując tę gorącą łzę, Eugenia porwała sakiewkę i wysypała ją na stół. — Więc tak, prawda? — rzekła, płacząc z radości. — Nie bój się nic, Karolu, będziesz bogaty. To złoto przyniesie ci szczęście, kiedyś mi je oddasz; zresztą, zrobimy spółkę, zgodzę się na wszystkie warunki, jakie mi nałożysz. Ale nie powinieneś przykładać takiej wagi do tego daru. Karol mógł wreszcie wyrazić swoje uczucia. — Tak, Eugenio, byłbym bardzo małoduszny, gdybym nie przyjął. Ale nic darmo, ufność za ufność. — Czego żądasz? — spytała przestraszona. — Słuchaj, droga kuzynko, mam tutaj… Przerwał, aby pokazać na komodzie kwadratową szkatułkę w skórzanym futerale.— Tam, widzisz, mam rzecz, która mi jest równie cenna jak życie. Ta szkatułka to dar mojej matki. Od dziś rana myślałem, że gdyby ona mogła wstać z grobu, sprzedałaby sama złoto, które czułość jej strwoniła na ten neseser; ale gdybym ja to zrobił, miałbym uczucie świętokradztwa. Przy tych słowach Eugenia ścisnęła konwulsyjnie rękę kuzyna. — Nie — ciągnął po lekkiej pauzie, podczas której patrzyli na siebie wilgotnymi oczami. — Nie chcę jej ani niszczyć, ani narażać jej w moich podróżach. Droga Eugenio, ty przyjmiesz ją w depozyt. Nigdy przyjaciel nie powierzył czegoś równie świętego przyjacielowi. Osądź sama. Wziął szkatułkę, wyjął ją z futerału i ze smutkiem pokazał oczarowanej kuzynce neseser, którego robota dawała złotu cenę o wiele wyższą niż jego waga. — To, co podziwiasz, to nic — rzekł, naciskając sprężynę, która odsłoniła drugie dno. — Oto, co dla mnie warte jest tyle, co cała ziemia. Wydobył dwa portrety, dwa arcydzieła pani Mirbel, bogato oprawiane w perły. — Och, piękna osoba, czy to nie ta pani, do której pis… — Nie — rzekł z uśmiechem. — Ta pani to moja matka, a to mój ojciec; twój stryj i twoja stryjenka. Eugenio, powinienem cię błagać na kolanach o przechowanie tego skarbu. Gdybym zginął i stracił twój mająteczek, to złoto wynagrodzi ci stratę, a tobie jednej mogę zostawić te dwa portrety, ty jesteś godna przechować to; ale zniszcz je, aby po tobie nie dostały się w inne ręce… Eugenia milczała. — Więc tak, zgadzasz się, prawda? — dodał przymilnie. Słysząc te same słowa, które ona powiedziała kuzynowi, rzuciła mu pierwsze spojrzenie kochającej kobiety, jedno z owych spojrzeń, w których jest prawie tyleż zalotności, co głębi. On ujął jej rękę i ucałował ją. — Aniele czystości, to nasza tajemnica, nieprawdaż?… Pieniądz nie będzie nigdy dla nas niczym. Uczucie, które robi z niego coś, będzie odtąd wszystkim. — Podobny jesteś do matki. Czy miała głos taki słodki jak ty? — Och, o wiele słodszy… — Tak, dla ciebie — rzekła, spuszczając oczy. — No, Karolu, połóż się, ja tak chcę, jesteś zmęczony. Do jutra. Wysunęła łagodnie rękę z rąk kuzyna, który ją odprowadził, świecąc jej. Kiedy znaleźli się na progu, rzekł: — Ach! Czemuż jestem zrujnowany! — Och, mój ojciec jest bogaty, zdaje mi się — odparła. — Biedne dziecko — rzekł Karol, cofając się do pokoju i opierając się o ścianę. — Nie dałby mojemu ojcu umrzeć, nie trzymałby cię w takiej nędzy, żyłby inaczej. — Ale ojciec ma Froidfond. — Co warte jest Froidfond? — Nie wiem, ale ma Noyers. — Jakiś lichy folwarczek. — Ma winnice i łąki… — Nędza! — rzekł Karol wzgardliwie. — Gdyby ojciec twój miał bodaj dwadzieścia cztery tysiące funtów renty, czy mieszkałabyś w tym pokoju zimnym i nagim? — dodał, stawiając nogę na progu. — Tam będą moje skarby — rzekł, pokazując stary mebel, aby osłonić swoją myśl. — Idź spać — rzekła, nie pozwalając mu wejść do pokoju będącego w nieładzie. Karol cofnął się, powiedzieli sobie dobranoc uśmiechem. Oboje zasnęli z tymi samymi snami, a Karol rzucił od tego czasu na swoją żałobę parę róż. Nazajutrz rano pani Grandet ujrzała, że córka przechadza się przed śniadaniem z Karolem. Młody człowiek był jeszcze smutny, jak musi być smutny nieszczęśliwy rozbitek, który spadł, można rzec, na dno zgryzot i który mierząc głębię przepaści, w jaką runął, uczuł całe brzemię swego przyszłego życia. — Ojciec wróci dopiero na obiad — rzekła Eugenia, widząc niepokój malujący się na twarzy matki. Łatwo można było poznać z zachowania się Eugenii, z twarzy jej i z osobliwej słodyczy, jakiej nabrał jej głos, harmonię myśli między nią a kuzynem. Dusze ich poślubiły się żarliwie, zanim może nawet zmierzyły siłę uczuć łączących je z sobą. Karol został w sali, uszanowano jego melancholię.