Wszystkie trzy kobiety miały swoje zajęcia. Ponieważ Grandet zapomniał o interesach, przyszło dosyć dużo ludzi. Dekarz, blacharz, murarz, wyrobnicy, cieśla, strażnicy, dzierżawcy — jedni, aby się ugodzić o naprawki, drudzy, aby płacić czynsz lub pobrać pieniądze. Pani Grandet i Eugenia musiały więc krzątać się, odpowiadać na niekończące się gadaniny robotników i wieśniaków. Nanon odbierała daniny w kuchni. Czekała zawsze na rozkazy pana, aby wiedzieć, co ma chować na dom, a co sprzedać na targu. Zwyczajem starego — jak wielu szlachciurów wiejskich — było wypijać swoje liche wino i zjadać zepsute owoce. Około piątej wieczorem Grandet wrócił z Angers, spieniężywszy dobrze swoje złoto i mając w pugilaresie przekazy oprocentowane aż do chwili, w której kupi swoją rentę. Zostawił Cornoillera w Angers, aby opatrzył konie wpół ochwacone i aby je odprowadził wolno, dawszy im wypocząć. — Wracam z Angers, żono — rzekł. — Głodny jestem. Nanon krzyknęła z kuchni: — Czy pan nic nie jadł od wczoraj? — Nic — odparł stary. Nanon przyniosła zupę. Des Grassins przyszedł po zlecenia klienta w chwili, gdy rodzina była przy stole. Stary Grandet nie zauważył nawet bratanka. — Jedz spokojnie, Grandet — rzekł bankier. — Pogadamy. Czy wiesz pan, co warte jest złoto w Angers, dokąd zjechali bankierzy, aby je kupić dla Nantes? Posyłam tam złoto. — Nie posyłaj pan — rzekł stary. — Już go mają dosyć. Jesteśmy zbyt dobrzy przyjaciele, abym panu nie miał oszczędzić straty czasu. — Ależ złoto tam stoi po trzynaście pięćdziesiąt. — Powiedz: stało. — Skądże, u licha, się tam wzięło? — Jeździłem dziś w nocy do Angers — odparł Grandet z cicha. Bankier zadrżał ze zdziwienia. Następnie zaczęli na ucho rozmowę, podczas której des Grassins i Grandet spojrzeli kilka razy na Karola. W chwili, gdy widocznie stary bednarz mówił do bankiera, aby mu kupił sto tysięcy franków renty, des Grassins uczynił gest zdumienia. — Panie Grandet — rzekł do Karola. — Jadę do Paryża, gdyby Pan miał jakie zlecenia… — Nie mam żadnych. Dziękuję panu. — Podziękuj serdeczniej, mój bratanku. Pan jedzie, aby uładzić interesy firmy Wilhelm Grandet. — Byłaby jakaś nadzieja? — spytał Karol. — Ha! — wykrzyknął bednarz z dobrze odegraną dumą. — Alboż nie jesteś moim bratankiem? Twój honor jest naszym. Czy nie nazywasz się Grandet? Karol wstał, objął starego, uścisnął go, zbladł i wyszedł. Eugenia patrzyła na ojca z uwielbieniem. — No, bywaj zdrów, mój stary des Grassins, miej się dobrze i potańcuj z tymi ludźmi, jak należy. Dwaj dyplomaci uścisnęli sobie ręce, eks-bednarz odprowadził bankiera do drzwi, po czym zamknąwszy je, wrócił i rzekł do Nanon, zagłębiając się w fotelu: — Daj mi nalewki. Ale nadto wzruszony, aby usiedzieć w miejscu, popatrzył na portret pana de La Bertelliere i zaczął nucić, podrygując krokiem niby to tanecznym: Miałem dobrego papusia, Gwardzistą, gwardzistą był… Nanon, pani Grandet i Eugenia patrzyły po sobie w milczeniu. Radość winiarza przerażała je zawsze, skoro dochodziła szczytu. Niebawem wieczór się skończył. Po pierwsze Grandet chciał wcześnie iść spać, a skoro on się kładł, wszystko w domu musiało spać, tak samo jak kiedy August pił, Polska była pijana! Po wtóre Nanon, Karol i Eugenia niemniej byli zmęczeni od pana. Co do pani Grandet, ona spała, jadła, piła, chodziła wedle życzeń swego męża. Bądź co bądź, przez dwie godziny przeznaczone na trawienie bednarz, jowialny jak nigdy, wygłosił wiele złotych myśli, z których jedna da miarę jego inteligencji. Wysączywszy swoją nalewkę, popatrzył na kieliszek. — Ledwie człowiek przyłoży usta do kieliszka, już jest próżny. Oto nasza historia. Nie można być i nie być. Talary nie mogą toczyć się i siedzieć w worku, inaczej życie byłoby za piękne. Był jowialny i łaskawy. Kiedy Nanon przyszła ze swoim kołowrotkiem, rzekł: — Musisz być zmęczona. Zostaw te konopie. — A ba, nudziłabym się — rzekła służąca. — Biedna Nanon! Chcesz nalewki? — Niby co do nalewki, nie odmawiam, pani robi o wiele lepszą niż aptekarz. To co w aptece sprzedają, to istne ziółka. — Za wiele dają cukru, nie ma smaku — rzekł stary. Nazajutrz rodzina zgromadzona o ósmej rano na śniadanie przedstawiała obraz szczerej zażyłości. Nieszczęście szybko zbliżyło panią Grandet, Eugenię i Karola; sama Nanon sympatyzowała z nimi bezwiednie. We czworo tworzyli niby jedną rodzinę. Co do starego winiarza, ten, zaspokoiwszy swoją chciwość i mając pewność, że wyprawi niebawem lalusia, nie płacąc mu nic poza drogą do Nantes, stał się prawie obojętny na jego obecność w domu. Zostawił dzieciom — jak nazywał Karola i Eugenię — swobodę pod okiem pani Grandet, do której miał zupełne zaufanie we wszystkich sprawach religii i moralności. Wytyczenie łąk i rowów biegnących wzdłuż drogi, sadzenie topoli nad Loarą, prace zimowe w winnicy i we Froidfond zajęły go całkowicie. Odtąd zaczęła się dla Eugenii wiosna miłości. Od owej sceny nocnej, w której oddała kuzynowi swój skarb, serce jej poszło za skarbem. Złączeni wspólną tajemnicą, patrzyli na siebie porozumiewawczo; wspólna myśl pogłębiała ich uczucia, stwarzała jakąś bliskość, poufność, stawiając ich oboje, aby tak rzec, poza codziennym życiem. Czyż pokrewieństwo nie uprawniało niejakiej słodyczy głosu, czułości spojrzenia? Toteż Eugenia starała się uśpić cierpienia kuzyna dziecinnymi uciechami rodzącej się miłości. Czyż nie widzimy wdzięcznych podobieństw między początkiem miłości a początkiem życia? Czyż nie kołysze się dzieci słodkim śpiewem i pieszczotliwym spojrzeniem? Czyż nie opowiada się im cudownych bajek, które złocą przyszłość? Czyż nadzieja nie rozpościera wciąż dziecku swych promiennych skrzydeł? Czy nie wylewa ono na przemian łez radości i bólu? Czyż nie sprzecza się ono czasami o nic, o kamyki, z których sili się zbudować nietrwały pałac, o kwiaty zaledwie zerwane, a już porzucone? Czyż nie chwyta chciwie czasu, nie śpieszy się do życia? Miłość jest naszą drugą przemianą. Dziecięctwo i miłość były tym samym dla Eugenii i Karola; to była pierwsza namiętność ze wszystkimi jej dzieciństwami, tym bardziej pieszczotliwymi dla ich serc, że były spowite melancholią. Trzepocząc się przy urodzeniu w krepach żałoby, miłość ta harmonizowała przez to tym bardziej z prowincjonalną prostotą tego zrujnowanego domu. Wymieniając kilka słów z kuzynką przy studni w tym niemym dziedzińcu, siedząc w tym ogrodzie na darniowej ławce aż do zachodu słońca, rozmawiając o błahostkach albo zatapiając się w ciszy panującej między wałem a domem niby pod sklepieniem kościoła, Karol zrozumiał świętość miłości, bo jego wielka dama, jego droga *Aneta*, dała mu poznać jedynie jej zamęt i burze. Porzucał w tej chwili miłość paryską, zalotną, próżną, błyskotliwą, dla miłości czystej i szczerej. Kochał już ten dom, którego obyczaje nie zdawały mu się już tak śmieszne. Schodził zaraz rano, aby móc pomówić z Eugenią parę chwil, zanim Grandet zejdzie wydawać prowianty; kiedy zaś krok starego rozbrzmiewał na schodach, Karol uciekał do ogrodu. Niewinna zbrodniczość tej porannej schadzki nieznanej nawet matce Eugenii (Nanon udawała, że nic nie widzi), dawała tej miłości, najniewinniejszej w świecie, żywość zakazanych rozkoszy. A kiedy po śniadaniu stary Grandet wychodził, aby obejrzeć swoje posiadłości i roboty, Karol zostawał między matką a córką, znajdując nieznane rozkosze w tym, aby im trzymać włóczkę, patrzeć, jak pracują, słuchać, jak gawędzą. Prostota życia niemal klasztornego, która odsłoniła mu piękno tych dusz nieznających świata, wzruszyła go żywo. Nie przypuszczał, aby były możliwe we Francji takie obyczaje; przypuszczał ich istnienie jedynie w Niemczech, a i to chyba w legendzie, w romansach Augusta Lafontaine. Niebawem Eugenia stała dla niego wcieleniem Gretchen Goethego, ale bez grzechu. Słowem, z każdym dniem spojrzenia jego, słowa, czarowały biedną dziewczynę, która poddała się rozkosznie prądowi miłości; chwyciła swoje szczęście, jak pływak chwyta gałąź wierzbiny, aby wydobyć się z rzeki i odpocząć na brzegu. Zgryzoty bliskiej rozłąki czyż nie chmurzyły już najradośniejszych godzin owych uciekających dni? Co dnia jakieś drobne wydarzenie przypominało im bliskie rozstanie. I tak, w trzy dni po wyjeździe pana des Grassins, Grandet zaprowadził Karola do sądu z całą uroczystością, jaką ludzie na prowincji wiążą z takimi aktami, iżby podpisał zrzeczenie się spadku po ojcu. Straszliwe zrzeczenie! Rodzaj domowej apostazji. Poszedł do rejenta Cruchot, aby wystawić dwa pełnomocnictwa: jedno dla pana des Grassins, drugie dla przyjaciela, którego upoważnił do sprzedaży ruchomości. Następnie trzeba było dopełnić formalności, aby uzyskać paszport zagraniczny. Wreszcie, kiedy przyszedł skromny strój żałobny, jaki Karol zamówił w Paryżu, kazał sprowadzić krawca z Saumur i sprzedał mu swoją zbyteczną garderobę. Ten akt szczególnie podobał się staremu Grandet. — No, teraz wyglądasz jak człowiek, który ma jechać za morze i robić majątek — rzekł, widząc surdut z grubego, czarnego sukna. — Dobrze, bardzo dobrze. — Niech mi stryj wierzy — odparł Karol — że potrafię dostosować się do położenia. — Co to jest? — rzekł stary, którego oczy zapaliły się na widok garści złota, którą mu pokazał Karol. — Proszę stryja, zgromadziłem swoje guziki, spinki, pierścionki, wszystkie drobiazgi, które mogą mieć jakąś wartość; ale nie znając nikogo w Saumur, chciałem stryja prosić… — Abym to odkupił? — przerwał Grandet. — Nie, stryju, ale abyś mi wskazał uczciwego człowieka… — Daj mi to chłopcze, pójdę to oszacować na górę i wrócę powiedzieć ci, co to warte, co do centyma. Złoto jubilerskie — rzekł, oglądając długi łańcuszek, osiemnaście do dziewiętnastu karatów. Stary wyciągnął szeroką dłoń i zabrał złoto. — Kuzynko — rzekł Karol. — Pozwól, abym ci ofiarował te spinki, mogą ci się przydać do zapięcia wstążki na ręce. To bardzo w modzie teraz takie bransoletki. — Przyjmuję bez wahania, kuzynku — rzekła, rzucając mu porozumiewawcze spojrzenie. — Ciociu, oto naparstek mojej matki, przechowywałem go troskliwie w neseserze — rzekł Karol, podając ładny, złoty naparstek pani Grandet, która od dziesięciu lat marzyła o takim. — Nie umiem ci dziękować, moje dziecko — rzekła stara matka, której oczy zwilżyły się łzami. — Rano i wieczór będę się modliła za ciebie, odmawiając modły za podróżnych. Gdybym umarła, Eugenia zachowa ci ten klejnocik. — To warte dziewięćset osiemdziesiąt dziewięć franków, siedemdziesiąt pięć centymów, mój chłopcze — rzekł Grandet, otwierając drzwi. — Ale, aby ci oszczędzić kłopotu sprzedania tego, dam ci te pieniądze w funtach. Słowo *w funtach* znaczy na wybrzeżu Loary, że talary sześciofuntowe przyjmuje się za sześć franków bez potrącenia. — Nie śmiałem tego proponować — odparł Karol — ale brzydziło mnie targować się o swoje drobiazgi w mieście, gdzie stryj mieszka. Trzeba prać swoją brudną bieliznę w domu, powiadał Napoleon. Dziękuję więc stryjowi za jego uprzejmość. Grandet podrapał się za uchem, zapanowała chwila milczenia. — Drogi stryju — podjął Karol, patrząc nań niespokojnie, jak gdyby się bał urazić jego drażliwość — kuzynka i ciocia zgodziły się przyjąć jakiś drobiazg ode mnie, zechciej i ty przyjąć spinki do mankietów, które dla mnie są bezużyteczne; przypomną ci biednego chłopca, który z dala od ciebie będzie myślał o tych, co odtąd są całą jego rodziną. — Mój chłopcze, mój chłopcze, nie trzeba się tak ogałacać… Co ty tam masz, żono — rzekł, obracając się chciwie ku niej. — A, naparstek złoty! A ty, córuchno, agrafki diamentowe. Dobrze, biorę twoje spinki, mój chłopcze — dodał, ściskając rękę Karola. — Ale… pozwolisz mi… abym zapłacił twój… tak, twoją przeprawę do Indii. Tak, zapłacę twoją przeprawę. Zresztą, widzisz, mój chłopcze, szacując twoje klejnoty, liczyłem samo złoto, może i robota jest coś warta. No więc załatwione. Dam ci tysiąc pięćset franków… w funtach; pożyczę je od Cruchota, bo nie mam złamanego szeląga w domu, chyba że Perrotet, który zalega z dzierżawą, zapłaci mi ją. O, tak: pójdę do niego. Wziął kapelusz, włożył rękawiczki i wyszedł. — Więc jedziesz — rzekła Eugenia, rzucając na niego spojrzenie pełne smutku zmieszanego z uwielbieniem. — Trzeba — rzekł, spuszczając głowę. Od kilku dni zachowanie się, obejście, słowa Karola znamionowały człowieka głęboko strapionego, ale który czując, że na nim ciążą olbrzymie zobowiązania, czerpie nowe siły w swoim nieszczęściu. Nie wzdychał już, stał się mężczyzną. Toteż nigdy Eugenia nie miała wyższego pojęcia o kuzynie, niż kiedy go ujrzała w ubraniu z grubego czarnego sukna, które dobrze nadawano się do jego przybladłej twarzy i posępnej miny. Tego dnia obie kobiety wdziały żałobę i wysłuchały wraz z Karolem requiem odśpiewanego w parafialnym kościele za duszę Wilhelma Grandet. Przy drugim śniadaniu Karol otrzymał listy z Paryża i przeczytał je. — I cóż, kuzynie, zadowolony jesteś z interesów? — spytała Eugenia cicho. — Nie zadawaj nigdy takich pytań, moje dziecko. — rzekł Grandet. — Cóż, u licha, ja ci nie mówię o swoich sprawach, po jakie licho pakujesz nos w interesy kuzyna? Zostawże tego chłopca. — Och, ja nie mam tajemnic — rzekł Karol. — Ta ta ta ta, mój chłopcze, dowiesz się, że w handlu trzeba trzymać język za zębami. Kiedy zakochani znaleźli się sami w ogrodzie, Karol rzekł do Eugenii, pociągając ją na starą ławkę, gdzie usiedli pod orzechem. — Słusznie ufałem Alfonsowi: wywiązał się znakomicie. Załatwił moje interesy roztropnie i wiernie. Nic nie jestem winien w Paryżu, wszystkie moje ruchomości sprzedał i donosi mi, że idąc za radą doświadczonego kapitana okrętu, obrócił pozostałe trzy tysiące na zakup ładunku złożonego z osobliwości europejskich, które doskonale można spieniężyć w Indiach. Skierował moje pakunki do Nantes, gdzie znajduje się statek odpływający na Jawę. Za pięć dni, Eugenio, trzeba nam będzie pożegnać się: może na zawsze, a w każdym razie na bardzo długo. Mój ładunek i dziewięć tysięcy franków, które posyła mi dwóch przyjaciół, to bardzo chudy początek. Nie mogę marzyć o powrocie przed upływem wielu lat. Droga kuzynko, nie wiąż swego życia z moim, ja mogę zginąć, może ci się trafi bogata partia… — Kochasz mnie?… — rzekła. — Och tak, bardzo — odparł z akcentem, który zdradzał równą głębię uczuć. — Będę czekała, Karolu. Boże! Ojciec jest w oknie — rzekła, odpychając kuzyna, który chciał ją uścisnąć. Uciekła do sieni; Karol pośpieszył za nią. Widząc go, przycisnęła się do schodów i otworzyła drzwi; potem nie wiedząc dobrze, dokąd idzie, znalazła się w pobliżu komórki Nanon, w najciemniejszym miejscu korytarza. Tam Karol, który podążył za nią, ujął ją za rękę, przycisnął Eugenię do serca, wziął ją w pół i uściskał lekko. Eugenia nie opierała się, przyjęła i oddała mu najczystszy, najsłodszy, ale też najpełniejszy pocałunek. — Droga Eugenio, kuzyn to więcej niż brat, może się z tobą ożenić — rzekł Karol.
— Amen — wykrzyknęła Nanon, otwierając drzwi swojej nory. Wystraszeni kochankowie uciekli do sali, gdzie Eugenia podjęła swoją robotę, a Karol zaczął czytać litanię do Najświętszej Panny z książki pani Grandet. — Oho! — rzekła Nanon — wszyscy odmawiamy pacierze. Skoro Karol oznajmił swój wyjazd, stary Grandet zaczął się mocno krzątać, aby okazać, że się nim bardzo zajmuje. Okazał się hojny we wszystkim, co nie kosztowało nic; posłał po stolarza i uznał, że ten człowiek za drogo żąda za skrzynie; ofiarował zrobić je sam; wziął w tym celu stare deski, wstał wcześnie, aby je heblować, dopasowywać, wygładzać, zbijać gwoździami i zrobił bardzo ładne skrzynie, do których zapakował wszystkie rzeczy Karola. Podjął się sam spławić je przez Loarę, ubezpieczyć je i dostawić w porę do Nantes. Od owego pocałunku uszczkniętego w korytarzu, godziny uciekały Eugenii z przerażającą szybkością. Czasami chciała jechać za kuzynem. Ten, kto poznał najsilniejszą z namiętności, ową, na której trwałość co dnia czyhają wiek, czas, śmiertelna choroba, inne katastrofy ludzkie, ten zrozumie męczarnie Eugenii. Płakała często, przechadzając się po ogrodzie, teraz za ciasnym dla niej, tak samo jak dziedziniec, dom, miasto: puszczała się już naprzód na szeroką przestrzeń morza. Wreszcie nadszedł dzień poprzedzający wyjazd. Rano w nieobecności Grandeta i Nanon szacowną szkatułkę, w której znajdowały się dwa portrety, powierzono jedynej szufladzie kantorka, która się zamykała na klucz i gdzie była sakiewka, obecnie próżna. Złożenie tego skarbu nie obeszło się bez pocałunków i łez. Kiedy Eugenia ukryła klucz na łonie, nie miała siły bronić Karolowi ucałowania tego miejsca. — Nie wyjdzie już stąd, ukochany mój. — I moje serce będzie tam również. — Och, Karolu, to niedobrze — rzekła tonem niezbyt surowym. — Czyż nie jesteśmy małżeństwem? — odparł. — Mam twoje słowo, przyjmij ty moje. — Twój na zawsze, twoja na zawsze — powiedzieli razem. Nigdy na ziemi nie wymieniono świętszej obietnicy; niewinność Eugenii uświęciła na chwilę miłość Karola. Nazajutrz rano śniadanie było smutne. Mimo złotego szlafroka i krzyżyka na aksamitce, jakie jej dał Karol, nawet Nanon, mogąca swobodnie wyrazić swoje uczucia, miała łzy w oczach. — Biedny milusi pan jedzie na morze, niechże go Bóg prowadzi. O wpół do jedenastej rodzina ruszyła, aby odprowadzić Karola do dyliżansu jadącego do Nantes. Nanon spuściła psa, zamknęła drzwi i chciała zabrać torbę podróżną Karola. Wszyscy przekupnie na starej ulicy znaleźli się na progu sklepów, aby widzieć ten pochód, do którego na rynku przyłączył się rejent Cruchot. — Nie płacz tylko, Eugenio — rzekła matka. — Mój bratanku — rzekł Grandet pod bramą gospody, całując Karola w oba policzki. — Jedziesz biedny, wracaj bogaty, odnajdziesz honor swego ojca czysty. Ja ci za to ręczę, ja, Grandet; bo wówczas będzie zależało jedynie od ciebie, abyś… — Och, stryju, osładzasz mi ból mego wyjazdu. Czyż to nie najpiękniejszy podarek, jaki mi możesz uczynić? Nie rozumiejąc słów starego bednarza, któremu przerwał, Karol oblał stwardniałą twarz stryja łzami wdzięczności, podczas gdy Eugenia ściskała z całych sił ręce kuzyna i ojca. Tylko rejent uśmiechał się, podziwiając spryt Grandeta, bo on jeden zrozumiał starego lisa. Czterej Saumurczycy otoczeni gromadką gapiów stali przy koczobryku, dopóki nie ruszył; po czym, kiedy znikł na moście i kiedy go było słychać już tylko z dala, winiarz rzekł: — Szczęśliwej drogi! Na szczęście jeden tylko Cruchot usłyszał ten wykrzyknik. Eugenia i jej matka udały się w miejsce, z którego mogły jeszcze widzieć dyliżans i powiewały białymi chustkami, na co Karol odpowiedział swoją chustką. — Mamo, chciałabym mieć na chwilę potęgę Boga — rzekła Eugenia w chwili, gdy straciła z oczu chustkę Karola.