Karolina po upływie tygodnia, w ciągu którego prowadziła protokół nieobecności swego małżonka, spostrzega się, iż tenże spędza siedem godzin dziennie z dala od domowego ogniska. Pewnego dnia Adolf, który powraca wesoły jak aktor mający powodzenie, spostrzega, iż twarz Karoliny obleczona jest wyrazem niezwykłego chłodu. Upewniwszy się, że oziębłość jej oblicza została zauważona, Karolina przybiera ów ton fałszywie przyjacielski, którego brzmienie, dobrze znane, ma dar przyprawiania mężczyzny o wewnętrzne wybuchy wściekłości i mówi: — Czy dużo interesów miałeś dziś, mój drogi?— Tak, dużo.— Musiałeś brać powóz?— Za całe siedem franków…
— Zastałeś wszystkich w domu?— Tak, tych, którym naznaczyłem spotkania… — Kiedyż zdążyłeś do nich napisać? Atrament w twoim kałamarzu jest zupełnie wyschnięty, formalna skrzepła skorupa, chciałam coś napisać i strawiłam dobrą godzinę, zanim zdołałam z niego sporządzić rodzaj mazi, którą można by co najwyżej znaczyć paczki przeznaczone do Indii.W tym miejscu każdy mąż obrzuca żonę spod oka nieufnym spojrzeniem.— Widocznie musiałem napisać do nich w Paryżu… — Cóż to za sprawy, Adolfie?… — Czyż nie wiesz?… Mam ci opowiadać?… Przede wszystkim sprawa z panem Chaumontel…
— Myślałam, że pan Chaumontel jest w Szwajcarii.— Ale czyż nie ma swoich pełnomocników, swego adwokata?… — Czyś tylko to robił w Paryżu?… — pyta nagle Karolina, przerywając Adolfowi. Tu zwraca na męża spojrzenie jasne i badawcze i zatapia je nagle w jego oczach, niby szpadę, która przeszywa serce na wylot.— Cóż miałem robić?… Fałszywe pieniądze, długi, ręczne robótki?… — Ależ nie wiem. Skądże ja mogę to odgadnąć? Za głupia jestem, sto razy mi to powiedziałeś.— Dobraś! Teraz bierzesz w złym znaczeniu to, co jest z mojej strony pieszczotą, żartem. To jest czysto kobiece.— Załatwiłeś ostatecznie jaką sprawę? — powiada, okazując nagle niezwykłe zajęcie twymi interesami.— Nie, żadnej jeszcze…
— Ileż osób widziałeś?— Jedenaście, nie licząc tych, które przechadzały się po bulwarze.— Jak ty mi odpowiadasz!— Ale bo też ty mnie wypytujesz, jak gdybyś dziesięć lat pełniła urząd sędziego śledczego… — Więc dobrze! Opowiedz mi twój dzień, to mnie rozerwie. Powinieneś chyba starać się, aby mi tutaj czas nieco uprzyjemnić. Dosyć się już nudzę, gdy mnie zostawiasz tu samą na całe dni.— Chcesz, abym cię rozrywał, opowiadając ci o interesach?… — Dawniej mówiłeś mi wszystko…
Ta mała przyjacielska wymówka kryje w sobie chęć zyskania pewności co do owych ważnych spraw wypełniających, rzekomo, dni Adolfa. Adolf, rad nie rad, przystępuje do opowiadania. Karolina słucha go z roztargnieniem dość dobrze odegranym, aby można było mniemać, iż nie zwraca na jego słowa zbyt bacznej uwagi.— Ależ mówiłeś mi przed chwilą — wykrzykuje w chwili, w której nasz Adolf poczyna się wikłać, że wziąłeś powóz na godziny, a teraz mówisz mi o dorożce? Więc jakże to było właściwie? Czy w dorożce jeździłeś za swoimi interesami? — powiada tonikiem ironicznym.— Dlaczegóż dorożki miałyby mi być wzbronione? — pyta Adolf, rozpoczynając na nowo swoje opowiadanie.— Nie zaszedłeś do pani de Fischtaminel? — wtrąca nagle w środku jakiegoś wyjaśnienia nadzwyczaj zawikłanego, które ci przerywa w połowie bez najmniejszej ceremonii.
— Po cóż miałbym tam zachodzić?… — Byłbyś mi tym zrobił przyjemność; chciałabym wiedzieć, czy jej salon już jest ukończony… — Owszem, już.— A, więc byłeś tam?… — Nie, tapicer mi mówił.— Znasz jej tapicera?… — Znam.— Któryż to jest?— Braschon.— Więc go spotkałeś, tego tapicera?— Tak.— A przecież mówiłeś mi, że jeździłeś tylko powozem.— Ależ, moje dziecko, żeby wynająć powóz, trzeba go najpierw znaleźć… — A, więc go zapewne spotkałeś w dorożce… — Kogo?— Oczywiście salon. Albo Braschona! Jedno i drugie jest równie prawdopodobne.— Ależ bo nie chcesz mnie wysłuchać! — wykrzykuje Adolf, myśląc, iż długim opowiadaniem zdoła uśpić posądzenia Karoliny.
— Słuchałam cię aż nadto długo. Wiem już, że od godziny kłamiesz mi wszystko jak z nut.— Już nic nie powiem.— Wiem dosyć, wiem wszystko, co chciałam wiedzieć. Tak, ty mi opowiadasz, że widziałeś się z adwokatami, notariuszami, bankierami: nie widziałeś się z nikim podobnym. Gdybym jutro zaszła z wizytą do pani de Fischtaminel, czy wiesz, co by mi powiedziała?Tu Karolina obrzuca Adolfa badawczym spojrzeniem, ale Adolf udaje łudzący spokój, wśród którego Karolina zarzuca wędkę, aby wyłowić jakąś wskazówkę.— Powiedziałaby mi z pewnością, że miała przyjemność cię oglądać… Mój Boże! Doprawdy, jakie my jesteśmy nieszczęśliwe! Nie możemy nigdy wiedzieć, co wy właściwie robicie… Siedzimy przykute do naszego gospodarstwa, podczas kiedy wy załatwiacie wasze interesy. Ładne interesy!… Na twoim miejscu umiałabym przynajmniej wymyślić historie lepiej skomponowane, niż twoje!… O, wy nas uczycie ładnych rzeczy!… Mówią, że kobiety są przewrotne… Ale kto je uczy przewrotności?…
W tym miejscu Adolf usiłuje, wlepiając w Karolinę nieruchome spojrzenie, wstrzymać ten potop słów. Ale Karolina, podobna do konia podciętego batem, zaczyna na nowo i to z ożywieniem *cody* w muzyce Rossiniego:— Nie ma co mówić! To ładna kombinacja! Uwięzić żonę na wsi, aby móc swobodnie spędzać dni w Paryżu, stosownie do swoich upodobań. Oto przyczyna, dla której tak nagle rozpaliłeś się do mieszkania na wsi. A ja, naiwne stworzenie, dałam się złapać w tę pułapkę!… Masz zupełną rację: to bardzo wygodna rzecz domek na wsi! Ale kij ma dwa końce! Pani może urządzić się równie dobrze jak pan. Ty masz Paryż i swoje dorożki, ja mam cieniste laski i gęstwiny!… Masz rację Adolfie, to doskonała kombinacja… Jestem zupełnie zadowolona, nie gniewajmy się już…
Adolf znosi cierpliwie przez godzinę ten wylew sarkazmów.— Czy skończyłaś już, moje dziecko?… — pyta, korzystając z chwili, w której ona potrząsa głową w czasie pauzy artystycznej, następującej po jakimś zapytaniu.Wówczas Karolina kończy, wykrzykując:— Mam już dość tej wsi, jednego dnia dłużej tu nie zostanę!… Ale wiem, co teraz będzie: ty ją zatrzymasz z pewnością, a mnie zostawisz w Paryżu. Więc dobrze! Przynajmniej w Paryżu będę się mogła zabawiać do woli w czasie, kiedy ty będziesz wodził po lasach panią de Fischtaminel. Miła rzecz taka *willa Adolfini*, gdzie się człowiekowi niedobrze robi, skoro się przejdzie w kółko sześć razy po łączce! Gdzie zasadzono w ziemię nogi od krzeseł i kije od miotły, które mają dostarczyć cienia! Siedzi się tu jak w piecu: mury są grube na sześć cali! A pan mąż spędza poza domem siedem godzin na dwanaście, jakie Pan Bóg w dniu stworzył! To cały sens moralny tej willi!
— Słuchaj, Karolciu!— Gdybyś choć przynajmniej chciał mi się przyznać, co robiłeś dzisiaj? Słuchaj, ty mnie nie znasz: ja będę poczciwa, powiedz tylko!… Z góry ci daję rozgrzeszenie ze wszystkiego, coś nabroił.Adolf miewał *stosuneczki* przed ślubem; zbyt dobrze zna następstwa wyznania, aby miał się narażać na nie wobec swojej żony, odpowiada zatem:— Powiem ci wszystko… — Więc mów! To bardzo ładnie z twojej strony… Będę cię kochała za to jeszcze więcej!… — Siedziałem trzy godziny… — Byłam tego pewna… u pani de Fischtaminel?…
— Nie, u notariusza, który ma dla mnie nabywcę; ale nie mogliśmy się porozumieć: chciał kupić ten dom z całym urządzeniem, więc wracając wstąpiłem do Braschona, aby się dowiedzieć, ile mu jesteśmy winni… — Wymyśliłeś całą tę historię w czasie, kiedy mówiłam do ciebie!… Adolfie, patrz mi w oczy!… Pójdę jutro do Braschona.Adolf nie może powstrzymać nerwowego skurczu twarzy.— Nie możesz wstrzymać się od śmiechu, widzisz, ty niegodziwcze!— Śmieję się z twojego uporu.— Pójdę jutro do pani de Fischtaminel.— Ech! Idź, gdzie ci się podoba!… — Co za brutalność! — powiada Karolina, wstając i odchodząc z chusteczką przy oczach.
Domek na wsi, tak gorąco upragniony przez Karolinę, zmienił się w piekielny wynalazek Adolfa, w pułapkę, w którą ta nieboga dała się pochwycić.Od czasu, jak Adolf przekonał się, że niepodobieństwem jest dysputować z Karoliną, pozwala jej mówić wszystko, co jej się podoba.W dwa miesiące później sprzedaje za siedem tysięcy franków willę, która go kosztowała dwadzieścia dwa tysiące! Ale zyskał na tym tyle, że przekonał się, iż domek na wsi nie jest jeszcze tym, czego pragnie Karolina.Kwestia staje się poważną: pycha, łakomstwo, dwa już z grzechów głównych zawiodły. Natura ze swymi lasami, górami, dolinami, Szwajcaria okolic Paryża, sztuczne strumienie, zdołały zająć Karolinę zaledwie na przeciąg pół roku. Adolfa bierze pokusa, aby dać za wygraną i zamienić się z Karoliną na rolę.