Gdy tylko Miles Hendon i mały książę wydostali się z tłumu, skierowali się szybko przez tylne uliczki i wąskie zaułki ku rzece. Nie natrafiali teraz na żadne przeszkody i rychło stanęli na Moście Londyńskim; wmieszali się w tłum, a Hendon silnie trzymał księcia — nie, teraz już króla — za ramię.
Wstrząsająca wieść rozniosła się już po mieście i chłopiec dowiedział się ze stu ust na raz:
— Król umarł!
Na tę wiadomość serce biednego, małego, bezdomnego chłopca skurczyło się boleśnie, a całe jego ciało zadrżało. Rozumiał doskonale rozmiar poniesionej straty i pełen był gorzkiego bólu, gdyż okrutny tyran, przed którym drżeli wszyscy, jego traktował zawsze z niezwykłą czułością.
Łzy nabiegły chłopcu do oczu, przesłaniając wszystko przed jego wzrokiem.
Czuł się teraz najnędzniejszą, najbardziej opuszczoną, najbezradniejszą istotą na świecie.
Nagle niby donośny grzmot zabrzmiał w powietrzu inny okrzyk:
— Niech żyje król Edward Szósty!
Wówczas oczy jego rozbłysły znowu, a serce zabiło dumą.
— „Ach — pomyślał — jak wspaniale i dziwnie brzmią te słowa — JESTEM KRÓLEM!”
Młody król i Miles Hendon przepychali się powoli przez zebrany na Moście Londyńskim tłum.
Budowla ta, która liczyła już wówczas sześć stuleci, a zawsze była niezmiernie gwarnym i ludnym przejazdem, przedstawiała osobliwy widok. Po obu stronach mostu od jednego brzegu do drugiego stały gęsto tuż przy sobie kramy za kramami, sklepy za sklepami, zaś ponad nimi znajdowały się mieszkania. Most był niejako oddzielnym miastem. Posiadał własny zajazd, własne karczmy, piekarnie, sklepy galanteryjne, własny rynek, rzemieślników, a nawet własny kościół. Spoglądał on nawet poniekąd wyniośle na dwa miasta sąsiednie, które łączył — Londyn i Southwark — jak gdyby to były małe, nędzne zbiorowiska ludzkie. Most był rodzajem samodzielnej korporacji, miasteczkiem, składającym się co prawda z jednej tylko, wąskiej, choć bardzo długiej ulicy. Ludność jego nie o wiele była liczniejsza niż ludność przeciętnej wsi, każdy znał dobrze sąsiada, znał jego ojca i matkę, znał wszystkie sprawy rodzinne.
Miał most oczywiście i swoją arystokrację, stare piekarskie, rzeźnickie i inne rzemieślnicze rodziny, mieszkające od pięciuset czy sześciuset lat na tym samym miejscu i znające historię mostu od początku do końca, znające wszystkie owe osobliwe podania, jakie łączono z tym miejscem; mówili oni dialektem mostu; myśleli sposobem myślenia mostu; kłamali nawet na modłę mostu — rozwlekle, zuchwale, wyczerpująco. Stanowili zaskorupiałe, nieuświadomione, zadowolone z siebie społeczeństwo.
W domach na Moście Londyńskim rodzili się, jako dzieci wychowywali się tam, dochodzili do sędziwego wieku, umierali, nie postawiwszy stopy w innej części miasta. Ludzie tacy wyobrażali sobie oczywiście, że strumień ludzki płynący przez most dzień i noc ze zmieszaną wrzawą głosów, wyciem i bekiem bydła, z głośnymi uderzeniami podków końskich, jest najważniejszą rzeczą na świecie, oni zaś są niejako posiadaczami tej cudownej rzeczy. I byli nimi poniekąd, gdyż mogli oglądać to nieustanne zjawisko ze swoich okien, a nieraz odnajmowali te okna za pieniądze lub dobre słowo, gdy przejazd powracającego z wojny króla lub bohatera ściągał na most większe niż zwykle tłumy.
Gdyż istotnie nie było w mieście miejsca, z którego by można oglądać wspaniały i długi pochód w całej jego okazałości lepiej niżeli z Mostu Londyńskiego.
Życie w innych okolicach wydawało się mieszkańcom mostu bezgranicznie nudne i monotonne. Opowiadają o pewnym człowieku, który w siedemdziesiątym pierwszym roku życia przesiedlił się z mostu na ląd, ale nie zaznał tam spokoju, nie umiał zasnąć, cisza dręczyła go i napawała trwogą. Gdy już nie mógł dłużej wytrzymać, uciekł z powrotem do swego dawnego mieszkania. Wychudły i wynędzniały jak mara, zaznał dopiero tutaj dawnego spokojnego snu, dawnych miłych marzeń sennych, nawiedzających go nocą, gdy fale uderzały z siłą o most, a wozy przejeżdżały po nim z hukiem i wrzawą.
W owym okresie, o którym mówimy, Most Londyński stanowił niejako „poglądową lekcję” historii Anglii dla zamieszkujących go dzieci — udzielały jej mianowicie białe, rozkładające się głowy słynnych ludzi tkwiące na żelaznych pikach przymocowanych do wrót.
Ale odbiegliśmy od tematu.
Hendon mieszkał w małym zajeździe na moście. Gdy zbliżał się właśnie z księciem do wrót, jakiś brutalny głos zawołał na chłopca:
— Aha, jesteś nareszcie! Teraz już mi się nie wymkniesz, zapewniam cię; pogruchoczę ci kości na miazgę, żebyś się nauczył posłuszeństwa i nie dawał mi znowu czekać na ciebie...
I Jan Canty wyciągnął rękę, aby pochwycić chłopca.
Ale Miles Hendon stanął między nimi i zawołał:
— Powoli, przyjacielu! Zdaje mi się, że niepotrzebnie okazujesz swoją brutalność. Co cię obchodzi ten chłopiec?
— Jeżeli twoją sprawą jest wtrącać się w cudze interesy, to mogę ci powiedzieć, że to mój syn!
— To kłamstwo! — wybuchnął mały król.
— Zuchwała odpowiedź, ale ja ci wierzę bez względu na to, czy twoja główka jest w porządku, czy nie. Gdyby jednak ten łajdak był nawet twoim ojcem, nie dopuszczę, aby cię dostał w swoją moc i mógł cię łajać i bić tak, jak ci groził — o ile oczywiście wolisz pozostać ze mną.
— Wolę, wolę — ja go nie znam, brzydzę się nim i wolałbym umrzeć, niżeli pójść z nim.
— W takim razie sprawa załatwiona, nie potrzebujesz mówić ani słowa więcej.
— Zobaczymy, czy załatwiona! — zawołał Jan Canty, starając się wyminąć Hendona, aby zawładnąć chłopcem — ja go zmuszę siłą...
— Tylko go tknij, łajdaku, a nadzieję cię jak gęś na rożen! — rzekł Hendon, zastępując mu drogę i kładąc dłoń na rękojeści.
Canty cofnął się.
— Uważaj — ciągnął Hendon — wziąłem tego chłopca pod swoją opiekę, gdy zgraja takich nikczemników jak ty chciała go skrzywdzić i byłaby go może uśmierciła; zdaje ci się może, że wydam go teraz na gorszy jeszcze los? Bo czy jesteś jego ojcem, czy nie — a szczerze mówiąc, uważam twoje słowa za kłamstwo — tak czy owak rychła i uczciwa śmierć byłaby dla tego malca lepsza niż życie z takim drabem jak ty. Więc wynoś się stąd, a żywo: nie lubię ja szermierki słowami, a nie jestem też z natury zbyt cierpliwy.
Jan Canty oddalił się, klnąc i złorzecząc, i po chwili znikł w tłumie.
Hendon wszedł teraz z przyjętym pod opiekę chłopcem na trzecie piętro do swojej izdebki, wydawszy najpierw polecenie, aby mu przyniesiono coś do jedzenia.
Pokoik był ubogi, umeblowanie jego stanowiło proste łóżko i kilka innych zniszczonych sprzętów, za całe oświetlenie służyła para niewielkich świeczek.
Mały król, wyczerpany zupełnie głodem i znużeniem, dowlókł się z trudnością do łóżka i padł na nie. Przez poważną część ubiegłej doby był na nogach, gdyż było już między drugą a trzecią nad ranem; przez cały ten czas nie jadł też nic.
Zasypiając, mruknął jeszcze na wpół przytomnie:
— Obudź mnie, gdy podadzą do stołu...
I zapadł natychmiast w głęboki sen.
Hendon mrugnął wesoło oczyma.
— Dalibóg, ten mały włóczęga z taką swobodą bierze moją kwaterę w posiadanie i przywłaszcza sobie moje łóżko, jakby mu się to z prawa należało; bez przeproszenia czy zapytania o pozwolenie, czy choćby jednego słówka usprawiedliwienia. Wygłaszając przedtem swoje obłędne przemówienie, nazwał się księciem Walii, a teraz dzielnie gra swoją rolę. Biedne maleństwo, na pewno brutalne traktowanie odebrało mu rozum! Ale wytrwam przy nim jako przyjaciel; uratowałem go, a serce siłą ciągnie mnie ku niemu, jestem więc przyjacielsko usposobiony do niego. Z jaką zuchowatością stał naprzeciw motłochu, nie dając się zbić z tropu drwinami! A jaką on ma regularną, delikatną i szlachetną twarzyczkę, zwłaszcza teraz, gdy sen spędził z niej troskę i zgryzotę! Będę go uczył, spróbuję uleczyć go z tego obłędu; tak, będę nad nim czuwał i strzegł go jak starszy brat strzeże młodszego, a kto by go tknął, kto by mu wyrządził najmniejszą krzywdę, może sobie zawczasu zamówić trumnę; bo choćby mnie za to czekał stos — nie ujdzie żywy, kto jemu coś złego uczyni!
Pochylił się nad chłopcem, obserwując go z żywym i współczującym zainteresowaniem; potem poklepał lekko policzek malca i wielką, opaloną dłonią odgarnął mu włosy z czoła. Lekkie drżenie przebiegło ciało chłopca.
Hendon mruknął do siebie:
— A to znowu prawdziwie męska nierozwaga, pozwolić mu tak leżeć bez nakrycia! Mógłby się na śmierć przeziębić. Ale co tu robić? Jeżeli go podniosę, żeby go wsunąć pod kołdrę, obudzi się, a sen jest mu bardzo potrzebny.
Rozejrzał się za jakimś innym przykryciem, a że nic nie znalazł, zdjął kaftan, otulił nim chłopca i rzekł z uśmiechem:
— Ja jestem przyzwyczajony do chłodu i lekkiego ubrania, wszystko mi jedno, czy mi zimno, czy ciepło.
Potem począł przechadzać się po izdebce, aby się nieco ruchem rozgrzać i ciągnął dalej swój monolog:
— Obłąkany duch podsuwa mu wyobrażenie, jakoby był księciem Walii; dziwna to rzecz, że mamy teraz jeszcze księcia Walii, podczas gdy ten, kto nim był dotychczas, już jest królem! Nie ulega wątpliwości, że w obłędzie swym będzie nadal utrzymywał, iż jest księciem Walii zamiast wywnioskować, że czas już zrezygnować z tego tytułu, a nazwać się królem... Jeżeli ojciec mój żyje jeszcze po tych siedmiu latach, podczas których błąkałem się po świecie i nic o nim nie słyszałem, przyjmie tego małego zucha życzliwie i z miłości do mnie zapewni mu u siebie schronienie. Starszy mój brat Artur także chętnie się na to zgodzi; mój młodszy brat Hugo — no, ale strzaskałbym mu łeb, gdyby on poważył się do tego wtrącić, ten obłudnik, ten nikczemnik! Tak, jedźmy więc do domu — i to jak najrychlej.
Wszedł służący z dymiącą strawą, ustawił półmiski na małym stoliku sosnowym, przysunął do niego dwa krzesła i wyszedł, gdyż tak skromni goście musieli sobie sami usługiwać. Głośne trzaśnięcie drzwiami za odchodzącym sługą obudziło chłopca, który wyprostował się szybko i wesoło rozejrzał dokoła; ale na twarzy jego ukazał się natychmiast wyraz smutku i młody król rzekł półgłosem z ciężkim westchnieniem:
— Ach, to był tylko sen, o ja nieszczęśliwy!
W tej chwili wzrok jego padł na kaftan Milesa Hendona — zrozumiał, jaką ofiarę poniósł dla niego Hendon, i rzekł łagodnie:
— Jesteś dla mnie dobry, bardzo dobry. Weź to i wdziej — mnie to już niepotrzebne.
Potem wstał, podszedł do umywalni w kącie i stanął przed nią, jakby czekając na coś.
— No, bierzmy się teraz energicznie do jedzenia, wszystko jest smaczne i świeżo przyrządzone, a posiłek i sen rychło przywrócą ci znowu siły, możesz być tego pewien.
Chłopiec nie odpowiedział, lecz spojrzał na wojaka wielkimi, zdumionymi oczyma, z lekkim wyrazem zniecierpliwienia. Hendon zapytał stropiony:
— Na co czekasz?
— Dobry panie, chciałbym się umyć.
— O, jeżeli o to tylko idzie! Nie potrzebujesz prosić Milesa Hendona o pozwolenie, jeżeli sobie czego życzysz. Czuj się zupełnie jak u siebie w domu, wszystko jest do twego rozporządzenia.
Ale chłopiec stał jeszcze ciągle bez ruchu; tupnął nawet kilka razy niecierpliwie nogą w podłogę. Hendon nie wiedział, co to ma znaczyć i zapytał zdumiony:
— Na Boga, czego ty jeszcze chcesz?
— Proszą cię, nalej mi wody i nie mów tak dużo.
Z trudnością pohamował Hendon wybuch śmiechu i pomyślał:
— „Na wszystkich świętych, to cudowne!”
Zerwał się jednak szybko i spełnił zuchwałe żądanie chłopca; stał jeszcze przy nim w zamyśleniu, gdy drugi rozkaz wyrwał go nagle z zadumy:
— A teraz ręcznik!
Wziął ręcznik, który wisiał tuż koło chłopca i podał mu go bez sprzeciwu.
Potem sam umył sobie twarz, a gdy jeszcze był tym zajęty, chłopiec zasiadł już do stołu i począł jeść. Hendon pośpieszył się więc z myciem, przysunął sobie drugie krzesło i chciał właśnie usiąść, gdy chłopiec zawołał z najwyższym oburzeniem:
— Stój! Czy chcesz usiąść w obecności króla?
Okrzyk ten zupełnie stropił Hendona.
— Szaleństwo opętało go znowu — mruknął do siebie. — Wraz z wielką zmianą, jaka dokonała się w państwie, przybrał i on inną postać i wyobraża sobie teraz, że jest królem! Niech i tak będzie, nie mogę mu się sprzeciwiać — nie mam innego wyjścia — w przeciwnym razie gotów by mnie jeszcze wpakować do Tower!
Śmiejąc się w duchu z tej myśli, odsunął krzesło od stołu, stanął za krzesłem króla i począł mu usługiwać, o ile znał z obserwacji zwyczaje dworskie.
W miarę jedzenia surowość króla miękła nieco, a wraz z miłym uczuciem sytości poczuł chęć do pogawędki.
— Jeśli sobie dobrze przypominam — zaczął — nazwałeś się Milesem Hendonem?
— Tak jest, najjaśniejszy panie — odparł Miles. W duchu zaś pomyślał:
— „Jeżeli musiałem się zdecydować na potakiwanie temu biednemu chłopcu, w takim razie muszę też tytułować go najjaśniejszym panem i jego królewską mością, nie mogę stawać w pół drogi, muszę grać rolę swoją do końca, w przeciwnym razie zepsułbym całą grę i udaremnił dobry zamiar, jaki sobie przy tym postawiłem”.
Król wypił drugą czarkę wina dla wzmocnienia się i rzekł:
— Pragnąłbym poznać cię bliżej. Opowiedz mi dzieje swego życia. Widzę, iż posiadasz męski, szlachetny charakter — czy pochodzisz ze szlacheckiego rodu?
— Należymy do szlachty, wasza królewska mość. Ojciec mój jest baronetem — właścicielem niewielkich dóbr lennych — nazywa się sir Ryszard Hendon z Hendon Hall, w pobliżu Monk Holm w hrabstwie Kent.
— Nie przypominam sobie tego nazwiska, ale proszę, opowiadaj mi dalej swoje dzieje.
— Nie są one zbyt interesujące, wasza królewska mość, może jednak zajmą was w ciągu pół godzinki, w braku lepszego tematu. Ojciec mój, sir Ryszard, jest człowiekiem bardzo bogatym i wspaniałomyślnym. Matkę straciłem wcześniej, gdy byłem jeszcze małym chłopcem. Mam dwóch braci: starszy, Artur, odziedziczył szlachetny charakter ojca; natomiast młodszy, Hugo, zawsze odznaczał się złośliwym usposobieniem i podstępnością węża. Takim był jako małe dziecko, takim był przed dziesięciu laty, gdy go widziałem po raz ostatni: nieposkromionym łotrem, mimo swych lat już dziewiętnastu. Ja miałem wówczas dwadzieścia lat, brat mój Artur dwadzieścia jeden. Poza tym nie było w domu naszym nikogo, prócz kuzynki, lady Edyty, która liczyła wówczas szesnaście wiosen i odznaczała się urodą, łagodnością i dobrocią; była ona córką hrabiego, ostatnią z rodu, a wraz z nią wygasał słynny z dawna tytuł; była zarazem dziedziczką wielkiego mienia. Ojciec mój był jej opiekunem. Kochałem ją, a ona mnie, ale w kołysce już przeznaczono ją na żonę dla mego brata Artura, zaś ojciec nigdy by nie dopuścił, aby umowa ta została zerwana. Ale Artur kochał inną dziewczynę i dodawał nam odwagi, kazał nam nie tracić nadziei, że cierpliwość i pomyślny los pozwolą nam kiedyś osiągnąć cel naszych pragnień. Hugo marzył o majątku Edyty, aczkolwiek twierdził, że kocha ją samą. Leżało jednak w naturze jego charakteru kłamać zawsze i we wszystkim. Wszelkie jednak podstępy jego były daremne, nic nie mogło złudzić dziewczęcia; tylko ojca mego potrafił podejść, poza tym każdy mógł go przejrzeć z łatwością. Ale ojciec kochał go najbardziej z nas trzech, wierzył mu i ufał we wszystkim, gdyż Hugo był najmłodszy i nikt go nie lubił. Jest to zazwyczaj dla ojca wystarczającym powodem, aby otoczyć dziecko szczególną miłością. Miał przy tym Hugo język obrotny i pochlebczy, był mistrzem w kłamstwie, toteż udało mu się z łatwością podejść ślepą miłość ojcowską. Ja byłem zapaleńcem, muszę to przyznać, i zachowywałem się jak szalony. Była to jednak wada sama przez się niewinna, która nie przynosiła nikomu szkody, krzywdy lub straty, chyba mnie samemu, która nie była też brutalna czy występna, ani nie narażała w niczym na szwank mego szlacheckiego urodzenia.
Ale brat mój Hugo umiał wykorzystać moje zuchwałe figle dla swoich celów, a że widział, iż zdrowie Artura było niezbyt pewne, przyszło mu na myśl, że dobrze byłoby pozbyć się mnie na wypadek, gdyby pierworodny brat miał umrzeć... i... ale wybacz, panie, nie warto opowiadać ci tej całej historii. Krótko mówiąc, brat przedstawił wykroczenia moje w tak przesadnym świetle, że wydały się one występkami, zaś zdradzieckie swe dzieło ukoronował tym, iż odszukał w moim pokoju jedwabną drabinkę sznurową — którą tam własnoręcznie podłożył — i przy pomocy tego dowodu, jak również świadectwa przekupionych sług i innych nikczemnych kłamców, zdołał przekonać ojca, że zamierzałem porwać lady Edytę i poślubić ją wbrew woli ojcowskiej.
Ojciec zadecydował, abym za karę został wygnany na trzy lata z domu rodzinnego i z Anglii. Uważa, że to dostateczny okres, abym się stał mężczyzną i dobrym żołnierzem, a także, abym się opamiętał. Przeżyłem ten okres próby w wojnach na kontynencie, a dostatecznie zakosztowałem przy tym ciężkich ciosów, niedostatku i zmiennego losu. Ale w ostatniej bitwie dostałem się do niewoli, zaś siedem lat, które minęły od owej chwili, spędziłem w lochu nieprzyjacielskim. Dzięki podstępowi i odwadze udało mi się wreszcie wydostać z niewoli, uciekłem więc natychmiast do kraju, dokąd przybyłem niedawno, bez pieniędzy i bez rzeczy, a co gorsza jeszcze, bez świadomości tego, co się podczas tych długich siedmiu lat działo w Hendon Hall i jak się wiedzie jego mieszkańcom. Oto moja historia, której wasza królewska mość raczyła łaskawie wysłuchać.
— Okrutnie z tobą postąpiono! — zawołał mały król z oczyma pałającymi. — Ale ja ci dopomogę w odzyskaniu należnych ci praw — na krzyż Zbawiciela, dopomogę ci! Król przyrzekł ci to.
Chłopiec wzruszony opowiadaniem Milesa Hendona popadł teraz w ożywienie i opowiedział zdumionemu słuchaczowi swoje własne fatalne przygody.
Kiedy skończył, Miles pomyślał:
— „Jakąż siłę wyobraźni posiada ten chłopiec! Zaprawdę, niezwykły to umysł, gdyby nie to, nie potrafiłby — chory czy zdrów — wymyślić tak zdumiewającej historii jak bajka, którą mi przed chwilą opowiedział. Biedny, mały głuptasek! Nie zabraknie mu przyjaciela i schronienia, póki ja żyję. Nie opuszczę go nigdy, uczynię go swoim wychowankiem, swoim małym towarzyszem. I uleczę go — tak, musi być wesoły i zdrów, a wówczas stanie się sławnym człowiekiem, z którego będę mógł się czuć dumny. I powiem ludziom: patrzcie na mego wychowanka, którego przygarnąłem jako małego, obdartego ulicznika, ale widziałem, co w nim tkwi, wiedziałem, że stanie się on sławny; patrzcież, czy nie miałem wtedy racji?”
Król przerwał jego rozmyślania, mówiąc głosem uroczystym:
— Uratowałeś mnie przed hańbą i obelgami, może nawet przed śmiercią, wyświadczając w ten sposób niezmierną przysługę koronie. Taki czyn zasługuje na nagrodę. Proś o jaką chcesz łaskę, a jeśli będzie w mojej mocy królewskiej spełnić twoje życzenie, zostanie ono spełnione.
Ta niezwykła przemowa zbudziła Hendona z zamyślenia.
W pierwszej chwili zamierzał podziękować królowi i zakończyć sprawę, oświadczając, iż spełnił tylko swój obowiązek i nie wymaga nagrody, gdy nagle przyszła mu do głowy sprytna myśl, i poprosił o pozwolenie zastanowienia się chwilę nad wspaniałomyślną propozycją monarchy.
Król zgodził się na to z powagą i dodał, że w sprawie tak wielkiej wagi najlepiej nie śpieszyć się zbytnio z odpowiedzią. Miles zastanawiał się przez dłuższą chwilę, mówiąc do siebie w duchu:
— „Tak, w ten sposób muszę postąpić — inaczej tego nie osiągnę — a doświadczenie ostatniej godziny pouczyło mnie, jak niewygodne byłoby dla mnie, gdyby stan obecny trwał nadal. Tego zażądam! Jak to dobrze, że nie ominąłem tej sposobności”.
Potem przyklęknął na jedno kolano i rzekł:
— Moja drobna przysługa była tylko spełnieniem obowiązku poddanego, nie zasługuje więc na nagrodę, jeśli jednak wasza królewska mość uważa mój czyn za godny nagrodzenia, pozwalam sobie wypowiedzieć najuniżeniej swoją prośbę. Jak ci wiadomo, najjaśniejszy panie, przed czterystu prawie laty powstał spór pomiędzy królem angielskim Janem a królem Francji. Postanowiono wówczas, że dwaj szermierze wstąpią w szranki, a walka ich jako sąd boży, jak to wówczas nazywano, rozstrzygnie spór. Zebrali się więc owi dwaj królowie, jak również król hiszpański, aby przyglądać się walce i zadecydować, kto zwyciężył. Rycerz francuski pierwszy wystąpił na boisko. Ale widok jego był tak przerażający, że żaden z naszych rycerzy angielskich nie poważył się zmierzyć z nim. Zdawało się więc, że ważny ten spór rozstrzygnięty zostanie na niekorzyść króla Anglii.
Otóż znajdował się w tym czasie w więzieniu Tower lord de Courcy, najdzielniejszy szermierz Anglii, pozbawiony wszelkich zaszczytów i posiadłości, wyczerpany długim więzieniem. Zwrócono się więc do niego. Rycerz ów zgodził się wystąpić do walki i przybył uzbrojony na plac boju. Zaledwie jednak Francuz ujrzał jego olbrzymią postać i usłyszał słynne jego imię, uciekł z placu, a tym samym król francuski przegrał sprawę.
Król Jan przywrócił panu de Courcy jego tytuły i skonfiskowane mienie i rzekł:
— „O cokolwiek poprosisz mnie w nagrodę za swój czyn, dam ci, choćbyś żądał połowy mego królestwa!”
Wówczas de Courcy przyklęknął, jak ja to teraz czynię, i rzekł pokornie:
— „Więc spełnij, królu, tę prośbę moją: abyśmy ja i moi potomkowie mieli przywilej nakrywania głowy w obecności królów angielskich, póki istnieć będzie tron w Anglii”.
Jak waszej królewskiej mości wiadomo, łaska ta została lordowi de Courcy przyznana, że zaś przez cały ciąg tych czterystu lat w rodzie tym nie zabrakło potomka męskiego, przeto i dziś jeszcze najstarszy w tej rodzinie ma prawo nosić kapelusz lub hełm w obecności waszej królewskiej mości, a nikt nie może mu tego zabronić, ani nawet oburzyć się na ten postępek, na jaki nie poważyłby się żaden z poddanych królewskich.
Przytoczyłem ten wypadek na poparcie swojej prośby. Błagam waszą królewską mość o okazanie mi swojej przychylności i łaski — która będzie dla mnie niezasłużoną nagrodą — i zezwolenie mi na jedną tylko rzecz: abyśmy ja i moi potomkowie mieli po wszystkie czasy przywilej siedzenia w obecności króla Anglii!
— Powstań, sir Milesie Hendon, pasuję cię na rycerza — rzekł król uroczyście, uderzając klęczącego Hendona po ramieniu jego własną szpadą — powstań i siadaj. Prośba twoja została spełniona. Póki istnieć będzie Anglia i trwać tron angielski, przywilej ten nie zostanie odjęty tobie ani twoim potomkom.
Król począł się przechadzać w zamyśleniu po izdebce, zaś Hendon siadł przy stole i pomyślał:
— „Szczęśliwy miałem pomysł, w samą porę mi się nadarzył, gdyż nogi porządnie mnie już bolą. Gdybym nie wpadł na tę myśl, musiałbym stać całymi tygodniami, ażby się mój biedny chłopiec wyleczył ze swojej choroby”.
Po chwili dodał w myśli:
— „Więc jestem teraz rycerzem w Królestwie Cieniów i Marzeń! Dość osobliwa pozycja dla takiego materialisty jak ja. Ale nie będę się śmiał z tego — nie, broń Boże, gdyż rzeczy, które są dla mnie urojeniem, dla niego są rzeczywistością. A do pewnego stopnia nie jest to dla mnie kłamstwem, gdyż widzę w tym dowód jego szlachetnego i wdzięcznego serca”.
Po ponownej pauzie dodał:
— „Ach, żeby mnie tylko nie tytułował w ten szumny sposób wobec obcych! Wielka by była sprzeczność między tak wytwornym tytułem, a mymi znoszonymi szatami! Ale co tam, niech mnie tytułuje jak chce, wszystko mi jedno”.